Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przedwojenne kioski i budki gazetowe

  Dla osobnika uzależnionego od codziennej prasówki kioskarka to osoba najbliższa. Ja też pielęgnuję takie wspomnienia. Pierwsza, pani Krystyna z kiosku na Kraszewskiego, odłożyła mi "Mówią wieki". Było nie było, pomogła mi zostać historykiem. Później był kiosk na Mickiewicza przy delikatesach Rarytas. Teraz mam kolejną panią, na rynku przy Ratuszowym. A wakacyjne prasówki? Kiedyś w Urlach, teraz w Rajgrodzie - niezapomniane chwile.

  Sprawa kiosków zawsze budziła emocje. Nie inaczej było w 1925 r. gdy do białostockiego magistratu zwrócił się z prośbą Związek Ochotników Rezerwy o "uzyskanie pozwolenia na budowę kiosków do sprzedaży gazet w niektórych punktach miasta". Magistrat odmówił. Planował bowiem, że sam je wybuduje i wydzierżawi. Na początku 1926 r. ogłoszony został konkurs na najlepszy projekt budki gazetowej. 

  Ale pro forma, bowiem z góry wiadomo było, że będzie to ten projekt, który spodoba się szarej eminencji miasta, głównemu inżynierowi Rybałowiczowi. I tak wkrótce na ulicach Białegostoku pojawiły się budki "pod względem stylu wprost bizantyjsko-barbarzyńskie". Inni zaś twierdzili, że przypominają one przydrożne kapliczki. Jedna z takich budko-kapliczek stanęła przy bramie do województwa czyli do Pałacu Branickich. 

  Widziano ponoć jak przybyły do Białegostoku z pobliskiej wsi chłopina, gdy zobaczył kiosk przed bramą, to "ukląkł, długo się modlił, wierząc w prostocie swej, że jest to kaplica". No i cóż dziwnego. A mało to razy biorąc rano gazetę do ręki, już na widok pierwszej strony wykrzykujemy "O Boże!", albo "a żeby was Wszyscy Święci". Tamta dyskusja o estetyce gazetowych kiosków toczyła się też w kontekście urody budek, w których sprzedawano papierosy.

 

 A było to tak. Białostocka Izba Skarbowa wydała w 1926 roku 17 koncesji na sprzedaż papierosów inwalidom. Ci nie pytając nikogo o zgodę postawili w centrum miasta "bardzo nieestetyczne, na czerwono pomalowane budki". Po jakimś czasie zaczęto dostawiać do nich byle jakie przybudówki, w których instalowano piecyki, wychodki itp. Oburzenie estetów wywoływało i to co przyozdabiało te licho wyglądające budowle. 

   "Częstokrotnie wysmarowane na nich było wadliwą pisownią ku czemu one służą. Najbardziej jednak zwracał uwagę wymalowany poczwarny ptak, mający symbolizować godło państwowe". W sierpniu 1926 r. magistrat podjął decyzję o likwidacji tych szpetnych budek. Zarządzono, że handel papierosami będzie odbywał się ze skrzynek. Natychmiast podniosły się uzasadnione głosy sprzeciwu. Jednak inżynier Rybalowicz był nieubłagany. 

  Podczas dyskusji na sesji rady miejskiej jednemu ze kioskarzy wyrwało się, że jest gotów wybudować budkę w stylu zakopiańskim. Rybałowicz mentorsko ripostował: "Pan uważa, że styl zakopiański jest stylem najpiękniejszym? Myli się pan". W odpowiedzi usłyszał: "Jeśli budki w stylu zakopiańskim też pana nie zadowalniają, inwalidzi gotowi są wybudować swe budki w stylu rococo!" Z takich to i sam Branicki byłby kontent. Temat koncesji i estetyki budek powracał.

  Wiele domysłów i plotek rodziło pozwolenie, wydane w maju 1932 r. kupcowi Pomerancowi, na ustawienie kiosku ze słodyczami obok muszli koncertowej w Ogrodzie Miejskim. Pomeranc uzyskał wszelkie koncesje oraz stał się przedstawicielem popularnej wówczas firmy cukierniczej "Plutos". Białostoczanie wkrótce mogli, spacerując po ogrodzie kupować słodycze swej ulubionej firmy. Po dwóch latach z sarkazmem stwierdzano, że "obdrapana buda jest wątpliwą ozdobą najpiękniejszego klombu w mieście". 

  Apelowano więc do prezydenta Nowakowskiego "aby udał się do ogrodu i zobaczył jak ten piękny klomb udekorowano". Proponowano, aby tę "szpetotę" przesunąć gdzieś dalej, w głąb ogrodu. Reakcja prezydenta była natychmiastowa. Nowakowski był szczególne czuły na punkcie porządku i estetyki, a parki były jego słabością. Opinia publiczna została poinformowana, że "na polecenie p. prez. Nowakowskiego buda została usunięta", co naprawdę znaczyło, że przesunięta.

Andrzej Lechowski

Powstanie w getcie i strach przed duchami

 

  Segregacja Żydów trwała trwała kilka dni. Zdrowych wybierano do pracy. Pozostałych ładowano do wagonów i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że wiozą ich na śmierć - wspomina Janusz Koronkiewicz.

  Janusz Koronkiewicz mieszkał z rodzicami na ulicy Prowiantowej 3. Kiedy w Białymstoku wytyczono granice getta (a objęło ono teren na południe od Lipowej po ulicę Sienkiewicza od wschodu aż po ulicę Poleską i okolice wzgórza św. Rocha), przenieśli się do domu na rogu ulic Północnej i Kosynierskiej pod nr 11. Dom ten stał na granicy z gettem. Pamięta, jak wybuchło powstanie w getcie, miał 10 lat. Swoje przeżycia opisał w książce "Wspomnienia z mojego wojennego dzieciństwa", wydanej w czerwcu staraniem Stowarzyszenia Pamięć i Tożsamość Skała w Choroszczy.

- Po drugiej stronie ulicy Kosynierskiej, na którą wychodziło jedno z okien naszego mieszkania, znajdowało się duże, pełne żab bajoro. Za bajorem stały dwa budynki fabryczne należące już do getta i ulicy Żabiej - wspomina Janusz Koronkiewicz. - Wzdłuż ulicy Żabiej, od Kosynierskiej do Armatniej był wysoki płot z zasiekami z drutu kolczastego, wyznaczający granice getta. Za płotem, dobrze widocznym z ganku i wychodzących na wschód okien, znajdował się plac wyznaczony na cmentarz getta.

  Nocą z 15 na 16 sierpnia 1943 r. teren getta został otoczony, nie tylko przez gestapo i SS, ale również podwójny kordon żołnierzy w czarnych mundurach. Mówiono, że byli to Ukraińcy. Przez bramę od strony ulicy Poleskiej, na pole za torami kolejowymi wypędzono Żydów, którzy nie zdołali się ukryć w getcie. Z ganku naszego domu i okien mieszkania pani Adamskiej znajdującego się na górze, widać było ogromne kłębowisko poruszających się w miejscu ludzi.

  Segregacja trwała kilka dni. Silnych i zdrowych wybierano do dalszej pracy. Pozostałych ładowano do towarowych wagonów na dworcu fabrycznym i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że jadą na śmierć, ale przy dzieciach na ten temat starano się nie rozmawiać.

  O wybuchu powstania w getcie już wiedziano, ale nasilenie walki przewidywano dopiero nocą. Wszyscy domownicy o zmierzchu zeszli się w naszym mieszkaniu, znajdującym się od strony kościoła św. Rocha. Uważali, że od kul lecących z getta będzie chronić nas murowana ściana nośna biegnąca przez środek domu.

  Strachu było co niemiara. Pamiętam, że zaraz po zapadnięciu ciemności z górnego piętra najbliższego gmachu fabrycznego po stronie getta, ku naszemu zdziwieniu, rozległ się głos wesoło przygrywającego akordeonu. Muzykę tę odebraliśmy jako drwinę z Niemców i dowód na wiarę Żydów w rezultat powstania. Zaraz po tym koncercie z okien fabryki padło kilkanaście strzałów karabinowych, na które odpowiedzieli znacznie silniejszym ogniem żołnierze w czarnych mundurach, stojący na ulicy w kordonie.

Żydzi i likwidacja getta. Strach przed duchami

  Jak wyglądała likwidacja getta, wiem tylko ze słyszenia i późniejszych opisów. Po bestialskim wypędzeniu Żydów z getta i wywiezieniu do obozów pozostawione po nich mienie, po uprzednim splądrowaniu domów przez Niemców, wywieziono na plac, znajdujący się pomiędzy ulicą Częstochowską a Szlachecką.

  Do osób z miasta udających się na plądrowanie do getta strzelano bez ostrzeżeń. Potem zlikwidowano bramy i płot otaczający ulice getta od strony aryjskiej i w pożydowskich domach zaczęto kwaterować ludzi wysiedlonych ze wschodnich obrzeży Puszczy Knyszyńskiej i od strony Białowieży, aby pozbawić zaplecza materialnego dla rosnącego tam partyzanckiego ruchu oporu.

  Do miasta wjeżdżały całe kolumny furmanek, z wystraszoną ludnością, posługującą się głównie językiem białoruskim. Zaprzęgnięte do wozów konie, aby nie płoszyły się na widok i odgłos warkotu samochodów, oczy miały zasłonięte zawiązanymi na głowach szmatami.

  Ludzie ci nie byli nam przyjaźni. Odczułem to na własnej osobie, pobity przez ich dzieci na ulicy Polnej. Potem układało się różnie, jak to z sąsiadami bywa. To głównie oni do grudnia 1943 r. odnajdowali kryjówki Żydów na terenie getta i wydawali Niemcom. Ostatnią kryjówkę kilkuosobowej rodziny żydowskiej na poddaszu domu nr 7 przy ulicy Kosynierskiej zdradził płacz dziecka.

  Po likwidacji getta jako dzieci, często biegaliśmy ulica Polną. Synagoga przez dłuższy czas była otwarta. W środku panował niesamowity bałagan. Wszystko poprzewracano, rulony Tory porozciągano po całym pomieszczeniu i podeptano. Bałem się wchodzić do środka. Nie wiem, czy wynikało to z szacunku do świątyni, czy bojaźni przed Bogiem bądź mogącymi znajdować się w tym miejscu duchami. Dziś w tym budynku znajduje się galeria Slendzińskich.

