Postaw mi kawę na buycoffee.to

BMW, Harley, Sahara- Rajdy motorowe w mieście

  BMW, Harley, Sahara - to marki motocykli dobrze znane znawcom motoryzacji. Na tych wspaniałych maszynach ścigali się amatorzy tego sportu. Rajdy motorowe cieszyły się wielkim zainteresowaniem białostoczan, zawsze ściągały tłumy widzów - opowiada Zbigniew Karlikowski. Na dowód pokazuje plik zdjęć z takich imprez.

  Jednym z pierwszych, który reaktywował sport motorowy w naszym regionie był Marian Wolniewicz. Urodzony w 1920 r. w Żyrardowie. W 1937 r. ukończył szkołę średnią o kierunku wodno-melioracyjnym w Wilnie. W latach 1936 - 39 był kolarzem w KPW Ognisko i Towarzystwie Gimnastycznym Sokół. Podczas okupacji aktywnie działał w Armii Krajowej - zaszyfrowaną drogą dostał nominację na stopień podporucznika dowództwa wojskowego w Londynie. 

  Po wojnie został prezesem Spółdzielni Transportowiec, potem spółdzielni Remontowo-Budowlanej, wreszcie prezesem Cechu Rzemiosł Różnych. Jego pasją stała się motoryzacja. I to on przyczynił się do tego, że sekcje te powstały początkowo w ZKS Ognisko, a potem w Polskim Związku Motorowym. Był organizatorem wielu wyścigów motocyklowych. Zginął tragicznie w  1969 r. Pochowany na cmentarzu św. Rocha.

  Motocykl był marzeniem w tamtych czasach każdego mężczyzny. Jeździli koledzy, ale i całe rodziny. Wielkim amatorem tego sportu był na przykład Jan Stefanowicz, którego synowie Jerzy i Zbigniew byli również motocyklistami.

  Podziwiano maszyny, zawodników. Stroje, jak widać na zdjęciach były różne. Jedni w garniturach bądź mundurach, inni w kombinezonach, no i nie wszyscy w kaskach. Trudne czasy, nie każdego było stać i nie tak łatwo było zdobyć prawdziwy motocyklowy uniform . 

  Ale oto na zlot w Ełku w 1953 roku wszyscy jadą w jednakowych białych kombinezonach. Jak jeden mąż - długi biały peleton. Musiało to pięknie wyglądać. Skąd się wzięły? - Sekret mi zdradził Paweł Brylewski, jeden z zawodników, startujących w wyścigu - opowiada Zbigniew Karlikowski. - Otóż ich sponsorem, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, był inż. Zenon Olszewski, dyrektor Zakładu Przemysłowo-Remontowego. On to właśnie wyposażył motocyklistów w białe kombinezony robocze z emblematem Ogniwa.

  Przed wyruszeniem do Ełku uczestniczyli we mszy świętej. I właśnie jedno ze zdjęć przedstawia ich na schodach białostockiej bazyliki. Na odwrocie są nazwiska. Pośrodku stoi inż. Zenon Olszewski, główny organizator rajdu - komandor. Są tu również: Marian Wolniewicz, Henryk Draps, Zenon Łuszczewski, Ryszard Łukasiuk, Tworkowski, Władysław Brylewski, Edward Gebauer, Ryszard Rećko, Adolf Dawidowski, Zygmunt Paciorek, Zbigniew i Jerzy Stefanowiczowie, Mikołaj Żyłkiewicz, Muciłowski, Tadeusz Konikowski, Jan Stefanowicz, Karol Kowalczyński. A motocykle, na których jechali to Sahara, Ardie, Harley, Zundap, BMW, NSU, IŻ i inne mniej znane marki.

