Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ul. Lipowa 24. Włamanie do kantoru

   Polscy kasiarze dobrze byli znani w Europie. Równać się mogli z nimi jedynie pudlarze niemieccy. Sam Stanisław Cichocki, czyli słynny Szpicbródka, zapewniał autentyczny rozgłos. W Białymstoku też wiele się działo.

  Pewnej lutowej nocy 1927 roku miało miejsce włamanie do kantoru spółki akcyjnej Trilling i Syn. Mieścił się on przy ul. Lipowej 24. Złodzieje zakradli się najpierw do piwnicy, a stamtąd, po wybiciu otworu w suficie, dotarli do upatrzonego już wcześniej biura. W ruch poszedł bor i rak. Kasa pancerna została rozpruta. Włamywacze obłowili się całkiem nieźle - 10 tysięcy złotych, 500 franków i do tego jeszcze 70 złotych dziesięciorublówek carskich.

  Agenci z Ekspozytury Urzędu Śledczego, którzy niebawem pojawili się na miejscu kradzieży, już po krótkich oględzinach ocenili ją jako robotę specjalistów warszawskich. Pojawiali się oni od czasu do czasu na gościnnych występach w Białymstoku. Na wszelki wypadek postanowiono sprawdzić też alibi znanych, miejscowych kasoerów. Jednym z nich był Jankiel Frydland, mający sporą kartotekę kryminalną. Rewizja w jego domu okazała się pomyślna. Policjanci natrafili na całkiem nowy komplet narzędzi do prucia kas. Przesłuchiwany intensywnie złodziej nie przyznał się do roboty u Trillinga. Zarobił zatem tylko trzy miesiące odsiadki za posiadane, złodziejskie akcesoria.

  Po wyjściu na wolność Frydland postanowił wyrównać rachunki z białostockim EUS. Oczywiście na swój sposób. Zaplanował skok na bank. Jako obiekt swojej zemsty wybrał Żydowski Bank Rzemieślniczy, mający swoją siedzibę przy ul. Lipowej pod numerem 1.

Jak się to wszystko odbyło? 7 kwietnia 1928 roku szczegółowo informował swoich czytelników "Dziennik Białostocki".

  W związku ze świętami wielkanocnymi Żydowski Bank Rzemieślniczy został zamknięty na kilka dni. Jednak 5 kwietnia, był to czwartek, buchalter bankowy, niejaki Liberman postanowił dłużej popracować ze względu na przedświąteczne zaległości. Pracował samotnie, aż do późnych godzin wieczornych. Bank miał rzecz jasna swojego stałego stróża, jednak właśnie ze względu na świąteczny czas, dostał on dwudniowy urlop na wyjazd do dalszej rodziny.

   Ponieważ buchalter nie zdołał uporać się ze wszystkimi sprawami, przełożył je na następny dzień. Gdy jednak 6 kwietnia tuż przed południem przybył do firmy, czekała go tam nie lada siurpryza. Pozostawione we wzorowym porządku dokumenty walały się teraz po całym pokoju. Stojąca w kącie solidna kasa pancerna była rozpruta i wybebeszona. Liberman ochłonął po krótkiej panice, wziął do ręki telefon i najpierw zawiadomił o sytuacji dyrektora banku, a później zadzwonił na policję. Ta z miejsca rozpoczęła energiczne śledztwo.

  Co się okazało? Złodzieje dostali się najpierw przy pomocy podrobionych kluczy do sąsiadującego z bankiem składu papieru, odsunęli od ściany półki z towarem, odnaleźli za nimi ukryte drzwi, wycięli w nich otwór i już byli w środku bankowych pomieszczeń.

Łupem kasiarzy padło około 600 dolarów i 700 złotych. Poza tym przestępcy nie ruszyli żadnych wartościowych przedmiotów.

  Jankiel Frydland, który to przy pomocy starego kompana Chaima Gerbera, również zawodowego kasiarza, rozprawił się z bankowym safesem, wybył, zgodnie z dobrym zwyczajem, na prowincję. Nie zamierzał tam jednak próżnować. Posiadał przecież dobre, złodziejskie narzędzia i doświadczonego wspólnika. W ciągu kilku miesięcy rozpruł on kasy w wielu mniejszych bankach, biurach i kantorach. Grasował od Suwałk, aż po Grodno.

  Policja oczywiście szybko poznała rękę mistrza Frydlanda. Rozpoczęło się polowanie na jego osobę. Złodziej przez dłuższy czas wymykał się z różnych pułapek i obław. W końcu jednak wpadł. Było to w Wilnie. Patrol policyjny rozpoznał go na podstawie listu gończego. Nie obyło się rzecz jasna bez pościgu. Tym razem Jankiel Frydland solidnie zapracował na dłuższy pobyt za kratami.


Włodzimierz Jarmolik

Białystok na Syberii

    Przed świętami Wielkiej Nocy odwiedził nasze miasto gość z bardzo daleka. Też białostoczanin, bo urodzony w Białymstoku, wsi o tej nazwie na Syberii. To Wasyl Haniewicz, syn Antoniego, obecnie zamieszkały w Tomsku. Śmiał się, że przyjechał trochę ogrzać podstarzałe kości, a tymczasem nie ma różnicy, i tu, i tam taki sam mrozek i biel.

  Przypomnijmy trochę faktów. W 1899 roku dotarli do gminy mikołajewskiej, około sto wiorst za Tomskiem, przesiedleńcy z ówczesnej guberni grodzieńskiej. Przyjechali tu dobrowolnie, bo chcieli wreszcie być gospodarzami co się zowie. Wolnej ziemi było rzeczywiście pod dostatkiem, tyle że porośniętej tajgą, z niedźwiedziami.

Daleki Białystok

  Zaczęła się harówka w bardzo trudnych warunkach, ale na swoim. Tak powstała wieś Nowa Rybałtowska, nazwę tę zmieniono jednak na Białystok. Dlaczego Białystok, skoro wśród przybyszów nie było mieszkańców miasta nad Białą? Ano dlatego, że Białystok znano w całej Rosji jako "Manchester Północy", imponował swą prężnością, stanowił dobrą markę.

  Wśród syberyjskich białostoczan znaleźli się między innymi pradziadkowie Wasyla Haniewicza: Aleksander Jocz z Rutewki koło Szczuczyna (Nowogródzkiego), Stanisław Stec, stangret hrabiego Potockiego z guberni siedleckiej, Jan Haniewicz z bratem Józefem spod grodzieńskiego Porzecza. Kiedy Aleksandrowi Joczowi urodziła się córka, to musiał sprzedać krowę, by dotrzeć do Tomska i ochrzcić Marię Magdalenę.

  Potem było o tyle lepiej, że białostoczanie zbudowali swój kościół (1908 r.) i zaprosili księdza z Polski. W 1930 roku ślub w miejscowej świątyni wzięli dziadkowie pana Wasyla - Wasyl i Gabriela. To niestety, była ostatnia msza, w Związku Radzieckim rozszalał się stalinizm. Rok później władza podjęła w Białymstoku próbę założenia kołchozu. Nie udało się. Podobnie i w latach następnych, ale w 1935 roku opór spacyfikowali enkawudziści i powstał "Krasnyj Sztandar", w szkole skasowano naukę języka polskiego.

Terror

  13 sierpnia 1937 roku zaczęły się w Białymstoku aresztowania "wrogów ludu". 11 lutego 1938 roku NKWD zabrało także dwóch dziadków mojego rozmówcy. Biernatowi Pilewiczowi (ojciec matki pana Wasyla) zarzucono aktywne członkostwo "kontrrewolucyjnej szpiegowsko-dywersyjnej organizacji POW", prowadzenie wrogiej agitacji i propagandy religijnej (był członkiem rady kościelnej), zbieranie informacji o nastrojach politycznych mieszkańców. Wasyl Haniewicz (syn Jana) też rzekomo był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, zmarnował wraz z K. Joczem 30 kwintali chleba kołchozowego, przygotowywał akt terrorystyczny wobec przewodniczącego kołchozu. Obaj zostali skazani na rozstrzelanie i wyrok ten wykonano 14 maja 1938 roku.

  Łącznie od 13 sierpnia 1937 do 16 lutego 1938 NKWD aresztowało 86 osób ze wsi Białystok, a według spisu z 1937 roku mieszkało w niej tylko 127 mężczyzn w wieku od 18 lat. Z 86 aresztowanych przeżył jeden! Natomiast dodać jeszcze trzeba ponad 20 byłych mieszkańców wsi Białystok, których uwięziono w nowych miejscach zamieszkania oraz 7 aresztowanych już w 1935 roku i skazanych za opór przeciwko kolektywizacji. Zatem w małej syberyjskiej wsi Białystok znaleziono razem około stu "wrogów ludu".

Antoni Haniewicz

  To ojciec pana Wasyla, żyjący nadal we wsi Białystok. Miał szczęśliwe, ale krótkie dzieciństwo. Najpierw zakłóciła je batalia o kołchoz, a potem bardzo boleśnie aresztowanie dziadka Aleksandra i ojca Wasyla oraz innych krewnych. Został jedynym mężczyzną w rodzinie. Nie mógł skończyć szkoły (wyrzucono go z 6 klasy), nie chciał zostać stolarzem morskim, więc pracował w kołchozie.

  Mając 16 lat ("dziecko industrializacji") zaczął karierę traktorzysty. Któregoś dnia kolega poprosił, by Antoni nalał mu butelkę nafty potrzebnej do domowej kopciałki. Zobaczył to brygadzista, napisał donos, zorganizowano pokazowy proces. Antoni Haniewicz za grabież mienia państwowego otrzymał 7 lat łagru. Odczekano aż miną roztopy jesienne i "przestępca" pieszo pomaszerował w kolumnie do Tomska, pilnowany wraz z mu podobnymi przez konwojentów na koniach, z psami. Z więzienia w Tomsku trafił do łagru w rejonie Czeremoszników, gdzie tyrał w smrodzie przy nasycaniu smołą podkładów kolejowych.

