Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zawód pilot. Do tego trzeba mieć powołanie

   Mój brat był pilotem. Zawsze był ryzykantem. Miał niesamowitą fantazję. Od najmłodszych lat chciał latać. I to marzenie się spełniło. Został pilotem. Latał na loty zwiadowcze nad Danią, Niemcami - opowiada o Januszu Rybołowiczu jego brat Hieronim.

  Był najstarszy z nas, urodził się w 1942 r. Mieszkaliśmy w Dojlidach Górnych. Wtedy to była jeszcze wieś pod Białymstokiem. Mieliśmy blisko na Krywlany, więc Janusz bardzo często tam przebywał, by obserwować skoki spadochroniarzy i loty szybowników. Ciągnęło go do lotów. Bywało wstawał o czwartej rano, wsiadał na rower i jechał na lotnisko. On wręcz żył w chmurach. Nie mówił o niczym innym jak tylko o lataniu - podkreśla Hieronim Rybołowicz.

  Ta pasja przerodziła się w gorliwą naukę. Wkrótce to jego loty podziwiali koledzy ze szkoły. Janusz postanowił zostać lotnikiem. I dopiął swego. Przeszedł szkolenie podstawowe spadochronowe i szybowcowe. Po maturze w Technikum Wodno-Melioracyjnym złożył podanie do OSL w Dęblinie, Szkoły Podchorążych Lotnictwa, popularnej Szkoły Orląt. Zaliczył LPW (Lotnicze Przysposobienie Wojskowe) 1. i 2. stopnia na szybowcach i samolotach.

  W 1962 r. zostaje przyjęty do OSL i zakłada wymarzony mundur podchorążego lotnictwa. Zachowała się kartka pocztowa z 8 października 1962 r. Wysłana z Przasnysza - pokazuje Hieronim Rybołowicz. "Kochani Rodzice. Z przepustki wróciłem szczęśliwie. Nikt nie wiedział o tym, że się spóźniłem. Teraz dużo latamy. Jutro chyba polecę samodzielnie kręcić akrobację. Kupcie Skrzydlatą Polskę z tego tygodnia. Jest tam coś ciekawego. Przesyłam pozdrowienia całej rodzinie".

  Naukę kończy w 1965 roku i wiąże się z lotnictwem na stałe, rozpoczyna zawodową karierę oficera - pilota.

Pełnił służbę na lotniskach Orneta, Sochaczew, Modlin, Goleniów. Wykonywał z Goleniowa m.in. loty zwiadowcze nad kraje należące do NATO, latał nad Danią, Niemcami.

  Rzadko przyjeżdżał do domu, gdzieś tak raz na pół roku. Nie miał czasu, rozumieliśmy to. Ale jak już się pojawiał, to było święto, szczególnie się cieszyła mama, był jej oczkiem w głowie. Opowiadał o swoich lotach, podziwialiśmy go, byliśmy z niego bardzo dumni. Miał wszystkie odznaczenia spadochroniarskie, szybowcowe, taki prawdziwy lotnik, z powołania.

  Janusz kilkakrotnie odwiedzał swoje rodzinne strony w dość nietypowy sposób. Łamiąc przepisy lotnicze i dyscyplinę wojskową, pojawiał się niespodziewanie samolotem odrzutowym na małej wysokości nad swoim domem - wspomina Mirosław Nikiciuk w Biuletynie Klubu Seniorów.

  Mieszkał w Goleniowie, ale z dawnymi kolegami utrzymywał ścisłe kontakty. W 1985 r. na pokazach lotniczych z okazji Święta Lotnictwa, zorganizowanych na Krywlanach przez Aeroklub Białostocki, wziął udział jako wychowanek w efektownym popisie akrobacji na myśliwskim odrzutowcu.

  Karierę przerywa nagły wypadek. Pod koniec lat 80. podczas lotu na samolocie MiG-21 zdarzyła się awaria silnika. Jak pisze Mirosław Nikiciuk, Janusz Rybołowicz otrzymał rozkaz opuszczenia samolotu i użycia katapulty. Przy katapultowaniu się postąpił niezgodnie z obowiązującą instrukcją dla tego typu samolotu - dostał poważnych urazów fizycznych - przez dwa lata był zawieszony w lotach, potem został przeniesiony do rezerwy i otrzymał rentę.

  Niestety choroba nie pozwoliła mu cieszyć się spokojnym życiem. Miał raka płuc. Zmarł 16 stycznia 2008 r.

