src='https://image.weben1.com/b/13509/09dbfa3b-9f1f-4391-88a2-346f1ca94912.jpeg'/>
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Prezydent miasta i Harmonia w hotelu Ritz

   W dzisiejszej rzeczywistości prezydent miasta powinien być (i jest) zapraszany na wszystkie kulturalne wydarzenia. Czasem z łaskawości obejmuje nad nimi patronat. Ale niegdyś to były czasy kiedy to prezydent inicjował, sam zapraszał i robił to skutecznie. To nie początek bajki, że dawno, dawno temu, bo zaledwie w 1925 roku 16 czerwca na godzinę 19. do sali posiedzeń rady miejskiej przy Warszawskiej 21 na zaproszenie Bolesława Szymańskiego prezydenta miasta zjawiło się wybrane, doborowe towarzystwo.

  Przewodził mu profesor Witold Jodko, dziś zupełnie zapomniany wirtuoz też kompletnie zapomnianej cytry, profesor moskiewskiego konserwatorium. Jego prawą ręką był Zygmunt Różycki. To kolejna zapomniana postać, a przecież osobistość fundamentalna dla białostockiego życia teatralnego, a - co w Białymstoku istotne - w pewnym okresie był jednym z dyrektorów Ritza.

  Byli tam też: Witold Śnieżko dziennikarz i bibliofil, Roman Samitowski właściciel ekskluzywnego magazynu z obuwiem, Jan Knaup felczer cieszący się większym autorytetem niż niejeden dzisiejszy profesor, Wincenty Hermanowski prowizor farmacji, właściciel słynnej apteki "Pod Łabędziem", Zofia Michałowska-Wolańska właścicielka szkoły muzycznej, a równocześnie świetna, koncertująca pianistka. Był również mecenas Władysław Olszyński prawnik, działacz samorządowy i dziennikarz, oraz znany dziennikarz Teofil Morelowski. Zjawił się także Ludwik Koehler malarz, który w tych pierwszych latach niepodległości był niekwestionowanym liderem miejscowego środowiska plastycznego. Nie mogło zabraknąć w tym gronie Konstantego Kosińskiego nauczyciela matematyki z gimnazjum Zygmunta Augusta, wytrawnego działacza samorządowego i dziennikarza.

  Prezydent Szymański zaprosił ich do siebie, bo dowiedział się, że chcą założyć stowarzyszenie kulturalne. Jemu samemu takie inicjatywy nie były obce. Już od 1905 roku był czynnym członkiem białostockich teatrów amatorskich. Rozumiał więc rolę amatorskiego ruchu artystycznego jak mało kto. Ba, to właśnie ta działalność wyniosła go na stanowisko prezydenta miasta! Tak to w tym szacownym gronie w ten wtorkowy wieczór 1925 roku powstała jedna z legendarnych organizacji międzywojennego Białegostoku, Stowarzyszenie Miłośników Sztuki i Estetyki Harmonia. Prezesem został Jodko. Prezydent skromnie zadowolił się przewodniczeniem komisji rewizyjnej. Zebrani uznali, że podzielą Harmonię na sekcje. Z marszu wyznaczono Różyckiemu zorganizowanie sekcji teatralnej, a Michałowskiej-Wolańskiej powierzono sekcję muzyczną. Ustalono też, za namową Szymańskiego, aby Harmonia zajęła lokal po rozwiązanej Radzie Opiekuńczej. Lokalizacja była dobra, bo w samym Ritzu. Ustalono też, że oficjalne otwarcie lokalu nastąpi 4 lipca.

  Przez następne dni trwały gorące prace nad zorganizowaniem następnych sekcji. Doszły dwie kolejne: malarstwa i zdobnictwa. Obydwie objął Ludwik Koehler. On też wyprzedził kolegów z innych sekcji i pierwszy dał ogłoszenie o naborze chętnych do nauki rysunku i malarstwa.

  Trzy tygodnie po historycznym spotkaniu u prezydenta Szymańskiego, w sobotni wieczór 4 lipca 1925 roku w teatrze Palace odbył się inauguracyjny koncert Harmonii. Tak się złożyło, że jego wykonawcami byli sami członkowie zarządu. Pierwszy, ale jako mówca, wystąpił prof. Witold Jodko. Jemu jako prezesowi przypadł zaszczyt oznajmienia, że oto powstała Harmonia. Po jego krótkiej mowie rozpoczęły się występy. Zaczął je też prezes. Wszystkich zachwycił swą niezrównaną grą na cytrze.

  Po nim wystąpiła sopranistka Zofia Czajkowska i mezzosopran Jadwiga Pankiewiczowa. Oczywiście nie mogło zabraknąć Zofii Wolańskiej- Michałowskiej, która z ogromnym powodzeniem grała Chopina. Po udanym koncercie członkowie towarzystwa przeszli do pobliskiego Ritza. Tu już było mniej oficjalnie. Tańczono, ucztowano i popijano. To było niezwykłe lato w Białymstoku. Ostatniego dnia lipca białostoczanie cieszyli się z kolejnego otwarcia. Tym razem po remoncie otwierał się "park zamiejski, tak zwana popularna przed wojną Rozkosz". Były tam gustowne kawiarnie, ale magnesem miał być teatr z kabaretem. Może to i lżejsza, ale zawsze muza.

Andrzej Lechowski 

Nie tylko Hotel Krakowski - ul. Kolejowa 18

  Budynek należał do Wileńskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej . Pierwszym potwierdzonym właścicielem  terenu przy ulicy Kolejowej 18 , był Łazarz Krywiański. W 1906 r. nowymi właścicielami zostali zaś Wolf i  Frejda  Zilbergowie. W tym roku na posesji stał jedynie murowany , półtora piętrowy dom mieszkalny.

  30 listopada 1911 r. Zilbergowie sprzedali nieruchomość Andrzejowi Zawadzkiemu. Zawadzki pozostawał właścicielem posesji jeszcze na początku lat 20. XX w.

  1 października 1919 r. uruchomiono pod adresem ul. Kolejowa 18 hotel „Krakowski”. Jego właścicielem – prowadzącym był Antoni Grymaszewski. Firmę zarejestrowano w kwietniu 1921 r. w Sądzie Okręgowym w Białymstoku. Od 1921 r. działała tu także kawiarnia Wincentego Bieleckiego.

  Natomiast w 1923 r.  hotel  „Krakowski” przejął Andrzej Zawadzki i prowadził przez kolejne lata. Nie wiadomo jak długo był właścicielem, rejestr handlowy nie odnotowuje zmian w hotelu „Krakowskim” jeśli chodzi o osobę właściciela czy też jego likwidację. Mimo to w 1924 r. zostaje uruchomiona  tu jadłodajnia Marii Bazelczuk.

  Hotel Krakowski wymieniają wszystkie księgi adresowo – handlowe, ale w 1937 r. na planie miasta ma on szrafowanie oznaczające budynek państwowy, możliwe więc, że jego przebudowa była związana z inwestycją dyrekcji kolejowej. Nie była zakładana księga hipoteczna na Kolejową 18 więc na temat zmian własności nic więcej nie można powiedzieć.

  W księdze dziesięciolecia „Zjednoczenia” odnotowany jest sklep nr 4 na ul. Kolejowej 18. 

W każdym razie okoliczności budowy wielkiego gmachu pozostają na chwilę obecną  niejasne.

Wiesław Wróbel


Dojlidy, Marczuk, Biała - kąpieliska w Białymstoku


    "Stryjeczny brat opowiadał, że widział, jak Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży w Dojlidach w oczko, a przed nimi stała butelka wódki firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka "- wspomina Jerzy Koszewski.
  
   Wiadomo powszechnie, że Białystok leży nad rzeką Białą i nawet zawdzięcza jej swoją nazwę, tudzież legendę z księciem litewskim Giedyminem w roli głównej.
  W rodzinie państwa Kaczorowskich przetrwała opowieść, jak to prezydent Ryszard przywiózł do grodu rodzinnego dorodne córy: Jagodę i Alę. Urodziły się obie w Londynie, znały Białystok jedynie z opowieści swego ojca. Utrudzone spacerowaniem pewnie chciały odpocząć nad rzeką, która - jak wynikało z owych gawęd tatusiowych - niemal dorównywała sławie Wiśle, nie mówiąc już o Tamizie. Zaskoczenie było okrutne, bo jak to możliwe, by takie duże miasto leżało nad rzeczką, którą rozpędzony jeleń mógłby przeskoczyć. To może dlatego jeleń był pierwszym znakiem herbowym naszego miasta?
  Żarty na bok, Białka potrafiła czynić wcale groźne powodzie, przyciągnęła ku sobie elektrownię i mnóstwo fabryk włókienniczych, nad nią wyznawcy mojżeszowi stawiali szałasy, a był także mostek upodobany przez białostoczanki nieszczęśliwie zakochane lub uwiedzione i porzucone. Z notatek prasowych wynika, że rzucały się co jakiś czas z owego mostku do Białki, ale czy skutecznie, to już nie jest takie pewne.
  

