Postaw mi kawę na buycoffee.to

Romanse po białostocku

   Wychodzący w Krakowie Ilustrowany Kurier Codzienny, popularnie zwany Ikacem, w październiku 1936 roku podał niby serio elektryzującą wiadomość z Białegostoku. Wynikało z niej, że nad Białkę przybyć miał pewien londyńczyk, przedstawiciel organizacji, której celem było ułatwienie wyjścia za mąż niezamożnym pannom.

  Tajemnicz  przybysz miał ponoć założyć w Białymstoku filię angielskiego stowarzyszenia. Swoim członkiniom miało ono wypłacać posag w wysokości od 1000 dolarów w górę. Ale, aby otrzymać tę kwotę należało spełnić trzy statutowe warunki:

"1. Panieństwo w latach od 35 do 50.

2. Premiowana brzydota.

3. Agresywne usposobienie wobec przyszłego małżonka".

  Po Białymstoku krążyły już wieści, że biuro lada moment zostanie otwarte przy ulicy Lipowej. Złośliwcy zapytywali znajome panny, które spełniały statutowe warunki, czy już mają odpowiednie posagi, czy też czekają jeszcze w kolejce. Wkrótce okazało się, że wszystko to jest jedynie żartem.

  Tymczasem gwiazdą i tematem wdzięcznych zawsze ploteczek damsko-męskich była nadzwyczaj urodziwa córka Romana Samitowskiego. Prowadził on od 1909 r. ekskluzywny magazyn z obuwiem na Lipowej 16. Samitowszczanka w 1935 r. "uzyskała maturę i zaraz rozpoczęła romansowanie".

Pierwszym jej wybrańcem był pewien młody handlarz manufaktury. On też był niedawnym maturzystą, przeto młodzi mieli wiele wspólnych tematów. I gdy wydawało się, że miłość będzie kwitła, to kochliwa panna szybko przerzuciła swe uczucia na bogatego wdowca, też zajmującego się manufakturą. Miał on swój sklep na Sienkiewicza i odtąd dzień w dzień Samitowszczanka z Lipowej kursowała na bulwary, jak czasem nazywano odcinek Sienkiewicza za Białką.

 Tymczasem "zdradzony maturzysta szalał z rozpaczy i walczył o odzyskanie względów dziewicy". W trakcie tej walki w dyskretnym liściku poprosił ukochaną o ostatnie spotkanie. Młodzi umówili się właśnie na bulwarach. Cóż za brak roztropności! Gdy młodzian wyjaśniał żarliwie, że bez swej wybranki żyć dalej nie potrafi, to z naprzeciwka, po zamknięciu sklepu, nadszedł jego starszy rywal. Widząc co się kroi, wymierzył sążnisty policzek konkurentowi. 

  Ten bez namysłu odpalił kontrę w nos wybranka swej wybranki. A dalej to już bez czekania na riposty obaj zaczęli się bezprzykładnie bić. A co robiła ona? "Panna chusteczką ocierała krew, spływającą z twarzy obu amantów, którzy dotkliwie poturbowani opuścili wreszcie plac boju". Sprawa tej romansowej bijatyki swój finał znalazła w sądzie, ale jej wynik nie interesował już Samitowszczanki. Romansowała dalej.

 Fabrykancki synalek

Nie mniejsze kłopoty, tyle że z romansowym synem miał Oswald Trylling. Fabrykancki synalek, bon vivant, rozbijający się po Białymstoku samochodem, upatrzył sobie pewną 19-letnią robotnicę w ojcowskiej fabryce. Dziewczyna nie potrafiła oprzeć się zalotom przystojnego, bogatego i pewnego siebie młodzieńca. Przeto "różne kumoszki i dziewice miały żniwa językowe dzięki temu romansowi".

 W listopadzie 1935 r. kochanka fabrykanckiego książątka zasłabła w pracy. Nikt nie zorientował się, że jest ona w stanie błogosławionym. Wezwano lekarza "nie mającego nic wspólnego z akuszerką". Ten z miejsca zorientował się w czym rzecz. Na to wszystko nadszedł Oswald Trylling. Jego robotnicy opowiadali później w swoich domach, "gdybyście widzieli jego minę, gdy oświadczono mu, że dzięki jego synowi, robotnica przyczyniła się do wzrostu ludności w naszym kraju".

  Wkrótce nowa sensacja postawiła na nogi cały Białystok. Była nią wieść o cudownym eliksirze doktora Jaworskiego, który robił oszałamiającą karierę w Paryżu. Dzięki niemu można było przeprowadzić "hormonotransplantację i heteroplastykę". Białystok opowiadał sobie, że po terapii eliksirem każdy "gentelman wygląda o 20 lat młodziej i gotów jest do każdej akcji na poczekaniu". Sceptycy, którzy zawsze się znajdą, twierdzili, że jest w tej kuracji groźba "szybkiego zmałpienia". 

  Ale zwolennicy odpierali te wątpliwości, twierdząc, że "taki jegomość po zastrzykach eliksirem doktora Jaworskiego nie robi zaraz awantur, nie rzuca się na niedolatki, nie napastuje sekretarki, nie kładzie zaraz ręki na kolanie manicurzystki, ale także nie porasta na rękach włochami, nie rży, nie wierzga nogami, nie staje dęba na widok kąpiącego się pensjonatu". Ech, panowie, znaleźć gdzieś przepis na tenże eliksir! 

Andrzej Lechowski 

Prostytutki w Białymstoku. Sprzedawało się tysiąc kobiet

  Żadne, miejskie środowisko przestępcze nie mogło się obyć bez kobiet uprawiających najstarszy zawód świata. Przedwojenny Białystok nie był pod tym względem wyjątkowy.   Szczególnie wiele o pladze prostytucji w Białymstoku w latach 30. ubiegłego wieku pisał tygodnik "Tempo". Dla służby Afrodyty najlepszą porą były godziny podwieczorne. Wówczas to, kiedy zapłonęły latarnie, na ulice zwłaszcza śródmieścia, wychodziły ze swoich "nor i krokodylówek" różne ślicznotki, nazywane też florydami lub po prostu panienkami spod latarni.

  Niektóre były już notowane w kartotekach policyjnych albo w przychodni wenerycznej. Niektóre dopiero startowały. Służące domowe, pochodzące zwykle spod białostockich miasteczek, fordanserki z nocnych lokali, znudzone gimazjalistki, a nawet panienki z całkiem szacownych domów. Niektóre nie skończyły nawet 15 lat. Prostytucji sprzyjały panujący od lat kryzys ekonomiczny, bezrobocie i duża nędza ludności. Nierząd więc kwitł, oczywiście pod opieką miejscowych opryszków.

  Po pewnym czasie dziewczęta z "czarną książeczką" (obowiązkowy dokument zarejestrowanej prostytutki) stawały się balastem dla władz miasta i społeczeństwa. Zapełniały szpitale i cele więzienne. W trakcie swojej pracy naprzykrzały się przechodniom na Rynku Kościuszki, ul. Sienkiewicza czy J. Piłsudskiego, nie mówiąc o przyległych, mniejszych uliczkach. Zalegalizowanych domów nierządu w Białymstoku nie było. W mieście działało natomiast wiele mleczarni, piwiarni czy kawiarni, które w rzeczywistości były potajemnymi domami publicznymi, w których w biały dzień serwowano wyszynk i panienkę do towarzystwa.

   A teraz cytat, który oddaje dramaturgię dziewczyn zmuszanych zarabiać na ulicy. "Pójdziemy? Wyświechtany zwrot, powtarzany wielokrotnie przez zmordowane, ukarminowane i spękane wargi. Brzmi on jak nędzny i wieczny refren, o jednakowych zawsze tonach. Mężczyzna poszedł dalej, nie oglądając się nawet za mówiącą. Kobieta nie poczuła żadnego żalu, najmniejszej złości. Przyzwyczaiła się już do tego. Jej spojrzenie, bez śladu życia, znowu utkwiło w czarnym bruku ulicy."

  

 Trudno jest ustalić dokładną liczbę prostytutek w międzywojennym Białymstoku. Oczywiście poza zarejestrowanymi. Córy Koryntu rekrutowały się bowiem nie z zawodowych ulicznic, które uprawiały swój proceder jawnie i bez skrupułów. Było ich kilka setek. Natomiast blisko 400 - 500 dziewczyn dorabiało w podobny sposób. Były wśród nich prostytutki "lepsze", które świadczyły swe usługi zwykle dla małej garstki wtajemniczonych mężczyzn. Ale, jak podał reporter "Tempa", blisko 50 proc. robotnic fabrycznych również parało się nierządem. Opłacały za to lichy pokoik, kupowały jedzenie, spłacały zaległy dług u pazernego sklepikarza, a nawet - co było już dużą ekstrawagancją - kupowały sobie modny kapelusz. I oczywiście pomagały rodzinie - niektóre miały dzieci.

  Centrum zabawowo-rozrywkowym w Białymstoku były Chanajki. Lupanary znajdowały się w co drugim domu. Szczególnie znane było te z ul. Krakowskiej, Marmurowej czy Orlańskiej. Białostocka policja i urząd sanitarno-obyczajowy co i rusz prowadziły nagonki na te przybytki. Karano właścicieli, zatrzymywano prostytutki. Nic to nie dawało. Na miejsce zamkniętych spelunek pojawiały się nowe. Chanajkowskie gejsze miały zawsze powodzenie.

Włodzimierz Jarmolik

Ogrywał w karty i okradał mieszkania

 

   Szmul Gorfinkiel, znany pod przezwiskiem Kokoszkie, należał do nader wszechstronnych opryszków. Ogrywał w karty nawet zawodowych szulerów z bolszewickiej Rosji. Był też paserem i złodziejem.

  Gorfinkiel zajmował się dostarczaniem lekkich panienek zainteresowanym obywatelom miasta, jak też przyjezdnym. Nie krępował się również sięgać do cudzych kieszeni. Jako złodziej doszedł do znacznej wprawy, zwłaszcza w okradaniu mieszkań. W roli włamywacza wystąpił właśnie w 1922 r. "W nocy z 8 na 9 czerwca - jak pisał "Dziennik Białostocki" - nieznani sprawcy przedostali się do mieszkania Miny Dejny (Kacza 3) za pomocą podrobionego klucza i skradli 22 dolary i 50 tysięcy marek.