  IV Ogólnopolski Zjazd Plakietowy w Ełku odbył się w dniach 25-26 lipca, a zorganizowała go sekcja motorowa ZS Start w Ełku przy współudziale białostockiego PZMot. Wyścigi odbyły się dookoła Jeziora Ełckiego - zawodnicy mieli do przejechania pięć pętli po 20 km. Na zjazd przybyło ponad 100 maszyn z całej Polski. Najliczniejszą ekipę wystawiły kluby z Białegostoku: Ogniwo - 25, Start 15 i LPŻ - 9. No i najlepszymi okazali się motocykliści naszego Ogniwa. W jednej kategorii wygrał Ryszard Łukasiuk, a w drugiej Władysław Brylewski. Rajd oglądało ponad 5 tys. publiczności.

  W Białymstoku również rozgrywano wyścigi motocyklowe. Imprezy te często odbywały się na stadionie w w Zwierzyńcu. Jedno ze zdjęć przedstawia też rajd ulicą Sienkiewicza. Jak widzimy, nie było tu jeszcze budynku restauracji Grodno. Ale za to jak zawsze pełno stało widzów.

  I kolejna cenna pamiątka z tamtych czasów, o której warto wspomnieć przy tej okazji. To dwie metalowe plakietki. Należały do Leonarda Koneckiego, który reprezentował LZS Olmonty i w latach 60. uczestniczył wiele razy w ogólnopolskich rajdach motocyklowych. - Dostałem je od pewnego mieszkańca Olmont. Były bardzo zniszczone, dałem do renowacji i wyglądają jak nowe - pokazuje pan Zbigniew. 

Alicja Zielińska

Marszałek Józef Piłsudski odwiedził Białystok w 1921 roku

   Ze stacji na rynek Piłsudski pojechał "powozem zaprzężonym w czwórkę białych koni przystrojonych w barwy narodowe". Białystok też był udekorowany. U zbiegu ulic Kolejowej, Św. Rocha i Lipowej stanęła jedna z bram triumfalnych. Utrzymana była "do najmniejszych szczegółów w stylu empire". Przy niej prezydent Szymański, który wcześniej z pociągu przyjechał w to miejsce powitał Marszałka chlebem i solą.

  Po nim wystąpiła jego córka Halinka, która wraz z Felą, córką przewodniczącego rady miejskiej Feliksa Filipowicza, wyrecytowała wierszyk ułożony przez Marię Kościankę. Oto on:

 I myśmy też przyszły tutaj polskie dziatki

By Tobie przynieść te kwiatki.

My dobrze wiemy jakie ciężkie znoje zniosłeś dla Polski

Drogie imię Twoje świeci przykładem

W sercach naszych gorąco wdzięczność bije

Naczelnik Państwa Józef Piłsudski niech żyje!

Obiad w ogrodzie Branickich

 Piłsudski był tego dnia w wyśmienitym nastroju. Dało się to zauważyć, gdy przyjechał wraz całą świtą na śniadanie do niewielkiego, drewnianego domku na Starobojarską 30, w którym mieszkali prezydentostwo Szymańscy. Wchodząc do stołowego pokoju oświadczył, oddając szable jednemu z adiutantów: "Ponieważ przybyłem w zamiarach pokojowych oręż zdejmuję". Śniadanie podano w ogrodzie, a na kolanach Marszałka usadowiła się Halinka Szymańska.

  O godzinie 12 zaczęły się uroczystości na rynku - msza, sztandary, defilady. Po nich w ogrodzie Branickich wydano obiad dla 2 tysięcy gości. Za ten punkt programu odpowiedzialni byli radni Antoni Gliński i Zygmunt Maciejewski. Panie z gminy ewangelickiej nakrywały stoły. 

  Gdy Piłsudski punktualnie o 15. zasiadł u szczytu stołu ustawionego w podkowę, podano "rosół z jarzynami i kawałkiem mięsa". Na drugie była "dobra porcja mięsiwa pieczonego z kartoflami", a do tego "kompot z jabłek i piwo".