- Do końca jednak trzymał się bardzo dzielnie. Nie załamał się. Zadziwiał mnie - wspomina Hieronim Rybołowicz. - Byłem parę dni przed śmiercią u niego, bardzo źle się czuł, jego żona zadzwoniła po pogotowie. Przyjechał lekarz, popatrzył i powiedział: Jemu szpital niepotrzebny, jemu potrzebne ostatnie namaszczenie olejami świętymi. Przy nim! A na to Janusz odpowiedział: Olej to ja mam w lodówce. Wiedział, że nie wyjdzie z choroby, był tego świadom, a mimo to, to on nas podtrzymywał na duchu. 

Alicja Zielińska

Garbarskie losy rodziny Szóstko

  U góry od lewej: Jestem z rodzicami i  kuzynką Helą Janowicz. Z tyłu za naszym domem koszary 42 pułku piechoty; Przy Smolnej. Od lewej Marian Balcerzak i mój tata. Siedzą od prawej mama, Karolina Balcerzak i sąsiadka; 1937 r. mam półtora roku; A tak wygląda dziś mój dom rodzinny przy ul. Kapralskiej. U dołu od lewej: 1943. Ja z tatą (od lewej) i Aleksander Oracz z synem Czesławem; 1934 r. Moi rodzice Lidia i Jan na ul. Sienkiewicza; Fabryka Wstążek przy ul. Sienkiewicza (róg Wiśniowej). Od lewej w drugim rzędzie ja z mamą; Białostockie Zakłady Garbarskie, 1936 r. Dyrektor Becker z pracownikami. W drugim rzędzie z prawej (w białej koszuli) mój ojciec Jan Szóstko, obok wyżej jego kolega Aleksander Oracz. Jest tu też moja ciocia Klara.

  U góry od lewej: Jestem z rodzicami i kuzynką Helą Janowicz. Z tyłu za naszym domem koszary 42 pułku piechoty; Przy Smolnej. Od lewej Marian Balcerzak i mój tata. Siedzą od prawej mama, Karolina Balcerzak i sąsiadka; 1937 r. mam półtora roku; A tak wygląda dziś mój dom rodzinny przy ul. Kapralskiej. U dołu od lewej: 1943. Ja z tatą (od lewej) i Aleksander Oracz z synem Czesławem; 1934 r. Moi rodzice Lidia i Jan na ul. Sienkiewicza; Fabryka Wstążek przy ul. Sienkiewicza (róg Wiśniowej). Od lewej w drugim rzędzie ja z mamą; Białostockie Zakłady Garbarskie, 1936 r. Dyrektor Becker z pracownikami. W drugim rzędzie z prawej (w białej koszuli) mój ojciec Jan Szóstko, obok wyżej jego kolega Aleksander Oracz. Jest tu też moja ciocia Klara.

  Wspomnienia rodzinne pan Jerzy zaczyna od dziadka. Wojciech Szóstko od wczesnych lat młodzieńczych pracował jako konserwator w koszarach carskich na Wygodzie. Przez pięć lat udawał głuchoniemego, żeby mieć informacje o planowanych akcjach wobec powstańców. W domu również nie rozmawiał, porozumiewał się tylko na migi, żeby nie wyjść z wprawy. W koszarach zawsze było coś do naprawy, więc przebywał również podczas narad sztabu. Kiedy ktoś zwracał uwagę, żeby nie mówić przy nim, machano ręką, że przecież on nic nie słyszy. - Może dlatego po latach znaleźli poszlaki i całą rodzinę wywieźli do Rosji - mówi Jerzy Szóstko. - Mój tata miał wówczas 13 lat. Ale był 1916 r., w Rosji zaczęły się rozruchy i rodzina nie dojechała na Sybir, tylko pozostała na Ukrainie. W 1920 r. armia polska pod dowództwem marszałka Józefa Piłsudskiego zajęła te tereny i dziadek z rodziną powrócił do Białegostoku. W 1923 r. tata za namową swego szwagra Jana Janowicza, który z zawodu był garbarzem, zaczął pracę w garbarni, która znajdowała się przy ul. Wąskiej 15. I tak tata związał swoje życie z garbarnią.

  W 1925 r. ożenił się z moją mamą. Mama pracowała w Fabryce Wstążek przy ulicy Sienkiewicza, róg Wiśniowej, dzisiaj jest tam dom dla bezdomnych. Wspólnymi siłami rodzice kupili plac i postawili dom przy ul. Kapralskiej. Dzisiaj jest to mój dom rodzinny.