  Policja ustaliła, że sprawcą kradzieży jest Szmul Gorfinkiel, którego aresztowano. W drodze do komisariatu Gorfinkiel próbował zbiec. Policjanci za uciekinierem oddali parę strzałów. Jeden z nich był celny. Ranny Gorfinkiel odtransportowany został do szpitala miejskiego". Pomimo cierpień związanych z postrzałem, a później rocznej odsiadki w więzieniu, Kokoszkie nie zrezygnował ze złodziejskiego procederu.

  Szczególnie pracowicie Gorfinkiel spędził lato 1926 r. Jako doświadczony klawisznik wiedział dobrze, że latem jest w mieście wiele mieszkań, których właściciele są na urlopach. Pewnej nocy postanowił odwiedzić mieszkanie Gitli Lewinson, znajdujące się na parterze domu przy ul. Odeskiej. Wśród chanajkowskiej ferajny krążyły słuchy, że Gitla otrzymuje wcale pokaźne sumy od rodziny z Ameryki. Ponieważ bawiła ona właśnie z córką na letnisku w Druskiennikach, można było się przekonać jak jest naprawdę.

  Najkrótsza droga do mieszkania Gitli Lewinsonowej prowadziła przez okno. Gorfinkiel razem ze swoim pomagierem,     Neske Penerem, zlikwidowali najpierw solidne okiennice zabezpieczone grubą, żelazną sztabą. Jak zeznała później sama poszkodowana, zawiadomiona telegraficznie o włamaniu, złodzieje ukradli futro karakułowe, palto oraz garść złotej i srebrnej biżuterii, łącznie na sumę 3259 złotych. Nawet bez spodziewanych dolarów był to wcale niezły łup.

  W dwa tygodnie po kradzieży na Odeskiej pewien wywiadowca z Ekspozytury Urzędu Śledczego dostrzegł w nocy na ul. Sosnowej znanego sobie złodzieja, którym był Szmul Gorfinkiel. Wracał on właśnie od pasera i spotkanie z przedstawicielem władzy wcale mu nie odpowiadało. Rzucił się więc do ucieczki. Agent policyjny okazał się szybszy, dopędził zbiega i zatrzymał. Przy Gorfinkielu policja znalazła złoty zegarek i złoty pierścionek z brylantami. Złodziej został osadzony w areszcie.

  Po opublikowaniu w prasie komunikatu z odzyskanych przedmiotach, do kancelarii EUS zaczęli zgłaszać się wszyscy ci, którym zginęły jakieś cenności. Przyszła również Gitla Lewinson, która ku wielkiej uciesze, rozpoznała swój pierścionek. Gorfinkiel znowu poszedł za kratki.

  W 1927 r. Kokoszkie jest jednak już na wolności. Tym razem postanowił odpuścić sobie Białystok i wybrał się na prowincję. Trafił do miasteczka Boćki, a tam do mieszkania pp. Geldwasserów. Wyszedł z niego ze znaczną sumą dolarów i garścią cennej biżuterii.

 Kilka miesięcy później odbył się kolejny, nocny pościg za niepoprawnym złodziejem. Policjanci dopadli króla Chanajek, zrewidowali i doprowadzili do aresztu. No i znowu trzeba było kolejny występ odsiedzieć. Tym razem sześć miesięcy.

Włodzimierz Jarmolik

Icko Kapłan wydał czterech polskich żołnierzy. Zdrajca trafił przed sąd

  Nacierający bolszewicy zajęli Białystok 28 lipca 1920 r. Już 30 lipca miasto stało się siedzibą Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski. Był to komunistyczny rząd, który w perspektywie miał rezydować w Warszawie. Ale póki co dobrze zainstalował się w Białymstoku.

  Jednym z jego sympatyków był mieszkający przy Sosnowej 36 Icko Kapłan. Najeźdźcy przydzielili mu "ważne stanowisko kontroli oraz dyspozycji robotnikami na młynach w Białymstoku".Icko Kapłan, gdy tylko poczuł siłę władzy, stał się postrachem okolicy.

  Zdarzyło się, że na pobliskim cmentarzu, w gęstych zaroślach ukryło się czterech polskich żołnierzy. Zauważył ich niejaki Czubiński. Powiedział o tym sąsiadowi Rozengartenowi. Ustalili, że żołnierze nie mogą tam się ukrywać.

  Rozengarten podjął decyzję, schowa ich u siebie w domu. Obaj poszli więc na cmentarz, znaleźli kryjówkę żołnierzy i gdy nastał wieczór, ukradkiem przemknęli wszyscy na Sosnową. Minęły trzy dni i wydawać by się mogło, że akcja powiodła się.

 Traf chciał, że gdy jeden z żołnierzy musiał wyjść za potrzebą, zauważyła go Chaja Przedrzecka. "Przerażona widokiem polskiego żołnierza narobiła krzyku".Wieść o zajściu szybko dotarła do Kapłana. On już wiedział jak ma postąpić. Wkrótce do Rezengartena "przybyła patrol bolszewicka i zabrała ukrytych. Dokąd? Nikt dotychczas o tym nie wie".

  Mówił, że jest on "komunistą, względnie komunizującym bolszewikiem, który musiał posiadać pełne zaufanie bolszewików, jeżeli powierzyli mu tak ważne funkcje".

  Wydanie czterech żołnierzy prokurator zakwalifikował jako zbrodnię i zażądał dla Kapłana kary śmierci przez rozstrzelanie.

Obrony oskarżonego podjął się adwokat Wacław Sławiński. Wspomagał go przybyły z Warszawy mecenas Perzyński. "Obydwaj obrońcy, po obszernych, rzeczowych i pełnych treści prawnej wywodach, zbili ciężkie oskarżenie prokuratora".

  Grudzień, 1925 r. był obfity w echa wydarzeń z sierpnia 1920 r. Bohaterem kolejnego z nich był zastępca Juliana Marchlewskiego, niejaki Kulikowski vel Stefański.

  Ten prymitywny psychopata, w imieniu swego mocodawcy w Białymstoku wydawał masowe wyroki śmierci. Skazanych przetrzymywano w starym więzieniu na rogu Sienkiewicza i Ogrodowej i w nowym wiezieniu na Kopernika.

  Pewnego sierpniowego dnia przed oblicze Kulikowskiego doprowadzono rannego oficera. Wyrok był - razstrielat.

Ale nadszedł dzień 22 sierpnia. Bolszewicy sami musieli ratować swoją skórę i tak szczęśliwie oficer uszedł z życiem. W wolnym Białymstoku wstąpił do policji.

  W grudniowy dzień 1925 r. miał służbę na dworcu PKP. Właśnie przyjechał pociąg z Warszawy, który za kilka minut miał ruszyć dalej, do Wilna. Pasażerowie korzystając z postoju chętnie wychodzili na peron lub do dworcowego bufetu.

  Wśród nich policjant rozpoznał Kulikowskiego. Podszedł do bolszewika i głośno, tak aby słychać go było na peronie krzyknął: "Aresztuję pana, to pan wydałeś na mnie wyrok śmierci!" Kulikowski oniemiał. Próbował zaprzeczać. Na próżno.

  Osadzonego w areszcie okazano kilku osobom. Wszyscy byli pewni. Przed nimi stał Kulikowski, zastępca Juliana Marchlewskiego.

Andrzej Lechowski 

Przedwojenne kioski i budki gazetowe

  Dla osobnika uzależnionego od codziennej prasówki kioskarka to osoba najbliższa. Ja też pielęgnuję takie wspomnienia. Pierwsza, pani Krystyna z kiosku na Kraszewskiego, odłożyła mi "Mówią wieki". Było nie było, pomogła mi zostać historykiem. Później był kiosk na Mickiewicza przy delikatesach Rarytas. Teraz mam kolejną panią, na rynku przy Ratuszowym. A wakacyjne prasówki? Kiedyś w Urlach, teraz w Rajgrodzie - niezapomniane chwile.

  Sprawa kiosków zawsze budziła emocje. Nie inaczej było w 1925 r. gdy do białostockiego magistratu zwrócił się z prośbą Związek Ochotników Rezerwy o "uzyskanie pozwolenia na budowę kiosków do sprzedaży gazet w niektórych punktach miasta". Magistrat odmówił. Planował bowiem, że sam je wybuduje i wydzierżawi. Na początku 1926 r. ogłoszony został konkurs na najlepszy projekt budki gazetowej. 

  Ale pro forma, bowiem z góry wiadomo było, że będzie to ten projekt, który spodoba się szarej eminencji miasta, głównemu inżynierowi Rybałowiczowi. I tak wkrótce na ulicach Białegostoku pojawiły się budki "pod względem stylu wprost bizantyjsko-barbarzyńskie". Inni zaś twierdzili, że przypominają one przydrożne kapliczki. Jedna z takich budko-kapliczek stanęła przy bramie do województwa czyli do Pałacu Branickich. 

  Widziano ponoć jak przybyły do Białegostoku z pobliskiej wsi chłopina, gdy zobaczył kiosk przed bramą, to "ukląkł, długo się modlił, wierząc w prostocie swej, że jest to kaplica". No i cóż dziwnego. A mało to razy biorąc rano gazetę do ręki, już na widok pierwszej strony wykrzykujemy "O Boże!", albo "a żeby was Wszyscy Święci". Tamta dyskusja o estetyce gazetowych kiosków toczyła się też w kontekście urody budek, w których sprzedawano papierosy.

 

 A było to tak. Białostocka Izba Skarbowa wydała w 1926 roku 17 koncesji na sprzedaż papierosów inwalidom. Ci nie pytając nikogo o zgodę postawili w centrum miasta "bardzo nieestetyczne, na czerwono pomalowane budki". Po jakimś czasie zaczęto dostawiać do nich byle jakie przybudówki, w których instalowano piecyki, wychodki itp. Oburzenie estetów wywoływało i to co przyozdabiało te licho wyglądające budowle. 