Alicja Zielińska

Czołgista i taksówkarz, człowiek wielu zalet

   W lewym górnym rogu Piotr Zajko, zdjęcie zrobione w 1935 r. fot. Z archiwum rodzinnego . Król pojazdów. Na taki przydomek na pewno sobie zasłużył Piotr Zajko, czołgista i taksówkarz, grodnianin i białostoczanin, człowiek wielu zalet.

  Pan Piotr urodził się w Grodnie, tam wychowywał. Nic więc dziwnego, że do końca swego życia wspominał gród królewski, piękny jak mało który, położony nad dostojnym Niemnem.

  Józef Piłsudski jeżdżąc pociągiem do Wilna czasami przesypiał Białystok, choć na peronie czekali nań wojewoda z wojewodziną (przygotowywała obiad) oraz któraś z wysokich szarż, najczęściej płk (generał) Ludwik Kmicic-Skrzyński. Natomiast adiutant miał przykazane, by budził wyjątkowego pasażera, gdy pociąg zbliży się do rzeki Niemen. Wtedy Marszałek otwierał okno i napawał się zapachami oraz widokami kresowymi.

  Wróćmy jednak do Piotra Zajko. Rodzina to była przyzwoita, ale nie za bogata, więc chłopak skończył zawodówkę i "w ta pora" stawił się na komisję wojskową. Tak został pancerniakiem w 7 batalionie, który stacjonował w Grodnie. Na zdjęciach widać skromne tankietki, za to miny żołnierzyków są zadowolone, z twarzy bije duma.

  Piotr szczególnie umiłował motocykle, co poświadcza okazały puchar przechowywany przez syna Jana. Wygrawerowany napis wyjaśnia: "Zawody motocyklowe Klubu Mot. ZS Grodno. I miejsce OKR. URZ. PW i WF. Dla zawodnika na motorze z przyczepą. Grodno 22 IX 35". Skrót należy odczytać jako: Okręgowy Urząd Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego.

  Prawdę mówiąc nie bardzo wiadomo, gdzie walczył pancerniak Piotr Zajko. Stracił w czasie wojny brata. Jak nastała nowa rzeczywistość, mąż, żona Natalia i trójka synów (Marek, Czarek i Jan) przeniosła się za granicę, na polską stronę. Krótko zamieszkali w Buksztelu, potem zasilili społeczność białostocką. Piotr podjął pracę jako kierowca u "Cioci", bo tak potocznie nazywano UNRRĘ. Potem jeździł sanitarkami w Pogotowiu Polskiego Czerwonego Krzyża. Miał I kategorię, dryg i umiejętności mechanika. Był wesoły, towarzyski, nie palił, nie złorzeczył. Nic zatem dziwnego, że stał się taryfiarzem.

  To w tamtych czasach była arystokracja drogowa, popyt rósł, podaż wolniej. Pamiętam i ja kolejki nerwowych obywatelek i obywateli wijące się na postojach taryf, dobieranie się pasażerów wedle kierunku jazdy, umizgi do pana kierowcy, by zechciał docisnąć klientów, bo jeszcze komuś się bardzo śpieszyło. Na śluby obowiązywało sporo wcześniejsze zamawianie, na chrzciny nie wszyscy zdobywali się na spory wydatek. Proletariat jeździł środkami masowej, czyli zatłoczonej komunikacji, a często korzystał z okazji.

  Kiedyś opiszę swoje w tej mierze doświadczenia. Na dziś zaś tylko jedna anegdota. Było to w okolicach Ostrowi Mazowieckiej. Udało się nam (z kolegą) zatrzymać ciężarówkę, wgramoliliśmy się do szoferki i hajda na Warszawę za jedyne 20 złotych, a bilet pekaesowski kosztował dychę więcej. Kierowca jechał wyjątkowo wolno, kolega nie wytrzymał i głupio - jak się okazało - zażartował: - Panie szofer dodaj gazu, wszystkie śledziki nas wyprzedzają. Śledziki, znaczy się pojazdy z tablicami rejestracyjnymi zaczynającymi się literą "A", bo taka przed 1975 r. obowiązywała w dużym województwie białostockim. Na słowo śledziki kierowca wcisnął hamulec i śpiewnie aż głośno oświadczył: Jak ja jestem śledzik, to wy halibuty i ... [autocenzura]

  W Białymstoku najbardziej popularne postoje taksówek znajdowały się przy Rynku Kościuszki (na przedłużeniu ul. Sienkiewicza), przy dworcach PKP i PKS (ul. Jurowiecka), koło kina "Pokój". W weekendowe wieczory najlepiej rokowały miejsca koło znanych restauracji. O nadzwyczajnych przygodach pan Jan nie jest skłonny opowiadać. Czyżby tajemnica zawodowa?

  To mam kilka pytań do innych weteranów tej branży. Czy trafiały się w Białymstoku nocne "gabloty" z panienkami i wódecznościami? Kiedy po raz pierwszy wyjechała na miasto pani taryfiarz i czy to prawda, że miała numer 13? Czy zdarzało się, że "obcy" był wieziony spod dworca pół godziny, by wreszcie trafić do hotelu Cristal? Może ktoś zechce opowiedzieć barwną opowieść z taryfą w tle, bo póki co, to więcej wiemy o przedwojennych białostockich dorożkach niż powojennych taksówkach.

  Piotr Zajko zmarł w 2004 r. przeżywszy lat 90. Jego siostra została we Grodnie i nic więcej o niej nie wiadomo. A Jan Zajko ma się dobrze, choć licznik już sporo latek wybił. Kontynuuje pasję ojca, tylko czołgiem nigdy nie jeździł.

Adam Czesław Dobroński 

Mistyfikacja-Kaczyński i kochanka

   Jeszcze przed pierwszą wojną, na Mazowieckiej 42, Tadeusz Kaczyński prowadził nieźle prosperującą fabrykę kafli.

Był też posiadaczem kilku budynków na tejże ulicy. Miał komu zostawić swój majątek. Jego syn Konstanty zapowiadał się na porządnego kaflarza. Ale Konstanty wdał się w romans i marzenia o biznesie wzięły w łeb.  W 1919 r. Kaczyńscy przyjęli na mieszkanie lokatorów, braci Geniszer. Ci z miejsca zaprzyjaźnili się z Konstantym. Wspólnie przeżyli rychłą śmierć Tadeusza.

  Wkrótce Geniszerowie musieli się wyprowadzić, ponieważ dom, w którym mieszkali został "zarekwirowany na użytek szkoły". Powstawała właśnie Publiczna Szkoła Powszechna nr 11, do której za kilka lat miał uczęszczać Ryszard Kaczorowski. Geniszerowie zamieszkali więc na Piwnej pod 11. Przyjaźń pomiędzy nimi a Konstantym, który w międzyczasie ożenił się, nadal była podtrzymywana.

  Gdy w lipcu 1920 r. Białystok zajęli bolszewicy, musieli się ukrywać. Kosztowności zakopali w ogrodzie. Ktoś jednak musiał to widzieć, po ucieczce bolszewików zakopanego skarbu nie znaleźli. Bracia wspomnieli o tym Konstantemu. Ten zaproponował im pomoc swojej kuzynki, Poli Lisowicz, która ponoć wiedziała o wszystkim, co się działo w okolicy. Ale złota nie odnalazła.

   Tymczasem Kaczyński, ku zaskoczeniu Geniszerów, zaczął prosić ich o pomoc finansową. Jeden z braci odwiedził Kaczyńskich na Mazowieckiej. Gdy zauważył, że w domu jest bieda, a gdy w dodatku od młodej Kaczyńskiej, trzymającej przy piersi niemowlę i płaczącej usłyszał skargi na jej los, to nie miał wątpliwości, że wszystkiemu winna jest "kuzynka" Pola.Bracia postanowili rozmówić się z Konstantym. Ten, przyparty do muru, przyznał się, że Pola jest jego kochanką, a pieniądze potrzebne mu są "na libację i rozrywki z nią". Prowadząc hulaszczy tryb życia roztrwonił dobytek.

  Geniszerowie pożyczyli wiarołomnemu małżonkowi pieniądze, stawiając warunek, że przeznaczy je na potrzeby domu, a z Polą ma natychmiast skończyć. Kaczyński obiecał solennie, ale ani myślał dotrzymać danego słowa.

  Minęło kilka tygodni i sytuacja powtórzyła się. Kaczyński, znów obiecując zerwanie z Polą, zaproponował Geniszerom założenie przedsiębiorstwa budowlanego. Naiwni bracia uwierzyli.

Konstanty zamiast wypłacać robotnikom wynagrodzenie, całą, sporą sumkę, przepuścił z Polą. Wzięty przez wspólników w obroty tłumaczył, że nie ma wyjścia z matni w której się znalazł. Na dowód pokazał przyjaciołom list od kochanki.

  Pisała ona w nim "Kochany Konstanty! Dobrze ci wiadomo, że wkrótce matką zostanę. Jeżeli nie pomożesz mi zrobić poronienie, to ci dziecko do domu twego przyniosę". Udając rozpacz, Konstanty błagał o pieniądze i zaufanie. Geniszerowie i tym razem dali, ale zażądali rachunków.  Kaczyński miał się rozliczyć z nimi do 29 października 1921 r.

  W przeddzień wyznaczonego terminu, wieczorem Geniszerowie byli już w domu. Nagle rozległo się łomotanie do drzwi. Dom otoczyła policja. Do mieszkania wpadli wywiadowcy i skuli kajdankami obu braci. Oniemiałym oznajmili, że są oni oskarżeni o zamordowanie dwóch Żydów w Narwi.

  Geniszerów przewieziono do Bielska Podlaskiego i przez dwa miesiące przesłuchiwano i konfrontowano z nieznanymi im świadkami. Śledztwo trwało, do momentu schwytania prawdziwych morderców. Śledczy zaczęli się zastanawiać, dlaczego przez tyle czasu zajmowali się Bogu ducha winnymi Geniszerami.

  Okazało się, że wszystko było okrutną mistyfikacją uknutą przez Polę i Konstantego, którzy w ten wyrachowany sposób chcieli się "rozliczyć" z zaciągniętej pożyczki. Rozpoczęło się nowe śledztwo.

 Wyszło na jaw, że wszystko wiedząca Pola jest policyjną wywiadowczynią. To był prawdziwy cios dla Kaczyńskiego.

