Postaw mi kawę na buycoffee.to

Prostytutki w Białymstoku. Sprzedawało się tysiąc kobiet

  Żadne, miejskie środowisko przestępcze nie mogło się obyć bez kobiet uprawiających najstarszy zawód świata. Przedwojenny Białystok nie był pod tym względem wyjątkowy.   Szczególnie wiele o pladze prostytucji w Białymstoku w latach 30. ubiegłego wieku pisał tygodnik "Tempo". Dla służby Afrodyty najlepszą porą były godziny podwieczorne. Wówczas to, kiedy zapłonęły latarnie, na ulice zwłaszcza śródmieścia, wychodziły ze swoich "nor i krokodylówek" różne ślicznotki, nazywane też florydami lub po prostu panienkami spod latarni.

  Niektóre były już notowane w kartotekach policyjnych albo w przychodni wenerycznej. Niektóre dopiero startowały. Służące domowe, pochodzące zwykle spod białostockich miasteczek, fordanserki z nocnych lokali, znudzone gimazjalistki, a nawet panienki z całkiem szacownych domów. Niektóre nie skończyły nawet 15 lat. Prostytucji sprzyjały panujący od lat kryzys ekonomiczny, bezrobocie i duża nędza ludności. Nierząd więc kwitł, oczywiście pod opieką miejscowych opryszków.

  Po pewnym czasie dziewczęta z "czarną książeczką" (obowiązkowy dokument zarejestrowanej prostytutki) stawały się balastem dla władz miasta i społeczeństwa. Zapełniały szpitale i cele więzienne. W trakcie swojej pracy naprzykrzały się przechodniom na Rynku Kościuszki, ul. Sienkiewicza czy J. Piłsudskiego, nie mówiąc o przyległych, mniejszych uliczkach. Zalegalizowanych domów nierządu w Białymstoku nie było. W mieście działało natomiast wiele mleczarni, piwiarni czy kawiarni, które w rzeczywistości były potajemnymi domami publicznymi, w których w biały dzień serwowano wyszynk i panienkę do towarzystwa.

   A teraz cytat, który oddaje dramaturgię dziewczyn zmuszanych zarabiać na ulicy. "Pójdziemy? Wyświechtany zwrot, powtarzany wielokrotnie przez zmordowane, ukarminowane i spękane wargi. Brzmi on jak nędzny i wieczny refren, o jednakowych zawsze tonach. Mężczyzna poszedł dalej, nie oglądając się nawet za mówiącą. Kobieta nie poczuła żadnego żalu, najmniejszej złości. Przyzwyczaiła się już do tego. Jej spojrzenie, bez śladu życia, znowu utkwiło w czarnym bruku ulicy."

  

 Trudno jest ustalić dokładną liczbę prostytutek w międzywojennym Białymstoku. Oczywiście poza zarejestrowanymi. Córy Koryntu rekrutowały się bowiem nie z zawodowych ulicznic, które uprawiały swój proceder jawnie i bez skrupułów. Było ich kilka setek. Natomiast blisko 400 - 500 dziewczyn dorabiało w podobny sposób. Były wśród nich prostytutki "lepsze", które świadczyły swe usługi zwykle dla małej garstki wtajemniczonych mężczyzn. Ale, jak podał reporter "Tempa", blisko 50 proc. robotnic fabrycznych również parało się nierządem. Opłacały za to lichy pokoik, kupowały jedzenie, spłacały zaległy dług u pazernego sklepikarza, a nawet - co było już dużą ekstrawagancją - kupowały sobie modny kapelusz. I oczywiście pomagały rodzinie - niektóre miały dzieci.

  Centrum zabawowo-rozrywkowym w Białymstoku były Chanajki. Lupanary znajdowały się w co drugim domu. Szczególnie znane było te z ul. Krakowskiej, Marmurowej czy Orlańskiej. Białostocka policja i urząd sanitarno-obyczajowy co i rusz prowadziły nagonki na te przybytki. Karano właścicieli, zatrzymywano prostytutki. Nic to nie dawało. Na miejsce zamkniętych spelunek pojawiały się nowe. Chanajkowskie gejsze miały zawsze powodzenie.

Włodzimierz Jarmolik

Ogrywał w karty i okradał mieszkania

 

   Szmul Gorfinkiel, znany pod przezwiskiem Kokoszkie, należał do nader wszechstronnych opryszków. Ogrywał w karty nawet zawodowych szulerów z bolszewickiej Rosji. Był też paserem i złodziejem.

