Postaw mi kawę na buycoffee.to

Sławne białostockie zegary

  Cały ambaras z białostockimi zegarami rozpoczął się w październiku 1938 roku. A stało się to za przyczyną zegara zamontowanego wówczas właśnie na wieży kościoła ewangelickiego przy ulicy Warszawskiej. To dzisiejszy kościół św. Wojciecha.

  Zegar ten był na wskroś nowoczesny. Miał elektryczny napęd. Stał się wnet tematem krążącej po Białymstoku plotki. Powiadano, że to wcale nie zegar, ale szpiegowska radiostacja służąca do informowania niemieckiego wywiadu.

  Pogłoska ta padała na podatny grunt przygotowany przez ówczesnego pastora ewangelickiej gminy, Benno Kreatera. Jego antypolskie nastawienie znane było w całym mieście i nie przysparzało mu zwolenników.

  Ale wracajmy do zegarów. W styczniu 1939 roku władze miejskie stwierdziły, że gdyby za Branickiego była elektryczność, to hetman z pewnością zamówiłby taki sam zegar, jaki ufundowali sobie ewangelicy. Był bowiem Branicki czuły na wszelkie nowości. Znane było jego polecenie, gdy w 1724 roku kazał kupić sobie w Warszawie odpowiedni czasomierz, "bo niepodobna być bez zegarka". Elektryczności nie było w XVIII wieku, ale gości zjeżdżających do białostockiego pałacu witał zegar na bramie. Niestety psuł się często.

  W 1739 roku Branicki do jego kolejnej naprawy wezwał pewnego warszawskiego ślusarza. W 1749 roku przygotowując się do budowy nowej bramy wjazdowej zamówił hetman, tym razem u białostockiego majstra, nowy zegar. W Gdańsku zaś polecił odlać do niego dwa dzwony. Jeden wybijał godziny, a drugi dzielące je kwadranse.

  Kolejny białostocki zegar, pochodzący zapewne też z fundacji Branickiego, znajdował się na wieży parafialnego kościoła. Do dziś, pod hełmem ją przykrywającym widoczne są zamurowane okrągłe otwory. To w nich niegdyś umieszczone były cyferblaty.

  W 1790 roku i ten zegar zaczął szwankować. Władająca wówczas Białymstokiem Izabela Branicka wezwała na pomoc zegarmistrza warszawskiego, niejakiego Krukowskiego. Następny białostocki zegar pojawił się na ratuszowej wieży. W 1868 roku wykonał go "uczony zegarmistrz Trop".

  To już były inne czasy. Nie trzeba było sprowadzać mędrków z Warszawy. Już bowiem w 1850 roku na Wasilkowskiej, wkrótce przemianowanej na Mikołajewską, czyli na Sienkiewicza, tuż przed mostem nad Białą, otworzył zakład zegarmistrzowski Baraks. To on pierwszy uzyskał w Białymstoku koncesję na sprzedaż słynnych szwajcarskich Omeg. Po nim s woje zakłady otworzyli Gotlib i Łapszyc. Sklep Łapszyca znajdował się przy ulicy Niemieckiej (Kilińskiego) w kamienicy Leona Zabłudowskiego.

  Gotlib oprócz zegarków w swoim magazynie przy Lipowej, naprzeciw cerkwi, sprzedawał maszyny do szycia. Ba, był oficjalnym przedstawicielem wybornej firmy Singer. Był też pionierem w prowadzeniu salonu rowerowego. To właśnie od warsztatu mechanicznego Gotliba zaczęła swoją historię późniejsza fabryka Przyrządów i Uchwytów.

  W sumie w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku w Białymstoku działało 5 zegarmistrzów. Żaden jednak nie miał smykałki do antyków. Tak więc do starego pałacowego zegara w latach 1880-1900 władze Instytutu Panien Szlacheckich, który mieścił się w pałacu, wzywały zegarmistrza z Grodna. 

  Jego syn, po latach, gdy sprawa zegarów miejskich zainteresowała wszystkich, w 1937 roku opowiadał, że ojciec na dzwonach zamawianych do bramy widział datę - 1727. Nikt tego nie mógł już sprawdzić, bo dzwony w 1915 roku zarekwirowali Rosjanie i tyle je widziano. Zniknął też zegar z kościelnej wieży.

  Przypuszczalnie popsuty, został zdemontowany około 1900 roku gdy rozpoczęła się budowa neogotyckiej fary.

 W dobrej kondycji trwał natomiast ratuszowy zegar. W 1916 roku okupujący Białystok Niemcy odwrócili nawet proporcje tej nazwy. To już nie był ratuszowy zegar, tylko zegarowy ratusz, a raczej zegarowa wieża - Uhr Thurm.

  Tykały więc sobie te białostockie zegary, aż do tego wspomnianego stycznia 1939 roku. Magistrat postanowił wyrzucić zabytkowy mechanizm i zastąpić go nowym. W budżecie miejskim przewidziano na tę inwestycję 8 tysięcy złotych. Postanowiono przeprowadzić też "dokładne wyremontowanie zegara na wieży ratuszowej".

  Zniweczyła wszystkie te plany historia, która miała się już wkrótce wydarzyć. Zegar "uczonego Tropa" zniknął wraz z ratuszem w 1940 roku za sprawą Sowietów. Znikł również zegar, sprawca całego zamieszania, z wieży kościoła św. Wojciecha. Elektrycznego napędu nie zastosowano też na pałacowej bramie. Dzięki temu zachowała nam się pamiątka po hetmanie, co to uważał, że bez zegarka żyć niepodobna.

Andrzej Lechowski 

Historia ulicy Dąbrowskiego: Technikum mechaniczne, piekarnia, olejarnia

   Przy Dąbrowskiego wiele się działo. Było Technikum Mechaniczne, piekarnia, olejarnia. A niedaleko z górki, przy kościele św. Rocha zjeżdżały zimą na sankach i łyżwach dzieciaki z całego miasta. - Mieszkaliśmy pod numerem 20. Przed wojną żyła tu rodzina pisarza Samuela Pisara - opowiada Wiesław Stankiewicz.

   Ja też jestem absolwentem Szkoły Podstawowej nr 15, którą ukończyłem w 1959 roku. Mogę dodać kilka szczegółów, a przede wszystkim przesyłam zdjęcie swojej klasy i parę innych z tego okresu - napisał Wiesław Stankiewicz po publikacji wspomnień Zbigniewa Karlikowskiego o tej szkole.

  Piętnastka, przypomnijmy to jedna z pierwszych podstawówek, która wznowiła działalność po wojnie. Znajdowała się przy ulicy Lipowej, w budynku przypominającym z wyglądu pałacyk. Jeden z internautów uściślił, że na drugą stronę Lipowej szkoła została przeniesiona w 1961 roku. Pan Stankiewicz dodaje, że sala lekcyjna w pałacyku była również na poddaszu. - Ja właśnie tam się uczyłem - pisze. - Fotografia mojej klasy VI lub VII, została zrobiona pomiędzy 1 września 1957 a 24 czerwca 1959 roku. Upewniła mnie w tej dacie, spotkana przed laty Jadwiga Bojko, która dołączyła do nas w klasie szóstej (stoi w górnym lewym rogu. Na zdjęciu brakuje koleżanek: Marii Markiewicz, Bożeny Suproń. Być może przez zawodną pamięć pomylę czyjeś imię lub nazwisko, z góry przepraszam. Zaczynając od górnego, lewego rogu, są tu: Jadwiga Bojko, Aldona Centkowska, Regina Borowska, nie przypominam, Edek Druć.

  W drugim rzędzie: Halina Teżyk, Zofia Kućbora, Krystyna Sidorowicz, Krystyna Sarosiek. W trzecim rzędzie: Jan Surmacz, nazwisk dwóch koleżanek nie pamiętam (wyższa chyba Teresa), Alina Puchalska, Multan (córka nauczycielki naszej szkoły), Maciejewska, Grażyna (chyba) Filipowicz, Jadwiga Suszyna (gospodyni klasowa) i Janek Czużdaniuk. W rzędzie nauczycielskim panie: Sznycer, Pawlak, Teresa Wołyniec (wychowawczyni ), Czepiel, Czołpik, pan Żmijko, (chyba kierownik szkoły). W dolnym rzędzie: Wiesław Stankiewicz (czyli ja), Janek Janulis , Marek Poznański, Wojtek Trykulicz, Krzysiek Brodowski (lub Brodowicz) i Abramowicz (nie jestem pewny).

Mieszkał tu Samuel Pisar

A teraz ruszamy na sentymentalny spacer po dawnej ulicy Dąbrowskiego.

  Mieszkaliśmy przy Dąbrowskiego 20 - opowiada pan Stankiewicz. - Moi rodzice pochodzą z Wołynia. Tam poznali się i przeżyli wojnę. Do Białegostoku przyjechali w 1946 roku. Mieliśmy dwa pokoje. Rolę łazienki pełnił wydzielony w kuchni kącik z kolumienką do grzania wody i dużą kamienną wanną. Była to część mieszkania (od ulicy), które przed wojną należało do Dawida Pisara (w książce telefonicznej z 1938 roku jego numer telefonu brzmiał 581). Syn właściciela, Samuel jako jedyny z rodziny uratował się z białostockiego getta. Później, już po latach Samuel Pisar odwiedził dwa razy swój rodzinny dom. Pierwszą wizytę opisał w książce "Z krwi i nadziei". A drugi raz, jak przyjechał do Białegostoku w 2009 roku, na uroczystości rocznicowe białostockiego getta. Drugą część tego mieszkania zajmował właściciel kamienicy Ignacy Sikorski z Sikor koło Jeżewa, mający szlacheckie pochodzenie.