  Gdy oboje stanęli przed sądem to już nie wyglądali na parę kochanków. Sąd też nie wziął pod uwagę żadnych afektów i wlepił Poli pół roku, a kochliwemu Konstantemu dwa razy tyle. Po odsiedzeniu wyroku Kaczyński wrócił do żony na Mazowiecką 42 i zajął się na poważnie kaflarnią. Czasem odwiedzali ich bracia Geniszerowie. Słusznie więc powiadają, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Andrzej Lechowski 

Kasiarze obrobili rzeźnię i młyn

  Mejer Krynicki, sanacyjny kasiarz z doświadczeniem, wyznawał zasadę, że nie należy kraść u siebie. Jego łupem padały więc safesy na prowincji. W latach 1933-34 zmienił jednak zdanie. Sięgnął po zasoby białostockich skrytek.

  W nocy z 24 na 25 listopada 1933 r. włamano się do biura rzeźni miejskiej. Złodzieje rozpruli sejf i zabrali z niego ok. 2 tys. złotych w banknotach polskich i dolarach. Łup mógł być większy, ale uprzedzili ich urzędnicy miejscy. Tego dnia urząd odebrał z rzeźni i pokwitował 7 tys. złotych na swoje potrzeby.

Przybyli na miejsce kradzieży agenci wydziału śledczego zrekonstruowali przebieg wypadków.

  Włamywacze dostali się na teren rzeźni przez okalający ją parkan. Umiejętnie, bez hałasu, usunęli szybę na parterze budynku. Będące za nią rachityczne kraty również łatwo wygięli i już byli w środku. Szybko odnaleźli pokój z ogniotrwałą kasą i zabrali się do roboty. W tym czasie stróż nocny, pilnujący posesji rzeźni, Andrzej Pawlina, rozpoczął swój rutynowy obchód. 

  Zdziwił się bardzo, że nie może otworzyć drzwi do jednego z pomieszczeń (złodzieje przewidująco zablokowali zamek). Wrócił na korytarz i próbował zajrzeć do kasowego pokoju od podwórza.        Tutaj spotkała go mało przyjemna niespodzianka. Jakiś osobnik w kaszkiecie nasuniętym na oczy i z rewolwerem w ręku (ten mógł być zwykły z drewna, kasiarze nigdy nie chodzili na robotę z bronią), kazał mu stanąć w miejscu i podnieść ręce do góry.

  W tej pozycji stróż tkwił przez pół godziny. Kiedy złodzieje skończyli swoje, zbiegli. Dozorca Pawlina obudził mieszkającego na miejscu felczera Sidwę, a ten zawiadomił policję.

Śledczy, którzy przybyli na miejsce przestępstwa niewiele mogli na początku ustalić. Włamanie było przeprowadzone perfekcyjnie. Pies policyjny idąc po śladach, doszedł tylko do płotu oddzielającego rzeźnię od ul. Hetmańskiej. Potem stracił trop. Sprawców zuchwałej kradzieży trzeba było więc szukać inaczej. Sprawdzano alibi miejscowych fachowców od prucia kas, postawiono na baczność kapusiów. 

  

  Jednym z podejrzanych stał się rzecz jasna Mejer Krynicki, numer jeden na liście białostockich zawodowych kasiarzy i włamywaczy. Nie było jednak przekonywujących dowodów. Krynicki wyszedł zza kratek.

  Dokładnie rok później, 4 listopada 1934 r. doszło do zuchwałego włamania przy ul. Mazowieckiej 68. Stał tam młyn elektryczny, własność Jana Karnego. Wszyscy w sąsiedztwie wiedzieli, że Karny jest bardzo zamożny. Pieniądze zaś ukrywa w młynowych zakamarkach. Złodzieje dostali się do młyna wprost karkołomną drogą. Najpierw uśpili psa na sąsiedniej posesji, później wchodząc po drabinie, ułożyli pomost z desek, z pobliskiej szopy, skierowany na dach młyna. Odkręcili śruby w dachowym okienku i byli już w środku. 

  Wiedzieli gdzie szukać. Łup wyniósł 20 tys. zł. W czasie roboty jeden ze złodziei musiał skaleczyć się w rękę, w różnych miejscach bowiem były krople krwi. I znowu padło podejrzenie na Mejera Krynickiego. Rewizja w jego mieszkaniu potwierdziła policyjny ślad. Przy ul. Zielonej 23 znaleziono część pieniędzy skradzionych młynarskiemu bogaczowi. 

  Samego Krynickiego trzeba było jednak sporo się naszukać. Łatwiej wywiadowcom policyjnym poszło z ustaleniem i aresztowaniem pomocników "Krynicy". Byli to również działający na rynku kasiarskim, nietuzinkowi, białostoccy fachowcy. 

  W skoku na rzeźnię wspomagał Krynickiego Chaim Gerber, specjalista od wszelkich, precyzyjnych narzędzi złodziejskich, zaś w młynie asystował mu Chaim Chazan, też mający w archiwum policyjnym sporą kartotekę.

Włodzimierz Jarmolik

Prostytucja w Białymstoku. Sprzedawało się tysiąc kobiet

  Żadne, miejskie środowisko przestępcze nie mogło się obyć bez kobiet uprawiających najstarszy zawód świata. Przedwojenny Białystok nie był pod tym względem wyjątkowy. Szczególnie wiele o pladze prostytucji w Białymstoku w latach 30. ubiegłego wieku pisał tygodnik "Tempo". Dla służby Afrodyty najlepszą porą były godziny podwieczorne. Wówczas to, kiedy zapłonęły latarnie, na ulice zwłaszcza śródmieścia, wychodziły ze swoich "nor i krokodylówek" różne ślicznotki, nazywane też florydami lub po prostu panienkami spod latarni.

  Niektóre były już notowane w kartotekach policyjnych albo w przychodni wenerycznej. Niektóre dopiero startowały. Służące domowe, pochodzące zwykle spod białostockich miasteczek, fordanserki z nocnych lokali, znudzone gimnazjalistki, a nawet panienki z całkiem szacownych domów. Niektóre nie skończyły nawet 15 lat. Prostytucji sprzyjały panujący od lat kryzys ekonomiczny, bezrobocie i duża nędza ludności. Nierząd więc kwitł, oczywiście pod opieką miejscowych opryszków.

  Po pewnym czasie dziewczęta z "czarną książeczką" (obowiązkowy dokument zarejestrowanej prostytutki) stawały się balastem dla władz miasta i społeczeństwa. Zapełniały szpitale i cele więzienne. W trakcie swojej pracy naprzykrzały się przechodniom na Rynku Kościuszki, ul. Sienkiewicza czy J. Piłsudskiego, nie mówiąc o przyległych, mniejszych uliczkach. Zalegalizowanych domów nierządu w Białymstoku nie było. W mieście działało natomiast wiele mleczarni, piwiarni czy kawiarni, które w rzeczywistości były potajemnymi domami publicznymi, w których w biały dzień serwowano wyszynk i panienkę do towarzystwa.

  A teraz cytat, który oddaje dramaturgię dziewczyn zmuszanych zarabiać na ulicy. "Pójdziemy? Wyświechtany zwrot, powtarzany wielokrotnie przez zmordowane, ukarminowane i spękane wargi. Brzmi on jak nędzny i wieczny refren, o jednakowych zawsze tonach. Mężczyzna poszedł dalej, nie oglądając się nawet za mówiącą. Kobieta nie poczuła żadnego żalu, najmniejszej złości. Przyzwyczaiła się już do tego. Jej spojrzenie, bez śladu życia, znowu utkwiło w czarnym bruku ulicy."

  Trudno jest ustalić dokładną liczbę prostytutek w międzywojennym Białymstoku. Oczywiście poza zarejestrowanymi. Córy Koryntu rekrutowały się bowiem nie z zawodowych ulicznic, które uprawiały swój proceder jawnie i bez skrupułów. Było ich kilka setek. Natomiast blisko 400 - 500 dziewczyn dorabiało w podobny sposób. Były wśród nich prostytutki "lepsze", które świadczyły swe usługi zwykle dla małej garstki wtajemniczonych mężczyzn.

  

 Ale, jak podał reporter "Tempa", blisko 50 proc. robotnic fabrycznych również parało się nierządem. Opłacały za to lichy pokoik, kupowały jedzenie, spłacały zaległy dług u pazernego sklepikarza, a nawet - co było już dużą ekstrawagancją - kupowały sobie modny kapelusz. I oczywiście pomagały rodzinie - niektóre miały dzieci.

  Centrum zabawowo-rozrywkowym w Białymstoku były Chanajki. Lupanary znajdowały się w co drugim domu. Szczególnie znane było te z ul. Krakowskiej, Marmurowej czy Orlańskiej. Białostocka policja i urząd sanitarno-obyczajowy co i rusz prowadziły nagonki na te przybytki. Karano właścicieli, zatrzymywano prostytutki. Nic to nie dawało. Na miejsce zamkniętych spelunek pojawiały się nowe. Chanajkowskie gejsze miały zawsze powodzenie

Włodzimierz Jarmolik

Zawód pilot. Do tego trzeba mieć powołanie

   Mój brat był pilotem. Zawsze był ryzykantem. Miał niesamowitą fantazję. Od najmłodszych lat chciał latać. I to marzenie się spełniło. Został pilotem. Latał na loty zwiadowcze nad Danią, Niemcami - opowiada o Januszu Rybołowiczu jego brat Hieronim.

  Był najstarszy z nas, urodził się w 1942 r. Mieszkaliśmy w Dojlidach Górnych. Wtedy to była jeszcze wieś pod Białymstokiem. Mieliśmy blisko na Krywlany, więc Janusz bardzo często tam przebywał, by obserwować skoki spadochroniarzy i loty szybowników. Ciągnęło go do lotów. Bywało wstawał o czwartej rano, wsiadał na rower i jechał na lotnisko. On wręcz żył w chmurach. Nie mówił o niczym innym jak tylko o lataniu - podkreśla Hieronim Rybołowicz.

  Ta pasja przerodziła się w gorliwą naukę. Wkrótce to jego loty podziwiali koledzy ze szkoły. Janusz postanowił zostać lotnikiem. I dopiął swego. Przeszedł szkolenie podstawowe spadochronowe i szybowcowe. Po maturze w Technikum Wodno-Melioracyjnym złożył podanie do OSL w Dęblinie, Szkoły Podchorążych Lotnictwa, popularnej Szkoły Orląt. Zaliczył LPW (Lotnicze Przysposobienie Wojskowe) 1. i 2. stopnia na szybowcach i samolotach.