  Gorfinkiel zajmował się dostarczaniem lekkich panienek zainteresowanym obywatelom miasta, jak też przyjezdnym. Nie krępował się również sięgać do cudzych kieszeni. Jako złodziej doszedł do znacznej wprawy, zwłaszcza w okradaniu mieszkań. W roli włamywacza wystąpił właśnie w 1922 r. "W nocy z 8 na 9 czerwca - jak pisał "Dziennik Białostocki" - nieznani sprawcy przedostali się do mieszkania Miny Dejny (Kacza 3) za pomocą podrobionego klucza i skradli 22 dolary i 50 tysięcy marek.

  Policja ustaliła, że sprawcą kradzieży jest Szmul Gorfinkiel, którego aresztowano. W drodze do komisariatu Gorfinkiel próbował zbiec. Policjanci za uciekinierem oddali parę strzałów. Jeden z nich był celny. Ranny Gorfinkiel odtransportowany został do szpitala miejskiego". Pomimo cierpień związanych z postrzałem, a później rocznej odsiadki w więzieniu, Kokoszkie nie zrezygnował ze złodziejskiego procederu.

  Szczególnie pracowicie Gorfinkiel spędził lato 1926 r. Jako doświadczony klawisznik wiedział dobrze, że latem jest w mieście wiele mieszkań, których właściciele są na urlopach. Pewnej nocy postanowił odwiedzić mieszkanie Gitli Lewinson, znajdujące się na parterze domu przy ul. Odeskiej. Wśród chanajkowskiej ferajny krążyły słuchy, że Gitla otrzymuje wcale pokaźne sumy od rodziny z Ameryki. Ponieważ bawiła ona właśnie z córką na letnisku w Druskiennikach, można było się przekonać jak jest naprawdę.

  Najkrótsza droga do mieszkania Gitli Lewinsonowej prowadziła przez okno. Gorfinkiel razem ze swoim pomagierem,     Neske Penerem, zlikwidowali najpierw solidne okiennice zabezpieczone grubą, żelazną sztabą. Jak zeznała później sama poszkodowana, zawiadomiona telegraficznie o włamaniu, złodzieje ukradli futro karakułowe, palto oraz garść złotej i srebrnej biżuterii, łącznie na sumę 3259 złotych. Nawet bez spodziewanych dolarów był to wcale niezły łup.

  W dwa tygodnie po kradzieży na Odeskiej pewien wywiadowca z Ekspozytury Urzędu Śledczego dostrzegł w nocy na ul. Sosnowej znanego sobie złodzieja, którym był Szmul Gorfinkiel. Wracał on właśnie od pasera i spotkanie z przedstawicielem władzy wcale mu nie odpowiadało. Rzucił się więc do ucieczki. Agent policyjny okazał się szybszy, dopędził zbiega i zatrzymał. Przy Gorfinkielu policja znalazła złoty zegarek i złoty pierścionek z brylantami. Złodziej został osadzony w areszcie.

  Po opublikowaniu w prasie komunikatu z odzyskanych przedmiotach, do kancelarii EUS zaczęli zgłaszać się wszyscy ci, którym zginęły jakieś cenności. Przyszła również Gitla Lewinson, która ku wielkiej uciesze, rozpoznała swój pierścionek. Gorfinkiel znowu poszedł za kratki.

  W 1927 r. Kokoszkie jest jednak już na wolności. Tym razem postanowił odpuścić sobie Białystok i wybrał się na prowincję. Trafił do miasteczka Boćki, a tam do mieszkania pp. Geldwasserów. Wyszedł z niego ze znaczną sumą dolarów i garścią cennej biżuterii.

 Kilka miesięcy później odbył się kolejny, nocny pościg za niepoprawnym złodziejem. Policjanci dopadli króla Chanajek, zrewidowali i doprowadzili do aresztu. No i znowu trzeba było kolejny występ odsiedzieć. Tym razem sześć miesięcy.

Włodzimierz Jarmolik

Icko Kapłan wydał czterech polskich żołnierzy. Zdrajca trafił przed sąd

  Nacierający bolszewicy zajęli Białystok 28 lipca 1920 r. Już 30 lipca miasto stało się siedzibą Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski. Był to komunistyczny rząd, który w perspektywie miał rezydować w Warszawie. Ale póki co dobrze zainstalował się w Białymstoku.

  Jednym z jego sympatyków był mieszkający przy Sosnowej 36 Icko Kapłan. Najeźdźcy przydzielili mu "ważne stanowisko kontroli oraz dyspozycji robotnikami na młynach w Białymstoku".Icko Kapłan, gdy tylko poczuł siłę władzy, stał się postrachem okolicy.