  Z tego piekielnego miejsca wyrwał się dzięki przyjaznej radzie znajomego, podał się za hydraulika i pojechał do Nowosybirska. Tam został zdemaskowany i za kłamstwo zaliczony do brygady karnej, karczował teren pod budowę. "Około pół roku trwała ta mitręga na granicy życia i śmierci…", potem było już lżej w zakładzie produkcji żużlu.        Po śmierci Stalina skrócono Antoniemu Haniewiczowi karę o rok. Wrócił na krótko do Białegostoku, mama dała mu na pożegnanie butelkę samogonu.       Złośliwy splot okoliczności sprawił, że milicjanci zrewidowali walizkę i jej posiadacz dostał rok za nielegalne pędzenie alkoholu. Odsiedział wyrok w więzieniu tumskim, więc koniec końców wyszło siedem lat zamknięcia i poniewierki. "Na tym zakończyły się łagierne "uniwersytety" Antoniego i zaczęło się długie życie na wolności, gdzie porządki i obyczaje niewiele różniły się od łagiernych".

    Antoni Haniewicz przez następne ponad 30 lat pracował jako kierowca, przejechał setki tysiące kilometrów. Sam zbudował w Białymstoku duży dom, posadził w ogrodzie wraz z dziećmi drzewa owocowe. Razem z żoną Walentyną z Pilewiczów wychowali trzech synów, w tym Wasyla, obecnego dyrektora Muzeum - Pomnika Historii Politycznych Represji "Więzienie śledcze NKWD". Oddział Muzeum Krajoznawczego w Tomsku. To także wytrawny badacz historyk (z wykształcenia ekonomista), autor książki "Tragedia syberyjskiego Białegostoku", znany działacz polonijny, odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP. W Białymstoku był dwa razy, bierze udział w tworzeniu Muzeum Pamięci Sybiru.

  Mój rozmówca opowieść w książce o ojcu zakończył następująco: "Jednak czy jest on zadowolony z przeżytych lat, o to nie pytałem. Bo to nieprzyjęte, żeby o coś takiego pytać własnego ojca, ponadto chyba za wcześnie, żeby podsumowywać życie. Życie przecież trwa nadal".

  Panie Wasylu, prosimy gorąco pozdrowić ojca od mieszkańców "dużego" Białegostoku. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni seniorowi Antoniemu, że trwa jako ten ostaniec we wsi rodzinnej. I jako świadek historii syberyjskiej wsi Białystok. Ośmielam się zaproponować, by podlaski Białystok dał wyraz wdzięczności w stosunku do białostoczan syberyjskich, zwłaszcza Wasyla Haniewicza. Proszę naszych Czytelników o opinię w tej sprawie (tel. 601352414).

Adam Czesław Dobroński

Rynek Kościuszki. Historia od Branickiego po PRL

   Największe zmiany na Rynku Kościuszki zaszły podczas ostatniej wojny. Sowieci nawet rozebrali ratusz, aby postawić posąg Stalina. Z kolei Niemcy ustawili ogromną mapę, ilustrującą triumfalny marsz III Rzeszy przez Europę i Afrykę Północną.

  Za czasów Jana Klemensa Branickiego na białostockim rynku stały rzeźby. Bynajmniej nie po to, aby ówczesnych mieszczan oswajać z najnowszymi trendami sztuki im współczesnej.

  Posągi ufundowane przez hetmana miały edukować nie estetycznie tylko moralnie. Posąg Temidy stojący pośrodku handlowego placu przestrzegał ewentualnych oszustów i złodziejaszków przed surową sprawiedliwością i nieuchronną karą. Figura świętego Floriana wystawiona pomiędzy ratuszem a kościołem miała być taką polisą ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Pojawiła się po ogromnym pożarze, który w 1753 roku strawił znaczną część Białegostoku. Oba posągi przetrwały do początków drugiej połowy XIX wieku. Po ich usunięciu, przez następnych 30 lat na rynku nie stało nic.

  Dopiero w 1892 roku u wylotu ulicy Mikołajewskiej (Sienkiewicza), zgodnie z postanowieniem kontraktu na budowę miejskiego wodociągu, stanęła na rynku fontanna. Około 1900 roku jej wodotrysk ozdobiła rzeźba przedstawiająca trzech młodzieńców. Symbolizowali oni muzykę, rolnictwo i rybołówstwo. Po upływie kolejnych 10 lat pojawił się na rynku nowy, supernowoczesny element. Jego estetyka nie wzbudzała, większych kontrowersji choć rynek sprzed 100 laty był bardziej zabytkowy niż obecnie. Obiekt ów niczego nie symbolizował, mówił wprost o tym, że w Białymstoku rozpoczęła się epoka elektryczności. Tak więc tuż obok wejścia do osiemnastowiecznej kamienicy dworskiej (obecna Astoria) stanął blaszany, cylindryczny kiosk, w którym "transformatorowane było napięcie pierwotne 3000V na 210 i 120 V". W różnych punktach miasta ustawiono jeszcze 37 takich elektrycznych budek.

   Wkrótce rozpoczęła się wojna i na rynku pojawiła się kolejna nowość. Mianowicie pod koniec maja 1915 roku przy fontannie ustawiono "skrzynkę do wrzucania papierosów dla rannych i chorych żołnierzy". Pomysł ten przeniesiony został do Białegostoku z Warszawy, gdzie podobnych skrzynek ustawiono w śródmieściu kilkanaście. Oprócz papierosowych pojawiły się też w stolicy skrzynki do zbierania prasy.    Postulowano więc, aby i w Białymstoku zbierać "gazety przeczytane", ale nie zrealizowano tego pomysłu. Wojna zaznaczyła się też w rynkowej przestrzeni betonową rotundą - kolumnadą, wybudowaną przez Niemców tuż przed ratuszem w 1918 roku. Był to pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom walczącym o ojczyznę. Na trawersie spinającym kolumny niemiecki napis upamiętniał pamięć "bojowników którzy polegli za ojczyznę w latach 1915-1918". 

  Białostoczanie, nie wnikając specjalnie gdzie ta ojczyzna niemieckich żołdaków, czcili ich pamięć aż do 1924 roku, kiedy to kolumnadę rozebrano. Od 1919 roku nie przeszkadzał im fakt, że tuż obok ustawiono obelisk zwieńczony sylwetką Orła Białego. Tyle tylko, że niemiecki beton był solidny, a nasz orzeł wycięty był z lichej dykty.

   Nawet gdy w sierpniu 1925 roku uroczyście odsłaniano płytę poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi, to też nie zadbano o jej solidne zamocowanie. Płyta została wykonana z piaskowca, ale podmurówka była już z cieniutkiego betonu. Po kilku latach zaczęła się kruszyć. Reperowano ja doraźnie przed każdym narodowym świętem. Aż w 1934 roku nie było już co naprawiać. Przed 11 listopada okazało się, że "fundament płyty jest niemal całkowicie zniszczony". Trzeba było murować go od początku.

   W sierpniu 1926 roku na rynek znów zapukała cywilizacja. Stało się to za sprawą Towarzystwa Naftowego Braci Nobel, które wystąpiło do władz miejskich o "zezwolenie na otwarcie stacji benzynowej na Rynku Kościuszki". Do całej sprawy zabrano się poważnie. Powołana została specjalna komisja, która miała ocenić czy lokalizacja stacji jest właściwa. Gdy pokonano wszelkie trudności i obiekcje, to na rynku nieopodal ratusza pojawił się niewielki dystrybutor z benzyną. Niedługo po nim powstała kolejna stacja benzynowa założona przez firmę Polmin.

  Przez kilka dni w 1936 roku na rynku stanęła nawet latarnia morska. Nic to, że z dykty i bez reflektora, ale i tak należycie podbijała dumę białostoczan z przynależności do Ligi Morskiej i Kolonialnej.

  Największe zmiany wprowadzali na rynku okupanci. Sowieci rozebrali ratusz, aby ustawić posąg Stalina. Nie zdążyli. Jak zwykle praktyczni Niemcy nie tracili czasu i energii na ideologiczne figury. W 1942 roku tuż obok fontanny postawili pierwszy w dziejach rynku drogowskaz. Wskazywał kierunki wraz z ilością kilometrów do Bielska, Baranowicz, Warschau, Lomscha i Grajewa. W tym samym roku w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu był skwer z płytą poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi ustawili monstrualnej wielkości mapę. Była wysoka na mniej więcej 5 m, a szeroka na około 6. Ilustrowała triumfalny marsz Wehrmachtu przez Europę i Afrykę Północną.

  Za PRL-u mieliśmy na rynku zagajnik, przez niektórych uważany za jedną z atrakcji miasta. A teraz jaki rynek jest, to każdy widzi.


Andrzej Lechowski

Ulica Grunwaldzka - Tam była świetnie prosperująca fabryka

   Najlepsze kafle można było kupić u Kucharskiego. W fabryce była nawet łaźnia i biblioteka.  Dokładnie w 1893 roku przy ulicy Grunwaldzkiej 41 powstał niewielki zakład ceramiczny. Jego właścicielem był Jan Kucharski, który miał też w pobliżu swój dom. Zakład specjalizował się w produkcji zarówno kafli, jak i gotowych pieców. 

   Przedsiębiorstwo z roku na rok przynosiło coraz większe zyski.  Rozwój przerwał wybuch I wojny światowej. Działalność został wznowiona dopiero po 1918 roku. Firmę prowadzili już synowie Jana – Sylwester i Józef.

   Znacznie rozbudowali oni zakład ojca, uruchomili nawet nowy dział produkcji – polewy do kafli. W 1939 roku firma zatrudniała około 80 robotników, a jej wyroby były nie tylko uważane za najlepsze w Białymstoku, ale też cieszyły się dużym popytem w całym kraju.

Fabryka była też znana z tego, że jej właściciele bardzo dobrze traktowali swoich pracowników. 

   Dbali nawet o ich potrzeby kulturalne. W działającej przy fabryce świetlicy urządzane były różnego rodzaju zabawy i przedstawienia teatralne. Istniała tam też bogata w zbiory biblioteka oraz łaźnia.

 

  Za swoją działalność Kucharscy zostali docenieni w 1936 roku, kiedy to Józef otrzymał od prezesa rady ministrów nagrodę gospodarczą.  

 Fabryka przestała działać wraz z wybuchem II wojny światowej. Dziś po przedwojennych fabrykantach pozostały dwie plakiety ceramiczne z podobizną Józefa Piłsudskiego, które ma w swoich zbiorach Muzeum Historyczne

  Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Muzeum Historycznego w Białymstoku, W środku w maciejówkach siedzą moi przodkowie Sylwester (radny miejski) i Józef Kucharscy, następcy Jana Kucharskiego (oboje zginęli w Związku Radzieckim wywiezieni przez Sowietów).

