Postaw mi kawę na buycoffee.to

Lubieżnik w autobusie napastował gimnazjalistkę


   W 1928 roku białostoczanie z wypiekami na twarzach powtarzali sobie wiadomość o przygodzie, która spotkała córkę znanego białostockiego przemysłowca, Marię Zarzycką. Ta 20-letnia panna odznaczająca się "niepospolitą urodą" postanowiła pojechać na kilka dni do Warszawy. Po wejściu do pociągu zajęła miejsce w przedziale, w którym siedział już budzący zaufanie "elegancki młody człowiek".

  Gdy pociąg ruszył, pomiędzy młodymi wywiązała się sympatyczna rozmowa. Nieznajomy przedstawił się Marii jako zamożny niemiecki przemysłowiec, który po dokonaniu transakcji na wschodzie wraca do Niemiec. Rozmowa toczyła się wartko. Współtowarzysz podróży barwnie opowiadał o swoich wyprawach. W sprawach zawodowych zjechał pół świata i wszędzie zaobserwował coś interesującego.

  Zanim Maria się spostrzegła byli pod Warszawą. Pociąg zatrzymał się jeszcze w Wołominie. Tu do ich przedziału wsiadł nobliwie wyglądający starszy pan. Okazał się znajomym Niemca, też przedsiębiorcą. W Warszawie obaj przemysłowcy zaproponowali Marii, że podwiozą ją samochodem do domu krewnych, u których miała się zatrzymać. Ufna dziewczyna ochoczo przystała na tę propozycję. Ledwo samochód ruszył, Marię ogarnęła nagła senność. Obudziła się, gdy była ponownie w pociągu i znowu w towarzystwie obydwóch znajomych przemysłowców. Zdezorientowana Maria "zerwała się z ławki: "Co to znaczy? Gdzie ja jestem?" Na jej zachowanie obaj cudzoziemcy "roześmiali się cynicznie".

  Maria zorientowała się, że to o czym opowiadano w Białymstoku, a w co nie chciała wierzyć stało się rzeczywistością. Znalazła się w rękach handlarzy żywym towarem. Dzielna dziewczyna postanowiła działać. Rzuciła się próbując zerwać hamulec bezpieczeństwa. Pomiędzy nią a młodszym z porywaczy wywiązała się walka. W trakcie tej szamotaniny Marii udało się otworzyć drzwi wagonu. Pęd powietrza targnął nią mocno i dziewczyna wypadła z pędzącego pociągu. "Stoczyła się po nasypie. Na szczęście prócz drobnych zadrapań żadnych innych obrażeń nie odniosła". Dalej Maria dotarła do pierwszych napotkanych zabudowań. Stamtąd przewieziono ją na posterunek policji. Gdy zaczęła opowiadać, co się jej przydarzyło, śledczy szybko zorientowali się, że miała do czynienia ze "znanymi policjom całego świata międzynarodowym gangiem handlarzy żywym towarem".

  Inną przygodę przeżyła uczennica żeńskiego gimnazjum im. księżnej Anny Jabłonowskiej. W zajście zamieszana była też Wiktoria Siemaszkowa, żona doktora Zygmunta Siemaszki, wziętego lekarza i prominentnego działacza społecznego, który od 1927 roku był wiceprezesem białostockiej rady miejskiej. Zdarzenie, o którym głośno było w całym mieście, miało miejsce pod koniec lata 1934 roku.

  Doktorowa postanowiła właśnie wybrać się do Warszawy. Na dworzec udała się miejskim autobusem. W trakcie jazdy zauważyła, że siedząca obok jakiegoś jegomościa kilkunastoletnia dziewczyna nagle "zerwała się zapłomieniona i usiadła w innem miejscu". Zaintrygowana tym pani Wiktoria zaczęła obserwować dalszy rozwój wypadków. Widziała więc jak "osobnik ów prześladował dziewczynę w dalszym ciągu obrzucając ją wyzywającym i obleśnym spojrzeniem".

  Siemaszkowa nie mogąc ukryć oburzenia postanowiła interweniować. To wystarczyło, aby i ona została obrzucona wulgarnymi epitetami. Takiej zniewagi dystyngowana dama tolerować nie zwykła. Gdy autobus przyjechał na dworzec, Siemaszkowa natychmiast wezwała policjanta i zażądała zatrzymania nieznajomego. Policjanci podeszli do sprawy z całą powagą. Najpierw wysłuchali relacji rozsierdzonej pani Wiktorii, a następnie przesłuchali uczennicę, jak się okazało córkę inżyniera kolejowego. Dziewczyna zeznała, że nieznajomy mężczyzna "uszczypnął ją i czynnie napastował".