  Na zdjęciu domu z 1951 roku widoczny jest balkon mieszkania państwa Olędzkich. Nasz balkon niewidoczny - byłby z lewej strony zdjęcia. W prawym rogu byłby balkon państwa Janulis. Na parterze widać okna mieszkania państwa Nowickich i skrajne, po prawej stronie państwa Mackiewiczów. Pani Felicja była Terenowym Opiekunem Społecznym - skorodowana tabliczka znajduje się jeszcze na elewacji budynku. Pan Józef był znakomitym specjalistą od motocykli i samochodów. Odnawiał w chlewku motocykle marki "Indian", którymi podczas występów w Białymstoku, interesowali się zawodnicy startujący w "beczce śmierci". Ta beczka była z drewnianych klepek. Zawodnik z czarną opaską na oczach po uruchomieniu motocykla jeździł po obwodzie wewnątrz, wykonując różne figury. Widzowie oglądali jazdę, stojąc przy górnej krawędzi beczki. Towarzyszył temu straszny hałas (motocykle bez tłumika) i smród spalanej benzyny.

   Po drodze do szkoły mijałem następujące domy. Przy Dąbrowskiego 18 (obecnie pub Dalmacja) mieszkali państwo Malinowscy, gospodarze działki, gdzie zawsze panował idealny porządek. Gospodarz hodował gołębie, a w sadzie rosła grusza o bardzo smacznych owocach. Przy Dąbrowskiego 16 mieszkali państwo Haliccy (obecnie tu sklep z częściami samochodowymi). Na dole była restauracja z cygańską kapelą. Przez wiele lat w tym budynku produkowano wodę sodową. Naprzeciw znajdowała się, istniejąca do dziś stacja benzynowa.

 

  Przy Dąbrowskiego 14 znajdowały się biura różnych instytucji (teraz to pustostan). Dom pod numerem 12 należał do państwa Ciupów. Na parterze mieściły się sklepy: spożywczy (z marmoladą w wiadrach lub w drewnianych skrzynkach), rybny i z częściami samochodowymi. Za podwórkiem, przed skrętem w Botaniczną, stała duża, stara kuźnia. A pod numerem 10 było Technikum Mechaniczne. Mijając ten budynek w drodze do podstawówki nie myślałem, że będę uczniem tej szkoły.

Naprzeciw, obok kościoła św. Rocha, pod numerem 1, w budynku parafialnym, na parterze była Przychodnia Rejonowa. Zaś w pomieszczeniach na piętrze siostry zakonne prowadziły przedszkole.

  Ponadto w tym budynku mieściło się biuro Państwowej Centrali Drzewnej "PAGED", pracował tu mój ojciec. Na dole, w dużej sali konferencyjnej organizowano zakładowe imprezy choinkowe, które jeszcze pamiętam.

I nie numerując już posesji, następnie był dom państwa Żukowskich (pani Żukowska była nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 18).

  Za tym domem, w budynku (chyba po stajni) Technikum Mechaniczne urządziło salę gimnastyczną. W głębi znajdowały się warsztaty szkolne i boisko, z którego korzystał też klub sportowy Start.

Przy Dąbrowskiego 2 była apteka (przed wojną pana Wacława Michalskiego), a potem chyba pana Sosnowskiego) i sklep mięsny.

  Dalej zaczynała się ulica Lipowa, która nosiła nazwę Stalina. Budowano wtedy biurowiec Lasów Państwowych i firm związanych z produkcją leśno-drzewną. Później podjąłem tu pracę i związałem się z tą firmą prawie 43 lata.

Piekarnia i olejarnia

  Pamiętam też doskonale piekarnię założoną pana Józefa Urbanowicza w budynku pod numerem 22. Jego samego nie zdążyłem poznać, byłem mały, kiedy zginął w wypadku. Ale jego żonę widywałem często. Zawsze nienagannie ubrana, dbająca o swój wygląd.

  Piekarnia słynęła ze znakomitego pieczywa. Mnie szczególnie smakowały obwarzanki. Świeżutkie, jeszcze ciepłe, błyszczące, pachnące - sama poezja i kunszt sztuki piekarniczej. Z czasem piekarnia została zlikwidowana. Podzieliła los większości firm prywatnej inicjatywy, które po kontroli finansowej i wyliczeniu domiaru, znikały z rynku. W tych pomieszczeniach mieścił się później sklep spożywczy.

  W głębi podwórza była olejarnia należąca do pana Żywolewskiego. Ruch w obu firmach zaczynał się bardzo wcześnie. Do piekarni po pieczywo już o 4 rano przyjeżdżały budy zaprzężone w konie, a do olejarni po wytłoki, nazywane makuchami zjeżdżali się rolnicy. Ulica - kocie łby - była wąska i ślepa. Żeby wyjechać stąd, kierowcy musieli sporo się nakręcić, robiąc przy tym straszny rumor. Ale zimą dzieciaki miały frajdę. Doczepiając sanki do zaprzęgu lub trzymając się podczas jazdy na łyżwach, można było sobie kawałek podjechać. Nierzadko jednak woźnica potraktował gapowiczów batem.

  Zimą naszym ulubionym miejscem zabaw była słynna górka przy kościele św. Rocha. Zimą zbierały się tam dzieciaki z całego miasta. Królowały sanki i łyżwy, narty mało kto miał. Mieszkając blisko, z kolegami nosiliśmy wieczorami wodę, aby na następny dzień nawierzchnia do jazdy na łyżwach była wystarczająco śliska.

Pod koniec sierpnia na odpust na Rocha zjeżdżali tutaj gospodarze z okolicznych wsi. Białostoczanie korzystali z okazji i zaopatrywali się w ziemniaki i warzywa.

Alicja Zielińska

Najbardziej znani białostoccy złodzieje i włamywacze

   Pajęczarstwo w przestępczym światku nie było zajęciem zbyt prestiżowym ani też zyskownym. Cóż można było wynieśćze strychu. Tłumok suszącego się tam prania. Ale i takich złodziei w międzywojennym Białymstoku nie brakowało.

  Głównymi narzędziami pajęczarza podczas roboty były - tak jak w przypadku rasowego włamywacza - wytrychy do otwierania zamków oraz zgrabny rympałek, mały łom, ażeby wyrwać nim skobel z kłódką. Nieodzowny był także worek na łupy. W tej historii właśnie sprawa zamku odegra niepoślednią rolę.

  W pierwszej połowie lat 20-tych minionego wieku dużą sławą w fachu pajęczarskim cieszył się dwudziestolatek Josel Zalmanowicz, zwany Sałatą. Był to młodzian szczególnie ambitny, a o jego licznych, strychowych wyczynach krążyły barwne opowieści, nie tylko na ulicy Cygańskiej, gdzie mieszkał, ale i w całych Chanajkach. Ta historia wydarzyła się wiosną 1923 roku.

  Łupem Joska Sałaty padła bielizna wartości 500 tys. marek wyniesiona ze strychu przy ul. Sienkiewicza. Było to jeszcze przed reformą Grabskiego, kiedy pół miliona kosztowało kilka podkoszulków i męskich gaci. Trofeum nie było więc zbyt obfite.

  Za to właściciel skradzionej bielizny, niejaki Perl, okazał się człowiekiem zarozumiałym i nieostrożnym. Ogłosił on wszem i wobec, że pajęczarze pierwszy i ostatni raz dobrali się do jego strychu, który od tej pory chroniony będzie przez specjalne patentowe zabezpieczenie. Wieść o tym buńczucznym oświadczeniu szybko dotarła do Sałaty - złodziej postanowił podjąć wezwanie.

  Kilka miesięcy czekał na odpowiedni moment. Wreszcie, w pewną lipcową noc, gdy cały Białystok spał spokojnie przy otwartych oknach, złożył wizytę w domu pana Perla. Nazajutrz ten samochwała rwał sobie włosy z głowy. Mniejsza o stracony kosz świeżo upranych prześcieradeł i nawleczek, honor perlowy doznał poważnego uszczerbku, a to za sprawą kartki wetkniętej w otwór "antyzłodziejskiego" zamka. Według reportera "Dziennika Białostockiego" zawierała ona krótki wierszyk następującej treści: "Nasz połów jasno poucza, że kiedy złodziej nie cherla, nie ma dlań zamka ni klucza, nawet na zamku pana Perla". W tamtejszych czasach złodzieje mieli poczucie humoru.

  Kolejna, krótka odsiadka spotkała Joska Zelmanowicza w 1924 roku. Wyprawił się on pewnego, kwietniowego przedświtu na strych domu przy ul. Sosnowej 18. Swoją bieliznę stracił wówczas Mojżesz Guz, tamtejszy sublokator. Złodziejskiej wyprawie towarzyszyła Sałacie jego pomocnica Estra Bekowska z tejże Sosnowej. Właśnie ona, handlując później skradzionymi klamotami wpadła na Rynku Siennym w ręce agenta EUS i chcąc czy też nie chcąc zasypała wspólnika.

  Trzeba powiedzieć, że w tym czasie właśnie kobiety chętnie brały się do, jak to mówiono, wyrabiania pająków. Oto na przykład w lutym 1923 roku niejaka Janina Karpińska z dwoma wspólnikami oporządziła strych M. Wajera przy ul. Nowy Świat 28. Wartość skradzionej bielizny wyceniono na 800 tys. marek. Choć sprawców policja schwytała, cały, mokry jeszcze majdan przepadł bezpowrotnie. Z kolei dwa miesiące później na gorącym uczynku wpadła na strychu pani Sobieszczańskiej (Słonimska 37) nieletnia Katarzyna Kudriawcewa. Kiedy ją przesłuchiwano w biurze Ekspozytury US, z rozbrajającą niewinnością stwierdziła, że dlatego weszła na wspomniany stryszek, ponieważ drzwi do niego były uchylone.