   "Częstokrotnie wysmarowane na nich było wadliwą pisownią ku czemu one służą. Najbardziej jednak zwracał uwagę wymalowany poczwarny ptak, mający symbolizować godło państwowe". W sierpniu 1926 r. magistrat podjął decyzję o likwidacji tych szpetnych budek. Zarządzono, że handel papierosami będzie odbywał się ze skrzynek. Natychmiast podniosły się uzasadnione głosy sprzeciwu. Jednak inżynier Rybalowicz był nieubłagany. 

  Podczas dyskusji na sesji rady miejskiej jednemu ze kioskarzy wyrwało się, że jest gotów wybudować budkę w stylu zakopiańskim. Rybałowicz mentorsko ripostował: "Pan uważa, że styl zakopiański jest stylem najpiękniejszym? Myli się pan". W odpowiedzi usłyszał: "Jeśli budki w stylu zakopiańskim też pana nie zadowalniają, inwalidzi gotowi są wybudować swe budki w stylu rococo!" Z takich to i sam Branicki byłby kontent. Temat koncesji i estetyki budek powracał.

  Wiele domysłów i plotek rodziło pozwolenie, wydane w maju 1932 r. kupcowi Pomerancowi, na ustawienie kiosku ze słodyczami obok muszli koncertowej w Ogrodzie Miejskim. Pomeranc uzyskał wszelkie koncesje oraz stał się przedstawicielem popularnej wówczas firmy cukierniczej "Plutos". Białostoczanie wkrótce mogli, spacerując po ogrodzie kupować słodycze swej ulubionej firmy. Po dwóch latach z sarkazmem stwierdzano, że "obdrapana buda jest wątpliwą ozdobą najpiękniejszego klombu w mieście". 

  Apelowano więc do prezydenta Nowakowskiego "aby udał się do ogrodu i zobaczył jak ten piękny klomb udekorowano". Proponowano, aby tę "szpetotę" przesunąć gdzieś dalej, w głąb ogrodu. Reakcja prezydenta była natychmiastowa. Nowakowski był szczególne czuły na punkcie porządku i estetyki, a parki były jego słabością. Opinia publiczna została poinformowana, że "na polecenie p. prez. Nowakowskiego buda została usunięta", co naprawdę znaczyło, że przesunięta.

Andrzej Lechowski

Powstanie w getcie i strach przed duchami

 

  Segregacja Żydów trwała trwała kilka dni. Zdrowych wybierano do pracy. Pozostałych ładowano do wagonów i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że wiozą ich na śmierć - wspomina Janusz Koronkiewicz.

  Janusz Koronkiewicz mieszkał z rodzicami na ulicy Prowiantowej 3. Kiedy w Białymstoku wytyczono granice getta (a objęło ono teren na południe od Lipowej po ulicę Sienkiewicza od wschodu aż po ulicę Poleską i okolice wzgórza św. Rocha), przenieśli się do domu na rogu ulic Północnej i Kosynierskiej pod nr 11. Dom ten stał na granicy z gettem. Pamięta, jak wybuchło powstanie w getcie, miał 10 lat. Swoje przeżycia opisał w książce "Wspomnienia z mojego wojennego dzieciństwa", wydanej w czerwcu staraniem Stowarzyszenia Pamięć i Tożsamość Skała w Choroszczy.

- Po drugiej stronie ulicy Kosynierskiej, na którą wychodziło jedno z okien naszego mieszkania, znajdowało się duże, pełne żab bajoro. Za bajorem stały dwa budynki fabryczne należące już do getta i ulicy Żabiej - wspomina Janusz Koronkiewicz. - Wzdłuż ulicy Żabiej, od Kosynierskiej do Armatniej był wysoki płot z zasiekami z drutu kolczastego, wyznaczający granice getta. Za płotem, dobrze widocznym z ganku i wychodzących na wschód okien, znajdował się plac wyznaczony na cmentarz getta.

  Nocą z 15 na 16 sierpnia 1943 r. teren getta został otoczony, nie tylko przez gestapo i SS, ale również podwójny kordon żołnierzy w czarnych mundurach. Mówiono, że byli to Ukraińcy. Przez bramę od strony ulicy Poleskiej, na pole za torami kolejowymi wypędzono Żydów, którzy nie zdołali się ukryć w getcie. Z ganku naszego domu i okien mieszkania pani Adamskiej znajdującego się na górze, widać było ogromne kłębowisko poruszających się w miejscu ludzi.

  Segregacja trwała kilka dni. Silnych i zdrowych wybierano do dalszej pracy. Pozostałych ładowano do towarowych wagonów na dworcu fabrycznym i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że jadą na śmierć, ale przy dzieciach na ten temat starano się nie rozmawiać.

  O wybuchu powstania w getcie już wiedziano, ale nasilenie walki przewidywano dopiero nocą. Wszyscy domownicy o zmierzchu zeszli się w naszym mieszkaniu, znajdującym się od strony kościoła św. Rocha. Uważali, że od kul lecących z getta będzie chronić nas murowana ściana nośna biegnąca przez środek domu.

  Strachu było co niemiara. Pamiętam, że zaraz po zapadnięciu ciemności z górnego piętra najbliższego gmachu fabrycznego po stronie getta, ku naszemu zdziwieniu, rozległ się głos wesoło przygrywającego akordeonu. Muzykę tę odebraliśmy jako drwinę z Niemców i dowód na wiarę Żydów w rezultat powstania. Zaraz po tym koncercie z okien fabryki padło kilkanaście strzałów karabinowych, na które odpowiedzieli znacznie silniejszym ogniem żołnierze w czarnych mundurach, stojący na ulicy w kordonie.

Żydzi i likwidacja getta. Strach przed duchami

  Jak wyglądała likwidacja getta, wiem tylko ze słyszenia i późniejszych opisów. Po bestialskim wypędzeniu Żydów z getta i wywiezieniu do obozów pozostawione po nich mienie, po uprzednim splądrowaniu domów przez Niemców, wywieziono na plac, znajdujący się pomiędzy ulicą Częstochowską a Szlachecką.

  Do osób z miasta udających się na plądrowanie do getta strzelano bez ostrzeżeń. Potem zlikwidowano bramy i płot otaczający ulice getta od strony aryjskiej i w pożydowskich domach zaczęto kwaterować ludzi wysiedlonych ze wschodnich obrzeży Puszczy Knyszyńskiej i od strony Białowieży, aby pozbawić zaplecza materialnego dla rosnącego tam partyzanckiego ruchu oporu.

  Do miasta wjeżdżały całe kolumny furmanek, z wystraszoną ludnością, posługującą się głównie językiem białoruskim. Zaprzęgnięte do wozów konie, aby nie płoszyły się na widok i odgłos warkotu samochodów, oczy miały zasłonięte zawiązanymi na głowach szmatami.

  Ludzie ci nie byli nam przyjaźni. Odczułem to na własnej osobie, pobity przez ich dzieci na ulicy Polnej. Potem układało się różnie, jak to z sąsiadami bywa. To głównie oni do grudnia 1943 r. odnajdowali kryjówki Żydów na terenie getta i wydawali Niemcom. Ostatnią kryjówkę kilkuosobowej rodziny żydowskiej na poddaszu domu nr 7 przy ulicy Kosynierskiej zdradził płacz dziecka.

  Po likwidacji getta jako dzieci, często biegaliśmy ulica Polną. Synagoga przez dłuższy czas była otwarta. W środku panował niesamowity bałagan. Wszystko poprzewracano, rulony Tory porozciągano po całym pomieszczeniu i podeptano. Bałem się wchodzić do środka. Nie wiem, czy wynikało to z szacunku do świątyni, czy bojaźni przed Bogiem bądź mogącymi znajdować się w tym miejscu duchami. Dziś w tym budynku znajduje się galeria Slendzińskich.

Alicja Zielińska

Czołgista i taksówkarz, człowiek wielu zalet

   W lewym górnym rogu Piotr Zajko, zdjęcie zrobione w 1935 r. fot. Z archiwum rodzinnego . Król pojazdów. Na taki przydomek na pewno sobie zasłużył Piotr Zajko, czołgista i taksówkarz, grodnianin i białostoczanin, człowiek wielu zalet.

  Pan Piotr urodził się w Grodnie, tam wychowywał. Nic więc dziwnego, że do końca swego życia wspominał gród królewski, piękny jak mało który, położony nad dostojnym Niemnem.

  Józef Piłsudski jeżdżąc pociągiem do Wilna czasami przesypiał Białystok, choć na peronie czekali nań wojewoda z wojewodziną (przygotowywała obiad) oraz któraś z wysokich szarż, najczęściej płk (generał) Ludwik Kmicic-Skrzyński. Natomiast adiutant miał przykazane, by budził wyjątkowego pasażera, gdy pociąg zbliży się do rzeki Niemen. Wtedy Marszałek otwierał okno i napawał się zapachami oraz widokami kresowymi.

  Wróćmy jednak do Piotra Zajko. Rodzina to była przyzwoita, ale nie za bogata, więc chłopak skończył zawodówkę i "w ta pora" stawił się na komisję wojskową. Tak został pancerniakiem w 7 batalionie, który stacjonował w Grodnie. Na zdjęciach widać skromne tankietki, za to miny żołnierzyków są zadowolone, z twarzy bije duma.

  Piotr szczególnie umiłował motocykle, co poświadcza okazały puchar przechowywany przez syna Jana. Wygrawerowany napis wyjaśnia: "Zawody motocyklowe Klubu Mot. ZS Grodno. I miejsce OKR. URZ. PW i WF. Dla zawodnika na motorze z przyczepą. Grodno 22 IX 35". Skrót należy odczytać jako: Okręgowy Urząd Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego.