Dodam jeszcze, że naszej rzeczułce towarzyszyły w centrum miasta stawy, z tego największego (tu obecnie Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki) jeszcze w połowie XIX stulecia miasto czerpało dochody poprzez wydzierżawianie prawa do łowienia ryb. Mokradła otaczały zamek (pałac), a za Branickich opowiadano w Europie cuda o kanałach parkowych, po których pływały gondole, zaś w jednym z nich o mało nie zakończył życia król August III Sas. Opiewali i urok kaskad oraz fontann.
  Można również przytaczać wspominki o przedwojennych rozkoszach nad czystą odnogą Białej na Białostoczku i o uciechach sobotnio-niedzielnych nad Dolistówką tudzież nad stawami na Marczuku, o pławieniu się chłopaków w gliniankach, a koni za koszarami przy ul. Bema, o kąpielach w Ignatkach zapamiętanych dobrze przez letników żydowskich. Także o zalotach młodych na nadrzecznych łąkach w Jurowcach, wyprawach całymi rodzinami do Supraśla, a i do brzegów Narwi przecież nie było daleko.
  Przez Białystok przepływało kilka strug, oczka wodne były niemal w każdej dzielnicy, moczary sięgały do torów po drugiej stronie dworca.
Dojlidy
  To temat odrębny, podjął go właśnie Jerzy Koszewski, ziomek znany i twórczej natury.
"Moje spotkanie ze stawem w Dojlidach miało miejsce w 1939 roku za sprawą stryjecznego brata Czesława Koszewskiego. Zobaczyłem pomost wiodący w głąb stawu i zapamiętałem idącą po nim szybkim krokiem ładną panią oraz płynącego obok chłopaka z ognistą czupryną. Okazało się, że był to Zenek Borowski, wkrótce mój kolega z domu nr 1 przy ul. Sobieskiego.
  Stryjeczny Czesław opowiadał, że widział, jak sławni aktorzy Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży dojlidzkiej w oczko ("21"), a przed nimi stała butelka wódki renomowanej firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka. Otaczających ich fanów od czasu do czasu prosili: "Więcej powietrza". Czy to prawda?
 
 Za to stryjeczny brat dawcy tej relacji - Zygmunt Koszewski pracował na Dojlidach za okupacji niemieckiej; jego szefem był Oskar Liedke, po wojnie profesor wychowania fizycznego w Liceum Administacyjno-Handlowym w Białymstoku. Pan profesor opowiedział swemu uczniowi Jerzemu Koszewskiemu scenę mrożącą krew w żyłach. Jakowyś kajakarz zanadto zbliżył się do innego kajaka i niechcący uderzył siedzącego w nim wioślarza. Miał pecha, bo poszkodowanym okazał się esesman. Ten narobił krzyku na całą plażę, uznał się za niedoszłą ofiarę zamachu. Śmiertelnie przestraszony wioślarz dopłynął jak mógł najszybciej do brzegu i zbiegł do pobliskiego domku. Niemiec zaś wezwał kamratów gestapowców, ci otoczyli plażę i zaczęli sprawdzać wszystkich, którzy jeszcze tam pozostali.
  Panowie Oskar i Zygmunt wykazali bystrość umysłu, zdołali ukryć ubranie "zamachowca". Zawiedzeni takim obrotem sprawy gestapowcy kazali obu pracownikom stawić się na przesłuchanie w "piętnastce", czyli katowni przy ul. Sienkiewicza 15. Jednak dalszych konsekwencji nie było. Pan Jerzy zachęca, by sprawca tego zdarzenia - jeśli żyje - zechciał się podzielić swymi wrażeniami.
Makabreska
  Przepraszam, teraz nastąpi opowieść Jerzego Koszewskiego z akcentem nieprzyjemnym, więc bardziej wrażliwych upraszam o przerwanie lektury.
  "Latem 1952 roku staw dojlidzki służył do hodowli karpi, ale plażę nawiedzali dzicy miłośnicy kąpieli słonecznych i wodnych. Znalazłem się tam i ja wraz z kolegą szkolnym Romkiem Malinowskim, późniejszym prezesem ZSL i marszałkiem Sejmu. Postanowiliśmy popłynąć na drugi brzeg. Po jakimś czasie Romek zawołał, bym zagruntował, bo on już nie ma sił. Przestraszyłem się, Romek to kawał chłopa i na dokładkę gładko ostrzyżony, a ja ważyłem ledwie ponad 50 kg. Zagruntowałem, dna nie dosięgłem. Romek wnet powtórzył prośbę, a ja znów dna nie wyczułem. Co będzie, jak zacznie tonąć?!
   Na szczęście po przepłynięciu jeszcze paru metrów mogliśmy stanąć na nogach i bezpiecznie podejść do brzegu.
To jednak nie koniec dreszczowca. Na brzegu bowiem, na drewnianej platformie, leżały martwe konie (szczegóły pomijam, bo pewnie nikt nie zrezygnował z dalszej lektury).
  Całą tę operację nadzorował strażnik z flintą. Zdjął ją z ramienia i z groźną miną kazał nam odpłynąć z powrotem. Romek na to: "Strzelaj pan, my nie mamy sił, jesteśmy do cna wyczerpani". Strażnik ulitował się nad nami, wróciliśmy piechotą na plażę. Myślę, że Romek Malinowski miał tylko przejściowy kryzys, bo jednak pływakiem (politycznym) okazał się dobrym.
Dziś plaża na Dojlidach ma wysoki standard, jedynie proponuję wydzielić pod płotem miejsce dla palaczy, bo petów leży dużo, a dym tytoniowy snuje się jak mgła poranna". O czym doniósł Jerzy Koszewski - stary pływak

Adam Czesław Dobroński 

Wielkanoc w wolnym Białymstoku. Brakowało jajek


 Karta świąteczna z około 1910 roku. fot. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

   Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku upłynęła pod znakiem niedostatków. Szczególnie brakowało jajek. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy.

  W 1916 roku, białostoczanie jęczący pod jarzmem niemieckich rekwizycji, mieli całkiem inne problemy. Kombinowano jak tu ominąć okupacyjny "zakaz wypieku placków na rozmaite święta".

  W tym zakazie nie chodziło rzecz jasna o walkę z tradycją, ale o reglamentację mąki. Ta była bardziej potrzebna niż amunicja. Tkwiący na froncie żołnierze czekali na chleb. W Białymstoku policja tropiła więc krążących po mieście handlarzy. Najlepszym tropem wiodącym do nich były służące, które "dla swego państwa" przed zbliżającymi się świętami chciały kupić mąkę. Podobne trudności były też z nabyciem jajek. Tu policja mogła ogłosić śledczy sukces. Oto przed samą Wielkanocą schwytano handlarza, który miał na furze 1000 jaj. Przeznaczone były dla szpitala wojskowego w pałacu Branickich. Wozak jadąc z magazynów przy dworcu, na Lipowej i rynku rozprzedawał białostoczanom militarne jajka po 20 fenigów za sztukę.

  Ale największym utrapieniem w tej walce o godziwe święta było rozporządzenie "Jaśnie Wielmożnego Inspektora Etapowego" wydane 14 lutego 1916 roku. Jaśnie Wielmoża nakazał do 31 marca przynieść na rynek, do kamienicy pod siedemnastką, gdzie mieściło się dowództwo zaopatrzenia armii, wszystkie białostockie garnki. Zapewniano, że nie będzie to rekwizycja tylko skup. Podano nawet cennik. Z niemiecką skrupulatnością oznajmiono, że w "zakres zakupu" wchodzą "kociołki do gotowania i smażenia, kociołki do marmelady i potraw, garnki, brytfanny, formy do pieczenia, kastrole, chłodniki, moździerze, płyty, lichtarze, żelazka do prasowania, kociołki do gotowania bielizny, wanny kąpielowe, samowary itd." Inspektor groził, że po 31 marca przeprowadzane będą w mieście rewizje i jeśli nie daj Bóg u kogoś znajdzie się schowany garnek, to zostanie on zarekwirowany, a jego właściciel napyta sobie biedy. Tak to Keiser planował białostockimi garami i rondlami, przetopionymi na amunicję, wygrać światową wojnę. Ale dlaczego kosztem Wielkanocy? Pan Bóg mu tego nie darował.

  Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku też upłynęła pod znakiem niedostatków. Garnki już były, ale nie było czego do nich włożyć. Szczególnie brakowało jajek. A jakże tu świętować bez kurzych płodów. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy. Gdy taki został ogłoszony, to okazało się, że jest kłopot z dystrybucją. Oburzone miasto dowiedziało się, że "na dworcu Poleskim (obecnie Fabrycznym) czeka na odbiorcę kilkanaście tysięcy jaj przeznaczonych dla miasta". Gdy jakoś uporano się z upłynnieniem tego towaru, to po kilku dniach spadło nowe nieszczęście. Z Warszawy przyszedł kolejny transport. Tym razem było to 102 204 jajek. I znów leżały w wagonach.

   Dramatycznie apelowano "Wydziale Aprowizacyjny zlituj się nad jajami".

W następnych latach jajeczny problem zniknął. Pojawił się natomiast inny. Odwieczną świąteczną zabawą była kultywowana wśród miejscowego ludu gra w wielkanocne jaja. Jej opis za "Kłosami" z 1876 roku przytoczył Artur Gaweł w znakomitej książce "Rok obrzędowy na Podlasiu". Oto reguły tej prostej, ale niegdyś emocjonującej gry. "Grający wyzywają się na bitki, to jest jeden z nich w garść ująwszy pisankę, nosek jej obrócony do góry, ukazuje przeciwnikowi, który weń bije noskiem swojej pisanki; czyje pęknie ten jej piętkę musi nastawić, a gdy i ta się stłucze, wtedy jajko przegrywa i grę dalej nowym prowadzi. W bitki chodzą i starsi, niekiedy tak zawzięcie, iż wprost na targu, u stragana stanąwszy cały kosz pisanek biorąc na podział i tłuką je aż do ostatniej. Nie czynią jednak na chybił trafił, owszem wybierają wpośród jajka najmocniejsze, a moc ich rozpoznają po dźwięku, jaki które z nich wyda postawione storcem na dłoni i trącane to noskiem to znów piętką o zaciśnięte zęby. Trafiają się tak biegli znawcy, iż jednym jajkiem już zawczasu wybranem, całe kopy nieraz zmiatają; a nie brak i oszustów, którzy białko i żółtko z surowego jaka wysączają i woskiem je wewnątrz zalawszy, łapią na tę sztuczkę prostaczków. Figiel to jednak niebezpieczny, bo kiedy się odkryje, to oszust na łbie własnym nieraz doświadcza mocy fałszowania swojej pisanki".