  W 1962 r. zostaje przyjęty do OSL i zakłada wymarzony mundur podchorążego lotnictwa. Zachowała się kartka pocztowa z 8 października 1962 r. Wysłana z Przasnysza - pokazuje Hieronim Rybołowicz. "Kochani Rodzice. Z przepustki wróciłem szczęśliwie. Nikt nie wiedział o tym, że się spóźniłem. Teraz dużo latamy. Jutro chyba polecę samodzielnie kręcić akrobację. Kupcie Skrzydlatą Polskę z tego tygodnia. Jest tam coś ciekawego. Przesyłam pozdrowienia całej rodzinie".

  Naukę kończy w 1965 roku i wiąże się z lotnictwem na stałe, rozpoczyna zawodową karierę oficera - pilota.

Pełnił służbę na lotniskach Orneta, Sochaczew, Modlin, Goleniów. Wykonywał z Goleniowa m.in. loty zwiadowcze nad kraje należące do NATO, latał nad Danią, Niemcami.

  Rzadko przyjeżdżał do domu, gdzieś tak raz na pół roku. Nie miał czasu, rozumieliśmy to. Ale jak już się pojawiał, to było święto, szczególnie się cieszyła mama, był jej oczkiem w głowie. Opowiadał o swoich lotach, podziwialiśmy go, byliśmy z niego bardzo dumni. Miał wszystkie odznaczenia spadochroniarskie, szybowcowe, taki prawdziwy lotnik, z powołania.

  Janusz kilkakrotnie odwiedzał swoje rodzinne strony w dość nietypowy sposób. Łamiąc przepisy lotnicze i dyscyplinę wojskową, pojawiał się niespodziewanie samolotem odrzutowym na małej wysokości nad swoim domem - wspomina Mirosław Nikiciuk w Biuletynie Klubu Seniorów.

  Mieszkał w Goleniowie, ale z dawnymi kolegami utrzymywał ścisłe kontakty. W 1985 r. na pokazach lotniczych z okazji Święta Lotnictwa, zorganizowanych na Krywlanach przez Aeroklub Białostocki, wziął udział jako wychowanek w efektownym popisie akrobacji na myśliwskim odrzutowcu.

  Karierę przerywa nagły wypadek. Pod koniec lat 80. podczas lotu na samolocie MiG-21 zdarzyła się awaria silnika. Jak pisze Mirosław Nikiciuk, Janusz Rybołowicz otrzymał rozkaz opuszczenia samolotu i użycia katapulty. Przy katapultowaniu się postąpił niezgodnie z obowiązującą instrukcją dla tego typu samolotu - dostał poważnych urazów fizycznych - przez dwa lata był zawieszony w lotach, potem został przeniesiony do rezerwy i otrzymał rentę.

  Niestety choroba nie pozwoliła mu cieszyć się spokojnym życiem. Miał raka płuc. Zmarł 16 stycznia 2008 r.

- Do końca jednak trzymał się bardzo dzielnie. Nie załamał się. Zadziwiał mnie - wspomina Hieronim Rybołowicz. - Byłem parę dni przed śmiercią u niego, bardzo źle się czuł, jego żona zadzwoniła po pogotowie. Przyjechał lekarz, popatrzył i powiedział: Jemu szpital niepotrzebny, jemu potrzebne ostatnie namaszczenie olejami świętymi. Przy nim! A na to Janusz odpowiedział: Olej to ja mam w lodówce. Wiedział, że nie wyjdzie z choroby, był tego świadom, a mimo to, to on nas podtrzymywał na duchu. 

Alicja Zielińska

Garbarskie losy rodziny Szóstko

  U góry od lewej: Jestem z rodzicami i  kuzynką Helą Janowicz. Z tyłu za naszym domem koszary 42 pułku piechoty; Przy Smolnej. Od lewej Marian Balcerzak i mój tata. Siedzą od prawej mama, Karolina Balcerzak i sąsiadka; 1937 r. mam półtora roku; A tak wygląda dziś mój dom rodzinny przy ul. Kapralskiej. U dołu od lewej: 1943. Ja z tatą (od lewej) i Aleksander Oracz z synem Czesławem; 1934 r. Moi rodzice Lidia i Jan na ul. Sienkiewicza; Fabryka Wstążek przy ul. Sienkiewicza (róg Wiśniowej). Od lewej w drugim rzędzie ja z mamą; Białostockie Zakłady Garbarskie, 1936 r. Dyrektor Becker z pracownikami. W drugim rzędzie z prawej (w białej koszuli) mój ojciec Jan Szóstko, obok wyżej jego kolega Aleksander Oracz. Jest tu też moja ciocia Klara.

  U góry od lewej: Jestem z rodzicami i kuzynką Helą Janowicz. Z tyłu za naszym domem koszary 42 pułku piechoty; Przy Smolnej. Od lewej Marian Balcerzak i mój tata. Siedzą od prawej mama, Karolina Balcerzak i sąsiadka; 1937 r. mam półtora roku; A tak wygląda dziś mój dom rodzinny przy ul. Kapralskiej. U dołu od lewej: 1943. Ja z tatą (od lewej) i Aleksander Oracz z synem Czesławem; 1934 r. Moi rodzice Lidia i Jan na ul. Sienkiewicza; Fabryka Wstążek przy ul. Sienkiewicza (róg Wiśniowej). Od lewej w drugim rzędzie ja z mamą; Białostockie Zakłady Garbarskie, 1936 r. Dyrektor Becker z pracownikami. W drugim rzędzie z prawej (w białej koszuli) mój ojciec Jan Szóstko, obok wyżej jego kolega Aleksander Oracz. Jest tu też moja ciocia Klara.

  Wspomnienia rodzinne pan Jerzy zaczyna od dziadka. Wojciech Szóstko od wczesnych lat młodzieńczych pracował jako konserwator w koszarach carskich na Wygodzie. Przez pięć lat udawał głuchoniemego, żeby mieć informacje o planowanych akcjach wobec powstańców. W domu również nie rozmawiał, porozumiewał się tylko na migi, żeby nie wyjść z wprawy. W koszarach zawsze było coś do naprawy, więc przebywał również podczas narad sztabu. Kiedy ktoś zwracał uwagę, żeby nie mówić przy nim, machano ręką, że przecież on nic nie słyszy. - Może dlatego po latach znaleźli poszlaki i całą rodzinę wywieźli do Rosji - mówi Jerzy Szóstko. - Mój tata miał wówczas 13 lat. Ale był 1916 r., w Rosji zaczęły się rozruchy i rodzina nie dojechała na Sybir, tylko pozostała na Ukrainie. W 1920 r. armia polska pod dowództwem marszałka Józefa Piłsudskiego zajęła te tereny i dziadek z rodziną powrócił do Białegostoku. W 1923 r. tata za namową swego szwagra Jana Janowicza, który z zawodu był garbarzem, zaczął pracę w garbarni, która znajdowała się przy ul. Wąskiej 15. I tak tata związał swoje życie z garbarnią.

  W 1925 r. ożenił się z moją mamą. Mama pracowała w Fabryce Wstążek przy ulicy Sienkiewicza, róg Wiśniowej, dzisiaj jest tam dom dla bezdomnych. Wspólnymi siłami rodzice kupili plac i postawili dom przy ul. Kapralskiej. Dzisiaj jest to mój dom rodzinny.

  W garbarni tata przechodził różne koleje losu. W okresie międzywojennym wraz z innymi robotnikami brał czynny udział w akcjach strajkowych organizowanych przez związek garbarzy. Garbarz był bardzo cenionym zawodem, robotnicy dobrze zarabiali, ale stale musieli walczyć o swoje prawa. Pamiętam, pensję płacono w soboty, zawsze wtedy z mamą szliśmy do sklepu ze słodyczami na rogu Sienkiewicza i Jagienki po jakieś łakocie.

  Tata dobrze wspominał kierownictwo garbarni. Dyrektorem był Niemiec Becker, z pochodzenia Żyd, od lat mieszkał w Białymstoku. Dbał bardzo o robotników, jak coś się stało, zawsze służył pomocą. Kiedy poparzyłem się gorącą herbatą, to mama od razu pobiegła do garbarni i Becker sam zawiózł mnie do lekarza.

  Po 17 września 1939 r. Niemcy odstąpili Białystok Rosjanom. Sowieci objęli kierownictwo garbarni. Tata znał świetnie rosyjski, bo chodził do szkoły rosyjskiej. Wezwał go oficer: Iwan, (bo tata miał na imię Jan) ty roboczij, tak budiesz dyrektor. I w ten sposób tatę zrobiono dyrektorem. Ale na stanowisku wytrzymał tylko rok. Do domu wracał stale na rauszu, wszystkie narady kończyły się libacją. Mama miał dosyć, bała się, że mąż zostanie nałogowym alkoholikiem. Tata więc zaczął symulować chorobę i jakoś udało mu się wykręcić z tej dyrektorskiej posady.

  W czasie okupacji garbarze wspierali ruch oporu, tata to zawsze mocno podkreślał. W garbarni pracowało dwóch Bawarczyków. Jak weszli Niemcy, to zawołali tatę: słuchaj, nam pieniądze są potrzebne, wam też, nie obchodzi nas, jak je wykorzystacie, robimy produkcję i dzielimy się na pół. I byli uczciwi. Pieniądze przekazywano dla podziemia AK, na wykup osób z aresztu czy przeznaczonych na wywózkę do obozów.

  W 1944 r. jak Niemcy wycofywali się z Białegostoku, to zniszczyli zakłady, podpalili. Po wyzwoleniu dawni pracownicy sami przyszli do garbarni i zaczęli odbudowywać zakład. W Gazecie Białostockiej z lat 60. Anna Zarembina tak pisała: "Zaczęli od ogrodzenia placu. Węcławski, Klepacki, Gwoździk, Suchodolski przynosili przęsła i słupy, prostowali spalone gwoździe, związywali płot drutem. Gdzieś pod betonowym stropem ocalał bęben do naciągania skór. Szóstko wynalazł gdzieś śruby, przytaskano skądś motor, Ryszard Kulisiewicz uszył ze skóry pas transmisyjny. Na pierwszych kierowników wybrano Pawła Borowskiego, Wodzimierza Klepackiego i Wacława Wasiluka. Majstrami zostali Aleksander Oracz, Józef Sienkiewicz, Adam Adachowski. Już we wrześniu zaczęli produkować pierwsze skóry. A skóry miały wtedy wysoką cenę".