  Prawdę mówiąc nie bardzo wiadomo, gdzie walczył pancerniak Piotr Zajko. Stracił w czasie wojny brata. Jak nastała nowa rzeczywistość, mąż, żona Natalia i trójka synów (Marek, Czarek i Jan) przeniosła się za granicę, na polską stronę. Krótko zamieszkali w Buksztelu, potem zasilili społeczność białostocką. Piotr podjął pracę jako kierowca u "Cioci", bo tak potocznie nazywano UNRRĘ. Potem jeździł sanitarkami w Pogotowiu Polskiego Czerwonego Krzyża. Miał I kategorię, dryg i umiejętności mechanika. Był wesoły, towarzyski, nie palił, nie złorzeczył. Nic zatem dziwnego, że stał się taryfiarzem.

  To w tamtych czasach była arystokracja drogowa, popyt rósł, podaż wolniej. Pamiętam i ja kolejki nerwowych obywatelek i obywateli wijące się na postojach taryf, dobieranie się pasażerów wedle kierunku jazdy, umizgi do pana kierowcy, by zechciał docisnąć klientów, bo jeszcze komuś się bardzo śpieszyło. Na śluby obowiązywało sporo wcześniejsze zamawianie, na chrzciny nie wszyscy zdobywali się na spory wydatek. Proletariat jeździł środkami masowej, czyli zatłoczonej komunikacji, a często korzystał z okazji.

  Kiedyś opiszę swoje w tej mierze doświadczenia. Na dziś zaś tylko jedna anegdota. Było to w okolicach Ostrowi Mazowieckiej. Udało się nam (z kolegą) zatrzymać ciężarówkę, wgramoliliśmy się do szoferki i hajda na Warszawę za jedyne 20 złotych, a bilet pekaesowski kosztował dychę więcej. Kierowca jechał wyjątkowo wolno, kolega nie wytrzymał i głupio - jak się okazało - zażartował: - Panie szofer dodaj gazu, wszystkie śledziki nas wyprzedzają. Śledziki, znaczy się pojazdy z tablicami rejestracyjnymi zaczynającymi się literą "A", bo taka przed 1975 r. obowiązywała w dużym województwie białostockim. Na słowo śledziki kierowca wcisnął hamulec i śpiewnie aż głośno oświadczył: Jak ja jestem śledzik, to wy halibuty i ... [autocenzura]

  W Białymstoku najbardziej popularne postoje taksówek znajdowały się przy Rynku Kościuszki (na przedłużeniu ul. Sienkiewicza), przy dworcach PKP i PKS (ul. Jurowiecka), koło kina "Pokój". W weekendowe wieczory najlepiej rokowały miejsca koło znanych restauracji. O nadzwyczajnych przygodach pan Jan nie jest skłonny opowiadać. Czyżby tajemnica zawodowa?

  To mam kilka pytań do innych weteranów tej branży. Czy trafiały się w Białymstoku nocne "gabloty" z panienkami i wódecznościami? Kiedy po raz pierwszy wyjechała na miasto pani taryfiarz i czy to prawda, że miała numer 13? Czy zdarzało się, że "obcy" był wieziony spod dworca pół godziny, by wreszcie trafić do hotelu Cristal? Może ktoś zechce opowiedzieć barwną opowieść z taryfą w tle, bo póki co, to więcej wiemy o przedwojennych białostockich dorożkach niż powojennych taksówkach.

  Piotr Zajko zmarł w 2004 r. przeżywszy lat 90. Jego siostra została we Grodnie i nic więcej o niej nie wiadomo. A Jan Zajko ma się dobrze, choć licznik już sporo latek wybił. Kontynuuje pasję ojca, tylko czołgiem nigdy nie jeździł.

Adam Czesław Dobroński 

Mistyfikacja-Kaczyński i kochanka

   Jeszcze przed pierwszą wojną, na Mazowieckiej 42, Tadeusz Kaczyński prowadził nieźle prosperującą fabrykę kafli.

Był też posiadaczem kilku budynków na tejże ulicy. Miał komu zostawić swój majątek. Jego syn Konstanty zapowiadał się na porządnego kaflarza. Ale Konstanty wdał się w romans i marzenia o biznesie wzięły w łeb.  W 1919 r. Kaczyńscy przyjęli na mieszkanie lokatorów, braci Geniszer. Ci z miejsca zaprzyjaźnili się z Konstantym. Wspólnie przeżyli rychłą śmierć Tadeusza.

  Wkrótce Geniszerowie musieli się wyprowadzić, ponieważ dom, w którym mieszkali został "zarekwirowany na użytek szkoły". Powstawała właśnie Publiczna Szkoła Powszechna nr 11, do której za kilka lat miał uczęszczać Ryszard Kaczorowski. Geniszerowie zamieszkali więc na Piwnej pod 11. Przyjaźń pomiędzy nimi a Konstantym, który w międzyczasie ożenił się, nadal była podtrzymywana.

  Gdy w lipcu 1920 r. Białystok zajęli bolszewicy, musieli się ukrywać. Kosztowności zakopali w ogrodzie. Ktoś jednak musiał to widzieć, po ucieczce bolszewików zakopanego skarbu nie znaleźli. Bracia wspomnieli o tym Konstantemu. Ten zaproponował im pomoc swojej kuzynki, Poli Lisowicz, która ponoć wiedziała o wszystkim, co się działo w okolicy. Ale złota nie odnalazła.

   Tymczasem Kaczyński, ku zaskoczeniu Geniszerów, zaczął prosić ich o pomoc finansową. Jeden z braci odwiedził Kaczyńskich na Mazowieckiej. Gdy zauważył, że w domu jest bieda, a gdy w dodatku od młodej Kaczyńskiej, trzymającej przy piersi niemowlę i płaczącej usłyszał skargi na jej los, to nie miał wątpliwości, że wszystkiemu winna jest "kuzynka" Pola.Bracia postanowili rozmówić się z Konstantym. Ten, przyparty do muru, przyznał się, że Pola jest jego kochanką, a pieniądze potrzebne mu są "na libację i rozrywki z nią". Prowadząc hulaszczy tryb życia roztrwonił dobytek.

  Geniszerowie pożyczyli wiarołomnemu małżonkowi pieniądze, stawiając warunek, że przeznaczy je na potrzeby domu, a z Polą ma natychmiast skończyć. Kaczyński obiecał solennie, ale ani myślał dotrzymać danego słowa.

  Minęło kilka tygodni i sytuacja powtórzyła się. Kaczyński, znów obiecując zerwanie z Polą, zaproponował Geniszerom założenie przedsiębiorstwa budowlanego. Naiwni bracia uwierzyli.

Konstanty zamiast wypłacać robotnikom wynagrodzenie, całą, sporą sumkę, przepuścił z Polą. Wzięty przez wspólników w obroty tłumaczył, że nie ma wyjścia z matni w której się znalazł. Na dowód pokazał przyjaciołom list od kochanki.

  Pisała ona w nim "Kochany Konstanty! Dobrze ci wiadomo, że wkrótce matką zostanę. Jeżeli nie pomożesz mi zrobić poronienie, to ci dziecko do domu twego przyniosę". Udając rozpacz, Konstanty błagał o pieniądze i zaufanie. Geniszerowie i tym razem dali, ale zażądali rachunków.  Kaczyński miał się rozliczyć z nimi do 29 października 1921 r.

  W przeddzień wyznaczonego terminu, wieczorem Geniszerowie byli już w domu. Nagle rozległo się łomotanie do drzwi. Dom otoczyła policja. Do mieszkania wpadli wywiadowcy i skuli kajdankami obu braci. Oniemiałym oznajmili, że są oni oskarżeni o zamordowanie dwóch Żydów w Narwi.

  Geniszerów przewieziono do Bielska Podlaskiego i przez dwa miesiące przesłuchiwano i konfrontowano z nieznanymi im świadkami. Śledztwo trwało, do momentu schwytania prawdziwych morderców. Śledczy zaczęli się zastanawiać, dlaczego przez tyle czasu zajmowali się Bogu ducha winnymi Geniszerami.

  Okazało się, że wszystko było okrutną mistyfikacją uknutą przez Polę i Konstantego, którzy w ten wyrachowany sposób chcieli się "rozliczyć" z zaciągniętej pożyczki. Rozpoczęło się nowe śledztwo.

 Wyszło na jaw, że wszystko wiedząca Pola jest policyjną wywiadowczynią. To był prawdziwy cios dla Kaczyńskiego.

  Gdy oboje stanęli przed sądem to już nie wyglądali na parę kochanków. Sąd też nie wziął pod uwagę żadnych afektów i wlepił Poli pół roku, a kochliwemu Konstantemu dwa razy tyle. Po odsiedzeniu wyroku Kaczyński wrócił do żony na Mazowiecką 42 i zajął się na poważnie kaflarnią. Czasem odwiedzali ich bracia Geniszerowie. Słusznie więc powiadają, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Andrzej Lechowski 

Kasiarze obrobili rzeźnię i młyn

  Mejer Krynicki, sanacyjny kasiarz z doświadczeniem, wyznawał zasadę, że nie należy kraść u siebie. Jego łupem padały więc safesy na prowincji. W latach 1933-34 zmienił jednak zdanie. Sięgnął po zasoby białostockich skrytek.

  W nocy z 24 na 25 listopada 1933 r. włamano się do biura rzeźni miejskiej. Złodzieje rozpruli sejf i zabrali z niego ok. 2 tys. złotych w banknotach polskich i dolarach. Łup mógł być większy, ale uprzedzili ich urzędnicy miejscy. Tego dnia urząd odebrał z rzeźni i pokwitował 7 tys. złotych na swoje potrzeby.

Przybyli na miejsce kradzieży agenci wydziału śledczego zrekonstruowali przebieg wypadków.

  Włamywacze dostali się na teren rzeźni przez okalający ją parkan. Umiejętnie, bez hałasu, usunęli szybę na parterze budynku. Będące za nią rachityczne kraty również łatwo wygięli i już byli w środku. Szybko odnaleźli pokój z ogniotrwałą kasą i zabrali się do roboty. W tym czasie stróż nocny, pilnujący posesji rzeźni, Andrzej Pawlina, rozpoczął swój rutynowy obchód. 

