Postaw mi kawę na buycoffee.to

Trzynastego w piątek

   Wszyscy wiemy, że gorzej być nie może. Przecież właśnie w piątek zagniewany Bóg wygnał z raju Adama i Ewę. W średniowieczu zaś piątki nazywano dniem katowskim, bo tylko w tym dniu tygodnia wykonywane były publiczne egzekucje. Tego by już wystarczyło aby uważać, bo jak pech, to pech. A tu na dodatek jeszcze trzynastego.

  Ta niewinna z pozoru cyfra symbolizuje ruinę, katastrofę, śmierć. Przykładów na to jest mnóstwo. Mądry lud trzynastkę nazwał przeto diabelskim tuzinem. Ogólnie bowiem wiadomo, że w zlotach czarownic uczestniczyło 12 wiedźm i do kompletu szatan. A może to tylko sobie wmówiliśmy? A może od niechybnego niepowodzenia tylko krok do sukcesu? Ano zobaczmy.

  Jak wiadomo, pech jest indywidualnym doświadczeniem. Stał się on w 1937 r. udziałem panny Wiery Trochimowiczówny. Ta ponętna osóbka mieszkała sobie spokojnie przy ulicy Różańskiej. Spokój zburzony został, gdy w życiu Wiery pojawił się Mikołaj Aleksiejczuk. 

  Zawładnął on jej uczuciami. Mało, że uczuciami i ciałem (obiecał ślub), to na dodatek ukradł swojej wybrance całą garderobę oraz, o zgrozo, gotówkę przeznaczoną na ślubną suknię. Po co były Mikołajowi potrzebne pieniądze, to wiadomo, ale po co kiecki i takie tam inne części, przecież chyba nie na pamiątkę? Pech to niewątpliwy, ale też i szczęście, że poszedł sobie z tym dobytkiem Mikołaj precz, bo mieć takiego męża!

  Albo wydarzenie inne. Marcowego dnia 1934 r. panią Marię Chandowską potwornie rozbolały zęby. Bogobojna niewiasta próbowała złagodzić swą dolegliwość modlitwą do świętej Apolonii (to patronka tych, których bolą zęby - naprawdę!). Nie pomogło, musiała udać się do dentystki. W Białymstoku było ponad 60 gabinetów. Jaki przypadek sprawił, że Chandowska trafiła do doktor Jadwigi Kochówny, to i Święta Apolonia nie wie. 

  Chandowska bowiem mieszkała na Giełdowej (to dziś Spółdzielcza, a Kochówna przyjmowała na Warszawskiej u wylotu Elektrycznej). I rozegrał się dramat. Najpierw rozległ się straszny, nieartykułowany ryk obolałej pacjentki, a później wszyscy w poczekalni usłyszeli same niecenzuralne słowa. Wizyta u dentystki zakończyła się w sądzie. Chandowska za obrazę lekarki dostała miesiąc aresztu (to pech), ale w zawieszeniu na 5 lat.

  A jakie szczęście w tym samym 1934 r. miał niejaki Lewandowicz, gdy dopadł go pech pod postacią pana Malinowskiego - sekwestatora białostockiego urzędu skarbowego. Lewandowicz nie płacił podatków. Sprawa trafiła do egzekucji. Malinowski, nie mając żadnych innych przedmiotów do zajęcia, zajął Lewandowiczowi... dwie trumny. Jakież było zdziwienie urzędników oraz przechodniów, gdy pod gmach Izby Skarbowej na Mickiewicza (tu urzęduje dziś wojewoda) zajechała furmanka z trumnami. 

  Kierownik egzekucji wzniósł oczy do nieba: "Malinowski, komu ja na licytacji sprzedam trumnę?" Co było robić? Wio z powrotem. I tak majątek (było nie było) wrócił do Lewandowicza. Uważajcie dziś Państwo, bo jak pech, to i w drewnianym kościele człowiekowi cegła na głowę spadnie, ale przy odrobinie szczęścia to...


Andrzej Lechowski

Hotel Ritz: "Fajfy" zawojowały Białystok

   Tęsknota za tamtym, dawno już minionym światem jest trwała, bo brak nam w Białymstoku takiego miejsca, w którym jak w soczewce skupiało się wszystko co w tamtym mieście było. Nie było tylko i wyłącznie elegancko, ale zawsze z charakterem i zawsze szeroko, w całym Białymstoku, komentowano różne ritzowskie wyczyny.

  Złośliwie, ale chyba nie bez przyczyny mówiono o niezbyt światowym funkcjonowaniu restauracyjnej szatni. Obrosła ona nawet w krążące dowcipy. Oto rozmowa dwóch bywalców z 1937 roku.

" - Wiesz, ta restauracja Ritz jest najtańsza w całym Białymstoku.

- Pod jakim względem?

- No pomyśl. Za trzy złote miałem dziś wódkę, zakąskę, czarną kawkę, papierosy i całkiem nowiutki kapelusz".