Krzysztof Zdzitowiecki

Koza odwiedziła białostocki magistrat. To nie prima aprilis

   W białostockim magistracie nieoczekiwanie pojawił się dziwny petent. Siedzący w sieni urzędu tuż przy drzwiach woźny w pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę. Nie zważając na powagę urzędu, ruszyła w stronę korytarza i zaczęła sobie w najlepsze spacerować. Woźny krzyknął: Gdzie koza lezie? Niejeden rozwścieczony, odprawiony z kwitkiem petent, wychodząc z urzędu na myśl o zapracowanych urzędnikach przywoływał w pamięci wizerunki skądinąd sympatycznych osłów, krów, gęsi, ale żeby tak spotkać w urzędzie prawdziwą kozę!

  W Białymstoku i owszem, wszystko mogło się zdarzyć. W środę 4 lipca 1923 roku ruch w magistracie był umiarkowany. Wiadomo - kanikuła. W sieni urzędu, na krzesełku ustawionym tuż przy drzwiach przysypiał woźny. W pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę, "taką prawdziwą na 4 żywych i ruchomych nogach".

  Koza nie robiąc sobie nic z powagi urzędu ciekawie rozglądała się po sieni i powoli truchtając udała się w kierunku korytarza.Tego było dla woźnego za wiele. Nikt z białostoczan nie mógł, ot tak sobie wparować do magistratu, a tu tymczasem taka koza, niczym sam prezydent, nie mówiąc nic i nie pytając nikogo o pozwolenie pakuje się bez słowa do urzędu!

  Na krzyki woźnego: gdzie lezie koza jedna - z pokoi wyglądać zaczęli zaintrygowani urzędnicy. Pytali, czy to kozę czy siebie, po co przyszła i skąd? Oczywiście pytania zostały bez odpowiedzi. Tymczasem koza poczuła się jak u siebie i z ufnością spoglądała na swoich nowych kolegów.  Cóż było robić. Zaprowadzono ją na magistrackie podwórze. W następnych dniach urzędnicy prześcigali się w dogadzaniu jej. A ona apetyt miała, że hej. Ale nie była to bezinteresowna chęć pomocy biednej kózce. Po cichu liczono na darmowe, własne kozie mleko.

  Nic z tego nie wyszło. Koza okazała się niemleczna. Tego urzędnicza brać nie mogła puścić płazem. To ona z sercem na dłoni do bydlęcia, a ono nic! I tak to kozę po tygodniu z magistratu pognano. O wiele więcej wyrozumiałości mieli policjanci z I komisariatu przy Warszawskiej 3. Otóż zaraz po trzeciomajowym święcie w 1925 roku zjawiła się w tym dostojnym gmachu "koza maści białej z rogami, młoda niedojna". (Nie ma to jak spisać dokładnie personalia).

  Policjanci bez tej obrzydliwej przebiegłości cechującej urzędników przygarnęli błąkające się stworzenie, słusznie twierdząc, że mimo, że koza, to swój rozum ma. Zgubiła się w było nie było dużym mieście, to i gdzie miała iść po pomoc jak nie na policję.

   No i na policyjnym wikcie koza przeżyła blisko miesiąc, aż upomniał się o nią właściciel. Natomiast inna z białostockich kóz zrobiła karierę medialną. Słyszała o niej cała Polska. A stało się to za sprawą walki miejskiego fiskusa z właścicielami kin. Poszło o podatek od widowisk. Dotychczasowy, wynoszący 25 proc. magistrat postanowił podwyższyć do 40 proc.

  Jednocześnie zapowiedziano, że ten podwyższony obowiązywać będzie od września do maja, a więc wtedy, gdy kina były pełne widzów i w związku z tym dochody właścicieli były najwyższe. W pozostałe, letnie miesiące, gdy z frekwencją było marnie, podatek wynosić miał 20 proc.

  Na takie zdzierstwo właściciele kin nie mogli się zgodzić. Prowadzone z magistratem rozmowy nie dały żadnego efektu. W związku z tym 28 lutego 1927 roku kiniarze zamknęli kina. Opinia była jednoznaczna, że strajk ten "przyjmuje charakter przewlekły i białostoczanie prawdopodobniej na dłuższy czas będą pozbawieni widowisk kinowych". W pierwszych dniach marca w wojnie magistracko-kinowej użyto tajnej broni, a mianowicie kozy! Chcąc ośmieszyć przeciwnika, a jednocześnie myśląc, że konflikt w sprawie podatków nabierze szerokiego rozgłosu, właściciele kin wynajęli pewnego dżentelmena, który za niewygórowaną opłatą zgodził się przez kilka dni z rzędu jeździć oklep na kozie przed samym wejściem do magistratu.

  Wszystkie agencje prasowe podchwyciły ten niezwykły news. Pisano jak to "generalny kino sztab białostocki postanowił objechać swego przeciwnika z frontu i z tyłu na kozie". Uważano, że "jest to sprytny manewr i bardzo dowcipna akcja".

  Opinia publiczna była raczej po stronie właścicieli kin. Ten kozi manewr, "trik białostockich kino-dyrekcji, rozweselił nie tylko Białystok lecz całą Polskę". Przez następne tygodnie obie strony wydawały sążniste, zawiłe komunikaty, aż w kwietniu osiągnięto kompromis. Kina zostały otwarte. Kinobywalcy, jak wówczas nazywano kinomanów, ruszyli tłumnie do Apollo czy Modernu. Zawdzięczali to poczciwej, bezimiennej, traktowanej często z głupia frant kozie. Miało też to sympatyczne zwierzą swój udział w historii białostockiej ortografii. 

  W pierwszych dniach czerwca 1925 roku zrobiło się nadzwyczaj ciepło. Białostoczanie gremialnie wybrali się nad Supraśl, do Jurowiec. Jakież było ich zdziwienie, któremu towarzyszyły gromkie śmiechy, gdy na łączce, na której poprzednimi laty beztrosko wylegiwali się. zastali tablicę z takim oto napisem: "Surowo wzbroniono Spacery gry u piłke nożne tłuczenie zboża a także pasenie Kuz i Kruw i Kumpiele. Winni będą Karani Sądem".  Żartownisie powiadali, że pisała to jakaś koza z Wasilkowa, mrucząc pod nosem: a raz kozie śmierć.


Andrzej Lechowski 

Wielkanoc. Jajka w dużej dostawie, drogi chleb i tani cukier z Warszawy

 

   Przed świętami białostoczanie najbardziej czekali na dostawy żywności. Wielką radość wzbudził więc lakoniczny komunikat oznajmiający, że będą większe dostawy jaj. Z niepokojem jednak przyjęto wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła z kolei informacja o dużym transporcie taniego cukru z Warszawy.

W przedwojennym Białymstoku Wielkanoc była prawdziwie międzykulturowa. Świętowali katolicy, protestanci, zaraz po nich prawosławni, a w międzyczasie Żydzi. 

  W kwietniu 1922 roku tuż przed świętem Pesach zarząd białostockiej gminy żydowskiej zwrócił się do magistratu z prośbą o "wydanie 2000 kartek na bezpłatne kąpiele dla ludności żydowskiej przed świętami". Jak widać nasze żarciki o obowiązkowej kąpieli przed Wielkanocą to talmudyczne przykazanie.

  Na wysokości zadania stawały też władze wojskowe, które w tym wieloreligijnym tygielku pamiętały, że w wojsku służą i starozakonni. Ci więc na swoje uroczystości otrzymywali zwolnienie od służby. Gmina żydowska chcąc zapewnić wojskowym stosowne, zgodne z tradycją spędzenie świąt, w których głównym momentem była uczta sederowa, w 1922 roku zorganizowała bezpłatną kuchnię dla żołnierzy. Dokładnie obliczono, że wydanych zostanie 125 posiłków. Obecnie święta w Białymstoku pozbawione są już tych żydowskich klimatów.

  Tak jak dziś, tak i przed laty, pierwszym zwiastunem Wielkanocy była reklama handlowa. Jeszcze lud boży tkwił w mrokach Wielkiego Postu, a tu wokół niego marketing szalał. Ale właśnie w 1922 roku miał on swoje uzasadnienie. Białostocki handel ledwo podźwigał się z wojennej zapaści. Prasa zamieszczała więc specjalne zachęty informując, że ogłoszenia świąteczne białostockich firm będą premiowane 20-procentowym rabatem.

  Pierwszy na tę promocję zareagował miejscowy przedstawiciel renomowanego grodzieńskiego browaru Margolisa, polecający "na święta Białe Piwo Leżak".

Spróbował, skutecznie, na te wielkanocne procenty załapać się białostocki potentat tytoniowo-papierosowy Fajwel Janowski. Jego fabryka, założona w 1889 roku, po odzyskaniu niepodległości musiała walczyć z krajową konkurencją. Za cara miała tylko za przeciwnika Grodno. Musiał więc Janowski łapać każdą okazję. Podawał, że "produkuje wyroby z najlepszych tureckich, zagranicznych i rosyjskich tytoniów". Ale papierosy produkowane w fabryce przy Warszawskiej 39 w rzeczy samej czy były tureckie czy inne, różniły się głównie nazwami. 

  Były więc Nr 30, Dukat, Boy czy Salut. I właśnie tymi dwoma ostatnimi markami postanowił Janowski zdobyć wielkanocny rynek w 1922 roku. Przygotował prasową kampanię reklamową twierdząc, że "specjalnie na święta ukazała się w sprzedaży nowa partia papierosów wysokiego gatunku Boy i Salut". Jakże zdziwieni byli palacze, którzy poza reklamowym sloganem nie dostrzegli żadnej różnicy ze starszą partią Boyów i Salutów. No cóż, wiadomo, reklama dźwignią handlu.

  Świąteczną karierę tegoż roku miały zrobić papierowe ubranka dla dzieci. Reklamowano je jako niezwykle praktyczny produkt. Usiądzie bowiem taki bachor do świątecznego śniadania i już wytytła się ćwikłą, albo tłustymi paluchami się wysmaruje. Tymczasem papierowe ubranko to i łatwiej wyczyścić albo i nowe nałożyć. Mimo bezapelacyjnych korzyści ten amerykański wynalazek nie zyskał jednak uznania wśród białostoczan.