  Zdziwił się bardzo, że nie może otworzyć drzwi do jednego z pomieszczeń (złodzieje przewidująco zablokowali zamek). Wrócił na korytarz i próbował zajrzeć do kasowego pokoju od podwórza.        Tutaj spotkała go mało przyjemna niespodzianka. Jakiś osobnik w kaszkiecie nasuniętym na oczy i z rewolwerem w ręku (ten mógł być zwykły z drewna, kasiarze nigdy nie chodzili na robotę z bronią), kazał mu stanąć w miejscu i podnieść ręce do góry.

  W tej pozycji stróż tkwił przez pół godziny. Kiedy złodzieje skończyli swoje, zbiegli. Dozorca Pawlina obudził mieszkającego na miejscu felczera Sidwę, a ten zawiadomił policję.

Śledczy, którzy przybyli na miejsce przestępstwa niewiele mogli na początku ustalić. Włamanie było przeprowadzone perfekcyjnie. Pies policyjny idąc po śladach, doszedł tylko do płotu oddzielającego rzeźnię od ul. Hetmańskiej. Potem stracił trop. Sprawców zuchwałej kradzieży trzeba było więc szukać inaczej. Sprawdzano alibi miejscowych fachowców od prucia kas, postawiono na baczność kapusiów. 

  

  Jednym z podejrzanych stał się rzecz jasna Mejer Krynicki, numer jeden na liście białostockich zawodowych kasiarzy i włamywaczy. Nie było jednak przekonywujących dowodów. Krynicki wyszedł zza kratek.

  Dokładnie rok później, 4 listopada 1934 r. doszło do zuchwałego włamania przy ul. Mazowieckiej 68. Stał tam młyn elektryczny, własność Jana Karnego. Wszyscy w sąsiedztwie wiedzieli, że Karny jest bardzo zamożny. Pieniądze zaś ukrywa w młynowych zakamarkach. Złodzieje dostali się do młyna wprost karkołomną drogą. Najpierw uśpili psa na sąsiedniej posesji, później wchodząc po drabinie, ułożyli pomost z desek, z pobliskiej szopy, skierowany na dach młyna. Odkręcili śruby w dachowym okienku i byli już w środku. 

  Wiedzieli gdzie szukać. Łup wyniósł 20 tys. zł. W czasie roboty jeden ze złodziei musiał skaleczyć się w rękę, w różnych miejscach bowiem były krople krwi. I znowu padło podejrzenie na Mejera Krynickiego. Rewizja w jego mieszkaniu potwierdziła policyjny ślad. Przy ul. Zielonej 23 znaleziono część pieniędzy skradzionych młynarskiemu bogaczowi. 

  Samego Krynickiego trzeba było jednak sporo się naszukać. Łatwiej wywiadowcom policyjnym poszło z ustaleniem i aresztowaniem pomocników "Krynicy". Byli to również działający na rynku kasiarskim, nietuzinkowi, białostoccy fachowcy. 

  W skoku na rzeźnię wspomagał Krynickiego Chaim Gerber, specjalista od wszelkich, precyzyjnych narzędzi złodziejskich, zaś w młynie asystował mu Chaim Chazan, też mający w archiwum policyjnym sporą kartotekę.

Włodzimierz Jarmolik

Prostytucja w Białymstoku. Sprzedawało się tysiąc kobiet

  Żadne, miejskie środowisko przestępcze nie mogło się obyć bez kobiet uprawiających najstarszy zawód świata. Przedwojenny Białystok nie był pod tym względem wyjątkowy. Szczególnie wiele o pladze prostytucji w Białymstoku w latach 30. ubiegłego wieku pisał tygodnik "Tempo". Dla służby Afrodyty najlepszą porą były godziny podwieczorne. Wówczas to, kiedy zapłonęły latarnie, na ulice zwłaszcza śródmieścia, wychodziły ze swoich "nor i krokodylówek" różne ślicznotki, nazywane też florydami lub po prostu panienkami spod latarni.

  Niektóre były już notowane w kartotekach policyjnych albo w przychodni wenerycznej. Niektóre dopiero startowały. Służące domowe, pochodzące zwykle spod białostockich miasteczek, fordanserki z nocnych lokali, znudzone gimnazjalistki, a nawet panienki z całkiem szacownych domów. Niektóre nie skończyły nawet 15 lat. Prostytucji sprzyjały panujący od lat kryzys ekonomiczny, bezrobocie i duża nędza ludności. Nierząd więc kwitł, oczywiście pod opieką miejscowych opryszków.

  Po pewnym czasie dziewczęta z "czarną książeczką" (obowiązkowy dokument zarejestrowanej prostytutki) stawały się balastem dla władz miasta i społeczeństwa. Zapełniały szpitale i cele więzienne. W trakcie swojej pracy naprzykrzały się przechodniom na Rynku Kościuszki, ul. Sienkiewicza czy J. Piłsudskiego, nie mówiąc o przyległych, mniejszych uliczkach. Zalegalizowanych domów nierządu w Białymstoku nie było. W mieście działało natomiast wiele mleczarni, piwiarni czy kawiarni, które w rzeczywistości były potajemnymi domami publicznymi, w których w biały dzień serwowano wyszynk i panienkę do towarzystwa.

  A teraz cytat, który oddaje dramaturgię dziewczyn zmuszanych zarabiać na ulicy. "Pójdziemy? Wyświechtany zwrot, powtarzany wielokrotnie przez zmordowane, ukarminowane i spękane wargi. Brzmi on jak nędzny i wieczny refren, o jednakowych zawsze tonach. Mężczyzna poszedł dalej, nie oglądając się nawet za mówiącą. Kobieta nie poczuła żadnego żalu, najmniejszej złości. Przyzwyczaiła się już do tego. Jej spojrzenie, bez śladu życia, znowu utkwiło w czarnym bruku ulicy."

  Trudno jest ustalić dokładną liczbę prostytutek w międzywojennym Białymstoku. Oczywiście poza zarejestrowanymi. Córy Koryntu rekrutowały się bowiem nie z zawodowych ulicznic, które uprawiały swój proceder jawnie i bez skrupułów. Było ich kilka setek. Natomiast blisko 400 - 500 dziewczyn dorabiało w podobny sposób. Były wśród nich prostytutki "lepsze", które świadczyły swe usługi zwykle dla małej garstki wtajemniczonych mężczyzn.

  

 Ale, jak podał reporter "Tempa", blisko 50 proc. robotnic fabrycznych również parało się nierządem. Opłacały za to lichy pokoik, kupowały jedzenie, spłacały zaległy dług u pazernego sklepikarza, a nawet - co było już dużą ekstrawagancją - kupowały sobie modny kapelusz. I oczywiście pomagały rodzinie - niektóre miały dzieci.

  Centrum zabawowo-rozrywkowym w Białymstoku były Chanajki. Lupanary znajdowały się w co drugim domu. Szczególnie znane było te z ul. Krakowskiej, Marmurowej czy Orlańskiej. Białostocka policja i urząd sanitarno-obyczajowy co i rusz prowadziły nagonki na te przybytki. Karano właścicieli, zatrzymywano prostytutki. Nic to nie dawało. Na miejsce zamkniętych spelunek pojawiały się nowe. Chanajkowskie gejsze miały zawsze powodzenie

Włodzimierz Jarmolik

Zawód pilot. Do tego trzeba mieć powołanie

   Mój brat był pilotem. Zawsze był ryzykantem. Miał niesamowitą fantazję. Od najmłodszych lat chciał latać. I to marzenie się spełniło. Został pilotem. Latał na loty zwiadowcze nad Danią, Niemcami - opowiada o Januszu Rybołowiczu jego brat Hieronim.

  Był najstarszy z nas, urodził się w 1942 r. Mieszkaliśmy w Dojlidach Górnych. Wtedy to była jeszcze wieś pod Białymstokiem. Mieliśmy blisko na Krywlany, więc Janusz bardzo często tam przebywał, by obserwować skoki spadochroniarzy i loty szybowników. Ciągnęło go do lotów. Bywało wstawał o czwartej rano, wsiadał na rower i jechał na lotnisko. On wręcz żył w chmurach. Nie mówił o niczym innym jak tylko o lataniu - podkreśla Hieronim Rybołowicz.

  Ta pasja przerodziła się w gorliwą naukę. Wkrótce to jego loty podziwiali koledzy ze szkoły. Janusz postanowił zostać lotnikiem. I dopiął swego. Przeszedł szkolenie podstawowe spadochronowe i szybowcowe. Po maturze w Technikum Wodno-Melioracyjnym złożył podanie do OSL w Dęblinie, Szkoły Podchorążych Lotnictwa, popularnej Szkoły Orląt. Zaliczył LPW (Lotnicze Przysposobienie Wojskowe) 1. i 2. stopnia na szybowcach i samolotach.

  W 1962 r. zostaje przyjęty do OSL i zakłada wymarzony mundur podchorążego lotnictwa. Zachowała się kartka pocztowa z 8 października 1962 r. Wysłana z Przasnysza - pokazuje Hieronim Rybołowicz. "Kochani Rodzice. Z przepustki wróciłem szczęśliwie. Nikt nie wiedział o tym, że się spóźniłem. Teraz dużo latamy. Jutro chyba polecę samodzielnie kręcić akrobację. Kupcie Skrzydlatą Polskę z tego tygodnia. Jest tam coś ciekawego. Przesyłam pozdrowienia całej rodzinie".

  Naukę kończy w 1965 roku i wiąże się z lotnictwem na stałe, rozpoczyna zawodową karierę oficera - pilota.

Pełnił służbę na lotniskach Orneta, Sochaczew, Modlin, Goleniów. Wykonywał z Goleniowa m.in. loty zwiadowcze nad kraje należące do NATO, latał nad Danią, Niemcami.

  Rzadko przyjeżdżał do domu, gdzieś tak raz na pół roku. Nie miał czasu, rozumieliśmy to. Ale jak już się pojawiał, to było święto, szczególnie się cieszyła mama, był jej oczkiem w głowie. Opowiadał o swoich lotach, podziwialiśmy go, byliśmy z niego bardzo dumni. Miał wszystkie odznaczenia spadochroniarskie, szybowcowe, taki prawdziwy lotnik, z powołania.

