Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mistyfikacja-Kaczyński i kochanka

   Jeszcze przed pierwszą wojną, na Mazowieckiej 42, Tadeusz Kaczyński prowadził nieźle prosperującą fabrykę kafli.

Był też posiadaczem kilku budynków na tejże ulicy. Miał komu zostawić swój majątek. Jego syn Konstanty zapowiadał się na porządnego kaflarza. Ale Konstanty wdał się w romans i marzenia o biznesie wzięły w łeb.  W 1919 r. Kaczyńscy przyjęli na mieszkanie lokatorów, braci Geniszer. Ci z miejsca zaprzyjaźnili się z Konstantym. Wspólnie przeżyli rychłą śmierć Tadeusza.

  Wkrótce Geniszerowie musieli się wyprowadzić, ponieważ dom, w którym mieszkali został "zarekwirowany na użytek szkoły". Powstawała właśnie Publiczna Szkoła Powszechna nr 11, do której za kilka lat miał uczęszczać Ryszard Kaczorowski. Geniszerowie zamieszkali więc na Piwnej pod 11. Przyjaźń pomiędzy nimi a Konstantym, który w międzyczasie ożenił się, nadal była podtrzymywana.

  Gdy w lipcu 1920 r. Białystok zajęli bolszewicy, musieli się ukrywać. Kosztowności zakopali w ogrodzie. Ktoś jednak musiał to widzieć, po ucieczce bolszewików zakopanego skarbu nie znaleźli. Bracia wspomnieli o tym Konstantemu. Ten zaproponował im pomoc swojej kuzynki, Poli Lisowicz, która ponoć wiedziała o wszystkim, co się działo w okolicy. Ale złota nie odnalazła.

   Tymczasem Kaczyński, ku zaskoczeniu Geniszerów, zaczął prosić ich o pomoc finansową. Jeden z braci odwiedził Kaczyńskich na Mazowieckiej. Gdy zauważył, że w domu jest bieda, a gdy w dodatku od młodej Kaczyńskiej, trzymającej przy piersi niemowlę i płaczącej usłyszał skargi na jej los, to nie miał wątpliwości, że wszystkiemu winna jest "kuzynka" Pola.Bracia postanowili rozmówić się z Konstantym. Ten, przyparty do muru, przyznał się, że Pola jest jego kochanką, a pieniądze potrzebne mu są "na libację i rozrywki z nią". Prowadząc hulaszczy tryb życia roztrwonił dobytek.

  Geniszerowie pożyczyli wiarołomnemu małżonkowi pieniądze, stawiając warunek, że przeznaczy je na potrzeby domu, a z Polą ma natychmiast skończyć. Kaczyński obiecał solennie, ale ani myślał dotrzymać danego słowa.

  Minęło kilka tygodni i sytuacja powtórzyła się. Kaczyński, znów obiecując zerwanie z Polą, zaproponował Geniszerom założenie przedsiębiorstwa budowlanego. Naiwni bracia uwierzyli.

Konstanty zamiast wypłacać robotnikom wynagrodzenie, całą, sporą sumkę, przepuścił z Polą. Wzięty przez wspólników w obroty tłumaczył, że nie ma wyjścia z matni w której się znalazł. Na dowód pokazał przyjaciołom list od kochanki.

  Pisała ona w nim "Kochany Konstanty! Dobrze ci wiadomo, że wkrótce matką zostanę. Jeżeli nie pomożesz mi zrobić poronienie, to ci dziecko do domu twego przyniosę". Udając rozpacz, Konstanty błagał o pieniądze i zaufanie. Geniszerowie i tym razem dali, ale zażądali rachunków.  Kaczyński miał się rozliczyć z nimi do 29 października 1921 r.

  W przeddzień wyznaczonego terminu, wieczorem Geniszerowie byli już w domu. Nagle rozległo się łomotanie do drzwi. Dom otoczyła policja. Do mieszkania wpadli wywiadowcy i skuli kajdankami obu braci. Oniemiałym oznajmili, że są oni oskarżeni o zamordowanie dwóch Żydów w Narwi.

  Geniszerów przewieziono do Bielska Podlaskiego i przez dwa miesiące przesłuchiwano i konfrontowano z nieznanymi im świadkami. Śledztwo trwało, do momentu schwytania prawdziwych morderców. Śledczy zaczęli się zastanawiać, dlaczego przez tyle czasu zajmowali się Bogu ducha winnymi Geniszerami.

  Okazało się, że wszystko było okrutną mistyfikacją uknutą przez Polę i Konstantego, którzy w ten wyrachowany sposób chcieli się "rozliczyć" z zaciągniętej pożyczki. Rozpoczęło się nowe śledztwo.