  Na deser zostawiono sobie przemówienia. Przewodniczący Filipowicz wygłosił trzecią już tego dnia mowę. Ale wszystkich i tak zakasował "obecny na obiedzie poeta gruziński Karaliszwili". Wiadomo, te gruzińskie toasty. Po nim niezwykle zagmatwaną mowę wygłosiła doktorowa Zofia Ostromęcka.

  Piłsudski był tym wszystkim już lekko zmęczony. O godzinie 5. podziękował za obiad i "z majorem Macieszą samochodem udał się do swego pociągu". Zapowiedział, że o 6. przyjedzie do koszar 42 pułku na Traugutta, aby "przyjrzeć się zapasom w piłkę nożną między sportowemi towarzystwami Koroną warszawską a drużyną 42 p.p."

  Ale zanim mecz się rozpoczął poproszono Marszałka, aby został ojcem chrzestnym niedawno narodzonego synka kapitanostwa Grossnerów. Matką chrzestną była doktorowa Żołątkowska, prezeska białostockiego Koła Polek. Sakramentu na boisku sportowym udzielił kapelan wojskowy. "Naczelnik Państwa dobrotliwie uśmiechając się do swego chrześniaka, wróżył mu wielkie sukcesy w przyszłości jako … doskonałemu futboliście".

  W trakcie meczu adiutant przyniósł Piłsudskiemu wieniec z nutami marsza skomponowanego na jego cześć. Kompozytorem był Natan Cygan, popularny w mieście skrzypek. W tym samym momencie orkiestra zaczęła grać ów utwór, na co "Naczelnik Państwa kazał podziękować autorowi". Nie czekając na zakończenie meczu (nasi wygrali 5 : 2), Piłsudski pojechał do magistratu. Tu otrzymywał honorowe obywatelstwo. Wręczono mu też pierwszy egzemplarz książki "Białystok Ilustrowany". Bez mów się nie obyło.

  Oczywiście jedną trzymał Filipowicz, który na jej zakończenie wykrzyknął "najstarszy żołnierz polski nasz ukochany Dziadek niech żyje". Chodziło oczywiście o najstarszego stopniem, ale wyszło jak wyszło. Po nim dwaj miejscowi fabrykanci Szatja i Frenkiel w imieniu przemysłowców "do dyspozycji" Piłsudskiego złożyli pół miliona marek. Tyle samo wręczyli Szymańskiemu. 

  Była już godzina 10 wieczorem, gdy Piłsudski wraz ze wszystkimi udał się do Pałacu Branickich na raut. W pałacu "przeszedł do dawnej kaplicy pałacowej, którą zamieniono na bardzo ładny salonik".

  O północy opuścił raut i udał się na dworzec. Przed pierwszą w nocy pociąg "powoli rusza. Naczelnik Państwa z uśmiechem na ustach, salutując mija rozentuzjazmowane rzesze publiczności serdecznie go żegnającej".

  Wojewoda, prezydent i przewodniczący rady na ostatnich nogach, ale pełni patriotycznego uniesienia i szczęśliwi, że wszystko się udało, mogli wreszcie położyć się spać. 

Andrzej Lechowski 

Ulica Lipowa tuż po wojnie

  W kamienicy na rogu ulicy Artyleryjskiej i Dąbrowskiego przed wojną mieściło się Towarzystwo Gimnastyczne Sokół. W 1947 r. po kapitalnym remoncie ulokowano tu Publiczną Średnią Szkołę Zawodową Męską.

  Mając na uwadze wzbogacenie Albumu Białostockiego przysyłam zdjęcie ulicy Lipowej z 1950 r. Czyż nie była piękna? A bruk, pomimo wojny, był o wiele równiejszy niż kostka przed aktualną przebudową. Tak zaczął swój list Jerzy Gubarewicz. Fotografię z wiszącą latarnią i furką konną w głębi oczywiście zamieszczamy.