  Sam Josek Zelmanowicz po wyjściu z więzienia postanowił sobie na razie odpuścić mieszczańskie poddasze. Zabrał się za bardziej bezpieczną, jak się wydawało, paserkę. Oficjalnie pracował jako tragarz, zaś po kryjomu pod nowym adresem zamieszkania - Stolarska 1, prowadził skup i sprzedaż rzeczy znalezionych przez złodziei. Wpadł w 1926 roku, kiedy to od notorycznej szpryngówki (kradzież z przedpokoju) Sury Szpiro nabył dwa lichtarze za 20 złotych, choć wiedział, że do niedawna były one własnością Tauby Edelsztejn. Sąd ocenił ten zakup na jeden rok więzienia.

  W latach trzydziestych Josel Zelmanowicz był znany w okolicach Rynku Siennego ze swoich nożowych rozpraw. Raz jego krajali, innym razem on szybciej posunął finką. Z jego powodu w marcu 1936 roku do szpitala św. Rocha trafił Oszer Gurwicz z ul. Marmurowej. Ponieważ rana była lekka, Sałata wywinął się od kratek.

Włodzimierz Jarmolik

Złodzieje kradli ubranie ,bieliznę i co się jeszcze dało...

   Sprawa była oczywista. Złodziejowi, który włamał się późną nocą 3 kwietnia 1919 roku do mieszkania T. Bucholca przy ul. Skorupskiej 40, szło głównie o ubrania i bieliznę. Wtedy, w nędzy powojennej, to był towar wielce pożądany.

  Białostoczanie w tym czasie chodzili mocno obdarci. Przemysł tekstylny dopiero odbudowywał swoją, wcześniejszą potęgę. Więcej możliwości na zakup potrzebnej garderoby zapewniał zakamarek ze starszyzną mieszczący się tuż przy Rynku Siennym. Głównymi jego zaopatrzeniowcami byli oczywiście miejscowi fachowcy od złomu i wytrycha. Największe zapotrzebowanie klientów, zwłaszcza przyjezdnych włościan było na palta.

  Tak przykrego, popołudniowego, majowego dnia 1923 roku pani Grynberg nie spodziewała się. Mieszkała przy ul. Sienkiewicza 39. Akurat zajmowała się pitraszeniem w kuchni, a gdy weszła na chwilę do przedpokoju, spostrzegła z przerażeniem, że wieszak ze znajdującą się tam całą rodzinną garderobą został całkowicie ogołocony. Zeznając później przed policjantem oceniła swoją stratę na 1 milion ówczesnych marek polskich.

  Kiedy w październikowy wieczór tego samego roku Michał Szuszyński z Białegostoczku wszedł do stajni też omal nie zemdlał. Nie było w niej konia, uprzęży i wiszącego na kołku palta. Gniadego szybko odzyskał, a po skradzione wierzchnie okrycie musiał zgłosić się na komisariat.

  W komisariacie siedział już Maciej Paniucho z ul. Kozłowej, który próbował przy Siennym Rynku sprzedać skradzione palto, na czym przyłapał go agent policyjny. Szczęście miał również Józef Mazur, któremu gwizdnięto palto w mroźnym styczniu 1924 roku. Było ono prawie nowe, warte 25 mln marek. Szloma Frydenberg, sprawca tej kradzieży, nie zdążył nawet wynieść towaru na sprzedaż. Policja nakryła go z różnymi fantami w mieszkaniu przy ul. Składowej.

  Szczególny pociąg do konfekcji męskiej i damskiej miał niejaki Stefan Kornholf z ul. Baranowickiej. Zagarniał ją z prywatnych mieszkań, jak i sklepów, biur i urzędów. Kiedy jednak połakomił się na kostium damski w sklepie Jenty Benbaum przy Rynku Kościuszki 8, został nakryty przez ekspedientkę. Ucieczka nic nie dała. Wkrótce trafił za kratki.

Przedpokoje, gdzie zwykle pozostawiano grubszą odzież, stanowiły pole do popisu dla sprytnych szpringowców. Wchodzili tam pod byle pretekstem, jako omyłkowi goście, roznosiciele gazet, komiwojażerzy z walizeczką tanich perfum, krawatów czy lepu na muchy. Rzut oka na wieszaki i wiadomo już było, co można przy okazji wynieść za drzwi i schować do specjalnego worka.

   W ten sposób w maju 1925 roku stracił swoje palto Maldryk Morgolis z ul. Fabrycznej 13, a nieco później Kazimierz Ryniejski ze Skorupskiej. Ten był bardzo poszkodowany, bowiem w kieszeniach jego paltota, jak zeznał później, znajdowało się 15 złotych rubli i pozłacany medalion z łańcuszkiem. Czy była to prawda, kto wie?

  Nieźle trafił natomiast złodziejaszek, który w styczniu 1935 roku puknął lekko w niezamknięte drzwi do mieszkania Mojżesza Duńczyka przy ul. Sienkiewicza 41. Według relacji zamieszczonej w kronice kryminalnej "Dziennika Białostockiego" z przedpokoju zniknęło futro karakułowe, długie, z czarną, jedwabną podszewką i dużym futrzanym kołnierzem ze srebrnego lisa - warte, bagatelka 3500 zł.

  Paltowego pecha zaliczyli również w połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku Ajzyk Kobyliński z ul. Różańskiej i Izaak Motylski z ul. Warszawskiej. Do pierwszego zawitał jakiś niepozorny Żyd w celu wynajmu pokoju. Kiedy gospodarz na chwilę pozostawił go samego, ten natychmiast zniknął, a wraz z nim wyparował z wieszaka całkiem zdatny kożuszek i do niego jeszcze dwa srebrne lichtarze.

  Z kolei pana Motylskiego odwiedził starszawy żebrak, prosząc o wsparcie. Kiedy ten wyszedł z przedpokoju po jakąś drobną monetę, mężczyzna zabrał z wieszaka kurtkę wartą 30 zł.

  Dziwna natomiast była kradzież, której dokonała niejaka Anna Falkiewicz, zawodowa żebraczka. Zimą 1927 roku w domu przy ul. Orzeszkowej, w jej rękach, a później torbie znalazła się pstrokatą spódniczka. Jej właścicielem okazał się, ku zaskoczeniu, mężczyzna - Michał Daniłowicz.

Włodzimierz Jarmolik

Napad z bronią na sklepikarza w centrum miasta

  Po godzinie 22. pierwszy do akcji wkroczył bandzior Krasowski, przytknął zaskoczonemu Lipszycowi rewolwer do pleców i ściszonym, ale groźnie brzmiącym głosem zażądał: dawaj teczkę!

  Pobyt w więzieniu sprzyja zawieraniu różnych dziwnych znajomości. Jedne bywają dla przestępców całkiem korzystne. Inne z kolei prowadzą do biedy. Przekonał się o tym Icek Chutoriański z ulicy Wasilkowskiej.

  Pięćdziesięcioletni złodziejaszek i kombinator wpadł w 1935 roku na próbie wyłudzenia od sędziwej, 78-letniej Anny Gąsiewskiej kilku dziesięciozłotówek, które ta odebrała na poczcie, jako przekaz od syna przebywającego na obczyźnie. To wystarczyło a żeby Chutoriańskiego sąd białostocki skazał na sześć miesięcy pobytu za kratkami.

  Celę więzienną przy Szosie Baranowickiej drobny, miejski opryszek dzielił z niejakim Czesławem Krasowskim, zatwardziałym rabusiem rodem z Grodna, któremu właśnie kończyła się długoletnia odsiadka. Od słowa do słowa dwaj złoczyńcy znaleźli wspólny język i postanowili, po wyjściu z więzienia utworzyć złodziejską spółkę.

  Będąc już na wolności Icek Chutoriański jakby nieco ostygł w swojej sympatii do Czesia spod Grodna. Ten bowiem natychmiast zaopatrzył się w pistolet i zaczął szukać jakiegoś nadzianego klienta do obrabowania. Małemu oszustowi z ul. Wasilkowskiej nie bardzo to pasowało. Uniósł się jednak honorem, przystał na projekty kumpla spod celi, ale pod warunkiem, że nie będzie to robota, po której zostanie trup.

  Wytypowaną ofiarą bandyckiego duetu okazał się Jakub Lipszyc, właściciel trafiki, czyli sklepu z wyrobami tytoniowymi, który miał swoją lokalizację przy ul. Giełdowej pod numerem 1. 

  Z kolei miejsce zamieszkania sklepikarza było na ul. Nowy Świat, dokąd wracał regularnie późnym wieczorem, po zamknięciu tabacznego interesu. Droga nie była długa, a Lipszyc jeszcze ją sobie skracał przez przechodne podwórka. Tak było dzień w dzień. No i oczywiście miał zawsze ze sobą teczkę z utargiem i różnymi papierami.

Zasadzka i napad z bronią w ręku na sklepikarza

  Krasowski z Chutoriańskim urządzili zasadzkę na mało ostrożnego handlowca w jednym z podwórzy przy ulicy Kupieckiej.

  Było już po godzinie 22. Pierwszy do akcji wkroczył bandzior Krasowski, przytknął zaskoczonemu Lipszycowi rewolwer do pleców i ściszonym, ale groźnie brzmiącym głosem zażądał: dawaj teczkę! Chutoriański nie czekał na to, co zrobi jego ofiara, tylko wyszarpnął pakunek z ręki i zaczął uciekać. Jego koleś strzelił jeszcze na postrach i też dał drapaka. Gwałt, który podniósł kupiec, jakoś nikogo nie wzruszył.