 Wyszło na jaw, że wszystko wiedząca Pola jest policyjną wywiadowczynią. To był prawdziwy cios dla Kaczyńskiego.

  Gdy oboje stanęli przed sądem to już nie wyglądali na parę kochanków. Sąd też nie wziął pod uwagę żadnych afektów i wlepił Poli pół roku, a kochliwemu Konstantemu dwa razy tyle. Po odsiedzeniu wyroku Kaczyński wrócił do żony na Mazowiecką 42 i zajął się na poważnie kaflarnią. Czasem odwiedzali ich bracia Geniszerowie. Słusznie więc powiadają, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Andrzej Lechowski 

Kasiarze obrobili rzeźnię i młyn

  Mejer Krynicki, sanacyjny kasiarz z doświadczeniem, wyznawał zasadę, że nie należy kraść u siebie. Jego łupem padały więc safesy na prowincji. W latach 1933-34 zmienił jednak zdanie. Sięgnął po zasoby białostockich skrytek.

  W nocy z 24 na 25 listopada 1933 r. włamano się do biura rzeźni miejskiej. Złodzieje rozpruli sejf i zabrali z niego ok. 2 tys. złotych w banknotach polskich i dolarach. Łup mógł być większy, ale uprzedzili ich urzędnicy miejscy. Tego dnia urząd odebrał z rzeźni i pokwitował 7 tys. złotych na swoje potrzeby.

Przybyli na miejsce kradzieży agenci wydziału śledczego zrekonstruowali przebieg wypadków.

  Włamywacze dostali się na teren rzeźni przez okalający ją parkan. Umiejętnie, bez hałasu, usunęli szybę na parterze budynku. Będące za nią rachityczne kraty również łatwo wygięli i już byli w środku. Szybko odnaleźli pokój z ogniotrwałą kasą i zabrali się do roboty. W tym czasie stróż nocny, pilnujący posesji rzeźni, Andrzej Pawlina, rozpoczął swój rutynowy obchód. 

  Zdziwił się bardzo, że nie może otworzyć drzwi do jednego z pomieszczeń (złodzieje przewidująco zablokowali zamek). Wrócił na korytarz i próbował zajrzeć do kasowego pokoju od podwórza.        Tutaj spotkała go mało przyjemna niespodzianka. Jakiś osobnik w kaszkiecie nasuniętym na oczy i z rewolwerem w ręku (ten mógł być zwykły z drewna, kasiarze nigdy nie chodzili na robotę z bronią), kazał mu stanąć w miejscu i podnieść ręce do góry.

  W tej pozycji stróż tkwił przez pół godziny. Kiedy złodzieje skończyli swoje, zbiegli. Dozorca Pawlina obudził mieszkającego na miejscu felczera Sidwę, a ten zawiadomił policję.

Śledczy, którzy przybyli na miejsce przestępstwa niewiele mogli na początku ustalić. Włamanie było przeprowadzone perfekcyjnie. Pies policyjny idąc po śladach, doszedł tylko do płotu oddzielającego rzeźnię od ul. Hetmańskiej. Potem stracił trop. Sprawców zuchwałej kradzieży trzeba było więc szukać inaczej. Sprawdzano alibi miejscowych fachowców od prucia kas, postawiono na baczność kapusiów. 

  

  Jednym z podejrzanych stał się rzecz jasna Mejer Krynicki, numer jeden na liście białostockich zawodowych kasiarzy i włamywaczy. Nie było jednak przekonywujących dowodów. Krynicki wyszedł zza kratek.

  Dokładnie rok później, 4 listopada 1934 r. doszło do zuchwałego włamania przy ul. Mazowieckiej 68. Stał tam młyn elektryczny, własność Jana Karnego. Wszyscy w sąsiedztwie wiedzieli, że Karny jest bardzo zamożny. Pieniądze zaś ukrywa w młynowych zakamarkach. Złodzieje dostali się do młyna wprost karkołomną drogą. Najpierw uśpili psa na sąsiedniej posesji, później wchodząc po drabinie, ułożyli pomost z desek, z pobliskiej szopy, skierowany na dach młyna. Odkręcili śruby w dachowym okienku i byli już w środku. 

  Wiedzieli gdzie szukać. Łup wyniósł 20 tys. zł. W czasie roboty jeden ze złodziei musiał skaleczyć się w rękę, w różnych miejscach bowiem były krople krwi. I znowu padło podejrzenie na Mejera Krynickiego. Rewizja w jego mieszkaniu potwierdziła policyjny ślad. Przy ul. Zielonej 23 znaleziono część pieniędzy skradzionych młynarskiemu bogaczowi. 