 - Przez jakiś czas tata z dwoma kolegami, Józefem Bałdyszem i Szrotem sami robili skóry u państwa Bałdyszów. Trwało to rok - opowiada Jerzy Szóstko. - Kiedy garbarnia wznowiła produkcję, cofnięto im pozwolenie. Ale nie byliby fachowcami, gdyby nie wykorzystali swoich umiejętności, przenieśli się do Ciasnego i tam w tej samej beczce wytwarzali skóry na lewo. Niestety nie za długo, bo miejscowi gospodarze pędzili bimber, zaczęły się nagonki milicji, i musieli zwinąć interes. Po wojnie garbarnia jak cały przemysł została upaństwowiona i odtąd były to już Białostockie Zakłady Przemysłu Garbarskiego. Tata pracował tam do 1967 r., w sumie 42 lata.

   W garbarni była zatrudniona również moja siostra cioteczna Jadzia Janowicz, była księgową oraz kuzyn taty Stasio Szóstko z Wasilkowa. I na koniec jeszcze jeden rodzinny wątek garbarski. Mój ojciec chrzestny Józef Balcerzak był mistrzem garbarskim. Podczas okupacji niemieckiej mieszkał w Warszawie i z synem Marianem należał do AK. Po wpadce obaj zostali wywiezieni do obozu w Auschwitz. Marian dostał wyrok śmierci, miał być stracony. Ale ojciec wyprosił u komendanta obozu, żeby jego zabili za syna. Komendant wyraził zgodę. I dzięki ojcu Marian Balcerzak został przy życiu.

Alicja Zielińska

Kelnerki - prostytutki w kawiarence przy Mazowieckiej

 

  Gwarny i tłoczny plac targowy oraz miła i przytulna kawiarenka - to dwa szczególnie ulubione miejsca przedwojennych białostockich złodziejaszków, oszustów, sutenerów i awanturników.

  Na rynku przy ul. Mazowieckiej, tuż obok hali targowej istniał prawdziwy Kercelak warszawski. Jakich tam nie spotykano typów i czego tam nie sprzedawano i nie kupowano!

  Na przykład zubożały ziemianin oferował swoje medale, zdobyte w obronie ojczyzny. Jakiś emeryt wyniósł na sprzedaż miedziane rondle. Obok nich tęga paniusia szukała nabywcy na swój sfatygowany żakiet. Zaś nerwowy jegomość próbował opchnąć zdarte już dobrze buty konduktorki.

  Oczywiście między tą całą publicznością uwijali się złodziejaszkowie i osobnicy o dosyć mętnym wyglądzie. U nich można było kupić zegarki, zapalniczki, sztuki materiału, a w razie potrzeby całkiem znośne palta czy marynarki.

  Na białostockim Kercelaku spotykała się cała chanajkowska bieda, no i przestępcy. Można było ujrzeć człowieka, który dla ratowania głodującej rodziny, zdejmował na mrozie paltot i sprzedawał go za 3 zł. Nędznie odziana panienka handlowała książkami, po 15 - 20 groszy za sztukę.

  Rzecz jasna nie uświadczyło się tutaj raczej głównych białostockich macherów od kradzieży i przekrętów, ale bywali ich pomniejsi pomagierzy. Trzeba było trzymać rękę na pulsie. Nawet biedny rynek mógł przyjąć kradziony towar.

  Kiedy ktoś przypadkiem zaszedł do którejś z białostockich kawiarenek, mógł zobaczyć taki widok: na ladzie dwie cytryny, dwa śledzie, kilka kwaszonych ogórków i parę plasterków kiełbasy. W lokalu pustawo. Jak właściciel takiego interesu mógł wiązać koniec z końcem?

  To pytanie wcale na miejscu. Z czego właściwie żyli owi kawiarniani handlowcy? Przecież musieli płacić podatki, uiszczać komorne za lokal, światło, gaz? Gdy przyjrzał się im przedwojenny dziennikarz, stwierdził, że na pewno nie głodują. Każdy z nich bowiem wyglądał solidnie, niektórzy nawet ze sporymi brzuchami. A i personel takiej kawiarenki nie przypominał wychudzonych szkieletów.

Chanajki: Kelnerka i prostytutka to jedno

  Tymczasem wiele z owych niepozornych kawiarenek było po prostu miejscem handlowania alkoholem z nielegalnego wyszynku. Dochód był z tego duży. Oczywiście musieli dopisywać konsumenci. Ale od czego była ferajna chłopaków, nie tylko z Chanajek, ale i z Piasków, Wygody czy Antoniuka.

  Poza tym atrakcją kawiarenek były też kelnerki, których moralność pozostawiała wiele do życzenia. Były one magnesem dla klienta, zarówno złodzieja, jak też porządnego ojca rodziny, który od czasu do czasu też lubił się zabawić. Jeśli zaś któraś z panienek okazywała się oporna i nie chciała umilić czas hojnemu biesiadnikowi, wylatywała momentalnie na bruk. Na jej miejsce właściciel przyjmował następną Marysię czy Stasię.

  Władze dostrzegały problem w istnieniu owych, podejrzanych przybytków. Wprowadzono nawet przymusowe badanie lekarskie kelnerek.

  Walka z takimi kawiarenkami była niestety trudna. Co pewien czas odbywały się co prawda przed sądem rozprawy za potajemny wyszynk, niekiedy skrzywdzona kelnerka występowała ze skargą przeciwko właścicielowi lokalu o złe traktowanie. Ujawniała przy tym jego machlojki, paserstwo i powiązania z miejscowymi opryszkami, ale to niewiele dawało.

  Chciwość, chęć wzbogacenia się brały górę. Kawiarenki istniały nadal. A i pojawiały się nowe zarówno w śródmieściu, jak i na peryferiach. Bazar też działał nadal. A wszędzie tam można było spotkać typków astralnych, czyli spod ciemnej gwiazdy. 

Włodzimierz Jarmolik

Przed II wojną światową bójek w piwiarniach nie brakowało

 

   Powodów, żeby pokłócić się, było w międzywojennym Białymstoku bardzo dużo. Szczególnie kłótliwi okazywali się tragarze, dorożkarze i furmani, wstawieni żołnierze na przepustce, no i uliczni miłośnicy wszelkiej rozróby.Często takie awantury rozgrywały się wewnątrz małych sklepików, restauracyjek bądź piwiarni.

  Był marzec roku 1923. W buzie macedońskiej przy ul. Sienkiewicza pewien obywatel o inicjałach S. K. poprosił o szklankę wody. Gdy przyszło do płacenia, właściciel pijalnego przybytku zażyczył sobie 500 marek. Dla spragnionego mieszczucha cena ta wydała się zbyt wygórowana. Gospodarz obrzucił go wyzwiskami, ten nie był dłużny. Sprawa trafiła do sądu grodzkiego.

  Dziewięć lat później, również w buzie, ale tym razem przy ul. Piłsudskiego 16, której właścicielem był Temel Stajonowicz, odbyła się bardziej poważna awantura. Otóż, jak zeznał on później na policji, w jego interesie pojawiło się pewnego wieczoru sześciu nieznanych mu osobników. Rozsiedli się przy stole i zamówili chłodny napój i chałwę. Zachowywali się hałaśliwie i nieakuratnie. Wkrótce cały stół był mokry od buzy. Właściciel zwrócił więc im delikatnie uwagę. Wtedy owi chuligani rozbili mu gablotkę z ciastkami, rozpadła się również na kawałki szyba wystawowa. O zapłaceniu rachunku nie było mowy. Sprawcy szybko się ulotnili. Przechodnie będący w pobliżu buzy zatrzymali jednego z nich. Był to Icek Meller, jak się później okazało w sądzie, ordynarny tragarz z dworca kolejowego, mający już na swoim koncie podobne wybryki.

Mieszkańcy osiedla Marczuk walczyli z Wysokim Stoczkiem. Ruch poszły noże

  Jeszcze groźniej miała się sprawa w lutym 1933 r. w piwiarni Józefa Pleskacza przy Sienkiewicza 80. Czterej podpici mężczyźni, którzy doń wstąpili, zażądali kwasu i przekąsek. Kiedy przyszło do płacenia okazało się, że żaden z nich nie ma pieniędzy. Rozpoczęła się więc najpierw pyskówka, a później całkiem poważna awantura. Niewypłacalni klienci zabrali się do tłuczenia zastawy i łamania krzeseł. Nawet sprowadzony migiem policjant nie potrafił opanować sytuacji. Wezwał posiłki i dopiero wtedy obezwładniono krewkich młodzieńców. Okazali się nimi bracia Zalewscy oraz Z. Gęślicki i A. Sokołowski. Zwłaszcza ten ostatni był znanym na bruku białostockim zabijaką i notorycznym bywalcem komisariatów i aresztu miejskiego.

  Szczególnie groźne były jednak awantury, w których za główny argument służył sprężynowiec lub nóż fiński. Odbywały się one w miejscach publicznych, jak i mieszkaniach prywatnych. Kiedy dochodziło do porachunków pomiędzy mieszkańcami białostockich przedmieść, były one szczególnie krwawe. W 1925 r. walczyły ze sobą Marczuk z Wysokim Stoczkiem. Były to zarówno porachunki osobiste, jak też dbanie o honor własnej dzielnicy. Ot choćby 11 czerwca, Stanisław Sawicki i Wacław Kuźniel natknęli się przypadkowo na Adolfa Rypsemona. Od słów doszło do czynów. Dwóch na jednego. Pokłuty nożami Rypsemon trafił do szpitala św. Rocha, jego prześladowców zatrzymała wkrótce policja.

Miesiąc aresztu za pocięcie mężczyzny nożem

  Z kolei w 1926 r. przed sądem okręgowym stanął Antoni Chańko, który już wcześniej trzykrotnie dostąpił tego wątpliwego zaszczytu. Powód: na zabawie w domu przy ul. Mickiewicza 12 zranił ciężko nożem Zygmunta Ozorowskiego. Tłumaczył się niepoczytalnością alkoholową. Sąd ocenił jego wyczyn na miesiąc aresztu.

  W lutym 1932 r. na Rynku Kościuszki, tuż obok ratusza, doszło do bójki dwóch grupek furmanów. W ruch poszły noże. W czasie kryzysu ekonomicznego walka z konkurencją szła na ostre. Na ziemi został jeden z wozaków, Szmul Szmierkie. Przywieziony do szpitala żydowskiego, zmarł, nie odzyskawszy przytomności. 