  Następnego dnia Lipszyc złożył meldunek na policji o swojej nocnej przygodzie. Podał bardzo dokładnie, co mu zrabowali bandyci. Pieniędzy w teczce nie było zbyt dużo. Utracone zostały przede wszystkim weksle, obligacje i znaczki pocztowe. Ogółem strata wynosiła jednak aż 2700 złotych.

  Urząd Śledczy oczywiście rozpoczął natychmiastowe poszukiwania zuchwałych złodziei. Szczególnie, że została użyta broń. Prewencyjne aresztowania objęły wszystkich potencjalnych sprawców napadu, którzy figurowali w policyjnej kartotece. Sprawdzano alibi, konfrontowano z poszkodowanym, nic to jednak nie dało. Chutoriański, który nie był wcale brany pod uwagę, jako ewentualny rabuś, jednak mocno się przestraszył. Odmówił Krasowskiemu, kiedy ten zaproponował mu następną robotę. Wolał wróci do swojej tombakowej manufaktury, drobnych oszustw i małej, złodziejskiej partaniny.Zawiedziony bandzior z Grodna zabrał więc cały łup zdobyty na Lipszycu i wybył w rodzinne strony.


  Półtora roku potrzebowała policja, ażeby rozwikłać sprawę napadu przy ulicy Kupieckiej. Najpierw aresztowany został Krasowski, który sprzedał zrabowane weksle i obligacje znajomemu kioskarzowi - paserowi w Grodnie. Ten mało ostrożnie puścił trefny towar w obieg. Wpadł i naciśnięty mocniej przez agentów policyjnych wydał swojego dostawcę.

  Natomiast zimą 1937 roku kolej przyszła na Icka Chutoriańskiego. Ten już zapomniał o spółce z grodzianinem, zajął się swoimi fałszywkami, a tutaj proszę: kilku panów w mundurach i po cywilnemu przypomniało mu, że będzie musiał odpokutować za swoją mało rozważną znajomość z więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Złodzieje, mordercy i oszuści w dwudziestoleciu międzywojennym

  Najbardziej ponurym przejawem przestępczej działalności w przedwojennym Białymstoku był na pewno pospolity bandytyzm, połączony często z zabójstwem. Szerzył się zwłaszcza na obrzeżach miasta.

  Karabin rewolwer czy zwykła pałka były głównym argumentem bandziorów. W pierwszej połowie lat dwudziestych ubiegłego stulecia trzeba było mieć dużo szczęścia, ażeby jadąc furmanką z Knyszyna, Supraśla, Wasilkowa czy Zabłudowa nie natknąć się na drodze do Białegostoku na dwóch albo trzech zdesperowanych osobników z jakimiś przedmiotami w rękach, którzy w bardzo oszczędnych słowach domagali się natychmiastowego okupu. Trzeba było mieć też silne nerwy, by z takiego spotkania wyjść bez szwanku.

  Szczególnie wiele bandyckich rabunków dokonywali młodzi chłopcy, którzy dopiero co opuścili szeregi wojska po wojnie polsko-bolszewickiej. W 1923 roku nie było dnia, aby miejscowa prasa nie donosiła o rozbojach drogowych. 13 lutego schwytany został niebezpieczny bandyta Roman Dembowski, który upodobał sobie szosę Białystok-Zabłudów i tam dokonywał napadów. Dwa tygodnie później sąd doraźny, mający takie uprawnienia, skazał na karę śmierci Józefa Misiewicza, karanego już w wojsku dezertera, za popełnienie kilkunastu złodziejskich rekwizycji. Sąd apelacyjny wyrok zatwierdził.

  Niemile skończyły się wyprawy do Białegostoku kilku mieszkańców Supraśla. Najpierw w lutym 1923 roku uczynny kupiec Kurys zabrał na swoją furkę dwóch pieszych, którzy poprosili o podwiezienie. Sterroryzowany pistoletem stracił na tym interesie 800 tysięcy marek, paltot, a nawet bieliznę. Złoczyńcy pozostawili go całkiem golutkiego, a sami skryli się w lesie.

  Z kolei Konstanty Dobrończyk, również supraślanin, usłyszał nagle w okolicach wsi Ogrodniczki ponure wezwanie - pieniądze albo śmierć! Gdy zwlekał z sięgnięciem do kieszeni, został zraniony nożem, bandyci zaś na wszelki wypadek wystrzelili jeszcze na postrach z karabinka. Tym razem strata nie była tak wielka. Wszystkiego 85 tysięcy marek. Ale strach pozostał.

  W pierwszych miesiącach 1925 roku policjanci zajmujący się bezpieczeństwem w powiecie białostockim mieli szczególnie dużo pracy. Co i rusz zgłaszali się do nich poszkodowani podróżni.

  Na szosie Białystok - Zabłudów obrabowany został z posiadanej gotówki Jankiel Sapirstajn, na tym samym szlaku trzej bandyci zastawili obrzynkami Adolfa Raczko, zabrali pieniądze, kożuch i solidne buty. Była zima, a więc rzeczy bardzo cenione. Gospodarz z Nowosadów musiał więc do swojej wsi drałować po śniegu.

Bandycka szajka została w końcu schwytana. Należeli do niej m. in. Michał Wasilewski, Bolesław Ostaszewski i Józef Zawadzki.

  W marcu 1925 roku sąd białostocki skazał ich na bezterminowe ciężkie więzienie. Najgorszym miejscem do odbywania takiej kary był w międzywojennej Polsce niewątpliwie Święty Krzyż.

  Niemal dokładnie rok później za swoje bandyckie sprawki odpowiadali bracia Antoni i Zygmunt Piszczatowscy. Wsławili się oni tym, że w ciągu jednego styczniowego dnia na leśnej drodze w okolicach Bielska Podlaskiego dokonali aż dziesięciu napadów rabunkowych. Sąd zafundował im również bezterminową odsiadkę.

  W latach trzydziestych szosowi bandyci jakby odpuścili sobie zimowe napady w okolicach Białegostoku. Proceder oczywiście istniał, a nawet przybierał niekiedy dosyć oryginalną formę. Oto na przykład w lipcu 1932 roku w miasteczku Augustowie, koło cmentarza, napadnięta została Stefania Łasieńska, małżonka rotmistrza 1 Pułku Ułanów Krechowieckich. 

  Szła sobie spokojnie i dostrzegła pod cmentarnym murkiem obszarpanego żebraka, który poprosił j o wsparcie. Dała 20 groszy. Ten jednak tym się nie zadowolił. Wstał, uderzył kobietę w twarz i zabrał z koszyka portmonetkę, w której było 100 złotych. Zgodnie z tradycją wszystkich bandziorów w naszych stronach, obszarpaniec zbiegł natychmiast do lasu.  

Włodzimierz Jarmolik

Miasto po II wojnie światowej

  Niecodzienna sceneria z dnia ślubu Jerzego, na zapleczu posesji przy ul. Sienkiewicza 116.2(Antonina i Karol Oksiutowie z synami: Zdzisławem w mundurze, Jerzym i najmłodszym Stanisławem3) Po cywilnym potwierdzeniu związku małżeńskiego, 24 października 1961 roku fot. Archiwum prywatne.

  Zapiski Jerzego Oksiuty. Autorzy skutków są konsekwencjami ze służby w wojsku pod koniec minionego wieku iz wystąpienia wojennych na Pietraszach. Dziś przeniesiemy się w pierwsze lata po przepędzeniu Niemców w pierwszych początkiach tzw. demokracji ludowej.

  Najpierw dla porządku odtwórzmy kolejny adres rodziny Oksiutów, co nie jest emitentem. Dom na Pietraszach zgorzał, potem była wędrówka: Szosa Wasilewska 128 (tu 14 lutego 1945 roku urodziła się brat Stanisław), letnia kuchnia u cioci Jadwigi Michalczuk przy ul. Krańcowej 24 (Wygoda) i maleńki pokoik komunalny z wnęką kuchenną przy Sienkiewicza 58, razem 20 m kw. Urzędnik miejski radził sobie z trójką synów wyjechać na Ziemię Odzyskane, bo tam według niego wolne mieszkania są na pogorzelców i repatriantów. Z tej okazji skorzystała rodzina spod Sienkiewicza 116, Oksiutowie płacli jej odstępne i zamieszkali w 1946 roku prawie po pańsku, na 50 metrach odstępne.

  Budynek był drewniany, kryty dachówką, parterowy z poddaszem. Kwawaterowało w nim pięć rodzin: Oksiutowie pod jedynką, Chrzanowscy pod dwójką, pani Zofia Rogowska z córką pod trójką, Eulampia Malewicz pod czwórką i Brzezińscy pod piątką. Palono węglem, ale prąd elektryczny i woda w wiejskich, a WC na podwórzu. Ot, jak na Bojarach.