  Samego Krynickiego trzeba było jednak sporo się naszukać. Łatwiej wywiadowcom policyjnym poszło z ustaleniem i aresztowaniem pomocników "Krynicy". Byli to również działający na rynku kasiarskim, nietuzinkowi, białostoccy fachowcy. 

  W skoku na rzeźnię wspomagał Krynickiego Chaim Gerber, specjalista od wszelkich, precyzyjnych narzędzi złodziejskich, zaś w młynie asystował mu Chaim Chazan, też mający w archiwum policyjnym sporą kartotekę.

Włodzimierz Jarmolik

Prostytucja w Białymstoku. Sprzedawało się tysiąc kobiet

  Żadne, miejskie środowisko przestępcze nie mogło się obyć bez kobiet uprawiających najstarszy zawód świata. Przedwojenny Białystok nie był pod tym względem wyjątkowy. Szczególnie wiele o pladze prostytucji w Białymstoku w latach 30. ubiegłego wieku pisał tygodnik "Tempo". Dla służby Afrodyty najlepszą porą były godziny podwieczorne. Wówczas to, kiedy zapłonęły latarnie, na ulice zwłaszcza śródmieścia, wychodziły ze swoich "nor i krokodylówek" różne ślicznotki, nazywane też florydami lub po prostu panienkami spod latarni.

  Niektóre były już notowane w kartotekach policyjnych albo w przychodni wenerycznej. Niektóre dopiero startowały. Służące domowe, pochodzące zwykle spod białostockich miasteczek, fordanserki z nocnych lokali, znudzone gimnazjalistki, a nawet panienki z całkiem szacownych domów. Niektóre nie skończyły nawet 15 lat. Prostytucji sprzyjały panujący od lat kryzys ekonomiczny, bezrobocie i duża nędza ludności. Nierząd więc kwitł, oczywiście pod opieką miejscowych opryszków.

  Po pewnym czasie dziewczęta z "czarną książeczką" (obowiązkowy dokument zarejestrowanej prostytutki) stawały się balastem dla władz miasta i społeczeństwa. Zapełniały szpitale i cele więzienne. W trakcie swojej pracy naprzykrzały się przechodniom na Rynku Kościuszki, ul. Sienkiewicza czy J. Piłsudskiego, nie mówiąc o przyległych, mniejszych uliczkach. Zalegalizowanych domów nierządu w Białymstoku nie było. W mieście działało natomiast wiele mleczarni, piwiarni czy kawiarni, które w rzeczywistości były potajemnymi domami publicznymi, w których w biały dzień serwowano wyszynk i panienkę do towarzystwa.

  A teraz cytat, który oddaje dramaturgię dziewczyn zmuszanych zarabiać na ulicy. "Pójdziemy? Wyświechtany zwrot, powtarzany wielokrotnie przez zmordowane, ukarminowane i spękane wargi. Brzmi on jak nędzny i wieczny refren, o jednakowych zawsze tonach. Mężczyzna poszedł dalej, nie oglądając się nawet za mówiącą. Kobieta nie poczuła żadnego żalu, najmniejszej złości. Przyzwyczaiła się już do tego. Jej spojrzenie, bez śladu życia, znowu utkwiło w czarnym bruku ulicy."

  Trudno jest ustalić dokładną liczbę prostytutek w międzywojennym Białymstoku. Oczywiście poza zarejestrowanymi. Córy Koryntu rekrutowały się bowiem nie z zawodowych ulicznic, które uprawiały swój proceder jawnie i bez skrupułów. Było ich kilka setek. Natomiast blisko 400 - 500 dziewczyn dorabiało w podobny sposób. Były wśród nich prostytutki "lepsze", które świadczyły swe usługi zwykle dla małej garstki wtajemniczonych mężczyzn.

  

 Ale, jak podał reporter "Tempa", blisko 50 proc. robotnic fabrycznych również parało się nierządem. Opłacały za to lichy pokoik, kupowały jedzenie, spłacały zaległy dług u pazernego sklepikarza, a nawet - co było już dużą ekstrawagancją - kupowały sobie modny kapelusz. I oczywiście pomagały rodzinie - niektóre miały dzieci.

  Centrum zabawowo-rozrywkowym w Białymstoku były Chanajki. Lupanary znajdowały się w co drugim domu. Szczególnie znane było te z ul. Krakowskiej, Marmurowej czy Orlańskiej. Białostocka policja i urząd sanitarno-obyczajowy co i rusz prowadziły nagonki na te przybytki. Karano właścicieli, zatrzymywano prostytutki. Nic to nie dawało. Na miejsce zamkniętych spelunek pojawiały się nowe. Chanajkowskie gejsze miały zawsze powodzenie

Włodzimierz Jarmolik

Translate