  Swoistym chwytem reklamowym było też poinformowanie klientów o zaprzestaniu działalności. Tak koniunkturalnie postąpili właściciele białostockich kin, którymi byli wyłącznie Żydzi. To, że chrześcijanie w wielkim tygodniu nie będą przesiadywać w kinie łatwo można było przewidzieć. Ale prawdziwego marketingowca można poznać po tym , że poinformuje o tym swoich klientów. Tak też i postąpili kiniarze ogłaszając, że w tych szczególnych dniach kina będą zamknięte.

  Białostoczanie oczekiwali jednak całkiem innych wiadomości. Co tam kina i papierosy. Naprawdę to czekano na świąteczne dostawy żywności. Wielką radość wzbudził wśród mieszkańców lakoniczny komunikat oznajmiający, że "do naszego miasta zwiększył się dowóz jaj". Z niepokojem przyjęto jednak wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła informacja, że kooperatywa Zjednoczenie zamówiła w Warszawie duży transport taniego cukru, który miał "nadejść w krótkim czasie".

  Nie lada kłopotów nastręczał też świąteczny ubiór. Każdy chciał wyglądać elegancko, a tu tymczasem białostoccy krawcy "przeciążeni zamówieniami" podyktowali zaporowe ceny. Za uszycie garnituru śpiewali 18 tysięcy marek. W Warszawie za takie samo ubranie brano zaledwie 12 tysięcy.

  Nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata. Święta kosztowały i kosztują. Jedni oszczędzali, a ci bogaci nie. Bardziej przezorni kupowali czekoladę "Drastin - Lubelski". Była w specjalnej świątecznej ofercie białostockiej apteki Nachuma Zelkina. Nie była to bynajmniej czekolada deserowa tylko "idealny środek przeczyszczający dla dorosłych i dzieci". Niejednemu przydała się w poświąteczny wtorek.


Andrzej Lechowski

Przemyt spirytusu, eteru, materiałów i pieprzu

 

   Białystok i przedwojenne województwo białostockie także miały swoją przemytniczą historię. Już onegdaj pisałem o przemycie sacharyny w naszych stronach. Teraz będzie o innych towarach, które omijały wszelkie podatki, opłaty celne czy akcyzy. Ich sprawdzaniem i dystrybucją trudnili się zarówno rekiny miejscowego, czarnego rynku, jak też mało przemytnicze płotki.

  Sąsiadem naszego regionu były w okresie międzywojennym Litwa i Prusy Wschodnie. Właśnie stamtąd szła do Białegostoku i całego województwa moc zakazanych prawem produktów. Bogacili się na tym przemytnicy z Augustowa, Grajewa, Suwałk czy Szczuczyna. Ot choćby taki S. Hepner, grajewianin, którzy jeszcze przed I wojną światową pomagał ojcu w skupowaniu po wsiach warzyw, zaś od roku 1919 rozpoczął, dzięki zaangażowaniu się w przemytnicze machinacje, żywot zamożnego przedsiębiorcy. Finansował szajki kontrabandzistów i zarabiał na tym setki tysięcy złotych.

  Ze względu na różnicę w cenach warto było szmuglować z Prus materiały tekstylne, np. jedwabie czy koronki, nową odzież, a zwłaszcza futra. Przez miejscowości Raczki czy Wiżajny przechodziły, zakazane transporty. Niektóre z nich według śledztwa prowadzonego w 1930 roku warte były nawet 25 tysięcy dolarów.

  Przemycane z Prus towary były w Białymstoku rozdzielane na potrzeby miejscowych odbiorców, jak też opychano dalej. Chłonna była zwłaszcza Warszawa, której żydowscy kupcy przyjmowali każdą ilość nawet najbardziej trefnych materiałów czy osobistej garderoby.

   Przez granicę z Prusami Wschodnimi przewożone po kryjomu w różnych schowkach takie towary objęte granicznym embargiem, jak tytoń, gotowe papierosy, kamienie do zapalniczek, mydło, a nawet narkotyki. Te ostatnie w latach 30. ubiegłego wieku poszukiwane nie tylko w sferach artystycznych czy urzędniczych Warszawy lub Krakowa. Również w samym Białymstoku znajdowali się spragnieni kokainy nabywcy. Oczywiście rozprowadzanie narkotyków było ryzykowne, w razie wpadki można było zainkasować nawet pięcioletni wyrok.

  Przemytnicy, którzy operowali na granicy z Litwą, swoje majątki zawdzięczali przede wszystkim przepędowi do Polski stad bydła. Proceder ten rozpoczął się już w 1919 roku. Ówczesna niestabilna sytuacja, jeszcze prawie wojenna, pozwalała sprytnym oszustem udawać dostawców wojskowych mających pliki papierów poświadczających ich rzekomo legalną działalność. Tą drogą, oprócz bydła, szły w nasze strony także całe tabuny koni. Potrzebowała ich mocno zdewastowana wieś, a i Białystok też miał z tego korzyść, zwłaszcza miejscowi transportowcy i dorożkarzy.

  Zawodowi przemytnicy nie ograniczali się oczywiście tylko do sprowadzonych towarów. Szukali braków na rynku i natychmiast na nie reagowali. Było to widać zwłaszcza w kryzysowych w latach 30. W 1932 roku lotna brygada kontroli przy Izbie Skarbowej w Białymstoku rozpracowała szajkę sprowadzającą z Niemiec duże ilości spirytusu i eteru. W latach następnych wpadali w Białymstoku cwaniacy z tonami przemycanych z Gdańska szprotek, wielkiego transportu igieł z Prus czy masy pieprzu z Litwy. Tą ostatnią kontrabandą kierował fryzjer Lejb Miller.

   Jeśli istniał tak szeroko rozwinięty przemyt, trzeba było jakoś jemu przeciwdziałać. W pierwszych latach niepodległości brak było wyspecjalizowanych do tego celu służb policyjnych i granicznych. Udawało się jednak od czasu do czasu unieszkodliwić grubszego aferzystę. We wrześniu 1919 roku w pociągu z Białegostoku do Brześcia, dzięki spostrzegawczości konduktora, wpadli dwaj osobnicy ze 125 kg tytoniu.

  Oczywiście tam, gdzie sprawa dotyczyła nielegalnych interesów, nie mogło obyć się bez korumpowania policjantów i urzędników odpowiadających za przestrzeganie obowiązującego prawa. Łapówki były czymś nagminnym. Jedynie żołnierze z Korpusu Ochrony Pogranicza okazywali się niepodatni na pokusę złożoną z grubego pliku banknotów, często zielonych.


Włodzimierz Jarmolik

Chanajki - bandycka dzielnica Białegostoku

  Mnie nazywają Złoty Kaziuk, mam talent pewny, po fachu Złotej Rączki wnuk, po szansach dalszy krewny. Tak śpiewał niegdyś o środowisku warszawskich doliniarzy piosenkarz Jarema Stępowski. Białystok miał także swoją Złotą Rączkę.

Miano wszechstronnego kieszonkowca w międzywojennym Białymstoku zyskał niejaki Szmul Zawiński, mieszkaniec Chanajek. Zawiński rozpoczął złodziejską karierę jeszcze przed I wojną światową, jako 16-letni chłopak. 

  W czasie wojny stracił w niewyjaśnionych okolicznościach lewą rękę. Pozostała mu prawa, ale za to jakże sprawna. Miał swoją wspomagającą ekipę i kradł z powodzeniem przez cały okres międzywojenny. Od czasu do czasu szedł za kratki, jednak to jeszcze bardziej gruntowało jego autorytet wśród chanajkowskiej ferajny.

  Byli też i inni wyróżniający się specjaliści od cudzych kieszeni, ot choćby Abram Duczyński, niezrównany w robotach autobusowych. Wspomagała go w tym żona Rachela. Był elegancki przybysz z Petersburga, Szmul Chajtowicz, którego interesowali zwłaszcza klienci poczt i banków. No i jeszcze warto wymienić Mońka Złoto, pochodzącego z Białegostoku absolwenta paryskiej szkoły doliniarzy, który działał zwłaszcza w Warszawie i był sprawcą dziesiątek, jeśli nie setek kradzieży portfeli, zegarków czy papierośnic z kieszeni gości wszystkich, luksusowych hoteli stołecznych. To arystokracja fachu doliniarskiego.

  Jednak jeśli przyjrzeć się bardzo licznym wzmiankom zamieszczonym w kronikach kryminalnych białostockich gazet między rokiem 1919 a 1939, okazuje się, że większość doliniarskich występów była po stronie najczęściej bezimiennego, złodziejskiego proletariatu. Ta wielka grupa osobników z lepkimi palcami działała niemal wszędzie. Pracowali w pojedynkę i w zespołach. W mieście i na prowincji. Wobec pojedynczej ofiary, jak i w tłoku. Oczywiście nie były to banki, hotele czy eleganckie restauracje. Na ich obecność tam zwrócono by zaraz uwagę. No, ale były też inne, interesujące miejsca, gdzie czuli się jak w domu.

  Głównym miejscem urzędowania tych złodziejaszków były głównie ul. Lipowa, Rynek Kościuszki i Kilińskiego. Tutaj potrafili dokonywać bardzo sprytnych kradzieży, snuli się w pobliżu sklepów, pod oknami, obok ratusza i obserwowali. Ich ofiarami padali najczęściej gapowaci przyjezdni z prowincji, rozkojarzeni atrakcjami dużego miasta.

  Oto kilka przykładów kieszonkowych historii w powyższym stylu. W lutym 1922 roku pewna wieśniaczka spod Białegostoku z ogromnym zaciekawieniem oglądała fotosy pod kinem Modern, w kieszeni palta miała w chusteczce kilkaset marek, została popchnięta przez jakiegoś młodzieniaszka i pieniądze zniknęły.

  Z kolei włościanin Górasinowicz z okolic Zabłudowa stracił w 1923 roku na Rynku Kościuszki portfel z 15 mln marek. Nie zapiął kurtki i to wystarczyło dla sprytnego doliniarza.

  W maju 1925 roku tuż po południu, również Rynkiem Kościuszki promenował Józef Jędrych przybyły z majątku Garbowo. Nie upilnował kieszeni marynarki, stracił więc portfel z dokumentami i 43 zł gotówki.