  Janusz kilkakrotnie odwiedzał swoje rodzinne strony w dość nietypowy sposób. Łamiąc przepisy lotnicze i dyscyplinę wojskową, pojawiał się niespodziewanie samolotem odrzutowym na małej wysokości nad swoim domem - wspomina Mirosław Nikiciuk w Biuletynie Klubu Seniorów.

  Mieszkał w Goleniowie, ale z dawnymi kolegami utrzymywał ścisłe kontakty. W 1985 r. na pokazach lotniczych z okazji Święta Lotnictwa, zorganizowanych na Krywlanach przez Aeroklub Białostocki, wziął udział jako wychowanek w efektownym popisie akrobacji na myśliwskim odrzutowcu.

  Karierę przerywa nagły wypadek. Pod koniec lat 80. podczas lotu na samolocie MiG-21 zdarzyła się awaria silnika. Jak pisze Mirosław Nikiciuk, Janusz Rybołowicz otrzymał rozkaz opuszczenia samolotu i użycia katapulty. Przy katapultowaniu się postąpił niezgodnie z obowiązującą instrukcją dla tego typu samolotu - dostał poważnych urazów fizycznych - przez dwa lata był zawieszony w lotach, potem został przeniesiony do rezerwy i otrzymał rentę.

  Niestety choroba nie pozwoliła mu cieszyć się spokojnym życiem. Miał raka płuc. Zmarł 16 stycznia 2008 r.

- Do końca jednak trzymał się bardzo dzielnie. Nie załamał się. Zadziwiał mnie - wspomina Hieronim Rybołowicz. - Byłem parę dni przed śmiercią u niego, bardzo źle się czuł, jego żona zadzwoniła po pogotowie. Przyjechał lekarz, popatrzył i powiedział: Jemu szpital niepotrzebny, jemu potrzebne ostatnie namaszczenie olejami świętymi. Przy nim! A na to Janusz odpowiedział: Olej to ja mam w lodówce. Wiedział, że nie wyjdzie z choroby, był tego świadom, a mimo to, to on nas podtrzymywał na duchu. 

Alicja Zielińska

Garbarskie losy rodziny Szóstko

  U góry od lewej: Jestem z rodzicami i  kuzynką Helą Janowicz. Z tyłu za naszym domem koszary 42 pułku piechoty; Przy Smolnej. Od lewej Marian Balcerzak i mój tata. Siedzą od prawej mama, Karolina Balcerzak i sąsiadka; 1937 r. mam półtora roku; A tak wygląda dziś mój dom rodzinny przy ul. Kapralskiej. U dołu od lewej: 1943. Ja z tatą (od lewej) i Aleksander Oracz z synem Czesławem; 1934 r. Moi rodzice Lidia i Jan na ul. Sienkiewicza; Fabryka Wstążek przy ul. Sienkiewicza (róg Wiśniowej). Od lewej w drugim rzędzie ja z mamą; Białostockie Zakłady Garbarskie, 1936 r. Dyrektor Becker z pracownikami. W drugim rzędzie z prawej (w białej koszuli) mój ojciec Jan Szóstko, obok wyżej jego kolega Aleksander Oracz. Jest tu też moja ciocia Klara.

  U góry od lewej: Jestem z rodzicami i kuzynką Helą Janowicz. Z tyłu za naszym domem koszary 42 pułku piechoty; Przy Smolnej. Od lewej Marian Balcerzak i mój tata. Siedzą od prawej mama, Karolina Balcerzak i sąsiadka; 1937 r. mam półtora roku; A tak wygląda dziś mój dom rodzinny przy ul. Kapralskiej. U dołu od lewej: 1943. Ja z tatą (od lewej) i Aleksander Oracz z synem Czesławem; 1934 r. Moi rodzice Lidia i Jan na ul. Sienkiewicza; Fabryka Wstążek przy ul. Sienkiewicza (róg Wiśniowej). Od lewej w drugim rzędzie ja z mamą; Białostockie Zakłady Garbarskie, 1936 r. Dyrektor Becker z pracownikami. W drugim rzędzie z prawej (w białej koszuli) mój ojciec Jan Szóstko, obok wyżej jego kolega Aleksander Oracz. Jest tu też moja ciocia Klara.

  Wspomnienia rodzinne pan Jerzy zaczyna od dziadka. Wojciech Szóstko od wczesnych lat młodzieńczych pracował jako konserwator w koszarach carskich na Wygodzie. Przez pięć lat udawał głuchoniemego, żeby mieć informacje o planowanych akcjach wobec powstańców. W domu również nie rozmawiał, porozumiewał się tylko na migi, żeby nie wyjść z wprawy. W koszarach zawsze było coś do naprawy, więc przebywał również podczas narad sztabu. Kiedy ktoś zwracał uwagę, żeby nie mówić przy nim, machano ręką, że przecież on nic nie słyszy. - Może dlatego po latach znaleźli poszlaki i całą rodzinę wywieźli do Rosji - mówi Jerzy Szóstko. - Mój tata miał wówczas 13 lat. Ale był 1916 r., w Rosji zaczęły się rozruchy i rodzina nie dojechała na Sybir, tylko pozostała na Ukrainie. W 1920 r. armia polska pod dowództwem marszałka Józefa Piłsudskiego zajęła te tereny i dziadek z rodziną powrócił do Białegostoku. W 1923 r. tata za namową swego szwagra Jana Janowicza, który z zawodu był garbarzem, zaczął pracę w garbarni, która znajdowała się przy ul. Wąskiej 15. I tak tata związał swoje życie z garbarnią.

  W 1925 r. ożenił się z moją mamą. Mama pracowała w Fabryce Wstążek przy ulicy Sienkiewicza, róg Wiśniowej, dzisiaj jest tam dom dla bezdomnych. Wspólnymi siłami rodzice kupili plac i postawili dom przy ul. Kapralskiej. Dzisiaj jest to mój dom rodzinny.

  W garbarni tata przechodził różne koleje losu. W okresie międzywojennym wraz z innymi robotnikami brał czynny udział w akcjach strajkowych organizowanych przez związek garbarzy. Garbarz był bardzo cenionym zawodem, robotnicy dobrze zarabiali, ale stale musieli walczyć o swoje prawa. Pamiętam, pensję płacono w soboty, zawsze wtedy z mamą szliśmy do sklepu ze słodyczami na rogu Sienkiewicza i Jagienki po jakieś łakocie.

  Tata dobrze wspominał kierownictwo garbarni. Dyrektorem był Niemiec Becker, z pochodzenia Żyd, od lat mieszkał w Białymstoku. Dbał bardzo o robotników, jak coś się stało, zawsze służył pomocą. Kiedy poparzyłem się gorącą herbatą, to mama od razu pobiegła do garbarni i Becker sam zawiózł mnie do lekarza.

  Po 17 września 1939 r. Niemcy odstąpili Białystok Rosjanom. Sowieci objęli kierownictwo garbarni. Tata znał świetnie rosyjski, bo chodził do szkoły rosyjskiej. Wezwał go oficer: Iwan, (bo tata miał na imię Jan) ty roboczij, tak budiesz dyrektor. I w ten sposób tatę zrobiono dyrektorem. Ale na stanowisku wytrzymał tylko rok. Do domu wracał stale na rauszu, wszystkie narady kończyły się libacją. Mama miał dosyć, bała się, że mąż zostanie nałogowym alkoholikiem. Tata więc zaczął symulować chorobę i jakoś udało mu się wykręcić z tej dyrektorskiej posady.

  W czasie okupacji garbarze wspierali ruch oporu, tata to zawsze mocno podkreślał. W garbarni pracowało dwóch Bawarczyków. Jak weszli Niemcy, to zawołali tatę: słuchaj, nam pieniądze są potrzebne, wam też, nie obchodzi nas, jak je wykorzystacie, robimy produkcję i dzielimy się na pół. I byli uczciwi. Pieniądze przekazywano dla podziemia AK, na wykup osób z aresztu czy przeznaczonych na wywózkę do obozów.

  W 1944 r. jak Niemcy wycofywali się z Białegostoku, to zniszczyli zakłady, podpalili. Po wyzwoleniu dawni pracownicy sami przyszli do garbarni i zaczęli odbudowywać zakład. W Gazecie Białostockiej z lat 60. Anna Zarembina tak pisała: "Zaczęli od ogrodzenia placu. Węcławski, Klepacki, Gwoździk, Suchodolski przynosili przęsła i słupy, prostowali spalone gwoździe, związywali płot drutem. Gdzieś pod betonowym stropem ocalał bęben do naciągania skór. Szóstko wynalazł gdzieś śruby, przytaskano skądś motor, Ryszard Kulisiewicz uszył ze skóry pas transmisyjny. Na pierwszych kierowników wybrano Pawła Borowskiego, Wodzimierza Klepackiego i Wacława Wasiluka. Majstrami zostali Aleksander Oracz, Józef Sienkiewicz, Adam Adachowski. Już we wrześniu zaczęli produkować pierwsze skóry. A skóry miały wtedy wysoką cenę".

 - Przez jakiś czas tata z dwoma kolegami, Józefem Bałdyszem i Szrotem sami robili skóry u państwa Bałdyszów. Trwało to rok - opowiada Jerzy Szóstko. - Kiedy garbarnia wznowiła produkcję, cofnięto im pozwolenie. Ale nie byliby fachowcami, gdyby nie wykorzystali swoich umiejętności, przenieśli się do Ciasnego i tam w tej samej beczce wytwarzali skóry na lewo. Niestety nie za długo, bo miejscowi gospodarze pędzili bimber, zaczęły się nagonki milicji, i musieli zwinąć interes. Po wojnie garbarnia jak cały przemysł została upaństwowiona i odtąd były to już Białostockie Zakłady Przemysłu Garbarskiego. Tata pracował tam do 1967 r., w sumie 42 lata.