  Za jeszcze cenniejsze uznaję kolejne zdjęcia i komentarze pana Jerzego. Przejdźmy się więc pod kościół św. Rocha, bo tak się go określa, pomijając wezwanie Chrystusa Króla. Wszyscy już wiedzą o najnowszym pomniku poświęconym ofiarom katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Przed wrześniem 1939 r. w budynku po przeciwległej stronie i bardziej ku północy, na rogu ulicy Artyleryjskiej i Dąbrowskiego, mieścił się " Sokół". Mówiono, że to obrona cywilna, ale towarzystwo o tej nazwie promowało również ćwiczenia gimnastyczne, prowadziło ożywioną działalność wychowawczo-patriotyczną. Natomiast w drugiej połowie 1944 r. aż do połowy 1946 r. stacjonowały tu oddziały sowieckie, przemieszczające się na Berlin i powracające na "rodinu".

  Po kapitalnym remoncie, od 1947 r. w kamienicy o bogatej historii ulokowano Publiczną Średnią Szkołą Zawodową Męską, a nie Technikum Mechaniczne, jak to było niedawno wspomniane. Szkoła ta została przeniesiona do budynku przy ul. Sosnowej i znana jest młodszym jako Zespół Szkół Mechaniczno-Drzewnych. Na załączonej fotografii prezentują się uczestnicy studniówki, w tym i Wacław Gubarewicz, brat Jerzego.

  Po wyprowadzce szkoły i remoncie gmach objęło we władanie Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania w Białymstoku, gdzie dyrektorował Henryk Dukat. Jak słuchy chodziły, był on partyzantem w oddziale Mieczysława Moczara. MPO dotrwało tu do końca stycznia 1969 r., by wywędrować do nowej bazy przy ulicy 27 lipca. Jeszcze jacyś nieznani użytkownicy przedłużyli agonię kamienicy, a po dwóch latach przystąpiono do rozbiórki. Pan Jerzy, wracając z pracy zrobił ujęcia budynku, który odchodził w niepamięć. Wybrałem zdjęcia z "ogórkiem" (autobus marki Jelcz) i dorożką oraz z kioskem "Ruch". A w ogóle to chyba śnieg wystraszył przechodniów, bo aż dziwnie tu pusto.

  Bliżej ul. Lipowej, stał jeszcze po wojnie mocno podniszczony budynek z apteką pana Sosnowskiego. Pan aptekarz był miłym człowiekiem, gdy jakiś młodzian prosił o lek "na ból głowy", poprawiał go z uśmiechem: "zapewne chcesz lek od bólu głowy?"

  I jeszcze na deser wiadomość rewelacyjna. "Chcę poinformować o tablicy o wymiarach około 2,5 cm x 1,2-1,5, ustawionej w początkach 1945 r. między obecnym kinem "Ton" a budynkiem Archiwum Państwowym, gdzie znajduje się obecnie pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego. 

  Na tablicy mieszczono mapę środkowej Europy, a zmieniane każdego dnia strzałki oraz chorągiewki pokazywały postępy wojsk zdążających na Berlin, sowieckich i polskich ze wschodu, a amerykańskich i brytyjskich z zachodu. 9 maja 1945 r. wszystkie chorągiewki znalazły się w punkcie oznaczającym stolicę Niemiec. Radość zapanowała wielka. Po kilku dniach na Rynku Kościuszki zebrała się spora ilość ludzi, którzy nieśli kukły przywódców hitlerowskich. Z Rynku udali się na dziedziniec zniszczonego Pałacu Branickich, gdzie na kukły czekały dwa potężne ogniska. Do zebranych przemawiali dowódcy rosyjscy i cywile polscy. Manifestacja trwała około 2-3 godzin, po jej zakończeniu kukły spłonęły przy wielkim aplauzie zebranej ludności. Niestety, nie miałem wówczas jeszcze aparatu fotograficznego i zdjęć nie mogłem zrobić".

Adam Czesław Dobroński 

Translate