  Zdarzyło się, że na pobliskim cmentarzu, w gęstych zaroślach ukryło się czterech polskich żołnierzy. Zauważył ich niejaki Czubiński. Powiedział o tym sąsiadowi Rozengartenowi. Ustalili, że żołnierze nie mogą tam się ukrywać.

  Rozengarten podjął decyzję, schowa ich u siebie w domu. Obaj poszli więc na cmentarz, znaleźli kryjówkę żołnierzy i gdy nastał wieczór, ukradkiem przemknęli wszyscy na Sosnową. Minęły trzy dni i wydawać by się mogło, że akcja powiodła się.

 Traf chciał, że gdy jeden z żołnierzy musiał wyjść za potrzebą, zauważyła go Chaja Przedrzecka. "Przerażona widokiem polskiego żołnierza narobiła krzyku".Wieść o zajściu szybko dotarła do Kapłana. On już wiedział jak ma postąpić. Wkrótce do Rezengartena "przybyła patrol bolszewicka i zabrała ukrytych. Dokąd? Nikt dotychczas o tym nie wie".

  Mówił, że jest on "komunistą, względnie komunizującym bolszewikiem, który musiał posiadać pełne zaufanie bolszewików, jeżeli powierzyli mu tak ważne funkcje".

  Wydanie czterech żołnierzy prokurator zakwalifikował jako zbrodnię i zażądał dla Kapłana kary śmierci przez rozstrzelanie.

Obrony oskarżonego podjął się adwokat Wacław Sławiński. Wspomagał go przybyły z Warszawy mecenas Perzyński. "Obydwaj obrońcy, po obszernych, rzeczowych i pełnych treści prawnej wywodach, zbili ciężkie oskarżenie prokuratora".

  Grudzień, 1925 r. był obfity w echa wydarzeń z sierpnia 1920 r. Bohaterem kolejnego z nich był zastępca Juliana Marchlewskiego, niejaki Kulikowski vel Stefański.

  Ten prymitywny psychopata, w imieniu swego mocodawcy w Białymstoku wydawał masowe wyroki śmierci. Skazanych przetrzymywano w starym więzieniu na rogu Sienkiewicza i Ogrodowej i w nowym wiezieniu na Kopernika.

  Pewnego sierpniowego dnia przed oblicze Kulikowskiego doprowadzono rannego oficera. Wyrok był - razstrielat.

Ale nadszedł dzień 22 sierpnia. Bolszewicy sami musieli ratować swoją skórę i tak szczęśliwie oficer uszedł z życiem. W wolnym Białymstoku wstąpił do policji.

  W grudniowy dzień 1925 r. miał służbę na dworcu PKP. Właśnie przyjechał pociąg z Warszawy, który za kilka minut miał ruszyć dalej, do Wilna. Pasażerowie korzystając z postoju chętnie wychodzili na peron lub do dworcowego bufetu.

  Wśród nich policjant rozpoznał Kulikowskiego. Podszedł do bolszewika i głośno, tak aby słychać go było na peronie krzyknął: "Aresztuję pana, to pan wydałeś na mnie wyrok śmierci!" Kulikowski oniemiał. Próbował zaprzeczać. Na próżno.

  Osadzonego w areszcie okazano kilku osobom. Wszyscy byli pewni. Przed nimi stał Kulikowski, zastępca Juliana Marchlewskiego.

Andrzej Lechowski 

Przedwojenne kioski i budki gazetowe

  Dla osobnika uzależnionego od codziennej prasówki kioskarka to osoba najbliższa. Ja też pielęgnuję takie wspomnienia. Pierwsza, pani Krystyna z kiosku na Kraszewskiego, odłożyła mi "Mówią wieki". Było nie było, pomogła mi zostać historykiem. Później był kiosk na Mickiewicza przy delikatesach Rarytas. Teraz mam kolejną panią, na rynku przy Ratuszowym. A wakacyjne prasówki? Kiedyś w Urlach, teraz w Rajgrodzie - niezapomniane chwile.

  Sprawa kiosków zawsze budziła emocje. Nie inaczej było w 1925 r. gdy do białostockiego magistratu zwrócił się z prośbą Związek Ochotników Rezerwy o "uzyskanie pozwolenia na budowę kiosków do sprzedaży gazet w niektórych punktach miasta". Magistrat odmówił. Planował bowiem, że sam je wybuduje i wydzierżawi. Na początku 1926 r. ogłoszony został konkurs na najlepszy projekt budki gazetowej. 

