Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rynek Kościuszki. Historia od Branickiego po PRL

   Największe zmiany na Rynku Kościuszki zaszły podczas ostatniej wojny. Sowieci nawet rozebrali ratusz, aby postawić posąg Stalina. Z kolei Niemcy ustawili ogromną mapę, ilustrującą triumfalny marsz III Rzeszy przez Europę i Afrykę Północną.

  Za czasów Jana Klemensa Branickiego na białostockim rynku stały rzeźby. Bynajmniej nie po to, aby ówczesnych mieszczan oswajać z najnowszymi trendami sztuki im współczesnej.

  Posągi ufundowane przez hetmana miały edukować nie estetycznie tylko moralnie. Posąg Temidy stojący pośrodku handlowego placu przestrzegał ewentualnych oszustów i złodziejaszków przed surową sprawiedliwością i nieuchronną karą. Figura świętego Floriana wystawiona pomiędzy ratuszem a kościołem miała być taką polisą ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Pojawiła się po ogromnym pożarze, który w 1753 roku strawił znaczną część Białegostoku. Oba posągi przetrwały do początków drugiej połowy XIX wieku. Po ich usunięciu, przez następnych 30 lat na rynku nie stało nic.

  Dopiero w 1892 roku u wylotu ulicy Mikołajewskiej (Sienkiewicza), zgodnie z postanowieniem kontraktu na budowę miejskiego wodociągu, stanęła na rynku fontanna. Około 1900 roku jej wodotrysk ozdobiła rzeźba przedstawiająca trzech młodzieńców. Symbolizowali oni muzykę, rolnictwo i rybołówstwo. Po upływie kolejnych 10 lat pojawił się na rynku nowy, supernowoczesny element. Jego estetyka nie wzbudzała, większych kontrowersji choć rynek sprzed 100 laty był bardziej zabytkowy niż obecnie. Obiekt ów niczego nie symbolizował, mówił wprost o tym, że w Białymstoku rozpoczęła się epoka elektryczności. Tak więc tuż obok wejścia do osiemnastowiecznej kamienicy dworskiej (obecna Astoria) stanął blaszany, cylindryczny kiosk, w którym "transformatorowane było napięcie pierwotne 3000V na 210 i 120 V". W różnych punktach miasta ustawiono jeszcze 37 takich elektrycznych budek.

   Wkrótce rozpoczęła się wojna i na rynku pojawiła się kolejna nowość. Mianowicie pod koniec maja 1915 roku przy fontannie ustawiono "skrzynkę do wrzucania papierosów dla rannych i chorych żołnierzy". Pomysł ten przeniesiony został do Białegostoku z Warszawy, gdzie podobnych skrzynek ustawiono w śródmieściu kilkanaście. Oprócz papierosowych pojawiły się też w stolicy skrzynki do zbierania prasy.    Postulowano więc, aby i w Białymstoku zbierać "gazety przeczytane", ale nie zrealizowano tego pomysłu. Wojna zaznaczyła się też w rynkowej przestrzeni betonową rotundą - kolumnadą, wybudowaną przez Niemców tuż przed ratuszem w 1918 roku. Był to pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom walczącym o ojczyznę. Na trawersie spinającym kolumny niemiecki napis upamiętniał pamięć "bojowników którzy polegli za ojczyznę w latach 1915-1918". 

  Białostoczanie, nie wnikając specjalnie gdzie ta ojczyzna niemieckich żołdaków, czcili ich pamięć aż do 1924 roku, kiedy to kolumnadę rozebrano. Od 1919 roku nie przeszkadzał im fakt, że tuż obok ustawiono obelisk zwieńczony sylwetką Orła Białego. Tyle tylko, że niemiecki beton był solidny, a nasz orzeł wycięty był z lichej dykty.

   Nawet gdy w sierpniu 1925 roku uroczyście odsłaniano płytę poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi, to też nie zadbano o jej solidne zamocowanie. Płyta została wykonana z piaskowca, ale podmurówka była już z cieniutkiego betonu. Po kilku latach zaczęła się kruszyć. Reperowano ja doraźnie przed każdym narodowym świętem. Aż w 1934 roku nie było już co naprawiać. Przed 11 listopada okazało się, że "fundament płyty jest niemal całkowicie zniszczony". Trzeba było murować go od początku.

   W sierpniu 1926 roku na rynek znów zapukała cywilizacja. Stało się to za sprawą Towarzystwa Naftowego Braci Nobel, które wystąpiło do władz miejskich o "zezwolenie na otwarcie stacji benzynowej na Rynku Kościuszki". Do całej sprawy zabrano się poważnie. Powołana została specjalna komisja, która miała ocenić czy lokalizacja stacji jest właściwa. Gdy pokonano wszelkie trudności i obiekcje, to na rynku nieopodal ratusza pojawił się niewielki dystrybutor z benzyną. Niedługo po nim powstała kolejna stacja benzynowa założona przez firmę Polmin.