  Jak się żyło? Zbiegli się zgotowanymi przez różne zdarzenia i wredne jednostki, byle spowodować, lata i jesień, potem Święta Bożego Narodzenia i coraz bardziej ostatnie dni. Mały Jurek zapamiętał narodziny brata. Głośne krzyki matki pochodzą, że ojciec zapadł do sąsiadki, gdzie mieszkała Kaśka, zwana akuszerką. Kiedy nie można skutecznie pomóc położnicy zawołano bardziej doświadczoną panią Kirejczyk. Ta zaczęła od setek pod słoninę, a pozostałe wódki przeznaczono do celów higienicznych. Mogło się, chociaż po prawdzie przyjść na świat trzeciego chłopaka, a mama marzyła o dziewczynce. Akuszerka położyła niemowlaka na pieluszkach i ratowała panią Oksiutową. Ta, jak trochę nabrała tchu, to pytaniea, co z tym, dlaczego w ogóle nie płacze? Na do akuszerki:

- A co pani Tosia pragnie, aby żyć, przecież wszyscy słyszeli krzyk, że już więcej nie chce mieć dzieci! Nieporozumienie rozwiązane, pani Kirejczyk przyszła na dziecko, popluskała je po pupce, ciało z lilowego dziecka się czerwone i maleńki zaczęło wrzeszczeć. Znaczy się zdrowy i chce żyć. Chrzciny Jurek też zapamiętał, bo wujek Janek poczęstował go kieliszkiem słodkij wódki. Haka wypadł i starszy brat Zbyszek. Niestety, chrzestny Stanisław spod Wasilkowa wkrótce zginął. „Wszędzie grasowały głodne, brudne, pijane i zawszone wojska sowieckie”. Czy można było polubić takie „wyzwolicieli”?

  Ciężko było gatunkiem rodzinnym w czasie okupacji, ciężko i po wykluczeniu frontu. Senior Oksiuta szukał roboty za Białymstokiem, matka też dorabiała handlem. Kupowało się produkty u gospodarzy, sprzedawało się na Starym Rynku na Bojarach, gdzie z kolei można było znaleźć coś z manufaktury. Dzieci ciążła cioci Ola. Oj, był z nią problem, gdy pomyliła ojcowskie flaszeczki, które były w szafeczce przy oknie. Trudno było orzec, czego się przez zagapienie napiła: ziółek na serce, z piołunem na żołądek, czy mikstury od reumatyzmu. Chyba nie lekarstwo na nacieranie przeziębionych koni, bo to był zajzajer, okrutnie szczypiący. Ciocię Olę odratowali w przychodni przy Sienkiewicza.

  To nie było nadajnika dzieci, pajdka ze smalcem smakowała nadzwyczajnie, zwrotne wywołał tran. Zimą ojciec do rozchlapanych butów syna wkład z siennika słomę. „Płakałem z bólem, kiedy mrozów trzymałem krzyż w kondukcie żałobnym, aw rękawicach porobiły się dziury. Matka w rękach a następnie moje ręce do zimnej wody i żądaniea, ile otrzymali za dziesięć krzyż. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że 10 złotych. Usłyszałem: To daj mi, jutro kupiliśmy za to chleb. Ojciec trzasków w eterze, czyli Wolnej Europy, powiadomiony, że trzeba na innych szwendających się w drzwiach.

  Siedemnastoletniego Zdzicha Karczmarka przywieźli z Mickiewicza 3 w trumnie, którego nie było ujawnienie przed pogrzebem. Wzięli go ci z UB za trefne zdjęcia, które wywieszał na słupach. W szkole nr 5 (dyrektorem był Pawłowski) opowiadali o wielkim Stalinie, przyjacielu Polaków i wszystkich dzieci na świecie, w kościele (katecheta ks. Radziwon) modlono się do tego samego co i przed upowszechnieniem Pana Boga, w domu jak się zeszli starsi, to szeptali o przeklętych komunistów. Biegać po ulicy i dokazywać nikomu, nie zabraniać, byle lekcje były odrobione. Na przypadek I Komunii Świętej był przygotowany w domu Oksiutów garnitur uszyty z worka jutowego po wcześniejszym wybawieniu napisów. Trójka budrysów różni się od siebie większej, więc trzeba wydłużać i skracać nagawki.

   A potem czas przyspieszył, Technikum Elektryczne i praktyka przy elektryfikacji wsi Jagodniki, zaloty do dziewczyn, inne pokusy. Matka z powykręcanymi od reumatyzmu, ojciec odpada z wypraw na wieś i produkcję wody 70-procentowej. Dom przy Sienkiewicza 116 wrastał w ziemię, dziś nie ma po nim śladu. Dodaj zdjęcia ze ślubu Jerzego i Ireny. Kościelny odbył się 12 listopada 1961 roku, cywilny wcześniej. Na stopniach Teatru Dramatycznego im. A. Węgierski odstęp od lewego: matka Antonina, bratowa Emilia (Mila), państwo młodzi zakochani, z tyłu ojca Karol, a brat Zdzisław patrzy się na szpaki.

  Wierzę, że tom wspomnień Jerzego Oksiuty ukaże się wkrótce drukiem. Tak mało wiemy o realiach życia pokolenia, które dorastało w alternatywnych, często dramatycznych latach PRL. Obecnie wykreślane z kart dziejowych z wyjątkiem walki o utrzymanie tożsamości podstawowej i wiary oraz martyrologii „wyklętych”. Wielkie problemy stały się profesjonalnymi historykom i życzmy im szczęście w sformowaniu obiektywnych ocen. Państwa następnie zachęcam do podzielenia się wspomnieniami z domu rodzinnego, szkół i pracy, z podwórka. To bardzo ważne dla opisu życia codziennego w powojennym Białymstoku.

Adam Czesław Dobroński 

Złodziejskie wycieczki do Białegostoku

 

  W listopadzie 1927 roku bawili krótko w Białymstoku Jankiel Rozenberg i Chil Rozen, fachowcy - włamywacze z miasta Łodzi. Odwiedzili zakład fryzjerski Zelmana Jezierskiego przy Rynku Kościuszki 3. Ale nie mieli zamiaru tam się strzyc.

  Białostocki mistrz grzebienia i nożyczek stracił narzędzie pracy warte co najmniej 600 zł. Dwaj złodzieje zostali ujęci dopiero po kilkunastu miesiącach w stolicy, przy daleko idącej współpracy policji białostockiej i warszawskiej. Skradzione rzeczy, a przynajmniej ich część, odnalazły się w sklepiku pasera z ul. Krochmalnej, Abrama Krauzego.

  W kwietniu 1929 roku przed Sądem Okręgowym w Białymstoku odbyła się gruntowna rozprawa z Rozenbergiem i Rozenem. Zatwardziali kryminaliści zostali skazani na 4 i 4,5 roku więzienia. Kara została im jednak zmniejszona o jedną trzecią na mocy ustawy amnestyjnej.

  Gościnne występy w przedwojennym Białymstoku w wykonaniu złodziejaszków z innych miast, takie jak ten przedstawiony powyżej, były normą. O takich zdarzeniach czytało się w miejscowej prasie niemal co kilka dni.

  Do Białegostoku przybywali przestępcy o różnych specjalnościach, od zręcznych kieszonkowców poczynając, a na kasiarzach - rutyniarzach kończąc. Pochodzili oni przede wszystkim z Warszawy i Wilna. Pomocne było tutaj dogodne połączenie kolejowe.

  Po Białymstoku grasowali też opryszki z Grodna, Łodzi a nawet odległego bardzo Lwowa, który miał swoją słynną szkołę kradzieży. Wielu z nich szybkie i udane roboty uchodziły na sucho, choć policjanci z Ekspozytury Urzędu Śledczego robili, co tylko mogli, ażeby schwytać sprawców.

  Szczególnie niegościnnie zachował się w 1925 roku Judel Szmurkiewicz, zawodowy złodziej z Warszawy, który niemal na oczach wszystkich klientów Banku Polskiego przy ul. Warszawskiej ściągnął sprzed okienka kasjerskiego 17 tysięcy złotych w grubych banknotach. Schwytano go dużo później, a sąd wlepił mu cztery lata pobytu w zakratowanym odosobnieniu.

  Na początku 1928 roku pojawiła się w Białymstoku silna ekipa włamywaczy z Wilna. Byli w niej główny spec od mieszkaniowych zamków, Icek Szmulewicz, gość od ochrony Feliks Skoryński, używający też innych nazwisk, jak Nowak, Sakowicz czy Wille, no i wywiadowczyni grupy - Basia Galperowicz.

  Skwapliwie obrobili kilka mieszkań. Ostatnie należało do Konstantego Masyglińskiego. Trafili tam fantów na ponad dwa tysiące złotych. Kiedy chcieli już wyjechać z dworca do swojego rodzinnego miasta, zwinęła ich policja.

Z kolei zupełnie nieudany występ na bruku białostockim zanotowali w styczniu 1932 roku goście z Warszawy - Stanisław Bartoszewicz i Hieronim Stryjewski, bezrobotni złodzieje stołeczni.

  Kiedy o godzinie 3 minut 25 po północy wygruzili się z pociągu pośpiesznego relacji Warszawa - Wilno, policjanci z komisariatu dworcowego od razu wzięli ich na celownik. Jak się okazało podczas drobiazgowej rewizji, bagaż zatrzymanych zawierał: duży tasak kuchenny, latarki elektryczne, wytrychy (francuskie) do otwierania wszystkich zamków, żyletki do przecinania kieszeni w specjalnych drewnianych oprawkach i inne złodziejskie akcesoria.

  Zawiadomiony o zatrzymanych osobnikach Warszawski Urząd Śledczy pogratulował kolegom z Białegostoku dużego sukcesu.

  Kryzys początku lat trzydziestych sprawił, że warszawska, złodziejska ferajna bardzo często przybywała w gości do Białegostoku. Próbowali tutaj poczęstunku, ale jakoś go nie skonsumowali tacy gwiazdorzy od złodziejskiej fuchy, jak: Jan Kuryłowicz, znany w całej II Rzeczypospolitej kasiarz, włamywacze Szmul Eksztejn i Milek Toplicki, a zwłaszcza wyjątkowo pechowy klawisznik Marian Szymanowski.