  W garbarni tata przechodził różne koleje losu. W okresie międzywojennym wraz z innymi robotnikami brał czynny udział w akcjach strajkowych organizowanych przez związek garbarzy. Garbarz był bardzo cenionym zawodem, robotnicy dobrze zarabiali, ale stale musieli walczyć o swoje prawa. Pamiętam, pensję płacono w soboty, zawsze wtedy z mamą szliśmy do sklepu ze słodyczami na rogu Sienkiewicza i Jagienki po jakieś łakocie.

  Tata dobrze wspominał kierownictwo garbarni. Dyrektorem był Niemiec Becker, z pochodzenia Żyd, od lat mieszkał w Białymstoku. Dbał bardzo o robotników, jak coś się stało, zawsze służył pomocą. Kiedy poparzyłem się gorącą herbatą, to mama od razu pobiegła do garbarni i Becker sam zawiózł mnie do lekarza.

  Po 17 września 1939 r. Niemcy odstąpili Białystok Rosjanom. Sowieci objęli kierownictwo garbarni. Tata znał świetnie rosyjski, bo chodził do szkoły rosyjskiej. Wezwał go oficer: Iwan, (bo tata miał na imię Jan) ty roboczij, tak budiesz dyrektor. I w ten sposób tatę zrobiono dyrektorem. Ale na stanowisku wytrzymał tylko rok. Do domu wracał stale na rauszu, wszystkie narady kończyły się libacją. Mama miał dosyć, bała się, że mąż zostanie nałogowym alkoholikiem. Tata więc zaczął symulować chorobę i jakoś udało mu się wykręcić z tej dyrektorskiej posady.

  W czasie okupacji garbarze wspierali ruch oporu, tata to zawsze mocno podkreślał. W garbarni pracowało dwóch Bawarczyków. Jak weszli Niemcy, to zawołali tatę: słuchaj, nam pieniądze są potrzebne, wam też, nie obchodzi nas, jak je wykorzystacie, robimy produkcję i dzielimy się na pół. I byli uczciwi. Pieniądze przekazywano dla podziemia AK, na wykup osób z aresztu czy przeznaczonych na wywózkę do obozów.

  W 1944 r. jak Niemcy wycofywali się z Białegostoku, to zniszczyli zakłady, podpalili. Po wyzwoleniu dawni pracownicy sami przyszli do garbarni i zaczęli odbudowywać zakład. W Gazecie Białostockiej z lat 60. Anna Zarembina tak pisała: "Zaczęli od ogrodzenia placu. Węcławski, Klepacki, Gwoździk, Suchodolski przynosili przęsła i słupy, prostowali spalone gwoździe, związywali płot drutem. Gdzieś pod betonowym stropem ocalał bęben do naciągania skór. Szóstko wynalazł gdzieś śruby, przytaskano skądś motor, Ryszard Kulisiewicz uszył ze skóry pas transmisyjny. Na pierwszych kierowników wybrano Pawła Borowskiego, Wodzimierza Klepackiego i Wacława Wasiluka. Majstrami zostali Aleksander Oracz, Józef Sienkiewicz, Adam Adachowski. Już we wrześniu zaczęli produkować pierwsze skóry. A skóry miały wtedy wysoką cenę".

 - Przez jakiś czas tata z dwoma kolegami, Józefem Bałdyszem i Szrotem sami robili skóry u państwa Bałdyszów. Trwało to rok - opowiada Jerzy Szóstko. - Kiedy garbarnia wznowiła produkcję, cofnięto im pozwolenie. Ale nie byliby fachowcami, gdyby nie wykorzystali swoich umiejętności, przenieśli się do Ciasnego i tam w tej samej beczce wytwarzali skóry na lewo. Niestety nie za długo, bo miejscowi gospodarze pędzili bimber, zaczęły się nagonki milicji, i musieli zwinąć interes. Po wojnie garbarnia jak cały przemysł została upaństwowiona i odtąd były to już Białostockie Zakłady Przemysłu Garbarskiego. Tata pracował tam do 1967 r., w sumie 42 lata.

   W garbarni była zatrudniona również moja siostra cioteczna Jadzia Janowicz, była księgową oraz kuzyn taty Stasio Szóstko z Wasilkowa. I na koniec jeszcze jeden rodzinny wątek garbarski. Mój ojciec chrzestny Józef Balcerzak był mistrzem garbarskim. Podczas okupacji niemieckiej mieszkał w Warszawie i z synem Marianem należał do AK. Po wpadce obaj zostali wywiezieni do obozu w Auschwitz. Marian dostał wyrok śmierci, miał być stracony. Ale ojciec wyprosił u komendanta obozu, żeby jego zabili za syna. Komendant wyraził zgodę. I dzięki ojcu Marian Balcerzak został przy życiu.

