Postaw mi kawę na buycoffee.to

Prostytucja w mieście. Brutalni sutenerzy wykorzystywali młode dziewczyny

   W chanajkowskich spelunkach i na ulicach w śródmieściu Białegostoku błąkały się panienki, o których mówiono, że są lekkich obyczajów. Jednak życie ich wcale nie było lekkie. Wisiały nad nimi łapy brutalnych sutenerów. I rodzina.

  Wiosną 1939 roku do władz prokuratorskich Białegostoku zgłosiła się 22-letnia Sara Robotnik, młoda mężatka z ul. Brukowej. Prowadziła ona tam skromny lokalik herbaciany. Ale tak, jak wszędzie wokół można było w nim zaopatrzyć się w mocniejsze trunki wraz z przyzwoitą zakąską. W razie potrzeby pojawiały się też panienki ochocze do beztroskiej zabawy.

  Interesem w zasadzie kierowała teściowa Ruchla Robotnik wraz z synem Berem. Sara była nie tylko od podawania napitków i sprzątania. Gdy pewnego razu podpity kolejarz po wypłacie zażyczył sobie sam na sam z miłą kelnerką, teściowa zażądała od synowej, aby ta umiliła czas hojnemu gościowi. Poparł ją w tym pięścią wredny mężulek. Sara odmówiła. Została za to jeszcze bardziej pobita. Uciekła do rodziców i za ich radą udała się do prokuratora ze skargą swoich prześladowców - rajfurów.

  O terrorze sutenerów wobec podporządkowanych im prostytutek pisałem już onegdaj. Młode dziewczyny, najczęściej z prowincji, przybyła do Białegostoku z nadzieją na poprawienie swojego mizernego bytu, wpadały niemal natychmiast w miejska pułapkę. Ogarniała je chanajkowska pajęczyna bezlitosnych alfonsów. 

  Jejne Winograd, Szmul Trebel, Hersz Juchnicki to tylko niektórzy z tych, którzy w latach 30. minionego wieku siłą i gwałtem zmuszali kobiety do nierządu. Jedno im jednak trzeba chyba oddać - zarobek uzyskany przez lekką panienkę dzielili po połowie. Owa połówka była niekiedy całkiem spora, częściej jednak nie wystarczała nawet na podstawowe potrzeby.

  Tej połówkowej zasady nie przestrzegała wcale para sutenerów z ul. Brukowej - Fajga i Mendel Garberowie. W latach 30. trzymali oni na rogu ul. Brukowej i Krakowskiej kiosk z wodą sodową. Po kryjomu oczywiście handlowali wódką i kradzionymi papierosami.

Panienki przez nich przygarniane, niby z dobrego serca, nie tylko miały oddawać połowę swoich, zarobionych z trudem pieniędzy, ale też osobno płacić komorne w lichym drewniaku, a także dawać na koszmarne jedzenie przygotowywane przez panią domu.

W końcu dziewczęta zbuntowały się. Zofia Chudzińska i Franciszka Getlibówna poszły na IV komisariat. Opowiedziały o swojej gehennie do policyjnego protokoła. Choć zastraszone przez Mendla Garbera nie wyparły się swoich słów w obliczu sędziów. Sąd Okręgowy skazał parę rajfurów z ul. Brukowej na dwa lata więzienia.

  Panienki lekkich obyczajów miały w dawnym Białymstoku swoją jakby nie mówić, bezpieczniejszą przystań. Była to Komisja sanitarno-obyczajowa, mieszcząca się przy ul. św. Rocha. Obok znajdował się szpitalik chorób wenerycznych. Trafiały tutaj dobrowolnie albo przymusowo dziewczyny doświadczone przez brudną ulicę. Czy to pomogło? Raczej rzadko!

  Dramaty, wynikające z bezwzględnego traktowania przez wymuszonych opiekunów, pretensje rodzinki do ulicznych zarobków, wreszcie beznadzieja codziennej egzystencji, to wszystko razem popychało nawet do rozpaczliwego kroku - samobójstwa.

   Zdesperowane gejsze, jak lubiła nazywać prostytutki prasa białostocka, sięgały zwykle po jakikolwiek preparat o trującym działaniu. W 1933 roku 20-letnia Helena Szadurska z ul. Wąskiej, notowana w rejestrze urzędu sanitarno-obyczajowego, podjęła próbę samobójczą w swoim mieszkaniu, łykając większą ilość tabletek nasennych. Znalazła ją koleżanka po fachu. Przybyło zaraz pogotowie "Linnas Hacedek" i ofiara trafiła do szpitala żydowskiego.

  Tam również w 1935 roku przewieziono Marię Sienkiewiczównę, bez stałego miejsca zamieszkania, która próbowała struć się jodyną w herbaciarni Dwojry Rozenberg przy ul. Sosnowej 3. Po płukaniu żołądka jej życiu przestało zagrażać niebezpieczeństwo. Z kolei, kiedy w 1936 roku do tegoż szpitala żydowskiego trafiła Czesława Masalska z ul. Marmurowej, nic lekarze nie mogli już pomóc. Kobieta wypiła większą ilość esencji octowej. Zmarła nie odzyskawszy przytomności. Miała 23 lata.