  Zatrzymany lubieżnik nie wyrażał jednak najmniejszej skruchy. Mało tego. "Zachowywał się niesfornie, spoglądając na policjantów szyderczo i lekceważąco, oraz rzucał różne niestosowne uwagi". Zdziwienie przesłuchujących go policjantów było tym większe, że mężczyzna ów "nie wyglądał na fornala". Okazało się, że jest byłym urzędnikiem białostockiej Izby Skarbowej. No cóż. Lepiej nie jeździć do Warszawy.

Andrzej Lechowski

Ulica Alta biegła równolegle do Antoniukowskiej

  Ulica Alta biegła równolegle do Antoniukowskiej. Stały tam drewniane domy, ludzie żyli skromnie, ale dla nas był tam raj, ukochane miejsce na ziemi. Dziś po tej ulicy nie ma

śladu. Poszła pod bloki - mówi Zofia Kownacka-Bobrow.

  Pani Zofia, dawnym zwyczajem mówi: Alta ulica, bo tak właśnie ją nazywano.

- Nieduża była, jakieś 28 domów, wszyscy się znali. My mieszkaliśmy po numerem 11. Dziadkowie ze strony mamy przyjechali do Białegostoku jeszcze za cara. I całe życie byli związani z Antoniukiem. Tylko parę lat mieszkali w Łodzi.

  Kochany był ten nasz Antoniuk i ta nasza Alta ulica. W ogródkach rosły piwonie, bzy, jaśminy, drzewa owocowe. Ach, jak smakowały ulęgałki z gruszy - rosła przy domu. Zrywało się je jeszcze twarde, mama niosła na strych i tam one w sianie dojrzewały.

Ganeczki, ławeczki i pogaduszki

  Na Alta ulicy przed każdym domem znajdował się ganeczek. Jak byłyśmy już takie podrośnięte panienki i umawiałyśmy się z chłopakami, to nie szłyśmy ulicą, tylko ogrodami. Bo na ławeczkach przed domami wysiadywały kobiety i tylko patrzyły kto idzie. Miały potem o czym rozmawiać, jak która ubrana, z jakim chłopakiem się prowadza. Moja mama też tam przesiadywała.

 Przed wojną było w Białymstoku spokojnie. Samochodów jeździło tyle, co na palcach policzyć. Poruszano się dorożkami. Moja ciocia z wujkiem mieli swoją dorożkę. Trzymali ją na zarobek, jak teraz taksówkę. Hodowali dwa konie, zatrudniali dorożkarza, ubranego w specjalny uniform, który tylko tym się zajmował.


  Wujek był kucharzem w hotelu Ritz, a ciocia, jego żona pracowała tam jako kelnerka. Mieli co opowiadać, przy mnie nie chcieli, bo zdarzały się nieraz pikatne historie, ale czasem coś tam usłyszałam z ich rozmów z rodzicami. Ot, na przykład że jak panowie podpili i przegrywali w karty, to potrafił jeden z drugim wyciągnąć pistolet z kieszeni i strzelać w lustra.

Niedzielne majówki

  Niedaleko nas mieszkali państwo Krasowscy. Pan Krasowski zajmował się ogrodnictwem. Nie miał nóg, nie pamiętam w jakich okolicznościach je stracił, ale świetnie sobie radził. Między oknami, bo tak nazywało się szklarnie, chodził na kikutach. Doskonale znał się na przyrodzie. Kiedy wybieraliśmy się w niedzielę do lasu na majówkę, to się biegło do niego i pytało o pogodę. On patrzył w niebo i mówił: Jedźcie, nie będzie deszczu.

  Latem na majówki jeździło się powszechnie, aby tylko słońce, to w niedzielę wszyscy wyruszali do lasu na Dziesięciny albo na plażę do Szelachowskich. Tata wyciągał rower, na ramę kładł poduszkę, sadzał mnie i wiózł. A mama i sąsiadki z koszykami przygotowanych wiktuałów szły piechotą. Na trawie rozkładało się koce, smakołyki. Bywało, że ktoś akordeon przyniósł, to i przygrywał. Cały dzień tak spędzaliśmy.