  W 1931 roku Konstanty Perkowski, gość z Gdańska, postanowił zrelaksować się na wieczornym seansie w kinie "Apollo". Przed wejściem do przybytku X muzy, w sztucznym tłoku, postradał portmonetkę z blisko 40 złotymi. Najlepszym pomocnikiem kieszonkowców był tłum i ścisk ludzi. Wtedy działali niemal na pewniaka. Podczas pogrzebów na białostockich cmentarzach, na meczach piłkarskich klubów Jagiellonii czy Makabi, w tłumie ludzi na jarmarku św. Jana kieszonkowcy operowali bardzo gorliwie i plon był zawsze obfity.   Potrafili wykorzystać np. tłumy zgromadzone w sierpniu 1921 roku witające w Białymstoku marszałka Józefa Piłsudskiego, defiladę odbywającą się rok rocznie dla uczczenia święta 3 Maja, czy nawet, jak to było w 1928 roku, nabożeństwo w synagodze przy ul. Szkolnej z udziałem słynnego kantora Nowego Jorku Rozenblatta. W tym ostatnim tłumie swój portfel utracił bezpowrotnie Abram Bereziński z ul. Rabińskiej. Było w nim 8 dolarów i 120 złotych.


Włodzimierz Jarmolik

Prostytucja w mieście. Brutalni sutenerzy wykorzystywali młode dziewczyny

   W chanajkowskich spelunkach i na ulicach w śródmieściu Białegostoku błąkały się panienki, o których mówiono, że są lekkich obyczajów. Jednak życie ich wcale nie było lekkie. Wisiały nad nimi łapy brutalnych sutenerów. I rodzina.

  Wiosną 1939 roku do władz prokuratorskich Białegostoku zgłosiła się 22-letnia Sara Robotnik, młoda mężatka z ul. Brukowej. Prowadziła ona tam skromny lokalik herbaciany. Ale tak, jak wszędzie wokół można było w nim zaopatrzyć się w mocniejsze trunki wraz z przyzwoitą zakąską. W razie potrzeby pojawiały się też panienki ochocze do beztroskiej zabawy.

  Interesem w zasadzie kierowała teściowa Ruchla Robotnik wraz z synem Berem. Sara była nie tylko od podawania napitków i sprzątania. Gdy pewnego razu podpity kolejarz po wypłacie zażyczył sobie sam na sam z miłą kelnerką, teściowa zażądała od synowej, aby ta umiliła czas hojnemu gościowi. Poparł ją w tym pięścią wredny mężulek. Sara odmówiła. Została za to jeszcze bardziej pobita. Uciekła do rodziców i za ich radą udała się do prokuratora ze skargą swoich prześladowców - rajfurów.

  O terrorze sutenerów wobec podporządkowanych im prostytutek pisałem już onegdaj. Młode dziewczyny, najczęściej z prowincji, przybyła do Białegostoku z nadzieją na poprawienie swojego mizernego bytu, wpadały niemal natychmiast w miejska pułapkę. Ogarniała je chanajkowska pajęczyna bezlitosnych alfonsów. 

  Jejne Winograd, Szmul Trebel, Hersz Juchnicki to tylko niektórzy z tych, którzy w latach 30. minionego wieku siłą i gwałtem zmuszali kobiety do nierządu. Jedno im jednak trzeba chyba oddać - zarobek uzyskany przez lekką panienkę dzielili po połowie. Owa połówka była niekiedy całkiem spora, częściej jednak nie wystarczała nawet na podstawowe potrzeby.

  Tej połówkowej zasady nie przestrzegała wcale para sutenerów z ul. Brukowej - Fajga i Mendel Garberowie. W latach 30. trzymali oni na rogu ul. Brukowej i Krakowskiej kiosk z wodą sodową. Po kryjomu oczywiście handlowali wódką i kradzionymi papierosami.

Panienki przez nich przygarniane, niby z dobrego serca, nie tylko miały oddawać połowę swoich, zarobionych z trudem pieniędzy, ale też osobno płacić komorne w lichym drewniaku, a także dawać na koszmarne jedzenie przygotowywane przez panią domu.

W końcu dziewczęta zbuntowały się. Zofia Chudzińska i Franciszka Getlibówna poszły na IV komisariat. Opowiedziały o swojej gehennie do policyjnego protokoła. Choć zastraszone przez Mendla Garbera nie wyparły się swoich słów w obliczu sędziów. Sąd Okręgowy skazał parę rajfurów z ul. Brukowej na dwa lata więzienia.

  Panienki lekkich obyczajów miały w dawnym Białymstoku swoją jakby nie mówić, bezpieczniejszą przystań. Była to Komisja sanitarno-obyczajowa, mieszcząca się przy ul. św. Rocha. Obok znajdował się szpitalik chorób wenerycznych. Trafiały tutaj dobrowolnie albo przymusowo dziewczyny doświadczone przez brudną ulicę. Czy to pomogło? Raczej rzadko!

  Dramaty, wynikające z bezwzględnego traktowania przez wymuszonych opiekunów, pretensje rodzinki do ulicznych zarobków, wreszcie beznadzieja codziennej egzystencji, to wszystko razem popychało nawet do rozpaczliwego kroku - samobójstwa.

   Zdesperowane gejsze, jak lubiła nazywać prostytutki prasa białostocka, sięgały zwykle po jakikolwiek preparat o trującym działaniu. W 1933 roku 20-letnia Helena Szadurska z ul. Wąskiej, notowana w rejestrze urzędu sanitarno-obyczajowego, podjęła próbę samobójczą w swoim mieszkaniu, łykając większą ilość tabletek nasennych. Znalazła ją koleżanka po fachu. Przybyło zaraz pogotowie "Linnas Hacedek" i ofiara trafiła do szpitala żydowskiego.

  Tam również w 1935 roku przewieziono Marię Sienkiewiczównę, bez stałego miejsca zamieszkania, która próbowała struć się jodyną w herbaciarni Dwojry Rozenberg przy ul. Sosnowej 3. Po płukaniu żołądka jej życiu przestało zagrażać niebezpieczeństwo. Z kolei, kiedy w 1936 roku do tegoż szpitala żydowskiego trafiła Czesława Masalska z ul. Marmurowej, nic lekarze nie mogli już pomóc. Kobieta wypiła większą ilość esencji octowej. Zmarła nie odzyskawszy przytomności. Miała 23 lata.


Włodzimierz Jarmolik

Szajka włamywaczy sklepowych na łowach

 

  W połowie lat dwudziestych ubiegłego wieku zawiązała się w Białymstoku szajka włamywaczy sklepowych. Jej organizatorem i mózgiem był Antoni Ejsmont, doświadczony złodziej jeszcze z carskim stażem. Ejsmont łatwo znalazł chętnych do przestępczego działania. Tego materiału w zaułkach Chanajek, Piasków czy Wygody było pod dostatkiem. Banda wprost szalała po mieście. Nie było na nią siły.

  Szczególnie upodobali złodzieje sklepy kolonialne z luksusowymi towarami galanteryjnymi i wyborową żywnością. Takie towary pojawiały się zazwyczaj przed świętami.

  Antoni Ejsmont zorganizował też skuteczną sieć dystrybucyjną zdobywanego łupu. Na jej czele stały dwie siostry Antoniego - Aniela i Stefania. Skradzione przez brata i jego ferajnę przedmioty umiejętnie rozprowadzały wśród znajomych lub dyskretnie sprzedawały chłopom przybyłym na Sienny Rynek z płodami rolnymi i hodowlaną zwierzyną.

  Choć szajka Ejsmonta miała sporego farta, jednak doszło do kilku wpadek. Osobą głównego złodzieja zainteresowała się Ekspozytura Urzędu Śledczego. Ten nie czekał rzecz jasna na aresztowanie.

  Zwyczajem rasowych włamywaczy udał się na gościnne występy po Podlasiu. Gdzie tylko nie był. W Knyszynie okradł sklep Kooperatywy Rolnej, z kolei w Bielsku Podlaskim opróżnił sklep Enocha Częstochowskiego z co cenniejszych artykułów, takich jak czekolada czy herbata. Z łupem zawsze wracał po kryjomu do Białegostoku, gdzie miał swoje rodzinne paserki.

Na początku 1928 roku Antoni Ejsmont, wprawny specjalista od sklepów i magazynów uległ namowom swoich kompanów i przerzucił się na rabowanie mieszkań. Ale już pierwszy skok na lokum doktora Mieczysława Gruszkiewicza przy ul. Warszawskiej okazał się fatalny. Spłoszeni złodzieje nie tylko musieli pozostawić skradzione klamoty, ale jeden z nich, znany włamywacz białostocki - Piotr Łobaczew trafił w ręce władz policyjnych. Trzymał się jednak dzielnie i nie wydał żadnego ze wspólników. Tylko dlatego Antoni Ejsmont wywinął się od kary.

  Do połowy lat trzydziestych szczęście dopisywało złodziejaszkowi. Policja w żaden sposób nie mogła go schwytać na gorącym uczynku. Wpadł dopiero w 1934 roku.

  Tropiący go wywiadowca z Wydziału Śledczego przeprowadził u niego znienacka rewizję osobistą. Trafił bardzo dobrze. W kieszeni znalazł kilka sztuk biżuterii należących jeszcze niedawno do pewnej obywatelki z ul. Alta.

  Ejsmont został aresztowany i stanął przed Sądem Grodzkim. Tłumaczył się, że zarekwirowane pierścionki i obrączki wygrał w karty od nieznajomego osobnika. Został uniewiniony.

  Ale apelacja prokuratorska do Sądu Okręgowego okazała się skuteczna. Wlepił on Ejsmontowi dwa lata więzienia. Skazanego trzeba było jednak dopiero odszukać, ponieważ spodziewając się sporego wyroku po prostu nie zgłosił się na rozprawę.

  Trzy lata policja uganiała się za sprytnym włamywaczem. A ten wcale nie zamierzał zakończyć swego procederu. Dalej okradał sklepy i mieszkania, a jego rodzinka - siostry, szwagier, a nawet młodziutka siostrzenica, pozbywała się po cichu trefnego towaru.

  Żeby zmniejszyć ryzyko wpadki Ejsmont zmienił swój wygląd i zdobył fałszywe dokumenty. Jednak jego czas dobiegał końca.W listopadzie 1937 roku, po serii włamań mieszkaniowych w całym Białymstoku, policja nie odpuściła. Przeprowadziła gruntowną obławę we wszystkich zakamarkach Chanajek. W melinie ul. Brukowej zatrzymała ona jegomościa odzianego z chłopska. Okazał się nim Antoni Ejsmont.