  Ale to, co stało się na Wielkanoc 1927 roku przed białostocką farą dopisało jeszcze jeden rozdzialik do opisu obyczaju miejscowego i annałów tej gry. Oto dowiadujemy się z policyjnych kronik, że "niejaki Jan Kłubowski, lat 50, zamieszkały przy Chmielnej 10 (przebiegała ta ulica za zachodnią pierzeją rynku), nakłonił 12-letniego chłopaka Henryka Waluka do gry w jaja wielkanocne (czyje mocniejsze)". Pewny swego mężczyzna wpadł w furię, gdy smarkacz, trach, bach rozbił mu nosek i piętkę. Tak wielkie emocje targały jegomościem, że nie bacząc, iż to tylko niewinna gra i że jego przeciwnikiem jest dziecko złapał "laskę okutą żelazem i pobił dziecko do krwi, raniąc w głowę". Czy grano oszukanymi jajkami? O tym policyjne śledztwo milczy. Całe zaś zajście podsumowano jednoznacznie: "wstyd ci stary dziadu".

No cóż. Tegoroczna Wielkanoc pozwoli nam spróbować gry mrożonymi jajkami. Jednak przy wyborze przeciwników wystrzegajcie się Państwo jegomości z laskami okutymi żelazem. Alleluja!

Andrzej Lechowski 

Hazard w Białymstoku na Rynku Siennym

  Swego czasu była już w tej rubryce mowa o hazardzie w międzywojennym Białymstoku. Kwitł on na Rynku Siennym, w pobliskich bramach, w popularnych lokalach gastronomicznych, i rzecz jasna w prywatnych mieszkaniach.

Przodowały Chanajki. Karty, kości czy ruletka przyciągały różnych bazarowych straceńców, którzy topili w swoim nałogu wszystkie, często ciężko zarobione pieniądze. Na podwórku przy ul. Surażskiej czy Mazowieckiej stale urzędowali fachowcy od oczka, paska czy kostek. Lepsi goście spotykali się w cukierni Lux na rogu Warszawskiej, gdzie grano w pokera czy chemin de fer.

Jednak najbardziej zagorzali amatorzy hazardowego ryzyka jeździli z Białegostoku do stolicy, gdzie naiwniacko pozwalali ogrywać się miejscowym szulerom i wyrwigroszom.

Szczególnie wiele pokus czyhało na odwiedzających słynny warszawski Kiercelak. Na samym placu targowym, a także pod parkanami i bramami wpadających do niego ulic, działały non stop lotne kasyna. Prosty stolik z numerkami, to było wszystko. Kiedy krupier kierujący grę w numerki zorientował się, że wśród podstawionej publiki znalazł się jakiś, łatwo rozpoznawalny frajer, zaczynał namiętnie namawiać do obstawiania ulubionych cyfr.

  Przybysze z prowincji, w tym także i białostoczanie, łatwo ulegali magii pomnożenia przywiezionych do stolicy złotówek. Kręcący się po Kiercelaku naganiacze potrafili zachęcić do gry w rozrzucane karty prawie każdego, choćby nie miał na to wcale ochoty. Zaraz pojawiała się butelka wódki, a i przyjemna kobitka do boku. Podochocony białostoczanin, który przyjechał nad Wisłę, żeby pomnożyć swój portfel, tracił bardzo szybko wszystko co posiadał. Najpierw oczywiście, zgodnie z taktyką szulerów, wygrał kilka razy nieduże sumki, a później musiał tylko, co i rusz sięgać do kieszeni, aż została ona całkiem pusta. Do spółki z oszustami karcianymi działali na Kiercelaku także doliniarze. W tłoku zaabsorbowanych graczy i gapiów łatwo było dobrać się do cudzego palta czy torby.

Jeśli przegrany frajer, mający o sobie mniemanie rasowego hazardzisty, zaczynał po przegranej głośno protestować i straszyć szulerów policją, do akcji wkraczali silnoręcy pomocnicy, a w ruch szły nawet noże i kastety.

Nałogowi hazardziści z Białegostoku, którym nie odpowiadało brutalne towarzystwo z Kiercelaka, szukali dla siebie spokojniejszych miejsc. W latach trzydziestych można było je znaleźć w Warszawie zwłaszcza przy ul. Chmielnej i Nowogródzkiej. Działały tam bez przerwy potajemne domy gry dla lepszych gości. Oto dosyć obszerny cytat na ich temat z artykułu zamieszczonego w jednej ze stołecznych gazet.

   "Po cichu, na ucho, szepcą sobie zwolennicy hazardu, adresy domów gry. Luksusowe urządzenia, marmurowe stoły. Przy ul. Chmielnej wchodzimy w bramę i przez podwórze w poprzeczną sień. Na drugim piętrze mieści się świątynia hazardu. Przybita na drzwiach tabliczka oznajmia: "Biuro handlowo-komisowe". Dwa pokoje z kuchnią, przerobioną na trzeci. Urządzenia biurowe. W największym pokoju stół konferencyjny przykryty zielonym suknem. Miękkie fotele otaczają niskie stoliki. W oknach rolety. W dzień w biurze nie ma nikogo. Ożywa wieczorem. Ruleta, poker, chemin de fer, bakarat..."

Ale przecież nie wszystkich zamiłowanych hazardzistów z naszego miasta stać było na warszawskie fanaberie. Musieli zadawalać się produkcją miejscowych kombinatorów od trzech kart czy kubków. W Białymstoku specjaliści od tych trefnych gier panoszyli się w pierwszej połowie lat trzydziestych na ul. Lipowej i Sienkiewicza. Pod przykrywką i pozwoleniem na prowadzenie gier zręcznościowych dla młodzieży, rozkładali oni tam swoje parasole i prowadzili szulerkę dla dorosłych.

Najpopularniejszą grą u parasolarzy były kości. Wystarczyła plansza z numerami od 3 do 18, kubek i trzy kostki do gry. Gracze obstawiali wybrane numery. Bankier wyrzucał kostki z kubełka na stół, szczęśliwie obstawiający cieszyli się z wygranej. Kiedy stawki stawały się coraz wyższe, szuler sięgał po komplet fałszywych kostek, i już nikt nie wygrywał, oczywiście oprócz niego.

W 1937 roku, w samą wigilię, swój szulerski stolik rozłożył pod Ratuszem Józef Koziński. Próbował coś ugrać na święta. Ugrał - trzy miesiące więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Ul. Lipowa 24. Włamanie do kantoru

   Polscy kasiarze dobrze byli znani w Europie. Równać się mogli z nimi jedynie pudlarze niemieccy. Sam Stanisław Cichocki, czyli słynny Szpicbródka, zapewniał autentyczny rozgłos. W Białymstoku też wiele się działo.

  Pewnej lutowej nocy 1927 roku miało miejsce włamanie do kantoru spółki akcyjnej Trilling i Syn. Mieścił się on przy ul. Lipowej 24. Złodzieje zakradli się najpierw do piwnicy, a stamtąd, po wybiciu otworu w suficie, dotarli do upatrzonego już wcześniej biura. W ruch poszedł bor i rak. Kasa pancerna została rozpruta. Włamywacze obłowili się całkiem nieźle - 10 tysięcy złotych, 500 franków i do tego jeszcze 70 złotych dziesięciorublówek carskich.

  Agenci z Ekspozytury Urzędu Śledczego, którzy niebawem pojawili się na miejscu kradzieży, już po krótkich oględzinach ocenili ją jako robotę specjalistów warszawskich. Pojawiali się oni od czasu do czasu na gościnnych występach w Białymstoku. Na wszelki wypadek postanowiono sprawdzić też alibi znanych, miejscowych kasoerów. Jednym z nich był Jankiel Frydland, mający sporą kartotekę kryminalną. Rewizja w jego domu okazała się pomyślna. Policjanci natrafili na całkiem nowy komplet narzędzi do prucia kas. Przesłuchiwany intensywnie złodziej nie przyznał się do roboty u Trillinga. Zarobił zatem tylko trzy miesiące odsiadki za posiadane, złodziejskie akcesoria.

  Po wyjściu na wolność Frydland postanowił wyrównać rachunki z białostockim EUS. Oczywiście na swój sposób. Zaplanował skok na bank. Jako obiekt swojej zemsty wybrał Żydowski Bank Rzemieślniczy, mający swoją siedzibę przy ul. Lipowej pod numerem 1.

Jak się to wszystko odbyło? 7 kwietnia 1928 roku szczegółowo informował swoich czytelników "Dziennik Białostocki".

  W związku ze świętami wielkanocnymi Żydowski Bank Rzemieślniczy został zamknięty na kilka dni. Jednak 5 kwietnia, był to czwartek, buchalter bankowy, niejaki Liberman postanowił dłużej popracować ze względu na przedświąteczne zaległości. Pracował samotnie, aż do późnych godzin wieczornych. Bank miał rzecz jasna swojego stałego stróża, jednak właśnie ze względu na świąteczny czas, dostał on dwudniowy urlop na wyjazd do dalszej rodziny.

   Ponieważ buchalter nie zdołał uporać się ze wszystkimi sprawami, przełożył je na następny dzień. Gdy jednak 6 kwietnia tuż przed południem przybył do firmy, czekała go tam nie lada siurpryza. Pozostawione we wzorowym porządku dokumenty walały się teraz po całym pokoju. Stojąca w kącie solidna kasa pancerna była rozpruta i wybebeszona. Liberman ochłonął po krótkiej panice, wziął do ręki telefon i najpierw zawiadomił o sytuacji dyrektora banku, a później zadzwonił na policję. Ta z miejsca rozpoczęła energiczne śledztwo.