  Bardzo ciekawe były mosty. Przez ten na Antoniuku jechały pociągi towarowe do magazynów na ul. Stalowej. Lokomotywa - taka wielka, para z niej buchała, jak w wierszu Tuwima - ciągnęła wagony. Zimą, kiedy przejeżdżała, to całą chmarą oblegaliśmy ulicę, mróz czy zawieja, bez różnicy. Krzyczeliśmy: Panie maszynisto, spuść pan wodę. Maszynista zwykle ulegał naszym prośbom. Woda zamarzała i zaczynało się białe szaleństwo. Mało kto miał sanki, ale co tam, wystarczył jakiś kawałek deseczki, tektury albo i wprost na tyłku zjeżdżaliśmy do upadłego, aż się ściemniło.

  Przy moście prowadzącym na Białostoczek znajdowały się wały. Tam biegaliśmy wiosną. Koniec ulicy Owsianej i Wiatrakowej zajmowały podmokłe łąki. Rosły tam kaczeńce i niezapominajki. Zbieraliśmy je na bukiety. Gdy podrośliśmy, to na wały dziewczyny chodziły na randki z chłopakami.

Złośliwa koza

  Przez Alta ulicę gospodarze z okolicy jechali na Sienny Rynek, na bazar, gdzie odbywał się handel. Raniutko furmanki terkotały jedna za drugą. Natomiast po południu woźnice zatrzymywali się przy domach i prosili o wodę dla koni. Wynoszono wiadra z mieszkań, bo koń z brudnego naczynia się nie napił.

  Kanalizacji nie było, studnie ludzie mieli w podwórzach. Z tym że woda była w nich twarda, jak mówiono, więc do prania kobiety używały deszczówki. Beczki stały przy rynnach i po większym deszczu zwykle gospodynie robiły pranie.

  Pamiętam taką śmieszną historię z tym związaną. Jedna z naszych sąsiadek, która przeniosła się w czasie wojny na Alta ze Stołecznej, bo jej dom zajęli Niemcy - przyprowadziła ze sobą też kozy. Na te kozy wszyscy narzekali, nie dość, że śmierdziały i brudziły, to wszędzie wlazły. Pani Średzińska, która z nami dzieliła dom, lubiła się z nimi drażnić.

 Mama przestrzegała: Niech pani uważa, bo to się źle skończy. Któregoś dnia deszczówki z rynny dużo napadało, pani Średzińska z wiadrem ruszyła po wodę, żeby robić pranie. Nachyliła się do beczki, a tu koza z tyłu jak ją nie szturchnie. Kobiecina wpadła do środka, omal nie utopiła się. Dobrze, że ktoś zauważył i wyciągnął ją z tej beczki. Opowiadano o tym kilka dni.

Buza i chałwa

  Z Alta wszędzie mieliśmy blisko. Dziesięć minut drogi, na skróty przez podwórza i już był kościół św. Rocha. Rósł razem ze mną. Zaczęto go budować w 1927 roku, jako kościół-pomnik odzyskania niepodległości, na wzgórzu, na miejscu kaplicy św. Rocha i katolickiego cmentarza z 1839 roku, miejsca profanacji dokonanej przez Rosjan podczas powstania styczniowego. Każdej niedzieli szliśmy z rana do kościoła, a po mszy na buzę i chałwę. Ach, jak ja na to czekałam. Buzę sprowadzili do Białegostoku Macedończycy. To był bardzo smaczny napój, żaden mu nie dorównywał.


  Na Lipowej, tu gdzie jest teraz zespół adwokacki znajdowała się cukiernia Murawiejskich. Pani Murawiejska pochodziła z Antoniuka. Tam też zachodziliśmy z rodzicami na coś słodkiego.

  Z wielkim sentymentem wspominam moją szkołę nr 7 na ul. Wiatrakowej. Rozpoczęłam naukę w 1938 roku. Wówczas jeszcze nikt nie myślał, że za rok wybuchnie wojna. Do dziś pamiętam, jak staliśmy na dziedzińcu szkolnym i przemawiał pan kierownik, wtedy nie było dyrektorów. Szkoła była piękna, nowoczesna, wszyscy się cieszyli z jej powstania.

  Zbudowana dzięki staraniom mieszkańców Antoniuka, rodziców i nauczycieli. Pan kierownik osobiście chodził po osiedlu i od domu do domu zbierał datki na jej powstanie

Alicja Zielińska

Translate