  Przez kilka dni w 1936 roku na rynku stanęła nawet latarnia morska. Nic to, że z dykty i bez reflektora, ale i tak należycie podbijała dumę białostoczan z przynależności do Ligi Morskiej i Kolonialnej.

  Największe zmiany wprowadzali na rynku okupanci. Sowieci rozebrali ratusz, aby ustawić posąg Stalina. Nie zdążyli. Jak zwykle praktyczni Niemcy nie tracili czasu i energii na ideologiczne figury. W 1942 roku tuż obok fontanny postawili pierwszy w dziejach rynku drogowskaz. Wskazywał kierunki wraz z ilością kilometrów do Bielska, Baranowicz, Warschau, Lomscha i Grajewa. W tym samym roku w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu był skwer z płytą poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi ustawili monstrualnej wielkości mapę. Była wysoka na mniej więcej 5 m, a szeroka na około 6. Ilustrowała triumfalny marsz Wehrmachtu przez Europę i Afrykę Północną.

  Za PRL-u mieliśmy na rynku zagajnik, przez niektórych uważany za jedną z atrakcji miasta. A teraz jaki rynek jest, to każdy widzi.


Andrzej Lechowski

Ulica Grunwaldzka - Tam była świetnie prosperująca fabryka

   Najlepsze kafle można było kupić u Kucharskiego. W fabryce była nawet łaźnia i biblioteka.  Dokładnie w 1893 roku przy ulicy Grunwaldzkiej 41 powstał niewielki zakład ceramiczny. Jego właścicielem był Jan Kucharski, który miał też w pobliżu swój dom. Zakład specjalizował się w produkcji zarówno kafli, jak i gotowych pieców. 

   Przedsiębiorstwo z roku na rok przynosiło coraz większe zyski.  Rozwój przerwał wybuch I wojny światowej. Działalność został wznowiona dopiero po 1918 roku. Firmę prowadzili już synowie Jana – Sylwester i Józef.

   Znacznie rozbudowali oni zakład ojca, uruchomili nawet nowy dział produkcji – polewy do kafli. W 1939 roku firma zatrudniała około 80 robotników, a jej wyroby były nie tylko uważane za najlepsze w Białymstoku, ale też cieszyły się dużym popytem w całym kraju.

Fabryka była też znana z tego, że jej właściciele bardzo dobrze traktowali swoich pracowników. 

   Dbali nawet o ich potrzeby kulturalne. W działającej przy fabryce świetlicy urządzane były różnego rodzaju zabawy i przedstawienia teatralne. Istniała tam też bogata w zbiory biblioteka oraz łaźnia.

 

  Za swoją działalność Kucharscy zostali docenieni w 1936 roku, kiedy to Józef otrzymał od prezesa rady ministrów nagrodę gospodarczą.  

 Fabryka przestała działać wraz z wybuchem II wojny światowej. Dziś po przedwojennych fabrykantach pozostały dwie plakiety ceramiczne z podobizną Józefa Piłsudskiego, które ma w swoich zbiorach Muzeum Historyczne

  Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Muzeum Historycznego w Białymstoku, W środku w maciejówkach siedzą moi przodkowie Sylwester (radny miejski) i Józef Kucharscy, następcy Jana Kucharskiego (oboje zginęli w Związku Radzieckim wywiezieni przez Sowietów).

Krzysztof Zdzitowiecki

Koza odwiedziła białostocki magistrat. To nie prima aprilis

   W białostockim magistracie nieoczekiwanie pojawił się dziwny petent. Siedzący w sieni urzędu tuż przy drzwiach woźny w pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę. Nie zważając na powagę urzędu, ruszyła w stronę korytarza i zaczęła sobie w najlepsze spacerować. Woźny krzyknął: Gdzie koza lezie? Niejeden rozwścieczony, odprawiony z kwitkiem petent, wychodząc z urzędu na myśl o zapracowanych urzędnikach przywoływał w pamięci wizerunki skądinąd sympatycznych osłów, krów, gęsi, ale żeby tak spotkać w urzędzie prawdziwą kozę!

  W Białymstoku i owszem, wszystko mogło się zdarzyć. W środę 4 lipca 1923 roku ruch w magistracie był umiarkowany. Wiadomo - kanikuła. W sieni urzędu, na krzesełku ustawionym tuż przy drzwiach przysypiał woźny. W pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę, "taką prawdziwą na 4 żywych i ruchomych nogach".

  Koza nie robiąc sobie nic z powagi urzędu ciekawie rozglądała się po sieni i powoli truchtając udała się w kierunku korytarza.Tego było dla woźnego za wiele. Nikt z białostoczan nie mógł, ot tak sobie wparować do magistratu, a tu tymczasem taka koza, niczym sam prezydent, nie mówiąc nic i nie pytając nikogo o pozwolenie pakuje się bez słowa do urzędu!