  Pracował on intensywnie przez kilka miesięcy 1933 roku w naszym mieście. Kradł przede wszystkim biżuterię i futra. Miał on na nie zamówienie od warszawskich paserów. Straty ponieśli wówczas m. in. mieszkańcy domów przy ul. Monopolowej i Wojskowej.

  Wpadł bardzo głupio. Podczas okazania policjantowi fałszywej legitymacji. Szybko został rozpoznany. Rok więzienia to był i tak dla niego duży prezent.

  Żeby było sprawiedliwie, białostoccy złodzieje jeździli w gości do Warszawy i Wilna, ale nie wiodło się im tam najlepiej.

Włodzimierz Jarmolik

Białostoczek - historia osiedla

   Białostoczek. 10 maja 1919 roku wieś włączono do miasta, co wcale nie oznaczało szybkiej zmiany zabudowy i zajęć mieszkańców. Światło elektryczne zabłysło tu w latach 1932-1933, przez cały okres międzywojnia dobrze miało się Stowarzyszenie Furmanów.

  W 1977 roku na Białostoczek wjechały koparki i spychacze, zaczęto stawiać ogromniaste gmaszyska z płyt betonowych. Apel do Państwa o zdjęcia z Białostoczka przyniósł jak dotąd mierny plon, na szczęście sytuację uratował sam pan Ryszard z pomocą córki Anny. Temat na dziś brzmi: Jak się żyło w tej dzielnicy z bardzo starą metryką, zdominowanej przez wieki przez rolników? Swoich równolatków nie zadziwię szczegółami opowieści, ale dla młodszych to momentami będzie bajka zza siedmiu gór i rzek. Jak ten czas leci!

  Przyjrzyjmy się najpierw sielskiej scence przed domem znajdującym się przy ul. Białostoczek 23B, z oknami wychodzącymi na ulicę Zagumienną. Zbudował go ojciec pana Ryszarda imieniem Józef (ur. w 1903 r.), z pomocą swego ojca Wincentego (zm. w 1941 r.). Z sieni drzwi prowadziły aż do trzech mieszkań, co rodziło konflikty między współgospodarzami i lokatorami. Może i dlatego ojciec i brat mojego rozmówcy wzięli się za wznoszenie nowych siedzib na kolonii Białostoczek, w tym na tzw. nadawkach (naddawkach), czyli zagonach ciągnących się wzdłuż drogi polnej prowadzącej do Szosy Północno-Obwodowej.

  Dodam tylko, że dalej położone pola i łąki, sięgające w rejon magazynów wojskowych na Wygodzie, zwano Studzieńczyna, zaś bliżej torów znajdowała się Brazylka i z wyjaśnieniem tej nazwy nadal mamy kłopoty. Już chyba tylko pan Ryszard pamięta inne jeszcze nazwy zwyczajowe z Białostoczku: Zagradek, Zapaszka, Mostki, Działa, Zliszki, Żabki.

  Funduszów brakowało, więc budujący wykorzystywali szpały (podkłady kolejowe), zaś szpary między nimi zapychano pakułami i mchem. Po upływie lat wypadało obić taki dom papą i ta jest widoczna na zdjęciu wraz z papiakami, czyli krótkimi gwoździami z metalowymi podkładkami, które zdążyły zardzewieć i wyglądają jak czarne plamy. Dach domu Malinowskich pokryto dachówkami, rynien nie było. Dla ocieplenia sufitu z góry na deski nasypano warstwę trocin.

  Sprawdzano więc, czy z trzonu kominowego nie wycieka dym, bo cały dom mógł szybko zamienić się w pochodnię. Proszę popatrzeć jeszcze na dorodne kwiatki przed oknem, no i przede wszystkim na roześmiane twarze żony pana Romana - Heleny (w oknie) i dzieci: Anny (najmłodsza) oraz Mariana (pierwszy z prawej), a także trójki gości z Warszawy, którzy tu zjeżdżali jak na letnisko. Było przecież miło i spokojnie.

  Na kolejnym zdjęciu znalazło się więcej przedstawicieli rodziny Malinowskich i krewnych. Płot jak na miasto wojewódzkie nie wygląda imponująco, ale sztachety trzymały pion. Dokonajmy przeglądu osób, przesuwając wzrok z lewej na prawą stronę: stoi pani Helena, klęczy Irena, żona Czesława Malinowskiego (brata Ryszarda), dalej dzieciaczki: Anna i Marian, wspomniany Czesław i brat cioteczny Ryszarda - Zdzisław Klimczuk, obecnie organista w Dojlidach. Dominuje zieleń, co nikogo nie powinno dziwić. Pochowały się kury (biegały do sąsiadów, ale jajka niosły tylko w swoich gniazdach), nie ma kota (czatował na myszy?), a pies pilnował budy.

  Pan Ryszard z czułością w głosie opowiada o nadzwyczajnym psie, który srożył się, gdy miał łańcuch na szyi, a po uwolnieniu stawał się przyjacielem wszystkim. Kiedy trzeba było przenieść się do bloku, Malinowscy oddali wiernego czworonożnego przyjaciela do ojca na kolonię. Okrutnie wył z żalu, więc trzeba go było przekazać hodowcy lisów, tam nie chciał nic jeść i wkrótce padł. Pogłowie zwierząt uzupełniały dwie świnki, jedna wielkanocna, a druga bożonarodzeniowa, bo przed tymi świętami zamieniały się na rąbankę i wyroby masarskie własnej produkcji.

  Proponuję teraz wątek przyjemniejszy, czyli kąpiel Anny (z lewej strony) i młodej warszawianki, utrwaloną na zdjęciu z około 1970 roku. To naczynie zwało się balią i służyło do różnych celów, przede wszystkim do prania. O wodociągu mogli państwo Malinowscy wówczas tylko pomarzyć. Płytka studnia przy domu miała wodę glinianą, paradoksalnie więcej wody zbierało się wiosną w piwnicy, skąd trzeba ją było wyciągać wiadrami. Za to w podwórzy przy Zagumiennej 21, u Józefa Linowskiego, studnia była głęboka i z wodą źródlaną. A nieczystości po prostu wylewało się na Zagumienną, ulicę gruntową, rozmywaną przez deszcze. Ubikacja (to wyrażenie już miejskie, z wiejska nazywana też wychodkiem, a bywało, że jeszcze dosadniej) zapowiadała lepsze czasy, miała betonowy zbiornik, który opróżniano z pomocą g...wozu.

  Pan Ryszard wspomina sentymentalnie, jak to przed wojną w rejonie obecnego kościoła Miłosierdzia Bożego zbudowano tamę na Białce i ścieki popłynęły nowym korytem, a stary został poszerzony. Od niemal ulicy Sokólskiej do torów kolejowych powstał mały zalew, w którym głębokość wody sięgała 5 metrów. Kąpano się tu jeszcze na początku lat 60. XX wieku, a między obu korytami rzeki zażywali słońca plażowicze. Były to dobre lata i dla wędkarzy. Zimą lód ze zbiornika trafiał do piwnic, gdzie przesypywano go trocinami, by latem wykorzystywać jako lodówki. Czar prysł, gdy w trakcie budowy Alei 1000-lecia zlikwidowano tamy i czyste wody odnogi Białki (dopełniane ze źródła) zmieszały się z zalatującą smrodkiem "zupą".

  Na koniec zdjęcie nr 4, z koloni Białostoczek. Po bokach stoją bracia Malinowscy: Czesław (1931-1991, jako więzień polityczny okresu stalinowskiego nabawił się gruźlicy) i Ryszard, w środku kuma (chrzestna) z synem Czesława, a za nimi luks-warszawa. W głębi widać dom zbudowany "sprytem" z tarcicy o wymiarach 12 na 7 metrów. Tylko ten dom ocalał z całej kolonii, zmienił się jedynie jego adres na wymienioną już Aleję 1000-lecia.

Adam Czesław Dobroński 

Napady w centrum Białegostoku to była norma

  Chodzenie o zmroku ulicami powojennego Białegostoku było ryzykowne, a nawet lekkomyślne. Brak dostatecznego oświetlenia i mała liczba policyjnych patroli pobudzały do działania drobnych rabusiów szukających łatwego zysku.

  Na spotkanie z bezczelnymi typkami, kryjącymi twarz pod mocno nasuniętą czapką w pierwszej kolejności narażone były samotne kobiety, powracające późno do swoich domów. Wśród międzywojennych, ulicznych bandziorów stało się modne pytanie przechodniów o czas na zegarku.

  Wrześniowym półmroczem 1921 roku wracała do domu panna Bekerminówna. W pewnym momencie podszedł do niej nieznany młodzieniec i zapytał grzecznie, która może być aktualnie godzina? Ponieważ było już ciemnawo, zapóźniona panienka nie mogła właściwie odpowiedzieć. Zakłopotany chłopak poświecił jej wydobytą z kieszeni małą latarką. Nie patrząc na wskazówki zerwał szybko z ręki zegarek ze złotą bransoletką i zbiegł. Wartość utraconego czasomierza wynosiła 40 tys. marek.

  Zegarkowych przygód nie brakowało też w tym czasie i mężczyznom. Ot na przykład w nocy z 4 na 5 maja 1922 roku na ul. Kraszewskiego zatrzymany został Jakub Fajens. Pytanie brzmiało krótko: która godzina? Gdy ten sięgnął do kieszeni po swoją cymę, poczuł cudzą rękę, która starała się wyrwać zegarek. Całe szczęście, że pojawili się inni przechodnie, którzy spłoszyli napastnika.