Włodzimierz Jarmolik

Szajka włamywaczy sklepowych na łowach

 

  W połowie lat dwudziestych ubiegłego wieku zawiązała się w Białymstoku szajka włamywaczy sklepowych. Jej organizatorem i mózgiem był Antoni Ejsmont, doświadczony złodziej jeszcze z carskim stażem. Ejsmont łatwo znalazł chętnych do przestępczego działania. Tego materiału w zaułkach Chanajek, Piasków czy Wygody było pod dostatkiem. Banda wprost szalała po mieście. Nie było na nią siły.

  Szczególnie upodobali złodzieje sklepy kolonialne z luksusowymi towarami galanteryjnymi i wyborową żywnością. Takie towary pojawiały się zazwyczaj przed świętami.

  Antoni Ejsmont zorganizował też skuteczną sieć dystrybucyjną zdobywanego łupu. Na jej czele stały dwie siostry Antoniego - Aniela i Stefania. Skradzione przez brata i jego ferajnę przedmioty umiejętnie rozprowadzały wśród znajomych lub dyskretnie sprzedawały chłopom przybyłym na Sienny Rynek z płodami rolnymi i hodowlaną zwierzyną.

  Choć szajka Ejsmonta miała sporego farta, jednak doszło do kilku wpadek. Osobą głównego złodzieja zainteresowała się Ekspozytura Urzędu Śledczego. Ten nie czekał rzecz jasna na aresztowanie.

  Zwyczajem rasowych włamywaczy udał się na gościnne występy po Podlasiu. Gdzie tylko nie był. W Knyszynie okradł sklep Kooperatywy Rolnej, z kolei w Bielsku Podlaskim opróżnił sklep Enocha Częstochowskiego z co cenniejszych artykułów, takich jak czekolada czy herbata. Z łupem zawsze wracał po kryjomu do Białegostoku, gdzie miał swoje rodzinne paserki.

Na początku 1928 roku Antoni Ejsmont, wprawny specjalista od sklepów i magazynów uległ namowom swoich kompanów i przerzucił się na rabowanie mieszkań. Ale już pierwszy skok na lokum doktora Mieczysława Gruszkiewicza przy ul. Warszawskiej okazał się fatalny. Spłoszeni złodzieje nie tylko musieli pozostawić skradzione klamoty, ale jeden z nich, znany włamywacz białostocki - Piotr Łobaczew trafił w ręce władz policyjnych. Trzymał się jednak dzielnie i nie wydał żadnego ze wspólników. Tylko dlatego Antoni Ejsmont wywinął się od kary.

  Do połowy lat trzydziestych szczęście dopisywało złodziejaszkowi. Policja w żaden sposób nie mogła go schwytać na gorącym uczynku. Wpadł dopiero w 1934 roku.

  Tropiący go wywiadowca z Wydziału Śledczego przeprowadził u niego znienacka rewizję osobistą. Trafił bardzo dobrze. W kieszeni znalazł kilka sztuk biżuterii należących jeszcze niedawno do pewnej obywatelki z ul. Alta.

  Ejsmont został aresztowany i stanął przed Sądem Grodzkim. Tłumaczył się, że zarekwirowane pierścionki i obrączki wygrał w karty od nieznajomego osobnika. Został uniewiniony.

  Ale apelacja prokuratorska do Sądu Okręgowego okazała się skuteczna. Wlepił on Ejsmontowi dwa lata więzienia. Skazanego trzeba było jednak dopiero odszukać, ponieważ spodziewając się sporego wyroku po prostu nie zgłosił się na rozprawę.

  Trzy lata policja uganiała się za sprytnym włamywaczem. A ten wcale nie zamierzał zakończyć swego procederu. Dalej okradał sklepy i mieszkania, a jego rodzinka - siostry, szwagier, a nawet młodziutka siostrzenica, pozbywała się po cichu trefnego towaru.

  Żeby zmniejszyć ryzyko wpadki Ejsmont zmienił swój wygląd i zdobył fałszywe dokumenty. Jednak jego czas dobiegał końca.W listopadzie 1937 roku, po serii włamań mieszkaniowych w całym Białymstoku, policja nie odpuściła. Przeprowadziła gruntowną obławę we wszystkich zakamarkach Chanajek. W melinie ul. Brukowej zatrzymała ona jegomościa odzianego z chłopska. Okazał się nim Antoni Ejsmont.

Sędzia prowadzący śledztwo dowiódł mu udział w ostatnich kradzieżach w mieście. Przyparty do muru złodziejaszek zaczął w końcu mówić. Przyznał się do winy, wskazał schowki z kradzionymi fantami w domach swojej rodziny.