  Ta niepochlebna opinia o szatni miała swój realny byt. W karnawale 1936 roku w każdą sobotę i niedzielę odbywały się w Ritzu popularne "fajfy". Spotykały się na nich "elity" i "elitki", ale szatnia, a raczej jej namiastka i tak równała wszystkich. Widok był więc taki, że "wszystkie krzesła ritzowe obwieszane są paltami, futrami, płaszczami, a wszystkie podstola zastawione botami i kaloszami. Zupełnie jak na jarmarku". Drwiono z tej szczególnej elegancji, proponując dyrekcji, aby wywiesiła ogłoszenie, że "Dla biedoty szatnia bezpłatna".

  Ale przecież nie o opłatę rzecz tu szła. Chodziło raczej o loterię, w której w roli ślepego losu występował ritzowski, wystrojony w liberię szatniarz. On też pojawiał się w dowcipach z tamtych lat. Wychodzący z Ritza "wielce zirytowany gość do szatnika: - Co za osioł wziął mój kapelusz, a swój zostawił!?

- Widocznie ktoś, co miał taką samą głowę jak wielmożny pan - odpowiedział szatniak".

  Tymczasem "fajfy" zawojowały Białystok. Jednym z głośniejszych był zorganizowany jesienią 1935 roku five o`clock Żydowskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Ubiegając ewentualne komplikacje z szatnią ogłoszono, że wstęp jest bezpłatny. 

  Ale bezpłatnie można było tylko wstąpić. A co z resztą? Tym bardziej, że zapowiadano artystyczne występy, no i oczywiście tańce. Konserwatywna część żydowskiej społeczności krytycznie odnosiła się do światowego stylu życia preferowanego przez młodych. Opowiadano sobie, jak to do jednej z białostockich restauracji, gdy późnym wieczorem dancingowy szał zawładną wszystkimi, wkroczył brodaty starzec wyglądem przypominający "biblijnego proroka", przy czym co wnikliwszy obserwatorzy zauważyli, że był "mocno zawiany". Prorok ów widząc wypełniony tańczącymi parkiet, wzniósł ręce i potężnym głosem przemówił.

- "O Jehowo! Dein Volk Izrael tanzt".

  Po czym skonstatował, że figury nowoczesnych tańców za czasów jego młodości wykonywano jedynie "pod kołdrami" w małżeńskich sypialniach, a te całe fajfy to nic innego niż fajfokloaki. Ale i tak nikt nie zwracał większej uwagi na jego tyradę.

  W Ritzu dobrze też czuła się białostocka społeczność rosyjska. Bo w rzeczy samej to przecież dla bogatych Rosjan przyjeżdżających do Białegostoku za interesami, w 1913 roku wybudowano ten okazały hotel. 

  Coroczną więc karnawałową tradycją były Bliny, organizowane przez Rosyjskie Towarzystwo Dobroczynne. W 1931 roku były nadzwyczaj wystawne. Wynajęto "górne sale" Ritza, czyli obszerne pomieszczenia na piętrze. Zapowiadano szereg atrakcji i jak pisano "dywartysment". Tymi przyjemnościami miały być atrakcje muzyczne, wśród których największą był chór braci Zajcewych. Oczekiwania publiczności miały też zaspokoić orkiestra bałałajkowa oraz tańce cygańskie, rosyjskie i kaukaskie. Na Blinach zjawiał się zawsze "cały kwiat tutejszego beau monde`u", który od 10. wieczór do bladego świtu tańczył i oblegał suto zaopatrzony bufet.

  Co do bufetu, to mimo, że Ritz słynął z wyśmienitej kuchni, zdarzały się w nim też znamienne incydenty. Głośną była afera z 1932 roku, której bohaterem był miejscowy korespondent warszawskiego "Świata", Michał Gonerko. 

  W sobotnie popołudnie zasiadł on w restauracji, zamawiając obiad. Zupa jak zupa, ale przyniesiony przez kelnera kotlet cielęcy barwą i wonią zdradzał swój podeszły wiek. Gonerko zażądał rozmowy z dyrekcją, której oświadczył, że "znajduje kotlet nieświeżym" i w związku z tym nie będzie płacić. Dyrekcja "zadraśnięta w swej ambicji" wezwała policję, która po sporządzeniu protokółu zabrała, z całymi policyjnymi szykanami, "kotlet do zbadania i analizy". Pozostał po tym cielęco-kotletowym nieporozumieniu kolejny ritzowski dowcip.

  "Zdenerwowany konsument u Ritza woła: "Panie Ober! Ten kurczak jest przypalony. Ja tego nie mogę jeść! Proszę zawołać właściciela restauracji.

- Nie ma po co, proszę pana - odpowiada kelner - właściciel tym bardziej nie będzie tego jadł".

Andrzej Lechowski

Translate