  Miesiąc później na ul. Kraszewskiego, być może ten sam złodziejaszek próbował ukraść zegarek z ręki R. Bernera. O godzinę zapytał po niemiecku. Podstęp się nie udał dzięki refleksowi towarzyszącego Bernerowi kolegi. Opryszek musiał wziąć nogi za pas.

  Innym sposobem miejskich rabusiów na dokonanie prostej kradzieży, było zaczepianie przechodniów z prośbą o papierosa lub zapałki. Jeśli te słowa wypowiedziane były w sposób kulturalny a powierzchowność zafrasowanego palacza nie wzbudzała podejrzeń, zagadnięty zamożny - sądząc po odzieniu - obywatel przystawał. Wyciągał srebrną papierośnicę czy też pozłacaną zapalniczkę. O to przecież szło! Zwinny złodziejaszek wyrywał z ręki dobrodusznego białostoczanina cenny przedmiot i znikał w najbliższej bramie.

  Kiedy w sierpniu 1921 roku na ul. Szkolnej zaczepiony został w ten sposób niepalący muzyk F. Fidler, także nie obyło się bez straty. Nachalny drab sięgnął po prostu po tkwiące pod pachą muzykanta skrzypce. Do tego nastąpiło jeszcze silne uderzenie pięścią w głowę ofiary.

Napad na św. Rocha

  Szczególnie niebezpiecznie było spacerować nocą po ul. św. Rocha. Była to najkrótsza droga prowadząca z dworca kolejowego do centrum miasta, gęsto uczęszczana przez przyjezdnych z nocnych pociągów, którzy nie chcieli wykosztowywać się na dorożkę. Tutaj padały zwykle z ust wyłaniającego się z mroku dużego typa dwa proste słowa: dawaj portfel! Typ ów miał zwykle w ręku solidną pałkę, czy też gazrurkę.

  W ten sposób w maju 1923 roku straciła blisko 200 tys. marek Halina Derfasztejn, w październiku tegoż roku teczkę z 5 mln marek postradał Bronisław Ciechowski, zaś nieco później napadnięta została uboga przyjezdna z Ostrołęki, Apolinia Napiórkowska, którą opryszek pozbawił torebki z sześcioma złotymi. Tego akurat amatora łatwego zarobku udało się policji schwytać. Okazał się nim Chil Malsowicz, znany w tym rejonie złodziej i zabijaka.

  Na możliwość ulicznego rabunku narażone były również dzieci. Szczególnie wtedy kiedy rano szły do szkoły. Wiosną 1922 roku policja białostocka zlikwidowała szajkę wyrostków, którzy zaczepiali uczniów pytaniem: co dostałeś na śniadanie? Jeśli któryś był oporny, sami przetrząsali tornister i zabierali co im się podobało.

  Uliczne rabunki odbywały się nagminnie i w dalszych latach międzywojnia. Niektóre z nich były wręcz kuriozalne, ale równie niebezpieczne.

  Oto przykładowo zimą 1927 roku na ul. Fabrycznej dwóch oprychów, Paweł Gertner i Konstanty Sacharke, mający za sobą bogatą przeszłość kryminalną, a aktualnie czujący nieprzepartą chęć wypicia kolejnej butelki wódki, zabrali przygodnemu przechodniowi tylko tyle, ile było im potrzeba na alkohol i zakąskę - 2 zł i 50 groszy.Sąd jednak nie uznał tego minimalizmu i skazał obu z art. 51 i 589 kodeksu karnego na cały rok więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Bandycki Białystok. Policyjne porządki w okresie międzywojennym

  Jednym ze sposobów policyjnych w walce ze światkiem przestępczym w międzywojennym Białymstoku były obławy i rewizje przeprowadzane przez Urząd Śledczy i komisariaty policji w złodziejskich melinach i kryjówkach.

  Szczególną plagą w pierwszych latach niepodległej Polski był pospolity bandytyzm. W Białymstoku i w okolicy grasowały liczne szajki zbrojne, zdemoralizowane czasami wojennymi. Przeciwko nim właśnie ówczesny komendant policji Józef Kamala organizował regularne obławy, w których brali udział nie tylko posterunkowi i wywiadowcy policyjni, ale również grupy żandarmów i oddziały żołnierzy. W ten sposób rozbita została m.in. w 1921 roku groźna banda Antoniego Łukaszyńskiego, będąca postrachem podbiałostockich osad.

  W latach 20. a i później, obławy w mieście przeprowadzały zazwyczaj białostockie komisariaty. Szczególnie zapracowane były III i IV. Pierwszy z nich odpowiadał przede wszystkim za to, co działo się na Rybnym Rynku, drugiemu z kolei podlegały groźne zawsze Chanajki, Piaski i Skorupy. Podczas takich akcji do aresztu trafiało często po około 60 osobników, podejrzanych o niecne zamiary. Większość z nich szybko wypuszczano, w sieci pozostawały tylko grubsze ryby. Tak oto wiosną 1931 roku znalazł się w niej Icek Segał, ukrywający się w naszym mieście znany złodziej z Brześcia nad Bugiem.

  Swoją działkę w łapaniu, zwłaszcza przyjezdnych obwiesiów miał V komisariat, mieszczący się na dworcu kolejowym. Wiele energii poświęcał temu jego komendant Franciszek Pierso. Dzięki jego zorganizowanym patrolom wyłapywał on większość przybywających na gościnne występy złodziei, pociągowych rejzerów i podejrzanych włóczęgów.

Policja miała kilka stałych terminów, w których przeprowadzała profilaktyczne czyszczenie miasta z potencjalnych złodziei i rozmaitych mętów. Były to dni przed świętami wielkanocnymi i bożonarodzeniowymi oraz przed czerwcowym, popularnym jarmarkiem na św. Jana. Wówczas to przybywało do miasta szczególnie dużo opryszków, zwłaszcza z Warszawy, a i miejscowi kieszonkowcy, tombakowi oszuści, loteryjni naciągacze czy szulerzy od trzech kart z utęsknieniem czekali na to świąteczne wydarzenie.

  Obławy odbywały się w dzień, ale zwłaszcza w nocy. Kiedy informacje o wzmożonej działalności przestępców były silnie udokumentowane, do akcji mobilizowano nawet 90 funkcjonariuszy policji. Tak była na przykład przed Wielkanocą 1935 roku. W mieście zauważono nadmierną gorliwość złodziejaszków sklepowych i hal targowych. Był to oczywiście dla wielu kanciarzy ważny punkt w ich sezonowej robocie. Szeroką obławę rozpoczęto o godzinie 21., a zakończono o 1. po północy.      

   Kierowało nią dwóch doświadczonych oficerów Policji. W ręce władz trafiło 33 podejrzanych osobników, wygarniętych z chanajkowskich melin i brudnych spelunek w różnych dzielnicach Białegostoku. Byli wśród nich zarówno 17-letni Bolesław Szczygielski, jak też trzydziestoparoletnie małżeństwo Olgi i Eugeniusza Auerów. Tych ostatnich od dawna poszukiwała policja za wcześniejsze, brzydkie występki.

  Policyjne obławy przeprowadzano również po wyjątkowo zuchwałych rabunkach w mieście, jak też w pościgu za szczególnie groźnym kryminalistą. Tę pierwszą niech zilustruje wydarzenie z 1937 roku. Obrabowany został wówczas sklep jubilerski Mejłacha Zyskowicza przy ul. Sienkiewicza 3. Zginęło wiele cennych precjozów. Wydział śledczy zarządził natychmiast przeszukanie wszystkich znanych, złodziejskich adresów. Do aresztu trafili tak poważani na bruku białostockim włamywacze, jak: Nochim Abolewicz, Abram Duczyński, Icek Golsztein, Abram Kolew czy Władysław Paradowicz. Mieli jednak mocne alibi. Jak się wkrótce okazało, jubilera obrobili ich koledzy po fachu z miasta Wilna.

  W 1938 roku białostoccy policjanci urządzili dużą obławę na jednego, ale za to zatwardziałego bandytę, Władysława Szejdę. Uciekł on właśnie z więzienia w Łomży, gdzie odbywał długi wyrok. Za zbiegiem ruszył cały oddział mundurowych. Po wielogodzinnym pościgu po okolicznych lasach, a później poddaszach białostockich domów, Szejda trafił w końcu w ręce władz.

Włodzimierz Jarmolik

Rynek Kościuszki. Historia od Branickiego po PRL

  Za czasów Jana Klemensa Branickiego na białostockim rynku stały rzeźby. Bynajmniej nie po to, aby ówczesnych mieszczan oswajać z najnowszymi trendami sztuki im współczesnej.

  Posągi ufundowane przez hetmana miały edukować nie estetycznie tylko moralnie. Posąg Temidy stojący pośrodku handlowego placu przestrzegał ewentualnych oszustów i złodziejaszków przed surową sprawiedliwością i nieuchronną karą. Figura świętego Floriana wystawiona pomiędzy ratuszem a kościołem miała być taką polisą ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Pojawiła się po ogromnym pożarze, który w 1753 roku strawił znaczną część Białegostoku. Oba posągi przetrwały do początków drugiej połowy XIX wieku. Po ich usunięciu, przez następnych 30 lat na rynku nie stało nic.

  Dopiero w 1892 roku u wylotu ulicy Mikołajewskiej (Sienkiewicza), zgodnie z postanowieniem kontraktu na budowę miejskiego wodociągu, stanęła na rynku fontanna. Około 1900 roku jej wodotrysk ozdobiła rzeźba przedstawiająca trzech młodzieńców. Symbolizowali oni muzykę, rolnictwo i rybołówstwo. 