  Ale pro forma, bowiem z góry wiadomo było, że będzie to ten projekt, który spodoba się szarej eminencji miasta, głównemu inżynierowi Rybałowiczowi. I tak wkrótce na ulicach Białegostoku pojawiły się budki "pod względem stylu wprost bizantyjsko-barbarzyńskie". Inni zaś twierdzili, że przypominają one przydrożne kapliczki. Jedna z takich budko-kapliczek stanęła przy bramie do województwa czyli do Pałacu Branickich. 

  Widziano ponoć jak przybyły do Białegostoku z pobliskiej wsi chłopina, gdy zobaczył kiosk przed bramą, to "ukląkł, długo się modlił, wierząc w prostocie swej, że jest to kaplica". No i cóż dziwnego. A mało to razy biorąc rano gazetę do ręki, już na widok pierwszej strony wykrzykujemy "O Boże!", albo "a żeby was Wszyscy Święci". Tamta dyskusja o estetyce gazetowych kiosków toczyła się też w kontekście urody budek, w których sprzedawano papierosy.

 

 A było to tak. Białostocka Izba Skarbowa wydała w 1926 roku 17 koncesji na sprzedaż papierosów inwalidom. Ci nie pytając nikogo o zgodę postawili w centrum miasta "bardzo nieestetyczne, na czerwono pomalowane budki". Po jakimś czasie zaczęto dostawiać do nich byle jakie przybudówki, w których instalowano piecyki, wychodki itp. Oburzenie estetów wywoływało i to co przyozdabiało te licho wyglądające budowle. 

   "Częstokrotnie wysmarowane na nich było wadliwą pisownią ku czemu one służą. Najbardziej jednak zwracał uwagę wymalowany poczwarny ptak, mający symbolizować godło państwowe". W sierpniu 1926 r. magistrat podjął decyzję o likwidacji tych szpetnych budek. Zarządzono, że handel papierosami będzie odbywał się ze skrzynek. Natychmiast podniosły się uzasadnione głosy sprzeciwu. Jednak inżynier Rybalowicz był nieubłagany. 

  Podczas dyskusji na sesji rady miejskiej jednemu ze kioskarzy wyrwało się, że jest gotów wybudować budkę w stylu zakopiańskim. Rybałowicz mentorsko ripostował: "Pan uważa, że styl zakopiański jest stylem najpiękniejszym? Myli się pan". W odpowiedzi usłyszał: "Jeśli budki w stylu zakopiańskim też pana nie zadowalniają, inwalidzi gotowi są wybudować swe budki w stylu rococo!" Z takich to i sam Branicki byłby kontent. Temat koncesji i estetyki budek powracał.

  Wiele domysłów i plotek rodziło pozwolenie, wydane w maju 1932 r. kupcowi Pomerancowi, na ustawienie kiosku ze słodyczami obok muszli koncertowej w Ogrodzie Miejskim. Pomeranc uzyskał wszelkie koncesje oraz stał się przedstawicielem popularnej wówczas firmy cukierniczej "Plutos". Białostoczanie wkrótce mogli, spacerując po ogrodzie kupować słodycze swej ulubionej firmy. Po dwóch latach z sarkazmem stwierdzano, że "obdrapana buda jest wątpliwą ozdobą najpiękniejszego klombu w mieście". 

  Apelowano więc do prezydenta Nowakowskiego "aby udał się do ogrodu i zobaczył jak ten piękny klomb udekorowano". Proponowano, aby tę "szpetotę" przesunąć gdzieś dalej, w głąb ogrodu. Reakcja prezydenta była natychmiastowa. Nowakowski był szczególne czuły na punkcie porządku i estetyki, a parki były jego słabością. Opinia publiczna została poinformowana, że "na polecenie p. prez. Nowakowskiego buda została usunięta", co naprawdę znaczyło, że przesunięta.

Andrzej Lechowski

Powstanie w getcie i strach przed duchami

 

  Segregacja Żydów trwała trwała kilka dni. Zdrowych wybierano do pracy. Pozostałych ładowano do wagonów i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że wiozą ich na śmierć - wspomina Janusz Koronkiewicz.

  Janusz Koronkiewicz mieszkał z rodzicami na ulicy Prowiantowej 3. Kiedy w Białymstoku wytyczono granice getta (a objęło ono teren na południe od Lipowej po ulicę Sienkiewicza od wschodu aż po ulicę Poleską i okolice wzgórza św. Rocha), przenieśli się do domu na rogu ulic Północnej i Kosynierskiej pod nr 11. Dom ten stał na granicy z gettem. Pamięta, jak wybuchło powstanie w getcie, miał 10 lat. Swoje przeżycia opisał w książce "Wspomnienia z mojego wojennego dzieciństwa", wydanej w czerwcu staraniem Stowarzyszenia Pamięć i Tożsamość Skała w Choroszczy.