Włodzimierz Jarmolik

BMW, Harley, Sahara- Rajdy motorowe w mieście

  BMW, Harley, Sahara - to marki motocykli dobrze znane znawcom motoryzacji. Na tych wspaniałych maszynach ścigali się amatorzy tego sportu. Rajdy motorowe cieszyły się wielkim zainteresowaniem białostoczan, zawsze ściągały tłumy widzów - opowiada Zbigniew Karlikowski. Na dowód pokazuje plik zdjęć z takich imprez.

  Jednym z pierwszych, który reaktywował sport motorowy w naszym regionie był Marian Wolniewicz. Urodzony w 1920 r. w Żyrardowie. W 1937 r. ukończył szkołę średnią o kierunku wodno-melioracyjnym w Wilnie. W latach 1936 - 39 był kolarzem w KPW Ognisko i Towarzystwie Gimnastycznym Sokół. Podczas okupacji aktywnie działał w Armii Krajowej - zaszyfrowaną drogą dostał nominację na stopień podporucznika dowództwa wojskowego w Londynie. 

  Po wojnie został prezesem Spółdzielni Transportowiec, potem spółdzielni Remontowo-Budowlanej, wreszcie prezesem Cechu Rzemiosł Różnych. Jego pasją stała się motoryzacja. I to on przyczynił się do tego, że sekcje te powstały początkowo w ZKS Ognisko, a potem w Polskim Związku Motorowym. Był organizatorem wielu wyścigów motocyklowych. Zginął tragicznie w  1969 r. Pochowany na cmentarzu św. Rocha.

  Motocykl był marzeniem w tamtych czasach każdego mężczyzny. Jeździli koledzy, ale i całe rodziny. Wielkim amatorem tego sportu był na przykład Jan Stefanowicz, którego synowie Jerzy i Zbigniew byli również motocyklistami.

  Podziwiano maszyny, zawodników. Stroje, jak widać na zdjęciach były różne. Jedni w garniturach bądź mundurach, inni w kombinezonach, no i nie wszyscy w kaskach. Trudne czasy, nie każdego było stać i nie tak łatwo było zdobyć prawdziwy motocyklowy uniform . 

  Ale oto na zlot w Ełku w 1953 roku wszyscy jadą w jednakowych białych kombinezonach. Jak jeden mąż - długi biały peleton. Musiało to pięknie wyglądać. Skąd się wzięły? - Sekret mi zdradził Paweł Brylewski, jeden z zawodników, startujących w wyścigu - opowiada Zbigniew Karlikowski. - Otóż ich sponsorem, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, był inż. Zenon Olszewski, dyrektor Zakładu Przemysłowo-Remontowego. On to właśnie wyposażył motocyklistów w białe kombinezony robocze z emblematem Ogniwa.

  Przed wyruszeniem do Ełku uczestniczyli we mszy świętej. I właśnie jedno ze zdjęć przedstawia ich na schodach białostockiej bazyliki. Na odwrocie są nazwiska. Pośrodku stoi inż. Zenon Olszewski, główny organizator rajdu - komandor. Są tu również: Marian Wolniewicz, Henryk Draps, Zenon Łuszczewski, Ryszard Łukasiuk, Tworkowski, Władysław Brylewski, Edward Gebauer, Ryszard Rećko, Adolf Dawidowski, Zygmunt Paciorek, Zbigniew i Jerzy Stefanowiczowie, Mikołaj Żyłkiewicz, Muciłowski, Tadeusz Konikowski, Jan Stefanowicz, Karol Kowalczyński. A motocykle, na których jechali to Sahara, Ardie, Harley, Zundap, BMW, NSU, IŻ i inne mniej znane marki.

  IV Ogólnopolski Zjazd Plakietowy w Ełku odbył się w dniach 25-26 lipca, a zorganizowała go sekcja motorowa ZS Start w Ełku przy współudziale białostockiego PZMot. Wyścigi odbyły się dookoła Jeziora Ełckiego - zawodnicy mieli do przejechania pięć pętli po 20 km. Na zjazd przybyło ponad 100 maszyn z całej Polski. Najliczniejszą ekipę wystawiły kluby z Białegostoku: Ogniwo - 25, Start 15 i LPŻ - 9. No i najlepszymi okazali się motocykliści naszego Ogniwa. W jednej kategorii wygrał Ryszard Łukasiuk, a w drugiej Władysław Brylewski. Rajd oglądało ponad 5 tys. publiczności.

  W Białymstoku również rozgrywano wyścigi motocyklowe. Imprezy te często odbywały się na stadionie w w Zwierzyńcu. Jedno ze zdjęć przedstawia też rajd ulicą Sienkiewicza. Jak widzimy, nie było tu jeszcze budynku restauracji Grodno. Ale za to jak zawsze pełno stało widzów.

  I kolejna cenna pamiątka z tamtych czasów, o której warto wspomnieć przy tej okazji. To dwie metalowe plakietki. Należały do Leonarda Koneckiego, który reprezentował LZS Olmonty i w latach 60. uczestniczył wiele razy w ogólnopolskich rajdach motocyklowych. - Dostałem je od pewnego mieszkańca Olmont. Były bardzo zniszczone, dałem do renowacji i wyglądają jak nowe - pokazuje pan Zbigniew. 

Alicja Zielińska

Marszałek Józef Piłsudski odwiedził Białystok w 1921 roku

   Ze stacji na rynek Piłsudski pojechał "powozem zaprzężonym w czwórkę białych koni przystrojonych w barwy narodowe". Białystok też był udekorowany. U zbiegu ulic Kolejowej, Św. Rocha i Lipowej stanęła jedna z bram triumfalnych. Utrzymana była "do najmniejszych szczegółów w stylu empire". Przy niej prezydent Szymański, który wcześniej z pociągu przyjechał w to miejsce powitał Marszałka chlebem i solą.

  Po nim wystąpiła jego córka Halinka, która wraz z Felą, córką przewodniczącego rady miejskiej Feliksa Filipowicza, wyrecytowała wierszyk ułożony przez Marię Kościankę. Oto on:

 I myśmy też przyszły tutaj polskie dziatki

By Tobie przynieść te kwiatki.

My dobrze wiemy jakie ciężkie znoje zniosłeś dla Polski

Drogie imię Twoje świeci przykładem

W sercach naszych gorąco wdzięczność bije

Naczelnik Państwa Józef Piłsudski niech żyje!

Obiad w ogrodzie Branickich

 Piłsudski był tego dnia w wyśmienitym nastroju. Dało się to zauważyć, gdy przyjechał wraz całą świtą na śniadanie do niewielkiego, drewnianego domku na Starobojarską 30, w którym mieszkali prezydentostwo Szymańscy. Wchodząc do stołowego pokoju oświadczył, oddając szable jednemu z adiutantów: "Ponieważ przybyłem w zamiarach pokojowych oręż zdejmuję". Śniadanie podano w ogrodzie, a na kolanach Marszałka usadowiła się Halinka Szymańska.

  O godzinie 12 zaczęły się uroczystości na rynku - msza, sztandary, defilady. Po nich w ogrodzie Branickich wydano obiad dla 2 tysięcy gości. Za ten punkt programu odpowiedzialni byli radni Antoni Gliński i Zygmunt Maciejewski. Panie z gminy ewangelickiej nakrywały stoły. 

  Gdy Piłsudski punktualnie o 15. zasiadł u szczytu stołu ustawionego w podkowę, podano "rosół z jarzynami i kawałkiem mięsa". Na drugie była "dobra porcja mięsiwa pieczonego z kartoflami", a do tego "kompot z jabłek i piwo".

  Na deser zostawiono sobie przemówienia. Przewodniczący Filipowicz wygłosił trzecią już tego dnia mowę. Ale wszystkich i tak zakasował "obecny na obiedzie poeta gruziński Karaliszwili". Wiadomo, te gruzińskie toasty. Po nim niezwykle zagmatwaną mowę wygłosiła doktorowa Zofia Ostromęcka.

  Piłsudski był tym wszystkim już lekko zmęczony. O godzinie 5. podziękował za obiad i "z majorem Macieszą samochodem udał się do swego pociągu". Zapowiedział, że o 6. przyjedzie do koszar 42 pułku na Traugutta, aby "przyjrzeć się zapasom w piłkę nożną między sportowemi towarzystwami Koroną warszawską a drużyną 42 p.p."

  Ale zanim mecz się rozpoczął poproszono Marszałka, aby został ojcem chrzestnym niedawno narodzonego synka kapitanostwa Grossnerów. Matką chrzestną była doktorowa Żołątkowska, prezeska białostockiego Koła Polek. Sakramentu na boisku sportowym udzielił kapelan wojskowy. "Naczelnik Państwa dobrotliwie uśmiechając się do swego chrześniaka, wróżył mu wielkie sukcesy w przyszłości jako … doskonałemu futboliście".

  W trakcie meczu adiutant przyniósł Piłsudskiemu wieniec z nutami marsza skomponowanego na jego cześć. Kompozytorem był Natan Cygan, popularny w mieście skrzypek. W tym samym momencie orkiestra zaczęła grać ów utwór, na co "Naczelnik Państwa kazał podziękować autorowi". Nie czekając na zakończenie meczu (nasi wygrali 5 : 2), Piłsudski pojechał do magistratu. Tu otrzymywał honorowe obywatelstwo. Wręczono mu też pierwszy egzemplarz książki "Białystok Ilustrowany". Bez mów się nie obyło.

  Oczywiście jedną trzymał Filipowicz, który na jej zakończenie wykrzyknął "najstarszy żołnierz polski nasz ukochany Dziadek niech żyje". Chodziło oczywiście o najstarszego stopniem, ale wyszło jak wyszło. Po nim dwaj miejscowi fabrykanci Szatja i Frenkiel w imieniu przemysłowców "do dyspozycji" Piłsudskiego złożyli pół miliona marek. Tyle samo wręczyli Szymańskiemu. 

  Była już godzina 10 wieczorem, gdy Piłsudski wraz ze wszystkimi udał się do Pałacu Branickich na raut. W pałacu "przeszedł do dawnej kaplicy pałacowej, którą zamieniono na bardzo ładny salonik".