  Po upływie kolejnych 10 lat pojawił się na rynku nowy, supernowoczesny element. Jego estetyka nie wzbudzała, większych kontrowersji choć rynek sprzed 100 laty był bardziej zabytkowy niż obecnie. Obiekt ów niczego nie symbolizował, mówił wprost o tym, że w Białymstoku rozpoczęła się epoka elektryczności. Tak więc tuż obok wejścia do osiemnastowiecznej kamienicy dworskiej (obecna Astoria) stanął blaszany, cylindryczny kiosk, w którym "transformatorowane było napięcie pierwotne 3000V na 210 i 120 V". W różnych punktach miasta ustawiono jeszcze 37 takich elektrycznych budek.

  Wkrótce rozpoczęła się wojna i na rynku pojawiła się kolejna nowość. Mianowicie pod koniec maja 1915 roku przy fontannie ustawiono "skrzynkę do wrzucania papierosów dla rannych i chorych żołnierzy". Pomysł ten przeniesiony został do Białegostoku z Warszawy, gdzie podobnych skrzynek ustawiono w śródmieściu kilkanaście. Oprócz papierosowych pojawiły się też w stolicy skrzynki do zbierania prasy. 

  Postulowano więc, aby i w Białymstoku zbierać "gazety przeczytane", ale nie zrealizowano tego pomysłu. Wojna zaznaczyła się też w rynkowej przestrzeni betonową rotundą - kolumnadą, wybudowaną przez Niemców tuż przed ratuszem w 1918 roku. Był to pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom walczącym o ojczyznę. 

  Na trawersie spinającym kolumny niemiecki napis upamiętniał pamięć "bojowników którzy polegli za ojczyznę w latach 1915-1918". Białostoczanie, nie wnikając specjalnie gdzie ta ojczyzna niemieckich żołdaków, czcili ich pamięć aż do 1924 roku, kiedy to kolumnadę rozebrano. Od 1919 roku nie przeszkadzał im fakt, że tuż obok ustawiono obelisk zwieńczony sylwetką Orła Białego. 

  Tyle tylko, że niemiecki beton był solidny, a nasz orzeł wycięty był z lichej dykty. Nawet gdy w sierpniu 1925 roku uroczyście odsłaniano płytę poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi, to też nie zadbano o jej solidne zamocowanie. Płyta została wykonana z piaskowca, ale podmurówka była już z cieniutkiego betonu. Po kilku latach zaczęła się kruszyć. Reperowano ja doraźnie przed każdym narodowym świętem. Aż w 1934 roku nie było już co naprawiać. Przed 11 listopada okazało się, że "fundament płyty jest niemal całkowicie zniszczony". Trzeba było murować go od początku.

  W sierpniu 1926 roku na rynek znów zapukała cywilizacja. Stało się to za sprawą Towarzystwa Naftowego Braci Nobel, które wystąpiło do władz miejskich o "zezwolenie na otwarcie stacji benzynowej na Rynku Kościuszki". Do całej sprawy zabrano się poważnie. Powołana została specjalna komisja, która miała ocenić czy lokalizacja stacji jest właściwa. Gdy pokonano wszelkie trudności i obiekcje, to na rynku nieopodal ratusza pojawił się niewielki dystrybutor z benzyną. Niedługo po nim powstała kolejna stacja benzynowa założona przez firmę Polmin.

  Przez kilka dni w 1936 roku na rynku stanęła nawet latarnia morska. Nic to, że z dykty i bez reflektora, ale i tak należycie podbijała dumę białostoczan z przynależności do Ligi Morskiej i Kolonialnej.

Największe zmiany wprowadzali na rynku okupanci. Sowieci rozebrali ratusz, aby ustawić posąg Stalina. Nie zdążyli. Jak zwykle praktyczni Niemcy nie tracili czasu i energii na ideologiczne figury. W 1942 roku tuż obok fontanny postawili pierwszy w dziejach rynku drogowskaz. Wskazywał kierunki wraz z ilością kilometrów do Bielska, Baranowicz, Warschau, Lomscha i Grajewa. 

  W tym samym roku w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu był skwer z płytą poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi ustawili monstrualnej wielkości mapę. Była wysoka na mniej więcej 5 m, a szeroka na około 6. Ilustrowała triumfalny marsz Wehrmachtu przez Europę i Afrykę Północną.

  Za PRL-u mieliśmy na rynku zagajnik, przez niektórych uważany za jedną z atrakcji miasta. A teraz jaki rynek jest, to każdy widzi.

Andrzej Lechowski 

Antoniuk: Tragiczna burza. Piorun uderzył w chłopca

  O godzinie ósmej całe niebo nad Białymstokiem było czarne. Rozpętało się istne piekło. Kilkanaście minut później nad Antoniukiem pojawiła się łuna pożaru. To od uderzenia piorunu palił się dom przy Szosie Żółtkowskiej.

  Była upalna niedziela, 24 maja 1925 roku. Białostoczanie tłumnie sunęli do Zwierzyńca, Jurowiec, Supraśla. Każdy chciał nadrobić słoneczne braki spowodowane jesienią i zimą. Około południa zrobiło się parno. Temperatura nadal rosła. Nie trzeba było być wytrawnym znawcą meteorologii, aby zorientować się, że nad Białystok nadciąga pierwsza wiosenna burza.

  Ale to, co się miało stać za kilka godzin przeszło największe obawy i prognozy. Około czwartej po południu "ciężkie ołowiane chmury przysłoniły horyzont". O ósmej całe niebo nad Białymstokiem było czarne. O tej też godzinie "rozpoczęła się regularna kanonada z niebios". W mieście rozpętało się istne piekło. Wszystko wokół "drżało w posadach, oświetlane fosforycznym blaskiem błyskawic".

  Kilkanaście minut później nad Antoniukiem pojawiła się łuna pożaru. To od uderzenia pioruna palił się dom przy Szosie Żółtkowskiej, w którym mieszkali pracownicy stacji Białystok. Od jednego z potężnych wyładowań zginął w nim syn nadkonduktora Rudnika, 13-letni Henryk. Uważano wówczas, że jedynym sposobem na uratowanie osoby porażonej piorunem jest zakopanie jej w ziemi. Chłopca zamiast ratować też zakopano, co musiało zakończyć się tragicznie.

   Na poddaszu tegoż domu mieszkał nadkonduktor Władysław Kiśliński. Był on też prezesem białostockiego Związku Zawodowego Kolejarzy. W swym mieszkaniu przechowywał "kosztowny sztandar" organizacji i związkową bibliotekę. Wszystko spłonęło zanim przyjechała straż ogniowa. Nie można było jej wcześniej powiadomić, bo nawałnica uszkodziła linie telefoniczne. Strażaków zawiadamiano więc "przez umyślnego posłańca".

  Tymczasem burza szalała dalej. Do stojącego na wzniesieniu domu przy Wiatrakowej 12 piorun wleciał przez komin. Zabił mieszkającego na poddaszu młynarza Boneckiego. Siła wyładowania była tak wielka, że w całym domu zostały rozerwane wszystkie piece. Przebywający na parterze domownicy zostali poparzeni. Tuż zaraz obok, niemalże po sąsiedzku przy Wiatrakowej 5 od kolejnego pioruna zaczęły palić się zabudowania gospodarcze. 

   Mieszkańcy nie widząc znikąd pomocy sami ugasili ogień. Pioruny biły jeden za drugim. Szczególnie niebezpiecznie było wokół dworca kolejowego. Idący wzdłuż toru pracownik stacji, 35 letni Michał Koronkiewicz widząc przerażający spektakl schował się do budki kolejowej stojącej przy posterunku stacyjnym. Ledwo to zrobił to w budkę uderzył piorun zabijając kolejarza.

  Nawałnica zrywała przewody elektryczne, które sypiąc pióropuszami iskier wiły się jak ogniste węże po mokrych jezdniach.

Przy ulicy Świętego Rocha, nieopodal posesji nr 7 zerwany przewód elektryczny oplótł przechodzącą Antoninę Dąbrowską. Nieszczęsna kobieta upadła na trotuar. Pospieszył jej na ratunek mąż. "Jednakże siłą prądu został odrzucony". Nie stracił jednak przytomności. Wyrwał z płotu sztachetę "przy pomocy której zwolnił żonę ze śmiertelnych zwojów przewodnika elektrycznego". Nieprzytomną kobietę z ciężkimi poparzeniami szyi i rąk natychmiast przewieziono do szpitala Św. Rocha na Lipową.

  W wielu domach "wysokie napięcie energii elektrycznej podczas burzy" spowodowało krótkie spięcia. W całym mieście wybuchały spowodowane nimi pożary. Szczęśliwie nie dopuszczono do rozprzestrzeniania się ognia. Burzy "zionącej tysiącem piorunów" towarzyszyła potężna ulewa. Ulice zamieniły się w rwące potoki. Grozy dodawały ciemności bowiem uszkodzone zostało miejskie oświetlenie. 

  Na wysokości zadania stanęła białostocka policja. W akcję osobiście zaangażował się komendant Bronisław Głuszkiewicz. Dzięki temu, że na miejscu każdego pożaru i wypadku natychmiast pojawiała się policja, a dopiero po pewnym czasie przybywała straż pożarna, w mieście nie wybuchła panika.

  Burza cały swój impet wyładowała nad Białymstokiem. Z tego doświadczenia próbowano wyciągnąć wnioski. Apelowano, że jedynym zabezpieczeniem w przyszłości mogą być piorunochrony. W następnych dniach postanowiono sprawdzić "ile mamy w mieście piorunochronów". Nie udało się tego ustalić. Pojawiły się jednak głosy, że to bardzo proste, bo "liczba ich nie sięga 10".

Andrzej Lechowski

Translate