src='https://image.weben1.com/b/13509/09dbfa3b-9f1f-4391-88a2-346f1ca94912.jpeg'/>
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dojlidy, Marczuk, Biała - kąpieliska w Białymstoku


    "Stryjeczny brat opowiadał, że widział, jak Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży w Dojlidach w oczko, a przed nimi stała butelka wódki firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka "- wspomina Jerzy Koszewski.
  
   Wiadomo powszechnie, że Białystok leży nad rzeką Białą i nawet zawdzięcza jej swoją nazwę, tudzież legendę z księciem litewskim Giedyminem w roli głównej.
  W rodzinie państwa Kaczorowskich przetrwała opowieść, jak to prezydent Ryszard przywiózł do grodu rodzinnego dorodne córy: Jagodę i Alę. Urodziły się obie w Londynie, znały Białystok jedynie z opowieści swego ojca. Utrudzone spacerowaniem pewnie chciały odpocząć nad rzeką, która - jak wynikało z owych gawęd tatusiowych - niemal dorównywała sławie Wiśle, nie mówiąc już o Tamizie. Zaskoczenie było okrutne, bo jak to możliwe, by takie duże miasto leżało nad rzeczką, którą rozpędzony jeleń mógłby przeskoczyć. To może dlatego jeleń był pierwszym znakiem herbowym naszego miasta?
  Żarty na bok, Białka potrafiła czynić wcale groźne powodzie, przyciągnęła ku sobie elektrownię i mnóstwo fabryk włókienniczych, nad nią wyznawcy mojżeszowi stawiali szałasy, a był także mostek upodobany przez białostoczanki nieszczęśliwie zakochane lub uwiedzione i porzucone. Z notatek prasowych wynika, że rzucały się co jakiś czas z owego mostku do Białki, ale czy skutecznie, to już nie jest takie pewne.
  

Dodam jeszcze, że naszej rzeczułce towarzyszyły w centrum miasta stawy, z tego największego (tu obecnie Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki) jeszcze w połowie XIX stulecia miasto czerpało dochody poprzez wydzierżawianie prawa do łowienia ryb. Mokradła otaczały zamek (pałac), a za Branickich opowiadano w Europie cuda o kanałach parkowych, po których pływały gondole, zaś w jednym z nich o mało nie zakończył życia król August III Sas. Opiewali i urok kaskad oraz fontann.
  Można również przytaczać wspominki o przedwojennych rozkoszach nad czystą odnogą Białej na Białostoczku i o uciechach sobotnio-niedzielnych nad Dolistówką tudzież nad stawami na Marczuku, o pławieniu się chłopaków w gliniankach, a koni za koszarami przy ul. Bema, o kąpielach w Ignatkach zapamiętanych dobrze przez letników żydowskich. Także o zalotach młodych na nadrzecznych łąkach w Jurowcach, wyprawach całymi rodzinami do Supraśla, a i do brzegów Narwi przecież nie było daleko.
  Przez Białystok przepływało kilka strug, oczka wodne były niemal w każdej dzielnicy, moczary sięgały do torów po drugiej stronie dworca.
Dojlidy
  To temat odrębny, podjął go właśnie Jerzy Koszewski, ziomek znany i twórczej natury.
"Moje spotkanie ze stawem w Dojlidach miało miejsce w 1939 roku za sprawą stryjecznego brata Czesława Koszewskiego. Zobaczyłem pomost wiodący w głąb stawu i zapamiętałem idącą po nim szybkim krokiem ładną panią oraz płynącego obok chłopaka z ognistą czupryną. Okazało się, że był to Zenek Borowski, wkrótce mój kolega z domu nr 1 przy ul. Sobieskiego.
  Stryjeczny Czesław opowiadał, że widział, jak sławni aktorzy Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży dojlidzkiej w oczko ("21"), a przed nimi stała butelka wódki renomowanej firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka. Otaczających ich fanów od czasu do czasu prosili: "Więcej powietrza". Czy to prawda?
 