  Co się okazało? Złodzieje dostali się najpierw przy pomocy podrobionych kluczy do sąsiadującego z bankiem składu papieru, odsunęli od ściany półki z towarem, odnaleźli za nimi ukryte drzwi, wycięli w nich otwór i już byli w środku bankowych pomieszczeń.

Łupem kasiarzy padło około 600 dolarów i 700 złotych. Poza tym przestępcy nie ruszyli żadnych wartościowych przedmiotów.

  Jankiel Frydland, który to przy pomocy starego kompana Chaima Gerbera, również zawodowego kasiarza, rozprawił się z bankowym safesem, wybył, zgodnie z dobrym zwyczajem, na prowincję. Nie zamierzał tam jednak próżnować. Posiadał przecież dobre, złodziejskie narzędzia i doświadczonego wspólnika. W ciągu kilku miesięcy rozpruł on kasy w wielu mniejszych bankach, biurach i kantorach. Grasował od Suwałk, aż po Grodno.

  Policja oczywiście szybko poznała rękę mistrza Frydlanda. Rozpoczęło się polowanie na jego osobę. Złodziej przez dłuższy czas wymykał się z różnych pułapek i obław. W końcu jednak wpadł. Było to w Wilnie. Patrol policyjny rozpoznał go na podstawie listu gończego. Nie obyło się rzecz jasna bez pościgu. Tym razem Jankiel Frydland solidnie zapracował na dłuższy pobyt za kratami.


Włodzimierz Jarmolik

Białystok na Syberii

    Przed świętami Wielkiej Nocy odwiedził nasze miasto gość z bardzo daleka. Też białostoczanin, bo urodzony w Białymstoku, wsi o tej nazwie na Syberii. To Wasyl Haniewicz, syn Antoniego, obecnie zamieszkały w Tomsku. Śmiał się, że przyjechał trochę ogrzać podstarzałe kości, a tymczasem nie ma różnicy, i tu, i tam taki sam mrozek i biel.

  Przypomnijmy trochę faktów. W 1899 roku dotarli do gminy mikołajewskiej, około sto wiorst za Tomskiem, przesiedleńcy z ówczesnej guberni grodzieńskiej. Przyjechali tu dobrowolnie, bo chcieli wreszcie być gospodarzami co się zowie. Wolnej ziemi było rzeczywiście pod dostatkiem, tyle że porośniętej tajgą, z niedźwiedziami.

Daleki Białystok

  Zaczęła się harówka w bardzo trudnych warunkach, ale na swoim. Tak powstała wieś Nowa Rybałtowska, nazwę tę zmieniono jednak na Białystok. Dlaczego Białystok, skoro wśród przybyszów nie było mieszkańców miasta nad Białą? Ano dlatego, że Białystok znano w całej Rosji jako "Manchester Północy", imponował swą prężnością, stanowił dobrą markę.

  Wśród syberyjskich białostoczan znaleźli się między innymi pradziadkowie Wasyla Haniewicza: Aleksander Jocz z Rutewki koło Szczuczyna (Nowogródzkiego), Stanisław Stec, stangret hrabiego Potockiego z guberni siedleckiej, Jan Haniewicz z bratem Józefem spod grodzieńskiego Porzecza. Kiedy Aleksandrowi Joczowi urodziła się córka, to musiał sprzedać krowę, by dotrzeć do Tomska i ochrzcić Marię Magdalenę.

  Potem było o tyle lepiej, że białostoczanie zbudowali swój kościół (1908 r.) i zaprosili księdza z Polski. W 1930 roku ślub w miejscowej świątyni wzięli dziadkowie pana Wasyla - Wasyl i Gabriela. To niestety, była ostatnia msza, w Związku Radzieckim rozszalał się stalinizm. Rok później władza podjęła w Białymstoku próbę założenia kołchozu. Nie udało się. Podobnie i w latach następnych, ale w 1935 roku opór spacyfikowali enkawudziści i powstał "Krasnyj Sztandar", w szkole skasowano naukę języka polskiego.

Terror

  13 sierpnia 1937 roku zaczęły się w Białymstoku aresztowania "wrogów ludu". 11 lutego 1938 roku NKWD zabrało także dwóch dziadków mojego rozmówcy. Biernatowi Pilewiczowi (ojciec matki pana Wasyla) zarzucono aktywne członkostwo "kontrrewolucyjnej szpiegowsko-dywersyjnej organizacji POW", prowadzenie wrogiej agitacji i propagandy religijnej (był członkiem rady kościelnej), zbieranie informacji o nastrojach politycznych mieszkańców. Wasyl Haniewicz (syn Jana) też rzekomo był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, zmarnował wraz z K. Joczem 30 kwintali chleba kołchozowego, przygotowywał akt terrorystyczny wobec przewodniczącego kołchozu. Obaj zostali skazani na rozstrzelanie i wyrok ten wykonano 14 maja 1938 roku.

  Łącznie od 13 sierpnia 1937 do 16 lutego 1938 NKWD aresztowało 86 osób ze wsi Białystok, a według spisu z 1937 roku mieszkało w niej tylko 127 mężczyzn w wieku od 18 lat. Z 86 aresztowanych przeżył jeden! Natomiast dodać jeszcze trzeba ponad 20 byłych mieszkańców wsi Białystok, których uwięziono w nowych miejscach zamieszkania oraz 7 aresztowanych już w 1935 roku i skazanych za opór przeciwko kolektywizacji. Zatem w małej syberyjskiej wsi Białystok znaleziono razem około stu "wrogów ludu".

Antoni Haniewicz

  To ojciec pana Wasyla, żyjący nadal we wsi Białystok. Miał szczęśliwe, ale krótkie dzieciństwo. Najpierw zakłóciła je batalia o kołchoz, a potem bardzo boleśnie aresztowanie dziadka Aleksandra i ojca Wasyla oraz innych krewnych. Został jedynym mężczyzną w rodzinie. Nie mógł skończyć szkoły (wyrzucono go z 6 klasy), nie chciał zostać stolarzem morskim, więc pracował w kołchozie.

  Mając 16 lat ("dziecko industrializacji") zaczął karierę traktorzysty. Któregoś dnia kolega poprosił, by Antoni nalał mu butelkę nafty potrzebnej do domowej kopciałki. Zobaczył to brygadzista, napisał donos, zorganizowano pokazowy proces. Antoni Haniewicz za grabież mienia państwowego otrzymał 7 lat łagru. Odczekano aż miną roztopy jesienne i "przestępca" pieszo pomaszerował w kolumnie do Tomska, pilnowany wraz z mu podobnymi przez konwojentów na koniach, z psami. Z więzienia w Tomsku trafił do łagru w rejonie Czeremoszników, gdzie tyrał w smrodzie przy nasycaniu smołą podkładów kolejowych.

  Z tego piekielnego miejsca wyrwał się dzięki przyjaznej radzie znajomego, podał się za hydraulika i pojechał do Nowosybirska. Tam został zdemaskowany i za kłamstwo zaliczony do brygady karnej, karczował teren pod budowę. "Około pół roku trwała ta mitręga na granicy życia i śmierci…", potem było już lżej w zakładzie produkcji żużlu.        Po śmierci Stalina skrócono Antoniemu Haniewiczowi karę o rok. Wrócił na krótko do Białegostoku, mama dała mu na pożegnanie butelkę samogonu.       Złośliwy splot okoliczności sprawił, że milicjanci zrewidowali walizkę i jej posiadacz dostał rok za nielegalne pędzenie alkoholu. Odsiedział wyrok w więzieniu tumskim, więc koniec końców wyszło siedem lat zamknięcia i poniewierki. "Na tym zakończyły się łagierne "uniwersytety" Antoniego i zaczęło się długie życie na wolności, gdzie porządki i obyczaje niewiele różniły się od łagiernych".

    Antoni Haniewicz przez następne ponad 30 lat pracował jako kierowca, przejechał setki tysiące kilometrów. Sam zbudował w Białymstoku duży dom, posadził w ogrodzie wraz z dziećmi drzewa owocowe. Razem z żoną Walentyną z Pilewiczów wychowali trzech synów, w tym Wasyla, obecnego dyrektora Muzeum - Pomnika Historii Politycznych Represji "Więzienie śledcze NKWD". Oddział Muzeum Krajoznawczego w Tomsku. To także wytrawny badacz historyk (z wykształcenia ekonomista), autor książki "Tragedia syberyjskiego Białegostoku", znany działacz polonijny, odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP. W Białymstoku był dwa razy, bierze udział w tworzeniu Muzeum Pamięci Sybiru.

  Mój rozmówca opowieść w książce o ojcu zakończył następująco: "Jednak czy jest on zadowolony z przeżytych lat, o to nie pytałem. Bo to nieprzyjęte, żeby o coś takiego pytać własnego ojca, ponadto chyba za wcześnie, żeby podsumowywać życie. Życie przecież trwa nadal".

  Panie Wasylu, prosimy gorąco pozdrowić ojca od mieszkańców "dużego" Białegostoku. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni seniorowi Antoniemu, że trwa jako ten ostaniec we wsi rodzinnej. I jako świadek historii syberyjskiej wsi Białystok. Ośmielam się zaproponować, by podlaski Białystok dał wyraz wdzięczności w stosunku do białostoczan syberyjskich, zwłaszcza Wasyla Haniewicza. Proszę naszych Czytelników o opinię w tej sprawie (tel. 601352414).

Adam Czesław Dobroński

Rynek Kościuszki. Historia od Branickiego po PRL

   Największe zmiany na Rynku Kościuszki zaszły podczas ostatniej wojny. Sowieci nawet rozebrali ratusz, aby postawić posąg Stalina. Z kolei Niemcy ustawili ogromną mapę, ilustrującą triumfalny marsz III Rzeszy przez Europę i Afrykę Północną.

  Za czasów Jana Klemensa Branickiego na białostockim rynku stały rzeźby. Bynajmniej nie po to, aby ówczesnych mieszczan oswajać z najnowszymi trendami sztuki im współczesnej.