   W garbarni była zatrudniona również moja siostra cioteczna Jadzia Janowicz, była księgową oraz kuzyn taty Stasio Szóstko z Wasilkowa. I na koniec jeszcze jeden rodzinny wątek garbarski. Mój ojciec chrzestny Józef Balcerzak był mistrzem garbarskim. Podczas okupacji niemieckiej mieszkał w Warszawie i z synem Marianem należał do AK. Po wpadce obaj zostali wywiezieni do obozu w Auschwitz. Marian dostał wyrok śmierci, miał być stracony. Ale ojciec wyprosił u komendanta obozu, żeby jego zabili za syna. Komendant wyraził zgodę. I dzięki ojcu Marian Balcerzak został przy życiu.

Alicja Zielińska

Kelnerki - prostytutki w kawiarence przy Mazowieckiej

 

  Gwarny i tłoczny plac targowy oraz miła i przytulna kawiarenka - to dwa szczególnie ulubione miejsca przedwojennych białostockich złodziejaszków, oszustów, sutenerów i awanturników.

  Na rynku przy ul. Mazowieckiej, tuż obok hali targowej istniał prawdziwy Kercelak warszawski. Jakich tam nie spotykano typów i czego tam nie sprzedawano i nie kupowano!

  Na przykład zubożały ziemianin oferował swoje medale, zdobyte w obronie ojczyzny. Jakiś emeryt wyniósł na sprzedaż miedziane rondle. Obok nich tęga paniusia szukała nabywcy na swój sfatygowany żakiet. Zaś nerwowy jegomość próbował opchnąć zdarte już dobrze buty konduktorki.

  Oczywiście między tą całą publicznością uwijali się złodziejaszkowie i osobnicy o dosyć mętnym wyglądzie. U nich można było kupić zegarki, zapalniczki, sztuki materiału, a w razie potrzeby całkiem znośne palta czy marynarki.

  Na białostockim Kercelaku spotykała się cała chanajkowska bieda, no i przestępcy. Można było ujrzeć człowieka, który dla ratowania głodującej rodziny, zdejmował na mrozie paltot i sprzedawał go za 3 zł. Nędznie odziana panienka handlowała książkami, po 15 - 20 groszy za sztukę.

  Rzecz jasna nie uświadczyło się tutaj raczej głównych białostockich macherów od kradzieży i przekrętów, ale bywali ich pomniejsi pomagierzy. Trzeba było trzymać rękę na pulsie. Nawet biedny rynek mógł przyjąć kradziony towar.

  Kiedy ktoś przypadkiem zaszedł do którejś z białostockich kawiarenek, mógł zobaczyć taki widok: na ladzie dwie cytryny, dwa śledzie, kilka kwaszonych ogórków i parę plasterków kiełbasy. W lokalu pustawo. Jak właściciel takiego interesu mógł wiązać koniec z końcem?

  To pytanie wcale na miejscu. Z czego właściwie żyli owi kawiarniani handlowcy? Przecież musieli płacić podatki, uiszczać komorne za lokal, światło, gaz? Gdy przyjrzał się im przedwojenny dziennikarz, stwierdził, że na pewno nie głodują. Każdy z nich bowiem wyglądał solidnie, niektórzy nawet ze sporymi brzuchami. A i personel takiej kawiarenki nie przypominał wychudzonych szkieletów.

Chanajki: Kelnerka i prostytutka to jedno

  Tymczasem wiele z owych niepozornych kawiarenek było po prostu miejscem handlowania alkoholem z nielegalnego wyszynku. Dochód był z tego duży. Oczywiście musieli dopisywać konsumenci. Ale od czego była ferajna chłopaków, nie tylko z Chanajek, ale i z Piasków, Wygody czy Antoniuka.

  Poza tym atrakcją kawiarenek były też kelnerki, których moralność pozostawiała wiele do życzenia. Były one magnesem dla klienta, zarówno złodzieja, jak też porządnego ojca rodziny, który od czasu do czasu też lubił się zabawić. Jeśli zaś któraś z panienek okazywała się oporna i nie chciała umilić czas hojnemu biesiadnikowi, wylatywała momentalnie na bruk. Na jej miejsce właściciel przyjmował następną Marysię czy Stasię.

  Władze dostrzegały problem w istnieniu owych, podejrzanych przybytków. Wprowadzono nawet przymusowe badanie lekarskie kelnerek.

  Walka z takimi kawiarenkami była niestety trudna. Co pewien czas odbywały się co prawda przed sądem rozprawy za potajemny wyszynk, niekiedy skrzywdzona kelnerka występowała ze skargą przeciwko właścicielowi lokalu o złe traktowanie. Ujawniała przy tym jego machlojki, paserstwo i powiązania z miejscowymi opryszkami, ale to niewiele dawało.

  Chciwość, chęć wzbogacenia się brały górę. Kawiarenki istniały nadal. A i pojawiały się nowe zarówno w śródmieściu, jak i na peryferiach. Bazar też działał nadal. A wszędzie tam można było spotkać typków astralnych, czyli spod ciemnej gwiazdy. 

Włodzimierz Jarmolik

Przed II wojną światową bójek w piwiarniach nie brakowało

 

   Powodów, żeby pokłócić się, było w międzywojennym Białymstoku bardzo dużo. Szczególnie kłótliwi okazywali się tragarze, dorożkarze i furmani, wstawieni żołnierze na przepustce, no i uliczni miłośnicy wszelkiej rozróby.Często takie awantury rozgrywały się wewnątrz małych sklepików, restauracyjek bądź piwiarni.

  Był marzec roku 1923. W buzie macedońskiej przy ul. Sienkiewicza pewien obywatel o inicjałach S. K. poprosił o szklankę wody. Gdy przyszło do płacenia, właściciel pijalnego przybytku zażyczył sobie 500 marek. Dla spragnionego mieszczucha cena ta wydała się zbyt wygórowana. Gospodarz obrzucił go wyzwiskami, ten nie był dłużny. Sprawa trafiła do sądu grodzkiego.

  Dziewięć lat później, również w buzie, ale tym razem przy ul. Piłsudskiego 16, której właścicielem był Temel Stajonowicz, odbyła się bardziej poważna awantura. Otóż, jak zeznał on później na policji, w jego interesie pojawiło się pewnego wieczoru sześciu nieznanych mu osobników. Rozsiedli się przy stole i zamówili chłodny napój i chałwę. Zachowywali się hałaśliwie i nieakuratnie. Wkrótce cały stół był mokry od buzy. Właściciel zwrócił więc im delikatnie uwagę. Wtedy owi chuligani rozbili mu gablotkę z ciastkami, rozpadła się również na kawałki szyba wystawowa. O zapłaceniu rachunku nie było mowy. Sprawcy szybko się ulotnili. Przechodnie będący w pobliżu buzy zatrzymali jednego z nich. Był to Icek Meller, jak się później okazało w sądzie, ordynarny tragarz z dworca kolejowego, mający już na swoim koncie podobne wybryki.

Mieszkańcy osiedla Marczuk walczyli z Wysokim Stoczkiem. Ruch poszły noże

  Jeszcze groźniej miała się sprawa w lutym 1933 r. w piwiarni Józefa Pleskacza przy Sienkiewicza 80. Czterej podpici mężczyźni, którzy doń wstąpili, zażądali kwasu i przekąsek. Kiedy przyszło do płacenia okazało się, że żaden z nich nie ma pieniędzy. Rozpoczęła się więc najpierw pyskówka, a później całkiem poważna awantura. Niewypłacalni klienci zabrali się do tłuczenia zastawy i łamania krzeseł. Nawet sprowadzony migiem policjant nie potrafił opanować sytuacji. Wezwał posiłki i dopiero wtedy obezwładniono krewkich młodzieńców. Okazali się nimi bracia Zalewscy oraz Z. Gęślicki i A. Sokołowski. Zwłaszcza ten ostatni był znanym na bruku białostockim zabijaką i notorycznym bywalcem komisariatów i aresztu miejskiego.

  Szczególnie groźne były jednak awantury, w których za główny argument służył sprężynowiec lub nóż fiński. Odbywały się one w miejscach publicznych, jak i mieszkaniach prywatnych. Kiedy dochodziło do porachunków pomiędzy mieszkańcami białostockich przedmieść, były one szczególnie krwawe. W 1925 r. walczyły ze sobą Marczuk z Wysokim Stoczkiem. Były to zarówno porachunki osobiste, jak też dbanie o honor własnej dzielnicy. Ot choćby 11 czerwca, Stanisław Sawicki i Wacław Kuźniel natknęli się przypadkowo na Adolfa Rypsemona. Od słów doszło do czynów. Dwóch na jednego. Pokłuty nożami Rypsemon trafił do szpitala św. Rocha, jego prześladowców zatrzymała wkrótce policja.

Miesiąc aresztu za pocięcie mężczyzny nożem

  Z kolei w 1926 r. przed sądem okręgowym stanął Antoni Chańko, który już wcześniej trzykrotnie dostąpił tego wątpliwego zaszczytu. Powód: na zabawie w domu przy ul. Mickiewicza 12 zranił ciężko nożem Zygmunta Ozorowskiego. Tłumaczył się niepoczytalnością alkoholową. Sąd ocenił jego wyczyn na miesiąc aresztu.

  W lutym 1932 r. na Rynku Kościuszki, tuż obok ratusza, doszło do bójki dwóch grupek furmanów. W ruch poszły noże. W czasie kryzysu ekonomicznego walka z konkurencją szła na ostre. Na ziemi został jeden z wozaków, Szmul Szmierkie. Przywieziony do szpitala żydowskiego, zmarł, nie odzyskawszy przytomności. 

Włodzimierz Jarmolik

BMW, Harley, Sahara- Rajdy motorowe w mieście

  BMW, Harley, Sahara - to marki motocykli dobrze znane znawcom motoryzacji. Na tych wspaniałych maszynach ścigali się amatorzy tego sportu. Rajdy motorowe cieszyły się wielkim zainteresowaniem białostoczan, zawsze ściągały tłumy widzów - opowiada Zbigniew Karlikowski. Na dowód pokazuje plik zdjęć z takich imprez.