 Za to stryjeczny brat dawcy tej relacji - Zygmunt Koszewski pracował na Dojlidach za okupacji niemieckiej; jego szefem był Oskar Liedke, po wojnie profesor wychowania fizycznego w Liceum Administacyjno-Handlowym w Białymstoku. Pan profesor opowiedział swemu uczniowi Jerzemu Koszewskiemu scenę mrożącą krew w żyłach. Jakowyś kajakarz zanadto zbliżył się do innego kajaka i niechcący uderzył siedzącego w nim wioślarza. Miał pecha, bo poszkodowanym okazał się esesman. Ten narobił krzyku na całą plażę, uznał się za niedoszłą ofiarę zamachu. Śmiertelnie przestraszony wioślarz dopłynął jak mógł najszybciej do brzegu i zbiegł do pobliskiego domku. Niemiec zaś wezwał kamratów gestapowców, ci otoczyli plażę i zaczęli sprawdzać wszystkich, którzy jeszcze tam pozostali.
  Panowie Oskar i Zygmunt wykazali bystrość umysłu, zdołali ukryć ubranie "zamachowca". Zawiedzeni takim obrotem sprawy gestapowcy kazali obu pracownikom stawić się na przesłuchanie w "piętnastce", czyli katowni przy ul. Sienkiewicza 15. Jednak dalszych konsekwencji nie było. Pan Jerzy zachęca, by sprawca tego zdarzenia - jeśli żyje - zechciał się podzielić swymi wrażeniami.
Makabreska
  Przepraszam, teraz nastąpi opowieść Jerzego Koszewskiego z akcentem nieprzyjemnym, więc bardziej wrażliwych upraszam o przerwanie lektury.
  "Latem 1952 roku staw dojlidzki służył do hodowli karpi, ale plażę nawiedzali dzicy miłośnicy kąpieli słonecznych i wodnych. Znalazłem się tam i ja wraz z kolegą szkolnym Romkiem Malinowskim, późniejszym prezesem ZSL i marszałkiem Sejmu. Postanowiliśmy popłynąć na drugi brzeg. Po jakimś czasie Romek zawołał, bym zagruntował, bo on już nie ma sił. Przestraszyłem się, Romek to kawał chłopa i na dokładkę gładko ostrzyżony, a ja ważyłem ledwie ponad 50 kg. Zagruntowałem, dna nie dosięgłem. Romek wnet powtórzył prośbę, a ja znów dna nie wyczułem. Co będzie, jak zacznie tonąć?!
   Na szczęście po przepłynięciu jeszcze paru metrów mogliśmy stanąć na nogach i bezpiecznie podejść do brzegu.
To jednak nie koniec dreszczowca. Na brzegu bowiem, na drewnianej platformie, leżały martwe konie (szczegóły pomijam, bo pewnie nikt nie zrezygnował z dalszej lektury).
  Całą tę operację nadzorował strażnik z flintą. Zdjął ją z ramienia i z groźną miną kazał nam odpłynąć z powrotem. Romek na to: "Strzelaj pan, my nie mamy sił, jesteśmy do cna wyczerpani". Strażnik ulitował się nad nami, wróciliśmy piechotą na plażę. Myślę, że Romek Malinowski miał tylko przejściowy kryzys, bo jednak pływakiem (politycznym) okazał się dobrym.
Dziś plaża na Dojlidach ma wysoki standard, jedynie proponuję wydzielić pod płotem miejsce dla palaczy, bo petów leży dużo, a dym tytoniowy snuje się jak mgła poranna". O czym doniósł Jerzy Koszewski - stary pływak

Adam Czesław Dobroński 

Wielkanoc w wolnym Białymstoku. Brakowało jajek


 Karta świąteczna z około 1910 roku. fot. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

   Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku upłynęła pod znakiem niedostatków. Szczególnie brakowało jajek. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy.

  W 1916 roku, białostoczanie jęczący pod jarzmem niemieckich rekwizycji, mieli całkiem inne problemy. Kombinowano jak tu ominąć okupacyjny "zakaz wypieku placków na rozmaite święta".

  W tym zakazie nie chodziło rzecz jasna o walkę z tradycją, ale o reglamentację mąki. Ta była bardziej potrzebna niż amunicja. Tkwiący na froncie żołnierze czekali na chleb. W Białymstoku policja tropiła więc krążących po mieście handlarzy. Najlepszym tropem wiodącym do nich były służące, które "dla swego państwa" przed zbliżającymi się świętami chciały kupić mąkę. Podobne trudności były też z nabyciem jajek. Tu policja mogła ogłosić śledczy sukces. Oto przed samą Wielkanocą schwytano handlarza, który miał na furze 1000 jaj. Przeznaczone były dla szpitala wojskowego w pałacu Branickich. Wozak jadąc z magazynów przy dworcu, na Lipowej i rynku rozprzedawał białostoczanom militarne jajka po 20 fenigów za sztukę.

  Ale największym utrapieniem w tej walce o godziwe święta było rozporządzenie "Jaśnie Wielmożnego Inspektora Etapowego" wydane 14 lutego 1916 roku. Jaśnie Wielmoża nakazał do 31 marca przynieść na rynek, do kamienicy pod siedemnastką, gdzie mieściło się dowództwo zaopatrzenia armii, wszystkie białostockie garnki. Zapewniano, że nie będzie to rekwizycja tylko skup. Podano nawet cennik. Z niemiecką skrupulatnością oznajmiono, że w "zakres zakupu" wchodzą "kociołki do gotowania i smażenia, kociołki do marmelady i potraw, garnki, brytfanny, formy do pieczenia, kastrole, chłodniki, moździerze, płyty, lichtarze, żelazka do prasowania, kociołki do gotowania bielizny, wanny kąpielowe, samowary itd." Inspektor groził, że po 31 marca przeprowadzane będą w mieście rewizje i jeśli nie daj Bóg u kogoś znajdzie się schowany garnek, to zostanie on zarekwirowany, a jego właściciel napyta sobie biedy. Tak to Keiser planował białostockimi garami i rondlami, przetopionymi na amunicję, wygrać światową wojnę. Ale dlaczego kosztem Wielkanocy? Pan Bóg mu tego nie darował.

  Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku też upłynęła pod znakiem niedostatków. Garnki już były, ale nie było czego do nich włożyć. Szczególnie brakowało jajek. A jakże tu świętować bez kurzych płodów. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy. Gdy taki został ogłoszony, to okazało się, że jest kłopot z dystrybucją. Oburzone miasto dowiedziało się, że "na dworcu Poleskim (obecnie Fabrycznym) czeka na odbiorcę kilkanaście tysięcy jaj przeznaczonych dla miasta". Gdy jakoś uporano się z upłynnieniem tego towaru, to po kilku dniach spadło nowe nieszczęście. Z Warszawy przyszedł kolejny transport. Tym razem było to 102 204 jajek. I znów leżały w wagonach.

   Dramatycznie apelowano "Wydziale Aprowizacyjny zlituj się nad jajami".

W następnych latach jajeczny problem zniknął. Pojawił się natomiast inny. Odwieczną świąteczną zabawą była kultywowana wśród miejscowego ludu gra w wielkanocne jaja. Jej opis za "Kłosami" z 1876 roku przytoczył Artur Gaweł w znakomitej książce "Rok obrzędowy na Podlasiu". Oto reguły tej prostej, ale niegdyś emocjonującej gry. "Grający wyzywają się na bitki, to jest jeden z nich w garść ująwszy pisankę, nosek jej obrócony do góry, ukazuje przeciwnikowi, który weń bije noskiem swojej pisanki; czyje pęknie ten jej piętkę musi nastawić, a gdy i ta się stłucze, wtedy jajko przegrywa i grę dalej nowym prowadzi. W bitki chodzą i starsi, niekiedy tak zawzięcie, iż wprost na targu, u stragana stanąwszy cały kosz pisanek biorąc na podział i tłuką je aż do ostatniej. Nie czynią jednak na chybił trafił, owszem wybierają wpośród jajka najmocniejsze, a moc ich rozpoznają po dźwięku, jaki które z nich wyda postawione storcem na dłoni i trącane to noskiem to znów piętką o zaciśnięte zęby. Trafiają się tak biegli znawcy, iż jednym jajkiem już zawczasu wybranem, całe kopy nieraz zmiatają; a nie brak i oszustów, którzy białko i żółtko z surowego jaka wysączają i woskiem je wewnątrz zalawszy, łapią na tę sztuczkę prostaczków. Figiel to jednak niebezpieczny, bo kiedy się odkryje, to oszust na łbie własnym nieraz doświadcza mocy fałszowania swojej pisanki".

  Ale to, co stało się na Wielkanoc 1927 roku przed białostocką farą dopisało jeszcze jeden rozdzialik do opisu obyczaju miejscowego i annałów tej gry. Oto dowiadujemy się z policyjnych kronik, że "niejaki Jan Kłubowski, lat 50, zamieszkały przy Chmielnej 10 (przebiegała ta ulica za zachodnią pierzeją rynku), nakłonił 12-letniego chłopaka Henryka Waluka do gry w jaja wielkanocne (czyje mocniejsze)". Pewny swego mężczyzna wpadł w furię, gdy smarkacz, trach, bach rozbił mu nosek i piętkę. Tak wielkie emocje targały jegomościem, że nie bacząc, iż to tylko niewinna gra i że jego przeciwnikiem jest dziecko złapał "laskę okutą żelazem i pobił dziecko do krwi, raniąc w głowę". Czy grano oszukanymi jajkami? O tym policyjne śledztwo milczy. Całe zaś zajście podsumowano jednoznacznie: "wstyd ci stary dziadu".

No cóż. Tegoroczna Wielkanoc pozwoli nam spróbować gry mrożonymi jajkami. Jednak przy wyborze przeciwników wystrzegajcie się Państwo jegomości z laskami okutymi żelazem. Alleluja!

Andrzej Lechowski 

Hazard w Białymstoku na Rynku Siennym

  Swego czasu była już w tej rubryce mowa o hazardzie w międzywojennym Białymstoku. Kwitł on na Rynku Siennym, w pobliskich bramach, w popularnych lokalach gastronomicznych, i rzecz jasna w prywatnych mieszkaniach.