  Na krzyki woźnego: gdzie lezie koza jedna - z pokoi wyglądać zaczęli zaintrygowani urzędnicy. Pytali, czy to kozę czy siebie, po co przyszła i skąd? Oczywiście pytania zostały bez odpowiedzi. Tymczasem koza poczuła się jak u siebie i z ufnością spoglądała na swoich nowych kolegów.  Cóż było robić. Zaprowadzono ją na magistrackie podwórze. W następnych dniach urzędnicy prześcigali się w dogadzaniu jej. A ona apetyt miała, że hej. Ale nie była to bezinteresowna chęć pomocy biednej kózce. Po cichu liczono na darmowe, własne kozie mleko.

  Nic z tego nie wyszło. Koza okazała się niemleczna. Tego urzędnicza brać nie mogła puścić płazem. To ona z sercem na dłoni do bydlęcia, a ono nic! I tak to kozę po tygodniu z magistratu pognano. O wiele więcej wyrozumiałości mieli policjanci z I komisariatu przy Warszawskiej 3. Otóż zaraz po trzeciomajowym święcie w 1925 roku zjawiła się w tym dostojnym gmachu "koza maści białej z rogami, młoda niedojna". (Nie ma to jak spisać dokładnie personalia).

  Policjanci bez tej obrzydliwej przebiegłości cechującej urzędników przygarnęli błąkające się stworzenie, słusznie twierdząc, że mimo, że koza, to swój rozum ma. Zgubiła się w było nie było dużym mieście, to i gdzie miała iść po pomoc jak nie na policję.

   No i na policyjnym wikcie koza przeżyła blisko miesiąc, aż upomniał się o nią właściciel. Natomiast inna z białostockich kóz zrobiła karierę medialną. Słyszała o niej cała Polska. A stało się to za sprawą walki miejskiego fiskusa z właścicielami kin. Poszło o podatek od widowisk. Dotychczasowy, wynoszący 25 proc. magistrat postanowił podwyższyć do 40 proc.

  Jednocześnie zapowiedziano, że ten podwyższony obowiązywać będzie od września do maja, a więc wtedy, gdy kina były pełne widzów i w związku z tym dochody właścicieli były najwyższe. W pozostałe, letnie miesiące, gdy z frekwencją było marnie, podatek wynosić miał 20 proc.

  Na takie zdzierstwo właściciele kin nie mogli się zgodzić. Prowadzone z magistratem rozmowy nie dały żadnego efektu. W związku z tym 28 lutego 1927 roku kiniarze zamknęli kina. Opinia była jednoznaczna, że strajk ten "przyjmuje charakter przewlekły i białostoczanie prawdopodobniej na dłuższy czas będą pozbawieni widowisk kinowych". W pierwszych dniach marca w wojnie magistracko-kinowej użyto tajnej broni, a mianowicie kozy! Chcąc ośmieszyć przeciwnika, a jednocześnie myśląc, że konflikt w sprawie podatków nabierze szerokiego rozgłosu, właściciele kin wynajęli pewnego dżentelmena, który za niewygórowaną opłatą zgodził się przez kilka dni z rzędu jeździć oklep na kozie przed samym wejściem do magistratu.

  Wszystkie agencje prasowe podchwyciły ten niezwykły news. Pisano jak to "generalny kino sztab białostocki postanowił objechać swego przeciwnika z frontu i z tyłu na kozie". Uważano, że "jest to sprytny manewr i bardzo dowcipna akcja".

  Opinia publiczna była raczej po stronie właścicieli kin. Ten kozi manewr, "trik białostockich kino-dyrekcji, rozweselił nie tylko Białystok lecz całą Polskę". Przez następne tygodnie obie strony wydawały sążniste, zawiłe komunikaty, aż w kwietniu osiągnięto kompromis. Kina zostały otwarte. Kinobywalcy, jak wówczas nazywano kinomanów, ruszyli tłumnie do Apollo czy Modernu. Zawdzięczali to poczciwej, bezimiennej, traktowanej często z głupia frant kozie. Miało też to sympatyczne zwierzą swój udział w historii białostockiej ortografii. 

  W pierwszych dniach czerwca 1925 roku zrobiło się nadzwyczaj ciepło. Białostoczanie gremialnie wybrali się nad Supraśl, do Jurowiec. Jakież było ich zdziwienie, któremu towarzyszyły gromkie śmiechy, gdy na łączce, na której poprzednimi laty beztrosko wylegiwali się. zastali tablicę z takim oto napisem: "Surowo wzbroniono Spacery gry u piłke nożne tłuczenie zboża a także pasenie Kuz i Kruw i Kumpiele. Winni będą Karani Sądem".  Żartownisie powiadali, że pisała to jakaś koza z Wasilkowa, mrucząc pod nosem: a raz kozie śmierć.


Andrzej Lechowski 

Translate