Sędzia prowadzący śledztwo dowiódł mu udział w ostatnich kradzieżach w mieście. Przyparty do muru złodziejaszek zaczął w końcu mówić. Przyznał się do winy, wskazał schowki z kradzionymi fantami w domach swojej rodziny.

  Ostatecznie wszechstronna i owocna działalność Antoniego Ejsmonta doczekała się właściwego uznania. Został skazany na trzy lata pobytu za kratkami i miał pokryć znaczne opłaty sądowe. Jego pomagierzy też nie pozostali bez kary, były to kilkumiesięczne wyroki i spore grzywny.


Włodzimierz Jarmolik

Kościół św. Rocha. Złodzieje okradali wiernych

   To była bardzo dobrana parka. Siostra i brat, Mina i Milek Wintermanowie. W 1936 roku ona miała lat szesnaście, a on tylko dwanaście. Wychowała ich ulica Piesza na Chanajkach. Kradli przeważnie w kościele św. Rocha, z kieszeni wiernych.

  Kościół parafialny pod wezwaniem św. Rocha bardzo chętnie odwiedzali międzywojenni złodzieje. Zarówno miejscowi, jak i przyjezdni. Pod koniec września 1922 roku weszła do niego młoda kobieta i zatrzymała się przed ołtarzem Matki Boskiej Częstochowskiej. Wokół nie było nikogo. Wzięła więc pręt przeznaczony do gaszenia świec i zaczęła nim zdejmować wota wiszące koło ołtarza. Zobaczył to jednak szklarz, który wymieniał właśnie szybę w jednej z bocznych naw. Zszedł z drabiny i zatrzymał złodziejkę. Na komisariacie okazało się, że nosi ona nazwisko Nowak i przyjechała na gościnne występy aż z Sosnowca.

  Było wielu złodziei, którzy tak samo jak i dzisiaj nie obawiali się zbytnio gniewu Bożego i często szukali łupu w religijnych przybytkach. Byli tacy, co wręcz specjalizowali się w obrabianiu kościołów, cerkwi czy synagog.

  Na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku należał do nich poznaniak Józef Dakowski. Jego występy kościelne znała cała Polska. Na początku 1923 roku zawitał on również do Białegostoku. Oto relacja z tego pobytu zamieszczona w lokalnej prasie: "W nocy z 25 na 26 stycznia dokonano w kościele parafialnym kradzieży za pomocą podrobionego klucza do drzwi zakrystii. Niewiadomy świętokradca wtargnął do świątyni i zabrał z cyberium szczerozłoty kielich (z którego wysypał komunikanty) oraz parę innych cennych przedmiotów, łącznej wartości 2 miliony marek".

  Ekspozytura Urzędu Śledczego szybko schwytała bezczelnego złodziejaszka. Okazał się nim oczywiście Dakowski. Być może policji pomogły informacje z miejscowego światka przestępczego, który nie pragnął mieć na swoim terenie obcych rzezimieszków.

  Jesienią 1926 roku kościół św. Rocha znowu odwiedził bezbożny złodziejaszek. Tym razem nie był to jednak doświadczony klawisznik, ale zwykły włamywacz, któremu wystarczył łom, żeby wyrwać z zawiasów drzwi do zakrystii. Łupem złodzieja padły liczne wota z bocznych ołtarzy. Były to m. in. złote obrączki i, kolczyki, sznury korali czy złoty zegarek.

  Policja znowu miała robotę. Poszukiwania przestępcy trwały raptem dziesięć dni. Okazał się nim młodzieniec o nazwisku Władysław Prago, pochodzący z pobliskiego Grodna, który zapragnął odwiedzić, niebezinteresownie, stolicę województwa. Wkrótce za swój występek skazany został przez białostocki sąd pokoju na pół roku więzienia.

  Zbyt łagodny wyrok wydany na Prago nie usatysfakcjonował prokuratora. Wniósł natychmiast apelację do Sądu Okręgowego. Dowodził, że winowajca już trzy razy wcześniej popełnił podobne przestępstwo. Poza tym nie jest to jakiś zwykły, biedny wieśniak, kradnący dla przeżycia, ale całkiem dobrze wykształcony synalek z mieszczańskiej rodziny. Wiosną 1927 roku Sąd Okręgowy uznał racje prokuratora i podwyższył wyrok do dwóch lat.

  Ktoś może odnieść wrażenie, że białostocki kościół parafialny odwiedzali tylko złodzieje zamiejscowi. Rzeczywiście tak były częste. Podobnie jak specjaliści od dewocjonaliów wyprawiali się do Brześcia, Grodna czy Łomży. Ci ostatni potrafili jednak też popracować u siebie. Lepiej przygotowywali robotę, stąd też rzadziej wpadali.

  Oto jeden z przykładów na działalność miejscowych świętokradców. W roku 1928 z kościoła św. Rocha zginęła skarbonka z zawartością około 300 zł. Wywiad w miejscowym światku przestępczym nic nie dał. Nawet najbardziej pracowici donosiciele nie puszczali pary z gęby. Bardziej bali się swoich kolesiów niż policyjnej niełaski. I tak autor skoku na zasobną skarbonkę nie został odkryty.

Jeszcze częściej niż kościół św. Rocha okradane były białostockie synagogi. Tutaj też działali specjaliści spoza miasta.


Włodzimierz Jarmolik

Rynek Sienny w czasie okupacji nazywał się Neue Markt

 

   Eugeniusz Cudowski wychował się przy Siennym Rynku. Pamięta dobrze wartkie życie w rejonie ulic Suchej, Pięknej, Młyńskiej, Śledziowej, Sportowej (dawna Malinowskiego), Targowej (Rabinackiej), Mińskiej i oczywiście arterii Mazowieckiej. Zachował się także prawdziwy skarb - zdjęcia Siennego Rynku z czasów okupacji.

  Senior rodu Bronisław Jachimowicz (dziadek pana Eugeniusza) miał pod swoją pieczą piętro i częściowo parter w rogowej kamienicy Zaleskiego, z adresem Sienny Rynek 7, ale z wyjściem i na ul. Malinowskiego. Mówiło się, że to kamienica rogowa, z poddaszem, zabudowanym podwórzem, dobrze utrzymana. Bronisław był znanym białostockim szewcem, zatrudniał kilku pomocników, w czasie obu okupacji również z grona osób "spalonych", maskujących swą prawdziwą tożsamość.

  Było wśród nich nawet dwóch Żydów. Ignacy Kotłowski po wojnie profesorował na jednej z uczelni warszawskich i w 1968 roku został zmuszony do opuszczenia Polski, osiadł wraz z rodziną w USA. Raz pojawił się w wolnym już Białymstoku, zachował wdzięczność dla wybawcy.

  W opisywanej kamienicy mieszkali: dziadek Jachimowicz z żoną (i jej mamą), dwie córki (Janina wyszła za Cudowskiego, a jej siostra za Maszewskiego) oraz syn. Rodzina się powiększyła wraz z narodzinami wnucząt do 13 osób. Ponadto z gościnności Jachimowiczów korzystali przybywający na jarmarki, przed św. Jana spali pokotem w salonie.

   Za "pierwszego Sowieta" wprowadzili się oficerowie, tu jedli i pili samogon. Pan Bronisław wyposażył ich w buty, czym zaskarbił sobie wdzięczność komandirów i zyskał ochronę.

  Pewnego dnia do zakładu wtargnęli prości sołdaci, jeden z nich przymierzył buty z cholewami i uciekł zadowolony z nabytku. Dziadek ruszył w pogoń, krzyki usłyszał jeden z oficerów, ten po schwytaniu złodzieja tak energicznie zaczął wymierzać mu wyciorem sprawiedliwość, że dziadek Jachimowicz ledwie uratował złodzieja od niechybnej śmierci. Za Niemca przy Neue Markt 7 zamieszkało też dwóch oficerów. I ci zagustowali w samogonie. Mieli radio, więc gospodarze słuchali (z głową pod kocem) wiadomości z Londynu. Niemcy wyjechali, radio zostało, co umożliwiało i po wojnie łapanie zakazanych fal.

  Bronisław Jachimowicz chyba opacznie zrozumiał założenia nowego ustroju. Zaczął z nową energią rozwijać po wyzwoleniu prywatną inicjatywę, otworzył nawet sklep ze sprzętem techniczno-radiowym, zamieniony w pierwszy w Białymstoku komis. A w zakładzie szewskim zatrudnił aż dziesięciu robotników.

  Takich burżuazyjnych zwyczajów władza, nazywająca się ludową, nie zamierza tolerować i doprowadziła do powołania przy Siennym Rynku 7 Spółdzielni "Współpraca", przeniesionej następnie na Antoniuk. Urzędnicy dobili i mniejsze zakłady Bronisława Jachimowicza przy ul. Suchej (potem Warszawskiej) oraz Żelaznej. Ich właściciel przeżył rewizję funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, kilka tygodni śledztwa na powiatówce przy ul. Wołodyjowskiego i trzy miesiące w więzieniu przy ul. Kopernika. Do spółdzielni nie wrócił, zmarł w 1956 roku nie doczekawszy się pomyślniejszych wiatrów historii.

  Młody Eugeniusz chodził do przedszkola przy ul. Grottgera (po drodze można było wygrzebać z ziemi granat) i Szkoły Podstawowej nr 9 przy ul. Kijowskiej. Teorii uczył się z książek, życia na Siennym Rynku. To były właściwie trzy rynki: główny przy ul. Suchej (tu stały furmanki z galanterią gospodarczą i produktami żywnościowymi, a o postępie cywilizacyjnym zaświadczała duża ubikacja zwana po swojemu sraczem), poboczny przy ul. Młynowej (konie, bydło) i bardziej ekskluzywny przy ul. Pięknej (królowały ciuchy).  

   Z czasem zwierzęta wyprowadzono na Wygodę (za cmentarz prawosławny), a w rejonie Siennego Rynku przybyło sklepików i kramów, pojawiła się mała gastronomia. Rynki stanowiły wygodę dla białostoczan po przystępnej cenie i raj dla żulików, wydrwigroszów, meneli, marzących o sielankowym życiu na kredyt, z pomocą frajerów.

   Przy ul. Młyńskiej władze miejskie zamierzały postawić coś większego, ale podczas wykopów natrafiono na trumny. Mój rozmówca zapamiętał otwartą trumnę ze zwłokami dziewczynki ubranej w białą sukienkę.