  Posągi ufundowane przez hetmana miały edukować nie estetycznie tylko moralnie. Posąg Temidy stojący pośrodku handlowego placu przestrzegał ewentualnych oszustów i złodziejaszków przed surową sprawiedliwością i nieuchronną karą. Figura świętego Floriana wystawiona pomiędzy ratuszem a kościołem miała być taką polisą ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Pojawiła się po ogromnym pożarze, który w 1753 roku strawił znaczną część Białegostoku. Oba posągi przetrwały do początków drugiej połowy XIX wieku. Po ich usunięciu, przez następnych 30 lat na rynku nie stało nic.

  Dopiero w 1892 roku u wylotu ulicy Mikołajewskiej (Sienkiewicza), zgodnie z postanowieniem kontraktu na budowę miejskiego wodociągu, stanęła na rynku fontanna. Około 1900 roku jej wodotrysk ozdobiła rzeźba przedstawiająca trzech młodzieńców. Symbolizowali oni muzykę, rolnictwo i rybołówstwo. Po upływie kolejnych 10 lat pojawił się na rynku nowy, supernowoczesny element. Jego estetyka nie wzbudzała, większych kontrowersji choć rynek sprzed 100 laty był bardziej zabytkowy niż obecnie. Obiekt ów niczego nie symbolizował, mówił wprost o tym, że w Białymstoku rozpoczęła się epoka elektryczności. Tak więc tuż obok wejścia do osiemnastowiecznej kamienicy dworskiej (obecna Astoria) stanął blaszany, cylindryczny kiosk, w którym "transformatorowane było napięcie pierwotne 3000V na 210 i 120 V". W różnych punktach miasta ustawiono jeszcze 37 takich elektrycznych budek.

   Wkrótce rozpoczęła się wojna i na rynku pojawiła się kolejna nowość. Mianowicie pod koniec maja 1915 roku przy fontannie ustawiono "skrzynkę do wrzucania papierosów dla rannych i chorych żołnierzy". Pomysł ten przeniesiony został do Białegostoku z Warszawy, gdzie podobnych skrzynek ustawiono w śródmieściu kilkanaście. Oprócz papierosowych pojawiły się też w stolicy skrzynki do zbierania prasy.    Postulowano więc, aby i w Białymstoku zbierać "gazety przeczytane", ale nie zrealizowano tego pomysłu. Wojna zaznaczyła się też w rynkowej przestrzeni betonową rotundą - kolumnadą, wybudowaną przez Niemców tuż przed ratuszem w 1918 roku. Był to pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom walczącym o ojczyznę. Na trawersie spinającym kolumny niemiecki napis upamiętniał pamięć "bojowników którzy polegli za ojczyznę w latach 1915-1918". 

  Białostoczanie, nie wnikając specjalnie gdzie ta ojczyzna niemieckich żołdaków, czcili ich pamięć aż do 1924 roku, kiedy to kolumnadę rozebrano. Od 1919 roku nie przeszkadzał im fakt, że tuż obok ustawiono obelisk zwieńczony sylwetką Orła Białego. Tyle tylko, że niemiecki beton był solidny, a nasz orzeł wycięty był z lichej dykty.

   Nawet gdy w sierpniu 1925 roku uroczyście odsłaniano płytę poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi, to też nie zadbano o jej solidne zamocowanie. Płyta została wykonana z piaskowca, ale podmurówka była już z cieniutkiego betonu. Po kilku latach zaczęła się kruszyć. Reperowano ja doraźnie przed każdym narodowym świętem. Aż w 1934 roku nie było już co naprawiać. Przed 11 listopada okazało się, że "fundament płyty jest niemal całkowicie zniszczony". Trzeba było murować go od początku.

   W sierpniu 1926 roku na rynek znów zapukała cywilizacja. Stało się to za sprawą Towarzystwa Naftowego Braci Nobel, które wystąpiło do władz miejskich o "zezwolenie na otwarcie stacji benzynowej na Rynku Kościuszki". Do całej sprawy zabrano się poważnie. Powołana została specjalna komisja, która miała ocenić czy lokalizacja stacji jest właściwa. Gdy pokonano wszelkie trudności i obiekcje, to na rynku nieopodal ratusza pojawił się niewielki dystrybutor z benzyną. Niedługo po nim powstała kolejna stacja benzynowa założona przez firmę Polmin.

  Przez kilka dni w 1936 roku na rynku stanęła nawet latarnia morska. Nic to, że z dykty i bez reflektora, ale i tak należycie podbijała dumę białostoczan z przynależności do Ligi Morskiej i Kolonialnej.

  Największe zmiany wprowadzali na rynku okupanci. Sowieci rozebrali ratusz, aby ustawić posąg Stalina. Nie zdążyli. Jak zwykle praktyczni Niemcy nie tracili czasu i energii na ideologiczne figury. W 1942 roku tuż obok fontanny postawili pierwszy w dziejach rynku drogowskaz. Wskazywał kierunki wraz z ilością kilometrów do Bielska, Baranowicz, Warschau, Lomscha i Grajewa. W tym samym roku w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu był skwer z płytą poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi ustawili monstrualnej wielkości mapę. Była wysoka na mniej więcej 5 m, a szeroka na około 6. Ilustrowała triumfalny marsz Wehrmachtu przez Europę i Afrykę Północną.

  Za PRL-u mieliśmy na rynku zagajnik, przez niektórych uważany za jedną z atrakcji miasta. A teraz jaki rynek jest, to każdy widzi.


Andrzej Lechowski

Ulica Grunwaldzka - Tam była świetnie prosperująca fabryka

   Najlepsze kafle można było kupić u Kucharskiego. W fabryce była nawet łaźnia i biblioteka.  Dokładnie w 1893 roku przy ulicy Grunwaldzkiej 41 powstał niewielki zakład ceramiczny. Jego właścicielem był Jan Kucharski, który miał też w pobliżu swój dom. Zakład specjalizował się w produkcji zarówno kafli, jak i gotowych pieców. 

   Przedsiębiorstwo z roku na rok przynosiło coraz większe zyski.  Rozwój przerwał wybuch I wojny światowej. Działalność został wznowiona dopiero po 1918 roku. Firmę prowadzili już synowie Jana – Sylwester i Józef.

   Znacznie rozbudowali oni zakład ojca, uruchomili nawet nowy dział produkcji – polewy do kafli. W 1939 roku firma zatrudniała około 80 robotników, a jej wyroby były nie tylko uważane za najlepsze w Białymstoku, ale też cieszyły się dużym popytem w całym kraju.

Fabryka była też znana z tego, że jej właściciele bardzo dobrze traktowali swoich pracowników. 

   Dbali nawet o ich potrzeby kulturalne. W działającej przy fabryce świetlicy urządzane były różnego rodzaju zabawy i przedstawienia teatralne. Istniała tam też bogata w zbiory biblioteka oraz łaźnia.

 

  Za swoją działalność Kucharscy zostali docenieni w 1936 roku, kiedy to Józef otrzymał od prezesa rady ministrów nagrodę gospodarczą.  

 Fabryka przestała działać wraz z wybuchem II wojny światowej. Dziś po przedwojennych fabrykantach pozostały dwie plakiety ceramiczne z podobizną Józefa Piłsudskiego, które ma w swoich zbiorach Muzeum Historyczne

  Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Muzeum Historycznego w Białymstoku, W środku w maciejówkach siedzą moi przodkowie Sylwester (radny miejski) i Józef Kucharscy, następcy Jana Kucharskiego (oboje zginęli w Związku Radzieckim wywiezieni przez Sowietów).

Krzysztof Zdzitowiecki

Koza odwiedziła białostocki magistrat. To nie prima aprilis

   W białostockim magistracie nieoczekiwanie pojawił się dziwny petent. Siedzący w sieni urzędu tuż przy drzwiach woźny w pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę. Nie zważając na powagę urzędu, ruszyła w stronę korytarza i zaczęła sobie w najlepsze spacerować. Woźny krzyknął: Gdzie koza lezie? Niejeden rozwścieczony, odprawiony z kwitkiem petent, wychodząc z urzędu na myśl o zapracowanych urzędnikach przywoływał w pamięci wizerunki skądinąd sympatycznych osłów, krów, gęsi, ale żeby tak spotkać w urzędzie prawdziwą kozę!

  W Białymstoku i owszem, wszystko mogło się zdarzyć. W środę 4 lipca 1923 roku ruch w magistracie był umiarkowany. Wiadomo - kanikuła. W sieni urzędu, na krzesełku ustawionym tuż przy drzwiach przysypiał woźny. W pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę, "taką prawdziwą na 4 żywych i ruchomych nogach".

  Koza nie robiąc sobie nic z powagi urzędu ciekawie rozglądała się po sieni i powoli truchtając udała się w kierunku korytarza.Tego było dla woźnego za wiele. Nikt z białostoczan nie mógł, ot tak sobie wparować do magistratu, a tu tymczasem taka koza, niczym sam prezydent, nie mówiąc nic i nie pytając nikogo o pozwolenie pakuje się bez słowa do urzędu!

  Na krzyki woźnego: gdzie lezie koza jedna - z pokoi wyglądać zaczęli zaintrygowani urzędnicy. Pytali, czy to kozę czy siebie, po co przyszła i skąd? Oczywiście pytania zostały bez odpowiedzi. Tymczasem koza poczuła się jak u siebie i z ufnością spoglądała na swoich nowych kolegów.  Cóż było robić. Zaprowadzono ją na magistrackie podwórze. W następnych dniach urzędnicy prześcigali się w dogadzaniu jej. A ona apetyt miała, że hej. Ale nie była to bezinteresowna chęć pomocy biednej kózce. Po cichu liczono na darmowe, własne kozie mleko.