  Jednym z pierwszych, który reaktywował sport motorowy w naszym regionie był Marian Wolniewicz. Urodzony w 1920 r. w Żyrardowie. W 1937 r. ukończył szkołę średnią o kierunku wodno-melioracyjnym w Wilnie. W latach 1936 - 39 był kolarzem w KPW Ognisko i Towarzystwie Gimnastycznym Sokół. Podczas okupacji aktywnie działał w Armii Krajowej - zaszyfrowaną drogą dostał nominację na stopień podporucznika dowództwa wojskowego w Londynie. 

  Po wojnie został prezesem Spółdzielni Transportowiec, potem spółdzielni Remontowo-Budowlanej, wreszcie prezesem Cechu Rzemiosł Różnych. Jego pasją stała się motoryzacja. I to on przyczynił się do tego, że sekcje te powstały początkowo w ZKS Ognisko, a potem w Polskim Związku Motorowym. Był organizatorem wielu wyścigów motocyklowych. Zginął tragicznie w  1969 r. Pochowany na cmentarzu św. Rocha.

  Motocykl był marzeniem w tamtych czasach każdego mężczyzny. Jeździli koledzy, ale i całe rodziny. Wielkim amatorem tego sportu był na przykład Jan Stefanowicz, którego synowie Jerzy i Zbigniew byli również motocyklistami.

  Podziwiano maszyny, zawodników. Stroje, jak widać na zdjęciach były różne. Jedni w garniturach bądź mundurach, inni w kombinezonach, no i nie wszyscy w kaskach. Trudne czasy, nie każdego było stać i nie tak łatwo było zdobyć prawdziwy motocyklowy uniform . 

  Ale oto na zlot w Ełku w 1953 roku wszyscy jadą w jednakowych białych kombinezonach. Jak jeden mąż - długi biały peleton. Musiało to pięknie wyglądać. Skąd się wzięły? - Sekret mi zdradził Paweł Brylewski, jeden z zawodników, startujących w wyścigu - opowiada Zbigniew Karlikowski. - Otóż ich sponsorem, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, był inż. Zenon Olszewski, dyrektor Zakładu Przemysłowo-Remontowego. On to właśnie wyposażył motocyklistów w białe kombinezony robocze z emblematem Ogniwa.

  Przed wyruszeniem do Ełku uczestniczyli we mszy świętej. I właśnie jedno ze zdjęć przedstawia ich na schodach białostockiej bazyliki. Na odwrocie są nazwiska. Pośrodku stoi inż. Zenon Olszewski, główny organizator rajdu - komandor. Są tu również: Marian Wolniewicz, Henryk Draps, Zenon Łuszczewski, Ryszard Łukasiuk, Tworkowski, Władysław Brylewski, Edward Gebauer, Ryszard Rećko, Adolf Dawidowski, Zygmunt Paciorek, Zbigniew i Jerzy Stefanowiczowie, Mikołaj Żyłkiewicz, Muciłowski, Tadeusz Konikowski, Jan Stefanowicz, Karol Kowalczyński. A motocykle, na których jechali to Sahara, Ardie, Harley, Zundap, BMW, NSU, IŻ i inne mniej znane marki.

  IV Ogólnopolski Zjazd Plakietowy w Ełku odbył się w dniach 25-26 lipca, a zorganizowała go sekcja motorowa ZS Start w Ełku przy współudziale białostockiego PZMot. Wyścigi odbyły się dookoła Jeziora Ełckiego - zawodnicy mieli do przejechania pięć pętli po 20 km. Na zjazd przybyło ponad 100 maszyn z całej Polski. Najliczniejszą ekipę wystawiły kluby z Białegostoku: Ogniwo - 25, Start 15 i LPŻ - 9. No i najlepszymi okazali się motocykliści naszego Ogniwa. W jednej kategorii wygrał Ryszard Łukasiuk, a w drugiej Władysław Brylewski. Rajd oglądało ponad 5 tys. publiczności.

  W Białymstoku również rozgrywano wyścigi motocyklowe. Imprezy te często odbywały się na stadionie w w Zwierzyńcu. Jedno ze zdjęć przedstawia też rajd ulicą Sienkiewicza. Jak widzimy, nie było tu jeszcze budynku restauracji Grodno. Ale za to jak zawsze pełno stało widzów.

  I kolejna cenna pamiątka z tamtych czasów, o której warto wspomnieć przy tej okazji. To dwie metalowe plakietki. Należały do Leonarda Koneckiego, który reprezentował LZS Olmonty i w latach 60. uczestniczył wiele razy w ogólnopolskich rajdach motocyklowych. - Dostałem je od pewnego mieszkańca Olmont. Były bardzo zniszczone, dałem do renowacji i wyglądają jak nowe - pokazuje pan Zbigniew. 

Alicja Zielińska

Marszałek Józef Piłsudski odwiedził Białystok w 1921 roku

   Ze stacji na rynek Piłsudski pojechał "powozem zaprzężonym w czwórkę białych koni przystrojonych w barwy narodowe". Białystok też był udekorowany. U zbiegu ulic Kolejowej, Św. Rocha i Lipowej stanęła jedna z bram triumfalnych. Utrzymana była "do najmniejszych szczegółów w stylu empire". Przy niej prezydent Szymański, który wcześniej z pociągu przyjechał w to miejsce powitał Marszałka chlebem i solą.

  Po nim wystąpiła jego córka Halinka, która wraz z Felą, córką przewodniczącego rady miejskiej Feliksa Filipowicza, wyrecytowała wierszyk ułożony przez Marię Kościankę. Oto on:

 I myśmy też przyszły tutaj polskie dziatki

By Tobie przynieść te kwiatki.

My dobrze wiemy jakie ciężkie znoje zniosłeś dla Polski

Drogie imię Twoje świeci przykładem

W sercach naszych gorąco wdzięczność bije

Naczelnik Państwa Józef Piłsudski niech żyje!

Obiad w ogrodzie Branickich

 Piłsudski był tego dnia w wyśmienitym nastroju. Dało się to zauważyć, gdy przyjechał wraz całą świtą na śniadanie do niewielkiego, drewnianego domku na Starobojarską 30, w którym mieszkali prezydentostwo Szymańscy. Wchodząc do stołowego pokoju oświadczył, oddając szable jednemu z adiutantów: "Ponieważ przybyłem w zamiarach pokojowych oręż zdejmuję". Śniadanie podano w ogrodzie, a na kolanach Marszałka usadowiła się Halinka Szymańska.

  O godzinie 12 zaczęły się uroczystości na rynku - msza, sztandary, defilady. Po nich w ogrodzie Branickich wydano obiad dla 2 tysięcy gości. Za ten punkt programu odpowiedzialni byli radni Antoni Gliński i Zygmunt Maciejewski. Panie z gminy ewangelickiej nakrywały stoły. 

  Gdy Piłsudski punktualnie o 15. zasiadł u szczytu stołu ustawionego w podkowę, podano "rosół z jarzynami i kawałkiem mięsa". Na drugie była "dobra porcja mięsiwa pieczonego z kartoflami", a do tego "kompot z jabłek i piwo".

  Na deser zostawiono sobie przemówienia. Przewodniczący Filipowicz wygłosił trzecią już tego dnia mowę. Ale wszystkich i tak zakasował "obecny na obiedzie poeta gruziński Karaliszwili". Wiadomo, te gruzińskie toasty. Po nim niezwykle zagmatwaną mowę wygłosiła doktorowa Zofia Ostromęcka.

  Piłsudski był tym wszystkim już lekko zmęczony. O godzinie 5. podziękował za obiad i "z majorem Macieszą samochodem udał się do swego pociągu". Zapowiedział, że o 6. przyjedzie do koszar 42 pułku na Traugutta, aby "przyjrzeć się zapasom w piłkę nożną między sportowemi towarzystwami Koroną warszawską a drużyną 42 p.p."

  Ale zanim mecz się rozpoczął poproszono Marszałka, aby został ojcem chrzestnym niedawno narodzonego synka kapitanostwa Grossnerów. Matką chrzestną była doktorowa Żołątkowska, prezeska białostockiego Koła Polek. Sakramentu na boisku sportowym udzielił kapelan wojskowy. "Naczelnik Państwa dobrotliwie uśmiechając się do swego chrześniaka, wróżył mu wielkie sukcesy w przyszłości jako … doskonałemu futboliście".

  W trakcie meczu adiutant przyniósł Piłsudskiemu wieniec z nutami marsza skomponowanego na jego cześć. Kompozytorem był Natan Cygan, popularny w mieście skrzypek. W tym samym momencie orkiestra zaczęła grać ów utwór, na co "Naczelnik Państwa kazał podziękować autorowi". Nie czekając na zakończenie meczu (nasi wygrali 5 : 2), Piłsudski pojechał do magistratu. Tu otrzymywał honorowe obywatelstwo. Wręczono mu też pierwszy egzemplarz książki "Białystok Ilustrowany". Bez mów się nie obyło.

  Oczywiście jedną trzymał Filipowicz, który na jej zakończenie wykrzyknął "najstarszy żołnierz polski nasz ukochany Dziadek niech żyje". Chodziło oczywiście o najstarszego stopniem, ale wyszło jak wyszło. Po nim dwaj miejscowi fabrykanci Szatja i Frenkiel w imieniu przemysłowców "do dyspozycji" Piłsudskiego złożyli pół miliona marek. Tyle samo wręczyli Szymańskiemu. 

  Była już godzina 10 wieczorem, gdy Piłsudski wraz ze wszystkimi udał się do Pałacu Branickich na raut. W pałacu "przeszedł do dawnej kaplicy pałacowej, którą zamieniono na bardzo ładny salonik".

  O północy opuścił raut i udał się na dworzec. Przed pierwszą w nocy pociąg "powoli rusza. Naczelnik Państwa z uśmiechem na ustach, salutując mija rozentuzjazmowane rzesze publiczności serdecznie go żegnającej".

  Wojewoda, prezydent i przewodniczący rady na ostatnich nogach, ale pełni patriotycznego uniesienia i szczęśliwi, że wszystko się udało, mogli wreszcie położyć się spać. 

Andrzej Lechowski 

Translate