  Ostatecznie wszechstronna i owocna działalność Antoniego Ejsmonta doczekała się właściwego uznania. Został skazany na trzy lata pobytu za kratkami i miał pokryć znaczne opłaty sądowe. Jego pomagierzy też nie pozostali bez kary, były to kilkumiesięczne wyroki i spore grzywny.


Włodzimierz Jarmolik

Kościół św. Rocha. Złodzieje okradali wiernych

   To była bardzo dobrana parka. Siostra i brat, Mina i Milek Wintermanowie. W 1936 roku ona miała lat szesnaście, a on tylko dwanaście. Wychowała ich ulica Piesza na Chanajkach. Kradli przeważnie w kościele św. Rocha, z kieszeni wiernych.

  Kościół parafialny pod wezwaniem św. Rocha bardzo chętnie odwiedzali międzywojenni złodzieje. Zarówno miejscowi, jak i przyjezdni. Pod koniec września 1922 roku weszła do niego młoda kobieta i zatrzymała się przed ołtarzem Matki Boskiej Częstochowskiej. Wokół nie było nikogo. Wzięła więc pręt przeznaczony do gaszenia świec i zaczęła nim zdejmować wota wiszące koło ołtarza. Zobaczył to jednak szklarz, który wymieniał właśnie szybę w jednej z bocznych naw. Zszedł z drabiny i zatrzymał złodziejkę. Na komisariacie okazało się, że nosi ona nazwisko Nowak i przyjechała na gościnne występy aż z Sosnowca.

  Było wielu złodziei, którzy tak samo jak i dzisiaj nie obawiali się zbytnio gniewu Bożego i często szukali łupu w religijnych przybytkach. Byli tacy, co wręcz specjalizowali się w obrabianiu kościołów, cerkwi czy synagog.

  Na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku należał do nich poznaniak Józef Dakowski. Jego występy kościelne znała cała Polska. Na początku 1923 roku zawitał on również do Białegostoku. Oto relacja z tego pobytu zamieszczona w lokalnej prasie: "W nocy z 25 na 26 stycznia dokonano w kościele parafialnym kradzieży za pomocą podrobionego klucza do drzwi zakrystii. Niewiadomy świętokradca wtargnął do świątyni i zabrał z cyberium szczerozłoty kielich (z którego wysypał komunikanty) oraz parę innych cennych przedmiotów, łącznej wartości 2 miliony marek".

  Ekspozytura Urzędu Śledczego szybko schwytała bezczelnego złodziejaszka. Okazał się nim oczywiście Dakowski. Być może policji pomogły informacje z miejscowego światka przestępczego, który nie pragnął mieć na swoim terenie obcych rzezimieszków.

  Jesienią 1926 roku kościół św. Rocha znowu odwiedził bezbożny złodziejaszek. Tym razem nie był to jednak doświadczony klawisznik, ale zwykły włamywacz, któremu wystarczył łom, żeby wyrwać z zawiasów drzwi do zakrystii. Łupem złodzieja padły liczne wota z bocznych ołtarzy. Były to m. in. złote obrączki i, kolczyki, sznury korali czy złoty zegarek.

  Policja znowu miała robotę. Poszukiwania przestępcy trwały raptem dziesięć dni. Okazał się nim młodzieniec o nazwisku Władysław Prago, pochodzący z pobliskiego Grodna, który zapragnął odwiedzić, niebezinteresownie, stolicę województwa. Wkrótce za swój występek skazany został przez białostocki sąd pokoju na pół roku więzienia.

  Zbyt łagodny wyrok wydany na Prago nie usatysfakcjonował prokuratora. Wniósł natychmiast apelację do Sądu Okręgowego. Dowodził, że winowajca już trzy razy wcześniej popełnił podobne przestępstwo. Poza tym nie jest to jakiś zwykły, biedny wieśniak, kradnący dla przeżycia, ale całkiem dobrze wykształcony synalek z mieszczańskiej rodziny. Wiosną 1927 roku Sąd Okręgowy uznał racje prokuratora i podwyższył wyrok do dwóch lat.

  Ktoś może odnieść wrażenie, że białostocki kościół parafialny odwiedzali tylko złodzieje zamiejscowi. Rzeczywiście tak były częste. Podobnie jak specjaliści od dewocjonaliów wyprawiali się do Brześcia, Grodna czy Łomży. Ci ostatni potrafili jednak też popracować u siebie. Lepiej przygotowywali robotę, stąd też rzadziej wpadali.

  Oto jeden z przykładów na działalność miejscowych świętokradców. W roku 1928 z kościoła św. Rocha zginęła skarbonka z zawartością około 300 zł. Wywiad w miejscowym światku przestępczym nic nie dał. Nawet najbardziej pracowici donosiciele nie puszczali pary z gęby. Bardziej bali się swoich kolesiów niż policyjnej niełaski. I tak autor skoku na zasobną skarbonkę nie został odkryty.

Jeszcze częściej niż kościół św. Rocha okradane były białostockie synagogi. Tutaj też działali specjaliści spoza miasta.


Włodzimierz Jarmolik

Translate