  Nic z tego nie wyszło. Koza okazała się niemleczna. Tego urzędnicza brać nie mogła puścić płazem. To ona z sercem na dłoni do bydlęcia, a ono nic! I tak to kozę po tygodniu z magistratu pognano. O wiele więcej wyrozumiałości mieli policjanci z I komisariatu przy Warszawskiej 3. Otóż zaraz po trzeciomajowym święcie w 1925 roku zjawiła się w tym dostojnym gmachu "koza maści białej z rogami, młoda niedojna". (Nie ma to jak spisać dokładnie personalia).

  Policjanci bez tej obrzydliwej przebiegłości cechującej urzędników przygarnęli błąkające się stworzenie, słusznie twierdząc, że mimo, że koza, to swój rozum ma. Zgubiła się w było nie było dużym mieście, to i gdzie miała iść po pomoc jak nie na policję.

   No i na policyjnym wikcie koza przeżyła blisko miesiąc, aż upomniał się o nią właściciel. Natomiast inna z białostockich kóz zrobiła karierę medialną. Słyszała o niej cała Polska. A stało się to za sprawą walki miejskiego fiskusa z właścicielami kin. Poszło o podatek od widowisk. Dotychczasowy, wynoszący 25 proc. magistrat postanowił podwyższyć do 40 proc.

  Jednocześnie zapowiedziano, że ten podwyższony obowiązywać będzie od września do maja, a więc wtedy, gdy kina były pełne widzów i w związku z tym dochody właścicieli były najwyższe. W pozostałe, letnie miesiące, gdy z frekwencją było marnie, podatek wynosić miał 20 proc.

  Na takie zdzierstwo właściciele kin nie mogli się zgodzić. Prowadzone z magistratem rozmowy nie dały żadnego efektu. W związku z tym 28 lutego 1927 roku kiniarze zamknęli kina. Opinia była jednoznaczna, że strajk ten "przyjmuje charakter przewlekły i białostoczanie prawdopodobniej na dłuższy czas będą pozbawieni widowisk kinowych". W pierwszych dniach marca w wojnie magistracko-kinowej użyto tajnej broni, a mianowicie kozy! Chcąc ośmieszyć przeciwnika, a jednocześnie myśląc, że konflikt w sprawie podatków nabierze szerokiego rozgłosu, właściciele kin wynajęli pewnego dżentelmena, który za niewygórowaną opłatą zgodził się przez kilka dni z rzędu jeździć oklep na kozie przed samym wejściem do magistratu.

  Wszystkie agencje prasowe podchwyciły ten niezwykły news. Pisano jak to "generalny kino sztab białostocki postanowił objechać swego przeciwnika z frontu i z tyłu na kozie". Uważano, że "jest to sprytny manewr i bardzo dowcipna akcja".

  Opinia publiczna była raczej po stronie właścicieli kin. Ten kozi manewr, "trik białostockich kino-dyrekcji, rozweselił nie tylko Białystok lecz całą Polskę". Przez następne tygodnie obie strony wydawały sążniste, zawiłe komunikaty, aż w kwietniu osiągnięto kompromis. Kina zostały otwarte. Kinobywalcy, jak wówczas nazywano kinomanów, ruszyli tłumnie do Apollo czy Modernu. Zawdzięczali to poczciwej, bezimiennej, traktowanej często z głupia frant kozie. Miało też to sympatyczne zwierzą swój udział w historii białostockiej ortografii. 

  W pierwszych dniach czerwca 1925 roku zrobiło się nadzwyczaj ciepło. Białostoczanie gremialnie wybrali się nad Supraśl, do Jurowiec. Jakież było ich zdziwienie, któremu towarzyszyły gromkie śmiechy, gdy na łączce, na której poprzednimi laty beztrosko wylegiwali się. zastali tablicę z takim oto napisem: "Surowo wzbroniono Spacery gry u piłke nożne tłuczenie zboża a także pasenie Kuz i Kruw i Kumpiele. Winni będą Karani Sądem".  Żartownisie powiadali, że pisała to jakaś koza z Wasilkowa, mrucząc pod nosem: a raz kozie śmierć.


Andrzej Lechowski 

Wielkanoc. Jajka w dużej dostawie, drogi chleb i tani cukier z Warszawy

 

   Przed świętami białostoczanie najbardziej czekali na dostawy żywności. Wielką radość wzbudził więc lakoniczny komunikat oznajmiający, że będą większe dostawy jaj. Z niepokojem jednak przyjęto wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła z kolei informacja o dużym transporcie taniego cukru z Warszawy.

W przedwojennym Białymstoku Wielkanoc była prawdziwie międzykulturowa. Świętowali katolicy, protestanci, zaraz po nich prawosławni, a w międzyczasie Żydzi. 

  W kwietniu 1922 roku tuż przed świętem Pesach zarząd białostockiej gminy żydowskiej zwrócił się do magistratu z prośbą o "wydanie 2000 kartek na bezpłatne kąpiele dla ludności żydowskiej przed świętami". Jak widać nasze żarciki o obowiązkowej kąpieli przed Wielkanocą to talmudyczne przykazanie.

  Na wysokości zadania stawały też władze wojskowe, które w tym wieloreligijnym tygielku pamiętały, że w wojsku służą i starozakonni. Ci więc na swoje uroczystości otrzymywali zwolnienie od służby. Gmina żydowska chcąc zapewnić wojskowym stosowne, zgodne z tradycją spędzenie świąt, w których głównym momentem była uczta sederowa, w 1922 roku zorganizowała bezpłatną kuchnię dla żołnierzy. Dokładnie obliczono, że wydanych zostanie 125 posiłków. Obecnie święta w Białymstoku pozbawione są już tych żydowskich klimatów.

  Tak jak dziś, tak i przed laty, pierwszym zwiastunem Wielkanocy była reklama handlowa. Jeszcze lud boży tkwił w mrokach Wielkiego Postu, a tu wokół niego marketing szalał. Ale właśnie w 1922 roku miał on swoje uzasadnienie. Białostocki handel ledwo podźwigał się z wojennej zapaści. Prasa zamieszczała więc specjalne zachęty informując, że ogłoszenia świąteczne białostockich firm będą premiowane 20-procentowym rabatem.

  Pierwszy na tę promocję zareagował miejscowy przedstawiciel renomowanego grodzieńskiego browaru Margolisa, polecający "na święta Białe Piwo Leżak".

Spróbował, skutecznie, na te wielkanocne procenty załapać się białostocki potentat tytoniowo-papierosowy Fajwel Janowski. Jego fabryka, założona w 1889 roku, po odzyskaniu niepodległości musiała walczyć z krajową konkurencją. Za cara miała tylko za przeciwnika Grodno. Musiał więc Janowski łapać każdą okazję. Podawał, że "produkuje wyroby z najlepszych tureckich, zagranicznych i rosyjskich tytoniów". Ale papierosy produkowane w fabryce przy Warszawskiej 39 w rzeczy samej czy były tureckie czy inne, różniły się głównie nazwami. 

  Były więc Nr 30, Dukat, Boy czy Salut. I właśnie tymi dwoma ostatnimi markami postanowił Janowski zdobyć wielkanocny rynek w 1922 roku. Przygotował prasową kampanię reklamową twierdząc, że "specjalnie na święta ukazała się w sprzedaży nowa partia papierosów wysokiego gatunku Boy i Salut". Jakże zdziwieni byli palacze, którzy poza reklamowym sloganem nie dostrzegli żadnej różnicy ze starszą partią Boyów i Salutów. No cóż, wiadomo, reklama dźwignią handlu.

  Świąteczną karierę tegoż roku miały zrobić papierowe ubranka dla dzieci. Reklamowano je jako niezwykle praktyczny produkt. Usiądzie bowiem taki bachor do świątecznego śniadania i już wytytła się ćwikłą, albo tłustymi paluchami się wysmaruje. Tymczasem papierowe ubranko to i łatwiej wyczyścić albo i nowe nałożyć. Mimo bezapelacyjnych korzyści ten amerykański wynalazek nie zyskał jednak uznania wśród białostoczan.

  Swoistym chwytem reklamowym było też poinformowanie klientów o zaprzestaniu działalności. Tak koniunkturalnie postąpili właściciele białostockich kin, którymi byli wyłącznie Żydzi. To, że chrześcijanie w wielkim tygodniu nie będą przesiadywać w kinie łatwo można było przewidzieć. Ale prawdziwego marketingowca można poznać po tym , że poinformuje o tym swoich klientów. Tak też i postąpili kiniarze ogłaszając, że w tych szczególnych dniach kina będą zamknięte.

  Białostoczanie oczekiwali jednak całkiem innych wiadomości. Co tam kina i papierosy. Naprawdę to czekano na świąteczne dostawy żywności. Wielką radość wzbudził wśród mieszkańców lakoniczny komunikat oznajmiający, że "do naszego miasta zwiększył się dowóz jaj". Z niepokojem przyjęto jednak wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła informacja, że kooperatywa Zjednoczenie zamówiła w Warszawie duży transport taniego cukru, który miał "nadejść w krótkim czasie".

  Nie lada kłopotów nastręczał też świąteczny ubiór. Każdy chciał wyglądać elegancko, a tu tymczasem białostoccy krawcy "przeciążeni zamówieniami" podyktowali zaporowe ceny. Za uszycie garnituru śpiewali 18 tysięcy marek. W Warszawie za takie samo ubranie brano zaledwie 12 tysięcy.

  Nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata. Święta kosztowały i kosztują. Jedni oszczędzali, a ci bogaci nie. Bardziej przezorni kupowali czekoladę "Drastin - Lubelski". Była w specjalnej świątecznej ofercie białostockiej apteki Nachuma Zelkina. Nie była to bynajmniej czekolada deserowa tylko "idealny środek przeczyszczający dla dorosłych i dzieci". Niejednemu przydała się w poświąteczny wtorek.