  Pamięta i galerię typków z Siennego Rynku. Chyba najbardziej charakterystyczny był sprzedawca terpentyny, oliwy, smarów i gwoździ, regularnie szlifujący bruki. Od tego biznesu podupadł na psychice, szewcy dla zgrywu ubierali go od czasu do czasu w dziwne czapki z piórami.

  Z kolei Wacuś grał namiętnie na mandolinie, a że nie szkodził nikomu, to karmiono go, podtrzymywano przy życiu. Pewnego razu wybuchła wielka afera. Przy ul. Targowej stał murowany kiosk ze smarami i olejami, taka namiastka CPN-u. Ktoś zapowiedział na ścianie wielkimi literami z użyciem czarnej farby: Stalinowi oberwiemy wąsy i utniemy uszy (proszę o potwierdzenie lub zweryfikowanie napisu!).

  Ale się zakotłowało, rynek wypełnili ubecy i milicjanci. Sprawca chyba nie został schwytany, zbrodniczy wódz ocalił wąsy i uszy, ale wkrótce uwolnił świat od swej podłej osoby.

  I ostatnie na dziś wspomnienie pana Eugeniusza. O psie Szariku. Nie z czołgu 102, ale zostawionego przez "wyzwolicieli" latem 1944 roku. Zasłużył się dla Armii Czerwonej, wyciągając z pola walk rannych żołnierzy. Duży, silny, a spokojnej natury. Kiedy berbeć Genio wypełzł na czworakach z pokoju na betonową klatkę schodową i zmierzał do samozagłady (strach pomyśleć, co by się stało, gdyby pokoziołkował w dół), to Szarik położył się na drodze i zablokował dalszy marsz. Tak do poprzednich wyczynów dodał i uratowanie mego rozmówcy.


Adam Czesław Dobroński 

W Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej uczyli się najlepsi

   Była to swoista selekcja. Wybrano najlepszych uczniów oraz aktywistów ZMP. Pozostali zamiast iść na studia mieli się uczyć zawodu. I to z góry określonych przez władze. Tak trafiłem do Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. Chociaż była to szkoła z przymusu, to bardzo miło ją wspominam. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli - opowiada Zdzisław Jachimowicz.

  Byliśmy w XI klasie w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 przy ul. Kościelnej. Po maturze większość wybierała się na studia. I raptem dowiadujemy się, że nie skończymy tu nauki. Był to rok 1950. Przeprowadzona wówczas reforma oświaty miała na celu redukcję klas XI. I tak w moim dawnym ogólniaku przy Kościelnej pozostawiono wtedy tylko jedną klasę - wspomina pan Zdzisław. - Była to swoista selekcja. Zostali jedynie najlepsi uczniowie oraz aktywiści ZMP, a reszta miała iść do liceów zawodowych na terenie województwa i kraju.

  Dla wielu to był szok. Ja na przykład z kilkoma kolegami otrzymałem przydział do Liceum Budowy Maszyn Włókienniczych w Pabianicach. W tym czasie rozpoczęto budowę kombinatu bawełnianego w Fastach i mieliśmy stanowić kadrę włókienników. Mama wpadła w rozpacz, byłem jedynakiem, gdzie tu wysyłać dziecko tak daleko. Powiedziała, że choćby nie wiem co, ona się nie zgadza.

Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej

  Jednak mój wyjazd nie doszedł do skutku. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat na wniosek Stowarzyszenia Geodetów Polskich oraz Biur Geodezyjnych utworzono w Białymstoku Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. I my wszyscy, ci odrzuceni, poszliśmy do tego liceum. Dyrektorem był inż. Stefan Miśkiewicz, absolwent SGGW w Warszawie. Przygarnęła nas do swojej siedziby przy ul. Białej Wieczorowa Szkoła Inżynieryjna. Powstały dwie klasy. W "a" umieszczono młodzież z Białegostoku, natomiast w "b" z województwa.

  Nauka miała trwać rok, w tym miesiąc przewidziano na praktyki zawodowe w terenie. Program przewidywał wyłącznie przedmioty zawodowe oraz matematykę na poziomie szkół wyższych, humanistycznych w ogóle. A na zakończenie egzamin maturalny. Wykładowcami byli inżynierowie pracujący w biurach geodezyjnych. Geodezji uczył Rafał Rewkowski, instrumentoznawstwa Borecki, Blum-Kwiatkowski, Malinowski, przedmiot urządzenia rolne prowadził Stefan Smolski, gleboznawstwo Niewiński, sporządzanie mapy i kreślenia Jabłonowski. Wymiany gruntów uczył Erazm Stefański (wychowawca naszej klasy), budownictwa Henryk Smaczny, prawa mecenas Koszałkowski, matematyki Konstanty Kosiński.

Samotny biały żagiel na studniówce

   W lutym 1951 roku miała być studniówka. Klasa "b" jednak odmówiła w niej udziału ze względu na koszt. My zaś szykowaliśmy się bardzo starannie do naszego pierwszego balu. Komitet organizacyjny ustalił program. Przedstawił go najpierw dyrekcji szkoły a potem dyrekcji Okręgowej Szkolenia Zawodowego jako jednostce zwierzchniej. Program zawierał następujące punkty: przywitanie zaproszonych gości, wystąpienie szkolnego tercetu piosenkarskiego, recytacja utworów poetyckich i bal uczestników. Urzędniczka z wydziału opiniodawczego oczywiście zażądała wpisania tytułów wykonywanych utworów, ironicznie dodając, że może to będzie "Pierwsza brygada" lub "Czerwone maki na Monte Cassino".

  Od razu więc podaliśmy, żeby nie było wątpliwości i nie posądzono nas o fałszerstwo, gdy dopiszemy to odręcznie. Pamiętam były to utwory: "Wieczorny dzwon", "Mały biały domek", "Oda do młodości" i "Samotny biały żagiel" (po rosyjsku). Ale na tym nie koniec. Urzędniczka zapytała oczywiście o przedstawiciela ZMP z Zarządu Miejskiego, bez których to działaczy nie mogła się odbyć żadna impreza. Odpowiedzieliśmy, że przewodniczący jest uczniem klasy "b" i będzie reprezentował zarząd miejski ZMP. Program został zaopiniowany pozytywnie i mogliśmy spokojnie bawić się na studniówce.

  Po półroczu szkołę przeniesiono do budynku Liceum Budowlanego przy ul. Lipowej 41 e. Tam w suterynie zostały wyremontowane pomieszczenia i do końca roku trwała nauka. W sierpniu 1951 roku po miesięcznej praktyce odbył się egzamin maturalny.

Zawodu geodety uczyły się też dziewczęta. W naszej klasie rozpoczęło naukę dziesięć dziewcząt, w klasie "b" trzy. W sumie dyplom otrzymało 11.

To była dobra szkoła

  Mimo trudnej politycznie atmosfery wspominam bardzo dobrze ten czas. Szedłem do tej szkoły z przymusu, bałem się przedmiotów zawodowych, należałem do humanistów. Ale nauczyciele byli wspaniali. Bardzo lubiłem prawo, byłem jednym z najlepszych z tego przedmiotu. Potem zdałem na studia zaoczne na Uniwersytet Warszawski.

  Mogliśmy też rozwijać się sportowo. Istniały drużyny siatkówki i koszykówki, które odnosiły sukcesy. Siatkarze zdobyli wicemistrzostwo Białegostoku w rozgrywkach szkół zawodowych, a drużyna koszykówki mistrzostwo i, wzmocniona kilkoma zawodnikami z innych szkół, została mistrzem okręgu na spartakiadzie szkół zawodowych w Olecku.

  W następnym roku szkolnym 1951/52 liceum geodezji przeniosło się do budynku po liceum chemicznym przy Lipowej 41 c. Nabór do nowych klas odbywał się po gimnazjum, a nauka trwała dwa lata. I tak Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej stało się początkiem Technikum Geodezyjnego a później Budowlano-Geodezyjnego.

  Szkoła od razu zyskała wielką renomę. Absolwenci byli rozchwytywani. Przyjeżdżali urzędnicy z całej Polski i proponowali dobrą pensję, mieszkanie. A i w samym Białymstoku oraz w województwie czekało na geodetów zatrudnienie. W tym czasie przeprowadzano klasyfikację gruntów. Lubiłem swój zawód. Jako pierwsi w Polsce zakończyliśmy prace. Dostaliśmy za to sztandar. Wynajmowano nas w całej Polsce. Pracowałem w Kieleckiem, Rzeszowskiem, w Bieszczadach. Zjechałem kawał kraju. Była to przygoda i ciekawe życie.

Alicja Zielińska

Wśród przedwojennej dorożkarskiej braci

  Zawód dorożkarza przechodził często z ojca na syna. Powstawały wręcz pokoleniowe klany rodzinne parające się tą profesją. Najsławniejszym z nich byli oczywiście Sybirscy, z wiekowym patriarchą rodu Hone Sybirskim na czele.

Wszyscy Sybirscy mieszkali przy ul. Orlańskiej pod numerem 10, w sąsiedztwie znanych, chanajkowskich bandziorów i złodziejaszków. Oprócz starego ojca, dorożkarstwem trudnili się wszyscy jego czterej synowie: Abram, Chaim, Jankiel i Judel.

  Furmanem mającym własną platformę i parę koni był także młodszy brat Hone, Mojżesz. Ten zajmował się przede wszystkim wożeniem mięsa dla okolicznych rzeźników i drewna do zakładów opałowych.

   Inną żydowską rodziną z dużymi tradycjami dorożkarskimi byli na białostockim bruku Podryccy. Pięciu dorosłych braci, wszyscy żonaci i z licznym potomstwem, miało swój dom przy ul. Brukowej. Podryckich znano w mieście z tego, że nikomu nie schodzili (ani nie zjeżdżali) z drogi. Walczyli zawsze twardo o miejsce na postoju, jeździli nieprzepisowo po ulicach, kiedy zaś zatrzymywała ich policja, nie chcieli płacić kary, lecz woleli iść na kilka dni do aresztu miejskiego. Tam też potrafili tęgo narozrabiać.

  W stosunku do wożonych klientów Podryccy również nie zawsze byli w porządku. Żądali za kurs, zresztą prawie jak wszyscy białostoccy dorożkarze, znacznie więcej niż się należało, nie wydawali reszty, niekiedy niby przez nieuwagę zapominali wyładować z dorożki przewożony bagaż.