  O północy opuścił raut i udał się na dworzec. Przed pierwszą w nocy pociąg "powoli rusza. Naczelnik Państwa z uśmiechem na ustach, salutując mija rozentuzjazmowane rzesze publiczności serdecznie go żegnającej".

  Wojewoda, prezydent i przewodniczący rady na ostatnich nogach, ale pełni patriotycznego uniesienia i szczęśliwi, że wszystko się udało, mogli wreszcie położyć się spać. 

Andrzej Lechowski 

Ulica Lipowa tuż po wojnie

  W kamienicy na rogu ulicy Artyleryjskiej i Dąbrowskiego przed wojną mieściło się Towarzystwo Gimnastyczne Sokół. W 1947 r. po kapitalnym remoncie ulokowano tu Publiczną Średnią Szkołę Zawodową Męską.

  Mając na uwadze wzbogacenie Albumu Białostockiego przysyłam zdjęcie ulicy Lipowej z 1950 r. Czyż nie była piękna? A bruk, pomimo wojny, był o wiele równiejszy niż kostka przed aktualną przebudową. Tak zaczął swój list Jerzy Gubarewicz. Fotografię z wiszącą latarnią i furką konną w głębi oczywiście zamieszczamy.

  Za jeszcze cenniejsze uznaję kolejne zdjęcia i komentarze pana Jerzego. Przejdźmy się więc pod kościół św. Rocha, bo tak się go określa, pomijając wezwanie Chrystusa Króla. Wszyscy już wiedzą o najnowszym pomniku poświęconym ofiarom katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Przed wrześniem 1939 r. w budynku po przeciwległej stronie i bardziej ku północy, na rogu ulicy Artyleryjskiej i Dąbrowskiego, mieścił się " Sokół". Mówiono, że to obrona cywilna, ale towarzystwo o tej nazwie promowało również ćwiczenia gimnastyczne, prowadziło ożywioną działalność wychowawczo-patriotyczną. Natomiast w drugiej połowie 1944 r. aż do połowy 1946 r. stacjonowały tu oddziały sowieckie, przemieszczające się na Berlin i powracające na "rodinu".

  Po kapitalnym remoncie, od 1947 r. w kamienicy o bogatej historii ulokowano Publiczną Średnią Szkołą Zawodową Męską, a nie Technikum Mechaniczne, jak to było niedawno wspomniane. Szkoła ta została przeniesiona do budynku przy ul. Sosnowej i znana jest młodszym jako Zespół Szkół Mechaniczno-Drzewnych. Na załączonej fotografii prezentują się uczestnicy studniówki, w tym i Wacław Gubarewicz, brat Jerzego.

  Po wyprowadzce szkoły i remoncie gmach objęło we władanie Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania w Białymstoku, gdzie dyrektorował Henryk Dukat. Jak słuchy chodziły, był on partyzantem w oddziale Mieczysława Moczara. MPO dotrwało tu do końca stycznia 1969 r., by wywędrować do nowej bazy przy ulicy 27 lipca. Jeszcze jacyś nieznani użytkownicy przedłużyli agonię kamienicy, a po dwóch latach przystąpiono do rozbiórki. Pan Jerzy, wracając z pracy zrobił ujęcia budynku, który odchodził w niepamięć. Wybrałem zdjęcia z "ogórkiem" (autobus marki Jelcz) i dorożką oraz z kioskem "Ruch". A w ogóle to chyba śnieg wystraszył przechodniów, bo aż dziwnie tu pusto.

  Bliżej ul. Lipowej, stał jeszcze po wojnie mocno podniszczony budynek z apteką pana Sosnowskiego. Pan aptekarz był miłym człowiekiem, gdy jakiś młodzian prosił o lek "na ból głowy", poprawiał go z uśmiechem: "zapewne chcesz lek od bólu głowy?"

  I jeszcze na deser wiadomość rewelacyjna. "Chcę poinformować o tablicy o wymiarach około 2,5 cm x 1,2-1,5, ustawionej w początkach 1945 r. między obecnym kinem "Ton" a budynkiem Archiwum Państwowym, gdzie znajduje się obecnie pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego. 

  Na tablicy mieszczono mapę środkowej Europy, a zmieniane każdego dnia strzałki oraz chorągiewki pokazywały postępy wojsk zdążających na Berlin, sowieckich i polskich ze wschodu, a amerykańskich i brytyjskich z zachodu. 9 maja 1945 r. wszystkie chorągiewki znalazły się w punkcie oznaczającym stolicę Niemiec. Radość zapanowała wielka. Po kilku dniach na Rynku Kościuszki zebrała się spora ilość ludzi, którzy nieśli kukły przywódców hitlerowskich. Z Rynku udali się na dziedziniec zniszczonego Pałacu Branickich, gdzie na kukły czekały dwa potężne ogniska. Do zebranych przemawiali dowódcy rosyjscy i cywile polscy. Manifestacja trwała około 2-3 godzin, po jej zakończeniu kukły spłonęły przy wielkim aplauzie zebranej ludności. Niestety, nie miałem wówczas jeszcze aparatu fotograficznego i zdjęć nie mogłem zrobić".

Adam Czesław Dobroński 

Wzgórze, na którym stoi Pomnik Bohaterów Białostocczyzny było tu zawsze

   Powtórzyłem obiegową wersję, że to okupanci niemieccy nakazali przewiezienie gruzów na pobliski żydowski Cmentarz Rabinacki. Z cegieł, kamieni, ułomków ceramicznych i złomu, popiołów i czarnej ziemi z okolic spalonej Wielkiej Synagodze oraz po okolicznych budowlach miało powstać wzgórze, na którym góruje obecnie Pomnik Bohaterów Białostocczyzny (z koroną) i rozciąga się Park Centralny. Okazało się, że inż. Krzysztof Kulesza zajmuje się projektem modernizacji Parku Centralnego, a Wiesław Wróbel wykonał analizę historyczną tego terenu.

  "Z analizy tych materiałów, map i fotografii wynika, że wzgórze było tam zawsze. Miało co prawda nieco inny kształt od obecnego, ale do lat 50. było nawet wyższe o około 2-3 m - pisze Krzysztof Kulesza. - Obecna forma tego wzgórza powstała w wyniku prac ziemnych przy tworzeniu Parku Centralnego oraz sąsiednich ulic i placu. Wierzchołek dawnego wzgórza, znajdujący się mniej więcej w sąsiedztwie głównej bramy dawnego kirkutu, u zbiegu ulic Grodzieńskiej i Kałuszyńskiej został zniwelowany poprzez zepchnięcie ziemi w trzech kierunkach. 

  Przy okazji najprawdopodobniej wygrzebano także najstarsze pochówki tego cmentarza znajdujące się w pobliżu jego wschodniego muru. Wypoziomowano płaszczyznę obecnego placu Uniwersyteckiego (wówczas przed Domem Partii) oraz wgryziono się głęboko w ziemię w trakcie budowy ulicy Kalinowskiego. Te działania utworzyły dość strome skarpy w kierunku placu oraz ulic Kalinowskiego i Marjańskiego.

Niemcy rozbierali wzgórze

  Fakty te potwierdziły badania geologiczne. Ponadto analiza fotografii lotniczych z lat 1944, 1949 i 1954 wykazała, że Niemcy z obszaru cmentarza żydowskiego raczej wywozili cegły z rozebranego muru, prawdopodobnie też szlachetny kamień z nagrobków i być może piasek z wykopu, pozostawiając w środku cmentarza dół o znacznych rozmiarach, głęboki na ok. 2,5-3 m. Wywózka gruzu na teren kirkutu zaczęła się w późniejszym okresie. W 1949 r. dół był już wypełniony, a w 1954 r. gruz widać też w innych miejscach cmentarza i w jego sąsiedztwie.

  Ponadto, w latach 50. wywożono tam również żużel, prawdopodobnie z pobliskiej kotłowni przy ul. Grochowej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że górka przed operą została uformowana również z gruzu i żużla zepchniętych z obszaru przygotowywanego pod park. Są też podejrzenia, że zakopano w niej macewy z dawnego cmentarza. 

  Nadal jednak nie znam autora projektu Parku Centralnego, mimo, że został opublikowany w miesięczniku "Architektura" w 1962 r. - Wierny czytelnik Albumu Białostockiego Krzysztof Kulesza".

  Bardzo dziękuję za list i informacje korygujące powtarzane dotychczas opinie. Mam propozycję, by nasi czytelnicy włączyli się do wyjaśnienia znaków zapytania towarzyszących powstawaniu Parku Centralnego. Proszę zatem o opowieści i udostępnienie zdjęć. Z góry dziękuję, także w imieniu inż. Kuleszy, który już wcześniej przekazywał nam ustalenia dotyczące Pomnika Konstytucji 3 Maja w Zwierzyńcu.

Białostocki Biały Dom

  Pan Krzysztof przekazał również zdjęcia, niestety w większości słabej jakości, bo z powojennych gazet. Na fotografii z 1958 r. widać, jak robotnicy profilują nową ulicę Konstantego Kalinowskiego. Charakterystyczne, że na całej długości ulicy nie stoi ani jedna maszyna, nie ma nawet konia z wozem.

  Jeszcze ciekawsze jest zdjęcie o rok późniejsze. Na stoku wzgórza ustawili się gęsto mężczyźni i kobiety. To ani chybi tłum ochotników wykonujących czyn społeczny. Budujący widok! Zwłaszcza dla towarzyszy urzędujących po przeciwnej stronie w siedzibie Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Mówiło się, że w białostockim "Białym Domu", choć od wewnątrz był on jaskrawo czerwony, w barwach bolszewickich.

  Czy ktoś pamięta jeszcze ówczesną zagadkę: Czym się różni rzodkiewka od obywatela PRL? Odpowiedź prawidłowa brzmiała: Niczym, jedno i drugie jest z wierzchu czerwone a w środku białe. Co się zaś tyczy gmachu KW, to z jednej strony przylegał on do cmentarza, a z drugiej miał za sąsiada siedzibę gminy żydowskiej. Za mojej pamięci mieściły się w tej mocno podniszczonej kamienicy pracownie artystów. Nawet od zaprzyjaźnionego plastyka dostałem kartonik z napisem w języku hebrajskim.

 Adam Czesław Dobroński 

Cytra - instrument marzenie. Witold Jodko bożyszczem publiczności

  W latach 20. białostoczanie lubili słuchać gry na cytrze. Bożyszczem publiczności był Witold Jodko. Karierę ten muzyk zaczynał w Moskwie, gdzie od 1910 r. był solistą teatrów carskich i dyrektorem szkoły muzycznej. Po 1918 r. zaczął koncertować w Polsce. W Białymstoku udzielał lekcji gry na cytrze.