Andrzej Lechowski

Przemyt spirytusu, eteru, materiałów i pieprzu

 

   Białystok i przedwojenne województwo białostockie także miały swoją przemytniczą historię. Już onegdaj pisałem o przemycie sacharyny w naszych stronach. Teraz będzie o innych towarach, które omijały wszelkie podatki, opłaty celne czy akcyzy. Ich sprawdzaniem i dystrybucją trudnili się zarówno rekiny miejscowego, czarnego rynku, jak też mało przemytnicze płotki.

  Sąsiadem naszego regionu były w okresie międzywojennym Litwa i Prusy Wschodnie. Właśnie stamtąd szła do Białegostoku i całego województwa moc zakazanych prawem produktów. Bogacili się na tym przemytnicy z Augustowa, Grajewa, Suwałk czy Szczuczyna. Ot choćby taki S. Hepner, grajewianin, którzy jeszcze przed I wojną światową pomagał ojcu w skupowaniu po wsiach warzyw, zaś od roku 1919 rozpoczął, dzięki zaangażowaniu się w przemytnicze machinacje, żywot zamożnego przedsiębiorcy. Finansował szajki kontrabandzistów i zarabiał na tym setki tysięcy złotych.

  Ze względu na różnicę w cenach warto było szmuglować z Prus materiały tekstylne, np. jedwabie czy koronki, nową odzież, a zwłaszcza futra. Przez miejscowości Raczki czy Wiżajny przechodziły, zakazane transporty. Niektóre z nich według śledztwa prowadzonego w 1930 roku warte były nawet 25 tysięcy dolarów.

  Przemycane z Prus towary były w Białymstoku rozdzielane na potrzeby miejscowych odbiorców, jak też opychano dalej. Chłonna była zwłaszcza Warszawa, której żydowscy kupcy przyjmowali każdą ilość nawet najbardziej trefnych materiałów czy osobistej garderoby.

   Przez granicę z Prusami Wschodnimi przewożone po kryjomu w różnych schowkach takie towary objęte granicznym embargiem, jak tytoń, gotowe papierosy, kamienie do zapalniczek, mydło, a nawet narkotyki. Te ostatnie w latach 30. ubiegłego wieku poszukiwane nie tylko w sferach artystycznych czy urzędniczych Warszawy lub Krakowa. Również w samym Białymstoku znajdowali się spragnieni kokainy nabywcy. Oczywiście rozprowadzanie narkotyków było ryzykowne, w razie wpadki można było zainkasować nawet pięcioletni wyrok.

  Przemytnicy, którzy operowali na granicy z Litwą, swoje majątki zawdzięczali przede wszystkim przepędowi do Polski stad bydła. Proceder ten rozpoczął się już w 1919 roku. Ówczesna niestabilna sytuacja, jeszcze prawie wojenna, pozwalała sprytnym oszustem udawać dostawców wojskowych mających pliki papierów poświadczających ich rzekomo legalną działalność. Tą drogą, oprócz bydła, szły w nasze strony także całe tabuny koni. Potrzebowała ich mocno zdewastowana wieś, a i Białystok też miał z tego korzyść, zwłaszcza miejscowi transportowcy i dorożkarzy.

  Zawodowi przemytnicy nie ograniczali się oczywiście tylko do sprowadzonych towarów. Szukali braków na rynku i natychmiast na nie reagowali. Było to widać zwłaszcza w kryzysowych w latach 30. W 1932 roku lotna brygada kontroli przy Izbie Skarbowej w Białymstoku rozpracowała szajkę sprowadzającą z Niemiec duże ilości spirytusu i eteru. W latach następnych wpadali w Białymstoku cwaniacy z tonami przemycanych z Gdańska szprotek, wielkiego transportu igieł z Prus czy masy pieprzu z Litwy. Tą ostatnią kontrabandą kierował fryzjer Lejb Miller.

   Jeśli istniał tak szeroko rozwinięty przemyt, trzeba było jakoś jemu przeciwdziałać. W pierwszych latach niepodległości brak było wyspecjalizowanych do tego celu służb policyjnych i granicznych. Udawało się jednak od czasu do czasu unieszkodliwić grubszego aferzystę. We wrześniu 1919 roku w pociągu z Białegostoku do Brześcia, dzięki spostrzegawczości konduktora, wpadli dwaj osobnicy ze 125 kg tytoniu.

  Oczywiście tam, gdzie sprawa dotyczyła nielegalnych interesów, nie mogło obyć się bez korumpowania policjantów i urzędników odpowiadających za przestrzeganie obowiązującego prawa. Łapówki były czymś nagminnym. Jedynie żołnierze z Korpusu Ochrony Pogranicza okazywali się niepodatni na pokusę złożoną z grubego pliku banknotów, często zielonych.


Włodzimierz Jarmolik

Chanajki - bandycka dzielnica Białegostoku

  Mnie nazywają Złoty Kaziuk, mam talent pewny, po fachu Złotej Rączki wnuk, po szansach dalszy krewny. Tak śpiewał niegdyś o środowisku warszawskich doliniarzy piosenkarz Jarema Stępowski. Białystok miał także swoją Złotą Rączkę.

Miano wszechstronnego kieszonkowca w międzywojennym Białymstoku zyskał niejaki Szmul Zawiński, mieszkaniec Chanajek. Zawiński rozpoczął złodziejską karierę jeszcze przed I wojną światową, jako 16-letni chłopak. 

  W czasie wojny stracił w niewyjaśnionych okolicznościach lewą rękę. Pozostała mu prawa, ale za to jakże sprawna. Miał swoją wspomagającą ekipę i kradł z powodzeniem przez cały okres międzywojenny. Od czasu do czasu szedł za kratki, jednak to jeszcze bardziej gruntowało jego autorytet wśród chanajkowskiej ferajny.

  Byli też i inni wyróżniający się specjaliści od cudzych kieszeni, ot choćby Abram Duczyński, niezrównany w robotach autobusowych. Wspomagała go w tym żona Rachela. Był elegancki przybysz z Petersburga, Szmul Chajtowicz, którego interesowali zwłaszcza klienci poczt i banków. No i jeszcze warto wymienić Mońka Złoto, pochodzącego z Białegostoku absolwenta paryskiej szkoły doliniarzy, który działał zwłaszcza w Warszawie i był sprawcą dziesiątek, jeśli nie setek kradzieży portfeli, zegarków czy papierośnic z kieszeni gości wszystkich, luksusowych hoteli stołecznych. To arystokracja fachu doliniarskiego.

  Jednak jeśli przyjrzeć się bardzo licznym wzmiankom zamieszczonym w kronikach kryminalnych białostockich gazet między rokiem 1919 a 1939, okazuje się, że większość doliniarskich występów była po stronie najczęściej bezimiennego, złodziejskiego proletariatu. Ta wielka grupa osobników z lepkimi palcami działała niemal wszędzie. Pracowali w pojedynkę i w zespołach. W mieście i na prowincji. Wobec pojedynczej ofiary, jak i w tłoku. Oczywiście nie były to banki, hotele czy eleganckie restauracje. Na ich obecność tam zwrócono by zaraz uwagę. No, ale były też inne, interesujące miejsca, gdzie czuli się jak w domu.

  Głównym miejscem urzędowania tych złodziejaszków były głównie ul. Lipowa, Rynek Kościuszki i Kilińskiego. Tutaj potrafili dokonywać bardzo sprytnych kradzieży, snuli się w pobliżu sklepów, pod oknami, obok ratusza i obserwowali. Ich ofiarami padali najczęściej gapowaci przyjezdni z prowincji, rozkojarzeni atrakcjami dużego miasta.

  Oto kilka przykładów kieszonkowych historii w powyższym stylu. W lutym 1922 roku pewna wieśniaczka spod Białegostoku z ogromnym zaciekawieniem oglądała fotosy pod kinem Modern, w kieszeni palta miała w chusteczce kilkaset marek, została popchnięta przez jakiegoś młodzieniaszka i pieniądze zniknęły.

  Z kolei włościanin Górasinowicz z okolic Zabłudowa stracił w 1923 roku na Rynku Kościuszki portfel z 15 mln marek. Nie zapiął kurtki i to wystarczyło dla sprytnego doliniarza.

  W maju 1925 roku tuż po południu, również Rynkiem Kościuszki promenował Józef Jędrych przybyły z majątku Garbowo. Nie upilnował kieszeni marynarki, stracił więc portfel z dokumentami i 43 zł gotówki.

  W 1931 roku Konstanty Perkowski, gość z Gdańska, postanowił zrelaksować się na wieczornym seansie w kinie "Apollo". Przed wejściem do przybytku X muzy, w sztucznym tłoku, postradał portmonetkę z blisko 40 złotymi. Najlepszym pomocnikiem kieszonkowców był tłum i ścisk ludzi. Wtedy działali niemal na pewniaka. Podczas pogrzebów na białostockich cmentarzach, na meczach piłkarskich klubów Jagiellonii czy Makabi, w tłumie ludzi na jarmarku św. Jana kieszonkowcy operowali bardzo gorliwie i plon był zawsze obfity.   Potrafili wykorzystać np. tłumy zgromadzone w sierpniu 1921 roku witające w Białymstoku marszałka Józefa Piłsudskiego, defiladę odbywającą się rok rocznie dla uczczenia święta 3 Maja, czy nawet, jak to było w 1928 roku, nabożeństwo w synagodze przy ul. Szkolnej z udziałem słynnego kantora Nowego Jorku Rozenblatta. W tym ostatnim tłumie swój portfel utracił bezpowrotnie Abram Bereziński z ul. Rabińskiej. Było w nim 8 dolarów i 120 złotych.


Włodzimierz Jarmolik

Prostytucja w mieście. Brutalni sutenerzy wykorzystywali młode dziewczyny

   W chanajkowskich spelunkach i na ulicach w śródmieściu Białegostoku błąkały się panienki, o których mówiono, że są lekkich obyczajów. Jednak życie ich wcale nie było lekkie. Wisiały nad nimi łapy brutalnych sutenerów. I rodzina.