- Po drugiej stronie ulicy Kosynierskiej, na którą wychodziło jedno z okien naszego mieszkania, znajdowało się duże, pełne żab bajoro. Za bajorem stały dwa budynki fabryczne należące już do getta i ulicy Żabiej - wspomina Janusz Koronkiewicz. - Wzdłuż ulicy Żabiej, od Kosynierskiej do Armatniej był wysoki płot z zasiekami z drutu kolczastego, wyznaczający granice getta. Za płotem, dobrze widocznym z ganku i wychodzących na wschód okien, znajdował się plac wyznaczony na cmentarz getta.

  Nocą z 15 na 16 sierpnia 1943 r. teren getta został otoczony, nie tylko przez gestapo i SS, ale również podwójny kordon żołnierzy w czarnych mundurach. Mówiono, że byli to Ukraińcy. Przez bramę od strony ulicy Poleskiej, na pole za torami kolejowymi wypędzono Żydów, którzy nie zdołali się ukryć w getcie. Z ganku naszego domu i okien mieszkania pani Adamskiej znajdującego się na górze, widać było ogromne kłębowisko poruszających się w miejscu ludzi.

  Segregacja trwała kilka dni. Silnych i zdrowych wybierano do dalszej pracy. Pozostałych ładowano do towarowych wagonów na dworcu fabrycznym i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że jadą na śmierć, ale przy dzieciach na ten temat starano się nie rozmawiać.

  O wybuchu powstania w getcie już wiedziano, ale nasilenie walki przewidywano dopiero nocą. Wszyscy domownicy o zmierzchu zeszli się w naszym mieszkaniu, znajdującym się od strony kościoła św. Rocha. Uważali, że od kul lecących z getta będzie chronić nas murowana ściana nośna biegnąca przez środek domu.

  Strachu było co niemiara. Pamiętam, że zaraz po zapadnięciu ciemności z górnego piętra najbliższego gmachu fabrycznego po stronie getta, ku naszemu zdziwieniu, rozległ się głos wesoło przygrywającego akordeonu. Muzykę tę odebraliśmy jako drwinę z Niemców i dowód na wiarę Żydów w rezultat powstania. Zaraz po tym koncercie z okien fabryki padło kilkanaście strzałów karabinowych, na które odpowiedzieli znacznie silniejszym ogniem żołnierze w czarnych mundurach, stojący na ulicy w kordonie.

Żydzi i likwidacja getta. Strach przed duchami

  Jak wyglądała likwidacja getta, wiem tylko ze słyszenia i późniejszych opisów. Po bestialskim wypędzeniu Żydów z getta i wywiezieniu do obozów pozostawione po nich mienie, po uprzednim splądrowaniu domów przez Niemców, wywieziono na plac, znajdujący się pomiędzy ulicą Częstochowską a Szlachecką.

  Do osób z miasta udających się na plądrowanie do getta strzelano bez ostrzeżeń. Potem zlikwidowano bramy i płot otaczający ulice getta od strony aryjskiej i w pożydowskich domach zaczęto kwaterować ludzi wysiedlonych ze wschodnich obrzeży Puszczy Knyszyńskiej i od strony Białowieży, aby pozbawić zaplecza materialnego dla rosnącego tam partyzanckiego ruchu oporu.

  Do miasta wjeżdżały całe kolumny furmanek, z wystraszoną ludnością, posługującą się głównie językiem białoruskim. Zaprzęgnięte do wozów konie, aby nie płoszyły się na widok i odgłos warkotu samochodów, oczy miały zasłonięte zawiązanymi na głowach szmatami.

  Ludzie ci nie byli nam przyjaźni. Odczułem to na własnej osobie, pobity przez ich dzieci na ulicy Polnej. Potem układało się różnie, jak to z sąsiadami bywa. To głównie oni do grudnia 1943 r. odnajdowali kryjówki Żydów na terenie getta i wydawali Niemcom. Ostatnią kryjówkę kilkuosobowej rodziny żydowskiej na poddaszu domu nr 7 przy ulicy Kosynierskiej zdradził płacz dziecka.

  Po likwidacji getta jako dzieci, często biegaliśmy ulica Polną. Synagoga przez dłuższy czas była otwarta. W środku panował niesamowity bałagan. Wszystko poprzewracano, rulony Tory porozciągano po całym pomieszczeniu i podeptano. Bałem się wchodzić do środka. Nie wiem, czy wynikało to z szacunku do świątyni, czy bojaźni przed Bogiem bądź mogącymi znajdować się w tym miejscu duchami. Dziś w tym budynku znajduje się galeria Slendzińskich.

Alicja Zielińska

Translate