  Na sobotni wieczór 15 maja 1925 r. szykowała się znakomita impreza. W niemieckim klubie Hellas zapowiedziano "pożegnanie lokalu zimowego". Ten zimowy klubowy lokal mieścił się w wynajętym fabrycznym budynku przy Warszawskiej 72. Zapowiadano same atrakcje, przednią zabawę i to, że "bufet będzie obficie zaopatrzony".

  Klubowicze nie zawiedli, wypełniając salę po brzegi. Pierwszą atrakcją były popisy gimnastyczne. Skomplikowane układy pod "umiejętnym kierownictwem p. Bendorfa" wykonali członkowie klubu. Szczególne wrażenie zrobiły tak zwane "kino-piramidy wykonywane szybko i precyzyjnie. Ostatnia piramida, w której uczestniczyły wszystkie ćwiczące w klubie panie i panowie, powtórzona została trzy razy".

  Doskonale przyjęto też wystawione dwie jednoaktówki. Klubowych aktorów oklaskiwano w dziełkach "On lunatykiem" i "August jedzie". Przed tańcami i sprawdzaniem zaopatrzenia w bufecie, nastąpiła kulminacja programu. Publiczność wpadła w zachwyt, słuchając "ślicznej gry na cytrze trio Schwalbe". Adof Schwalbe, właściciel fabryki wstążek przy Jurowieckiej 40, każdą wolną chwilę poświęcał doskonaleniu kunsztownej gry na tym instrumencie. Cieszył się więc opinią miejscowego wirtuoza. Po nim wystąpił, wzbudzając nie mniejszy entuzjazm wśród słuchaczy, niejaki Russa.

  Ówcześni białostoczanie nadzwyczaj upodobali sobie cytrę. W tychże latach bożyszczem publiczności był profesor Witold Jodko. Karierę zaczynał w Moskwie, gdzie od 1910 r. "był solistą teatrów cesarskich, oraz dyrektorem i profesorem w zakładach naukowo-muzycznych".

  Po 1918 r. przyjechał do Polski i rozpoczął aktywną działalność koncertową. "Występy prof. Jodki w Warszawie i w ogóle w Polsce były z uznaniem omawiane przez naszą krytykę". W licznych swych wypowiedziach, Profesor zachwalając zalety cytry, lubił podpierać się opinią wyrażoną przez samego Franciszka Liszta, który miał ponoć stwierdzić, że cytra "to instrument marzenie". Panowała też opinia, że Jodko nie dość, że w stopniu wirtuozowskim posiadł umiejętność gry na cytrze, to był też "wybitnym działaczem w dziedzinie sztuki w ogóle". Jego "refleksje teatralno-muzyczne zamieszczane w poczytnych pismach Ekscelsior i Rytm "wzbudzały wielkie zainteresowanie i były żywo komentowane".

  Nic więc też dziwnego, że zapowiadany na 4 kwietnia 1925 roku koncert Profesora w sali Ogniska oczekiwany był jako wielkie wydarzenie. W ten sobotni wieczór publiczność nie zawiodła i tłumnie zjawiła się w dawnej kamienicy Zabłudowskich na rogu Sienkiewicza i Rynku Kościuszki. Program wieczoru był "obfity". Profesorowi towarzyszyła pianistka Zofia Stermińska i tenor Adam Raczkowski. Publiczność zgotowała Jodce owacyjne przyjęcie. Po koncercie proszono go, aby przyjął zaproszenie do "czynnego udziału w naszem życiu kulturalno-społecznem". Jakiż entuzjazm towarzyszył deklaracjom Profesora, że i owszem rozważa możliwość zamieszkania w Białymstoku.

  I tak oto, po kilku miesiącach w miejscowej prasie ukazały się ekscytujące anonse. "Profesor Witold Jodko, b. dyrektor szkoły muzycznej w Moskwie i solista b. carskich teatrów udziela lekcji gry na cytrze oraz solfeggio, teorii i harmonii, historii i encyklopedii muzyki, od godziny 5 do 7". Udzielał tych lekcji przy Świętojańskiej 22 numer mieszkania dwa. Ciekawe, czy dzisiejsi lokatorzy spod dwójki wiedzą o ich sławnym poprzedniku, carskim wirtuozie. Ciekawe też, czy dziś ktokolwiek w Białymstoku grywa na cytrze? A był to popularny, szczególnie od połowy XIX wieku, strunowy instrument szarpany. Tak to się w terminologii muzycznej określa.

  W zbiorach muzealnych mamy też białostocką cytrę. Może grał na niej sam Profesor, a może któryś z jego uczniów? Warto ją zobaczyć. Leży w saloniku muzycznym mieszczańskiej kamienicy, czyli w Muzeum Historycznym.

Andrzej Lechowski

Sławne białostockie zegary

  Cały ambaras z białostockimi zegarami rozpoczął się w październiku 1938 roku. A stało się to za przyczyną zegara zamontowanego wówczas właśnie na wieży kościoła ewangelickiego przy ulicy Warszawskiej. To dzisiejszy kościół św. Wojciecha.

  Zegar ten był na wskroś nowoczesny. Miał elektryczny napęd. Stał się wnet tematem krążącej po Białymstoku plotki. Powiadano, że to wcale nie zegar, ale szpiegowska radiostacja służąca do informowania niemieckiego wywiadu.

  Pogłoska ta padała na podatny grunt przygotowany przez ówczesnego pastora ewangelickiej gminy, Benno Kreatera. Jego antypolskie nastawienie znane było w całym mieście i nie przysparzało mu zwolenników.

  Ale wracajmy do zegarów. W styczniu 1939 roku władze miejskie stwierdziły, że gdyby za Branickiego była elektryczność, to hetman z pewnością zamówiłby taki sam zegar, jaki ufundowali sobie ewangelicy. Był bowiem Branicki czuły na wszelkie nowości. Znane było jego polecenie, gdy w 1724 roku kazał kupić sobie w Warszawie odpowiedni czasomierz, "bo niepodobna być bez zegarka". Elektryczności nie było w XVIII wieku, ale gości zjeżdżających do białostockiego pałacu witał zegar na bramie. Niestety psuł się często.

  W 1739 roku Branicki do jego kolejnej naprawy wezwał pewnego warszawskiego ślusarza. W 1749 roku przygotowując się do budowy nowej bramy wjazdowej zamówił hetman, tym razem u białostockiego majstra, nowy zegar. W Gdańsku zaś polecił odlać do niego dwa dzwony. Jeden wybijał godziny, a drugi dzielące je kwadranse.

  Kolejny białostocki zegar, pochodzący zapewne też z fundacji Branickiego, znajdował się na wieży parafialnego kościoła. Do dziś, pod hełmem ją przykrywającym widoczne są zamurowane okrągłe otwory. To w nich niegdyś umieszczone były cyferblaty.

  W 1790 roku i ten zegar zaczął szwankować. Władająca wówczas Białymstokiem Izabela Branicka wezwała na pomoc zegarmistrza warszawskiego, niejakiego Krukowskiego. Następny białostocki zegar pojawił się na ratuszowej wieży. W 1868 roku wykonał go "uczony zegarmistrz Trop".

  To już były inne czasy. Nie trzeba było sprowadzać mędrków z Warszawy. Już bowiem w 1850 roku na Wasilkowskiej, wkrótce przemianowanej na Mikołajewską, czyli na Sienkiewicza, tuż przed mostem nad Białą, otworzył zakład zegarmistrzowski Baraks. To on pierwszy uzyskał w Białymstoku koncesję na sprzedaż słynnych szwajcarskich Omeg. Po nim s woje zakłady otworzyli Gotlib i Łapszyc. Sklep Łapszyca znajdował się przy ulicy Niemieckiej (Kilińskiego) w kamienicy Leona Zabłudowskiego.

  Gotlib oprócz zegarków w swoim magazynie przy Lipowej, naprzeciw cerkwi, sprzedawał maszyny do szycia. Ba, był oficjalnym przedstawicielem wybornej firmy Singer. Był też pionierem w prowadzeniu salonu rowerowego. To właśnie od warsztatu mechanicznego Gotliba zaczęła swoją historię późniejsza fabryka Przyrządów i Uchwytów.

  W sumie w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku w Białymstoku działało 5 zegarmistrzów. Żaden jednak nie miał smykałki do antyków. Tak więc do starego pałacowego zegara w latach 1880-1900 władze Instytutu Panien Szlacheckich, który mieścił się w pałacu, wzywały zegarmistrza z Grodna. 

  Jego syn, po latach, gdy sprawa zegarów miejskich zainteresowała wszystkich, w 1937 roku opowiadał, że ojciec na dzwonach zamawianych do bramy widział datę - 1727. Nikt tego nie mógł już sprawdzić, bo dzwony w 1915 roku zarekwirowali Rosjanie i tyle je widziano. Zniknął też zegar z kościelnej wieży.

  Przypuszczalnie popsuty, został zdemontowany około 1900 roku gdy rozpoczęła się budowa neogotyckiej fary.

 W dobrej kondycji trwał natomiast ratuszowy zegar. W 1916 roku okupujący Białystok Niemcy odwrócili nawet proporcje tej nazwy. To już nie był ratuszowy zegar, tylko zegarowy ratusz, a raczej zegarowa wieża - Uhr Thurm.

  Tykały więc sobie te białostockie zegary, aż do tego wspomnianego stycznia 1939 roku. Magistrat postanowił wyrzucić zabytkowy mechanizm i zastąpić go nowym. W budżecie miejskim przewidziano na tę inwestycję 8 tysięcy złotych. Postanowiono przeprowadzić też "dokładne wyremontowanie zegara na wieży ratuszowej".

  Zniweczyła wszystkie te plany historia, która miała się już wkrótce wydarzyć. Zegar "uczonego Tropa" zniknął wraz z ratuszem w 1940 roku za sprawą Sowietów. Znikł również zegar, sprawca całego zamieszania, z wieży kościoła św. Wojciecha. Elektrycznego napędu nie zastosowano też na pałacowej bramie. Dzięki temu zachowała nam się pamiątka po hetmanie, co to uważał, że bez zegarka żyć niepodobna.

Andrzej Lechowski 

Translate