  Wiosną 1939 roku do władz prokuratorskich Białegostoku zgłosiła się 22-letnia Sara Robotnik, młoda mężatka z ul. Brukowej. Prowadziła ona tam skromny lokalik herbaciany. Ale tak, jak wszędzie wokół można było w nim zaopatrzyć się w mocniejsze trunki wraz z przyzwoitą zakąską. W razie potrzeby pojawiały się też panienki ochocze do beztroskiej zabawy.

  Interesem w zasadzie kierowała teściowa Ruchla Robotnik wraz z synem Berem. Sara była nie tylko od podawania napitków i sprzątania. Gdy pewnego razu podpity kolejarz po wypłacie zażyczył sobie sam na sam z miłą kelnerką, teściowa zażądała od synowej, aby ta umiliła czas hojnemu gościowi. Poparł ją w tym pięścią wredny mężulek. Sara odmówiła. Została za to jeszcze bardziej pobita. Uciekła do rodziców i za ich radą udała się do prokuratora ze skargą swoich prześladowców - rajfurów.

  O terrorze sutenerów wobec podporządkowanych im prostytutek pisałem już onegdaj. Młode dziewczyny, najczęściej z prowincji, przybyła do Białegostoku z nadzieją na poprawienie swojego mizernego bytu, wpadały niemal natychmiast w miejska pułapkę. Ogarniała je chanajkowska pajęczyna bezlitosnych alfonsów. 

  Jejne Winograd, Szmul Trebel, Hersz Juchnicki to tylko niektórzy z tych, którzy w latach 30. minionego wieku siłą i gwałtem zmuszali kobiety do nierządu. Jedno im jednak trzeba chyba oddać - zarobek uzyskany przez lekką panienkę dzielili po połowie. Owa połówka była niekiedy całkiem spora, częściej jednak nie wystarczała nawet na podstawowe potrzeby.

  Tej połówkowej zasady nie przestrzegała wcale para sutenerów z ul. Brukowej - Fajga i Mendel Garberowie. W latach 30. trzymali oni na rogu ul. Brukowej i Krakowskiej kiosk z wodą sodową. Po kryjomu oczywiście handlowali wódką i kradzionymi papierosami.

Panienki przez nich przygarniane, niby z dobrego serca, nie tylko miały oddawać połowę swoich, zarobionych z trudem pieniędzy, ale też osobno płacić komorne w lichym drewniaku, a także dawać na koszmarne jedzenie przygotowywane przez panią domu.

W końcu dziewczęta zbuntowały się. Zofia Chudzińska i Franciszka Getlibówna poszły na IV komisariat. Opowiedziały o swojej gehennie do policyjnego protokoła. Choć zastraszone przez Mendla Garbera nie wyparły się swoich słów w obliczu sędziów. Sąd Okręgowy skazał parę rajfurów z ul. Brukowej na dwa lata więzienia.

  Panienki lekkich obyczajów miały w dawnym Białymstoku swoją jakby nie mówić, bezpieczniejszą przystań. Była to Komisja sanitarno-obyczajowa, mieszcząca się przy ul. św. Rocha. Obok znajdował się szpitalik chorób wenerycznych. Trafiały tutaj dobrowolnie albo przymusowo dziewczyny doświadczone przez brudną ulicę. Czy to pomogło? Raczej rzadko!

  Dramaty, wynikające z bezwzględnego traktowania przez wymuszonych opiekunów, pretensje rodzinki do ulicznych zarobków, wreszcie beznadzieja codziennej egzystencji, to wszystko razem popychało nawet do rozpaczliwego kroku - samobójstwa.

   Zdesperowane gejsze, jak lubiła nazywać prostytutki prasa białostocka, sięgały zwykle po jakikolwiek preparat o trującym działaniu. W 1933 roku 20-letnia Helena Szadurska z ul. Wąskiej, notowana w rejestrze urzędu sanitarno-obyczajowego, podjęła próbę samobójczą w swoim mieszkaniu, łykając większą ilość tabletek nasennych. Znalazła ją koleżanka po fachu. Przybyło zaraz pogotowie "Linnas Hacedek" i ofiara trafiła do szpitala żydowskiego.

  Tam również w 1935 roku przewieziono Marię Sienkiewiczównę, bez stałego miejsca zamieszkania, która próbowała struć się jodyną w herbaciarni Dwojry Rozenberg przy ul. Sosnowej 3. Po płukaniu żołądka jej życiu przestało zagrażać niebezpieczeństwo. Z kolei, kiedy w 1936 roku do tegoż szpitala żydowskiego trafiła Czesława Masalska z ul. Marmurowej, nic lekarze nie mogli już pomóc. Kobieta wypiła większą ilość esencji octowej. Zmarła nie odzyskawszy przytomności. Miała 23 lata.


Włodzimierz Jarmolik

Szajka włamywaczy sklepowych na łowach

 

  W połowie lat dwudziestych ubiegłego wieku zawiązała się w Białymstoku szajka włamywaczy sklepowych. Jej organizatorem i mózgiem był Antoni Ejsmont, doświadczony złodziej jeszcze z carskim stażem. Ejsmont łatwo znalazł chętnych do przestępczego działania. Tego materiału w zaułkach Chanajek, Piasków czy Wygody było pod dostatkiem. Banda wprost szalała po mieście. Nie było na nią siły.

  Szczególnie upodobali złodzieje sklepy kolonialne z luksusowymi towarami galanteryjnymi i wyborową żywnością. Takie towary pojawiały się zazwyczaj przed świętami.

  Antoni Ejsmont zorganizował też skuteczną sieć dystrybucyjną zdobywanego łupu. Na jej czele stały dwie siostry Antoniego - Aniela i Stefania. Skradzione przez brata i jego ferajnę przedmioty umiejętnie rozprowadzały wśród znajomych lub dyskretnie sprzedawały chłopom przybyłym na Sienny Rynek z płodami rolnymi i hodowlaną zwierzyną.

  Choć szajka Ejsmonta miała sporego farta, jednak doszło do kilku wpadek. Osobą głównego złodzieja zainteresowała się Ekspozytura Urzędu Śledczego. Ten nie czekał rzecz jasna na aresztowanie.

  Zwyczajem rasowych włamywaczy udał się na gościnne występy po Podlasiu. Gdzie tylko nie był. W Knyszynie okradł sklep Kooperatywy Rolnej, z kolei w Bielsku Podlaskim opróżnił sklep Enocha Częstochowskiego z co cenniejszych artykułów, takich jak czekolada czy herbata. Z łupem zawsze wracał po kryjomu do Białegostoku, gdzie miał swoje rodzinne paserki.

Na początku 1928 roku Antoni Ejsmont, wprawny specjalista od sklepów i magazynów uległ namowom swoich kompanów i przerzucił się na rabowanie mieszkań. Ale już pierwszy skok na lokum doktora Mieczysława Gruszkiewicza przy ul. Warszawskiej okazał się fatalny. Spłoszeni złodzieje nie tylko musieli pozostawić skradzione klamoty, ale jeden z nich, znany włamywacz białostocki - Piotr Łobaczew trafił w ręce władz policyjnych. Trzymał się jednak dzielnie i nie wydał żadnego ze wspólników. Tylko dlatego Antoni Ejsmont wywinął się od kary.

  Do połowy lat trzydziestych szczęście dopisywało złodziejaszkowi. Policja w żaden sposób nie mogła go schwytać na gorącym uczynku. Wpadł dopiero w 1934 roku.

  Tropiący go wywiadowca z Wydziału Śledczego przeprowadził u niego znienacka rewizję osobistą. Trafił bardzo dobrze. W kieszeni znalazł kilka sztuk biżuterii należących jeszcze niedawno do pewnej obywatelki z ul. Alta.

  Ejsmont został aresztowany i stanął przed Sądem Grodzkim. Tłumaczył się, że zarekwirowane pierścionki i obrączki wygrał w karty od nieznajomego osobnika. Został uniewiniony.

  Ale apelacja prokuratorska do Sądu Okręgowego okazała się skuteczna. Wlepił on Ejsmontowi dwa lata więzienia. Skazanego trzeba było jednak dopiero odszukać, ponieważ spodziewając się sporego wyroku po prostu nie zgłosił się na rozprawę.

  Trzy lata policja uganiała się za sprytnym włamywaczem. A ten wcale nie zamierzał zakończyć swego procederu. Dalej okradał sklepy i mieszkania, a jego rodzinka - siostry, szwagier, a nawet młodziutka siostrzenica, pozbywała się po cichu trefnego towaru.

  Żeby zmniejszyć ryzyko wpadki Ejsmont zmienił swój wygląd i zdobył fałszywe dokumenty. Jednak jego czas dobiegał końca.W listopadzie 1937 roku, po serii włamań mieszkaniowych w całym Białymstoku, policja nie odpuściła. Przeprowadziła gruntowną obławę we wszystkich zakamarkach Chanajek. W melinie ul. Brukowej zatrzymała ona jegomościa odzianego z chłopska. Okazał się nim Antoni Ejsmont.

Sędzia prowadzący śledztwo dowiódł mu udział w ostatnich kradzieżach w mieście. Przyparty do muru złodziejaszek zaczął w końcu mówić. Przyznał się do winy, wskazał schowki z kradzionymi fantami w domach swojej rodziny.

  Ostatecznie wszechstronna i owocna działalność Antoniego Ejsmonta doczekała się właściwego uznania. Został skazany na trzy lata pobytu za kratkami i miał pokryć znaczne opłaty sądowe. Jego pomagierzy też nie pozostali bez kary, były to kilkumiesięczne wyroki i spore grzywny.


Włodzimierz Jarmolik

Translate