Jeden z braci, Mejer Podrycki, w końcu się doigrał. W 1936 roku zastrzelił go pijany sierżant. Tę historię opowiedziałem jednak dokładnie przed dwoma tygodniami.

  W odróżnieniu od Sybirskich i Podryckich nie miał natomiast szczęścia w zakładaniu dorożkarskiej dynastii stary wozak Boruch Rabinowicz. Pod koniec XIX wieku przybył on do Białegostoku z Odessy i zamieszkał na Chanajkach.

  Niemal od razu został dorożkarzem. Choć żona, Rachela urodziła mu trzech dorodnych synów, to jednak żaden z nich nie kwapił się zostać zmiennikiem ojca, przejąć dorożkarski bat i wdrapać się na kozła. Dwóch starszych synów Rabinowicza jeszcze w 1919 roku wyjechało nielegalnie do Ameryki i słuch po nich zaginął.

  Z kolei najmłodszy, Gabriel, choć pozostał nad Białką, to też nie kwapił się wcale, aby pomóc ojcu w pracy. Twierdził wszem i wobec, że jest uczulony na końskie włosie, żeby nie powiedzieć na co jeszcze. Pape Rabinowicz musiał wstydzić się za swojego syna przed innymi dorożkarzami.

  Gdy tylko rodzic zamknął oczy i trafił z należytą oprawą na żydowski cmentarz przy ul. Sosnowej, Gabryś natychmiast sprzedał odziedziczoną dorożkę, a sam zajął się na dobre pokątnym handlem i podejrzanymi interesami. Teraz można było go spotkać niemal codziennie na białostockim Kercelaku, czyli placu targowym, który mieścił się u wylotu ul. Mazowieckiej, tuż obok hal.

  Wśród licznych handlarzy starzyzną synalek Rabinowicza wyróżniał się wysokim wzrostem i jaskrawozielonym kapeluszem, widocznym ze wszystkich stron.

  Ten niby uczulony na konie syn dorożkarza miał także donośny głos. Na całym placu słychać było jego: handel, handel - tu u mnie! W ten sposób zachęcał Gabriel Rabinowicz do kupowania swojego towaru. Niekiedy składały się nań spinki, krawaty, mankiety, ślubne kołnierzyki pamiętające jeszcze czasy cara Mikołaja, innym razem były to sprzedawane ukradkiem zapalniczki lub niepewnego pochodzenia zegarki. Dorożkarz Rabinowicz musiał przewracać się w grobie.


Włodzimierz Jarmolik

Młynowa 44. Wszyscy żyli jak w jednej rodzinie

 

   Posesja przy Młynowej 44 była okazała. Duży murowany dom stał od frontu, w głębi podwórza znajdowały się dwa mniejsze drewniane, a od ulicy brama zamykana na klucz. Dziadkowie wynajmowali mieszkania lokatorom, ale wszyscy żyliśmy tam jak w rodzinie. Dzieci razem się bawiły, dorośli odwiedzali się nawzajem - opowiada Krystyna Lipska.

  Mój dziadek ze strony mamy, Antoni Jaroszewicz w młodości wyemigrował do Stanów. Był tam 17 lat, pracował jako murarz - opowiada pani Krystyna. - Wrócił, kiedy Polska odzyskała niepodległość. Postanowił zamieszkać przy ul. Młynowej, bo tam się wychował. Kupił działkę pod numerem 44 i postawił dom. W stylu amerykańskim, taki, jakie widział za oceanem. Bryła budynku została wydłużona o dodatkowy mur, były dwa wejścia oraz duże okna, znacznie odbiegające wielkością od znajdujących się w domach po sąsiedzku. Do tego ganek z kolorowymi szybkami.

    Budynek rzeczywiście się wyróżniał. Na działce, którą dziadek kupił, stały też dwa drewniane domy, które wynajmowano lokatorom - opowiada pani Krystyna. - Młynowa i okoliczne ulice nie cieszyły się dobrą sławą, ale obok pospolitych niebieskich ptaków o podejrzanej reputacji, żyło tam wielu porządnych ludzi. Nasza posesja stanowiła oazę spokoju i wzajemnej życzliwości - podkreśla. - Mieszkały tam jeszcze trzy inne rodziny, które zajmowały się cukiernictwem. Pan Michał Poznański na Boże Narodzenie sypał mi zawsze w fartuszek cukierki zawinięte w kolorowe papierki. Niosłam je do domu, mama wieszała na choinkę, ależ to była radość.

Jego żona, pani Anna uwielbiała czytać, zaraziła nas tą pasją. Pamiętam, ugotowała obiad, posprzątała i zwoływała swoją gromadkę oraz inne dzieciaki z podwórza, siadaliśmy wkoło stołu. Czytała codziennie, a my słuchaliśmy z wielkim zainteresowaniem. Dzięki temu w wieku siedmiu lat znałam już Quo vadis, Emancypantki, Faraon, Potop. A potem my dzieciaki sami urządzaliśmy przedstawienia na podstawie tych lektur, nawet bilety sprzedawaliśmy.

  Poznańscy mieli czterech synów i dwie córki, przyjaźniłam się z jedną z nich, Wandą - to mama aktorki Agnieszki Maciąg i matka chrzestna mego syna.

  Druga rodzina cukierników, państwo Liszewscy robili landrynki i lizaki, które sprzedawali na swoim straganie; mieli czterech synów. A trzeci cukiernik to był pan Grodzki, on handlował gotowymi słodyczami. Nie miał dzieci. Pani Grodzka czasem prosiła nas, by zanieść jakieś pismo, zawsze wtedy dawała cukierki. Chętnie się zgłaszaliśmy z taką przysługą.

  Było nas, dzieci jedenaścioro w sumie, tylko ja jedynaczka. Pamiętam zbieraliśmy się wieczorami w gromadce na opowiadanie o duchach. Starsi wymyślali straszne historie, bałam się potem wracać do domu, ale bardzo mnie ciągnęło do tych opowieści.

  Żyliśmy niczym jedna zgodna rodzina. Jak ktoś piekł kiszkę, czy ciasto, to zajadali się wszyscy. Jak ktoś nie miał pieniędzy, to zawsze mógł liczyć, że sąsiad mu pożyczy. W Wielkanoc wychodziliśmy i taczaliśmy jajka w dachówce. Bywało, że mama musiała odrywać się od świątecznego stołu i malować mi pisanki, bo wszystkie wybiłam i nie miałam czym się bawić.

  Po zimie nasze podwórze wyglądało nie najlepiej, kanalizacji przecież nie było, nieczystości wylewano wprost do rynsztoka. Ale ledwie mróz puścił i śnieg stopniał, wszyscy wychodzili i robili porządki. Kopano jamę i wrzucano brudy, obejścia posypywano piaskiem, domy przystrajano gałązkami brzozy. Zakwitły drzewa, kwiaty i robiło się pięknie wkoło. Posesja była duża, około 1000 metrów, to i każdy miał swoje parę zagonków, uprawiał pomidory, marchewkę, pietruszkę.

  Pamiętam dwie duże kaliny - obsypane białymi bukietami dodawały szczególnego uroku. Babcia opowiadała, że w czasie wojny szedł ulicą Niemiec, zobaczył te kaliny i kazał nałamać gałązek, bo tak mu się spodobały. Babcia zrobiła duży bukiet, on następnego dnia przyniósł skórę na buty. Po 17 września mieszkali u nas Sowieci z żonami. Te Rosjanki, poczciwe kobiety, zanim się zorientowały, kupowały nocne koszule i chodziły w nich po mieście, bo myślały, że to sukienki, takie ładne i z koronkami. Mama kiedyś zrobiła chrzan, jedna z nich przyszła do nas, tak jej posmakował, że na drugi dzień swemu mężowi podała z samym chlebem, jak masło.

W głębi podwórza leżał wielki kamień, tam koncentrowało się nasze życie towarzyskie. Któryś z chłopaków grał na gitarze, mój wujek miał mandolinę, reszta śpiewała. Wesoło było, miło. Podwórze było zamykane na bramę. Dziadek nosił klucz, wieczorem przed dziesiątą pobrzękiwał, dając znać obcym, że czas opuścić posesję.       

  Z biegiem lat zmieniali się mieszkańcy przy Młynowej. Moi rodzice przenieśli się do bloku przy Grottgera, ja z mężem zostałam tam do 1973 roku a następnie przeszliśmy na osiedle Piasta. Przez jakiś czas posesją zarządzało Zrzeszenie Prywatnych Właścicieli Nieruchomości. Wyremontowano dachy, postawiono chlewki, brano komorne. Ale potem zrzeszenie zrzekło się administrowania i te obowiązki spadły na nas. Mieliśmy kłopoty z utrzymaniem porządku, a dochody z wynajmu były nieduże, więc 15 lat temu posesję sprzedaliśmy.

  Nowy właściciel wymówił mieszkania lokatorom. Znikły drewniane dwa domy, w murowanym, który ostał się najdłużej, ostatnio był klub. Konserwator zabytków zapowiadał, że nie pozwoli go rozebrać ze względu na ciekawą elewację. Ale, widać były to tylko obietnice. W ubiegłym tygodniu przechodziłam tamtędy z mężem i z przykrością zobaczyliśmy, że dom został zburzony.

   Z Młynową 44 i rodziną Krystyny Lipskiej związana była przez wiele lat także Tekla Sidorowicz. Pisaliśmy o niej przed tygodniem. To Polka z Grodna i wyjątkowa osoba, która doświadczyła tragicznych przeżyć. W czasie wojny została wywieziona z matką i braćmi do obozu w Ravensbruck, ale ocalała tylko ona. Zaprzyjaźniona z rodzicami pani Krystyny wróciła do Białegostoku i mieszkała razem. A kiedy wyjechała do Stanów, to z kolei ona gościła wszystkich z rodziny, którzy przyjeżdżali do Bostonu.

  Pozostały po niej piękne wspomnienia - mówi Krystyna Lipska. - Jest także pamiątka strasznych przeżyć okupacyjnych, którą chciałabym przekazać do muzeum. To opaska z numerem obozowym w Ravensbruck: 30682 oraz przepustka z 1946 roku, którą dostała po wyzwoleniu. Jest w niej prośba o pomoc w przemieszczaniu się środkami transportu z Niemiec do miejsca, w którym chciałaby się zatrzymać.


Alicja Zielińska

Translate