Przodowały Chanajki. Karty, kości czy ruletka przyciągały różnych bazarowych straceńców, którzy topili w swoim nałogu wszystkie, często ciężko zarobione pieniądze. Na podwórku przy ul. Surażskiej czy Mazowieckiej stale urzędowali fachowcy od oczka, paska czy kostek. Lepsi goście spotykali się w cukierni Lux na rogu Warszawskiej, gdzie grano w pokera czy chemin de fer.

Jednak najbardziej zagorzali amatorzy hazardowego ryzyka jeździli z Białegostoku do stolicy, gdzie naiwniacko pozwalali ogrywać się miejscowym szulerom i wyrwigroszom.

Szczególnie wiele pokus czyhało na odwiedzających słynny warszawski Kiercelak. Na samym placu targowym, a także pod parkanami i bramami wpadających do niego ulic, działały non stop lotne kasyna. Prosty stolik z numerkami, to było wszystko. Kiedy krupier kierujący grę w numerki zorientował się, że wśród podstawionej publiki znalazł się jakiś, łatwo rozpoznawalny frajer, zaczynał namiętnie namawiać do obstawiania ulubionych cyfr.

  Przybysze z prowincji, w tym także i białostoczanie, łatwo ulegali magii pomnożenia przywiezionych do stolicy złotówek. Kręcący się po Kiercelaku naganiacze potrafili zachęcić do gry w rozrzucane karty prawie każdego, choćby nie miał na to wcale ochoty. Zaraz pojawiała się butelka wódki, a i przyjemna kobitka do boku. Podochocony białostoczanin, który przyjechał nad Wisłę, żeby pomnożyć swój portfel, tracił bardzo szybko wszystko co posiadał. Najpierw oczywiście, zgodnie z taktyką szulerów, wygrał kilka razy nieduże sumki, a później musiał tylko, co i rusz sięgać do kieszeni, aż została ona całkiem pusta. Do spółki z oszustami karcianymi działali na Kiercelaku także doliniarze. W tłoku zaabsorbowanych graczy i gapiów łatwo było dobrać się do cudzego palta czy torby.

Jeśli przegrany frajer, mający o sobie mniemanie rasowego hazardzisty, zaczynał po przegranej głośno protestować i straszyć szulerów policją, do akcji wkraczali silnoręcy pomocnicy, a w ruch szły nawet noże i kastety.

Nałogowi hazardziści z Białegostoku, którym nie odpowiadało brutalne towarzystwo z Kiercelaka, szukali dla siebie spokojniejszych miejsc. W latach trzydziestych można było je znaleźć w Warszawie zwłaszcza przy ul. Chmielnej i Nowogródzkiej. Działały tam bez przerwy potajemne domy gry dla lepszych gości. Oto dosyć obszerny cytat na ich temat z artykułu zamieszczonego w jednej ze stołecznych gazet.

   "Po cichu, na ucho, szepcą sobie zwolennicy hazardu, adresy domów gry. Luksusowe urządzenia, marmurowe stoły. Przy ul. Chmielnej wchodzimy w bramę i przez podwórze w poprzeczną sień. Na drugim piętrze mieści się świątynia hazardu. Przybita na drzwiach tabliczka oznajmia: "Biuro handlowo-komisowe". Dwa pokoje z kuchnią, przerobioną na trzeci. Urządzenia biurowe. W największym pokoju stół konferencyjny przykryty zielonym suknem. Miękkie fotele otaczają niskie stoliki. W oknach rolety. W dzień w biurze nie ma nikogo. Ożywa wieczorem. Ruleta, poker, chemin de fer, bakarat..."

Ale przecież nie wszystkich zamiłowanych hazardzistów z naszego miasta stać było na warszawskie fanaberie. Musieli zadawalać się produkcją miejscowych kombinatorów od trzech kart czy kubków. W Białymstoku specjaliści od tych trefnych gier panoszyli się w pierwszej połowie lat trzydziestych na ul. Lipowej i Sienkiewicza. Pod przykrywką i pozwoleniem na prowadzenie gier zręcznościowych dla młodzieży, rozkładali oni tam swoje parasole i prowadzili szulerkę dla dorosłych.

Najpopularniejszą grą u parasolarzy były kości. Wystarczyła plansza z numerami od 3 do 18, kubek i trzy kostki do gry. Gracze obstawiali wybrane numery. Bankier wyrzucał kostki z kubełka na stół, szczęśliwie obstawiający cieszyli się z wygranej. Kiedy stawki stawały się coraz wyższe, szuler sięgał po komplet fałszywych kostek, i już nikt nie wygrywał, oczywiście oprócz niego.

W 1937 roku, w samą wigilię, swój szulerski stolik rozłożył pod Ratuszem Józef Koziński. Próbował coś ugrać na święta. Ugrał - trzy miesiące więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Translate