Alicja Zielińska

Kelnerki - prostytutki w kawiarence przy Mazowieckiej

 

  Gwarny i tłoczny plac targowy oraz miła i przytulna kawiarenka - to dwa szczególnie ulubione miejsca przedwojennych białostockich złodziejaszków, oszustów, sutenerów i awanturników.

  Na rynku przy ul. Mazowieckiej, tuż obok hali targowej istniał prawdziwy Kercelak warszawski. Jakich tam nie spotykano typów i czego tam nie sprzedawano i nie kupowano!

  Na przykład zubożały ziemianin oferował swoje medale, zdobyte w obronie ojczyzny. Jakiś emeryt wyniósł na sprzedaż miedziane rondle. Obok nich tęga paniusia szukała nabywcy na swój sfatygowany żakiet. Zaś nerwowy jegomość próbował opchnąć zdarte już dobrze buty konduktorki.

  Oczywiście między tą całą publicznością uwijali się złodziejaszkowie i osobnicy o dosyć mętnym wyglądzie. U nich można było kupić zegarki, zapalniczki, sztuki materiału, a w razie potrzeby całkiem znośne palta czy marynarki.

  Na białostockim Kercelaku spotykała się cała chanajkowska bieda, no i przestępcy. Można było ujrzeć człowieka, który dla ratowania głodującej rodziny, zdejmował na mrozie paltot i sprzedawał go za 3 zł. Nędznie odziana panienka handlowała książkami, po 15 - 20 groszy za sztukę.

  Rzecz jasna nie uświadczyło się tutaj raczej głównych białostockich macherów od kradzieży i przekrętów, ale bywali ich pomniejsi pomagierzy. Trzeba było trzymać rękę na pulsie. Nawet biedny rynek mógł przyjąć kradziony towar.

  Kiedy ktoś przypadkiem zaszedł do którejś z białostockich kawiarenek, mógł zobaczyć taki widok: na ladzie dwie cytryny, dwa śledzie, kilka kwaszonych ogórków i parę plasterków kiełbasy. W lokalu pustawo. Jak właściciel takiego interesu mógł wiązać koniec z końcem?

  To pytanie wcale na miejscu. Z czego właściwie żyli owi kawiarniani handlowcy? Przecież musieli płacić podatki, uiszczać komorne za lokal, światło, gaz? Gdy przyjrzał się im przedwojenny dziennikarz, stwierdził, że na pewno nie głodują. Każdy z nich bowiem wyglądał solidnie, niektórzy nawet ze sporymi brzuchami. A i personel takiej kawiarenki nie przypominał wychudzonych szkieletów.

Chanajki: Kelnerka i prostytutka to jedno

  Tymczasem wiele z owych niepozornych kawiarenek było po prostu miejscem handlowania alkoholem z nielegalnego wyszynku. Dochód był z tego duży. Oczywiście musieli dopisywać konsumenci. Ale od czego była ferajna chłopaków, nie tylko z Chanajek, ale i z Piasków, Wygody czy Antoniuka.

  Poza tym atrakcją kawiarenek były też kelnerki, których moralność pozostawiała wiele do życzenia. Były one magnesem dla klienta, zarówno złodzieja, jak też porządnego ojca rodziny, który od czasu do czasu też lubił się zabawić. Jeśli zaś któraś z panienek okazywała się oporna i nie chciała umilić czas hojnemu biesiadnikowi, wylatywała momentalnie na bruk. Na jej miejsce właściciel przyjmował następną Marysię czy Stasię.

  Władze dostrzegały problem w istnieniu owych, podejrzanych przybytków. Wprowadzono nawet przymusowe badanie lekarskie kelnerek.

  Walka z takimi kawiarenkami była niestety trudna. Co pewien czas odbywały się co prawda przed sądem rozprawy za potajemny wyszynk, niekiedy skrzywdzona kelnerka występowała ze skargą przeciwko właścicielowi lokalu o złe traktowanie. Ujawniała przy tym jego machlojki, paserstwo i powiązania z miejscowymi opryszkami, ale to niewiele dawało.

  Chciwość, chęć wzbogacenia się brały górę. Kawiarenki istniały nadal. A i pojawiały się nowe zarówno w śródmieściu, jak i na peryferiach. Bazar też działał nadal. A wszędzie tam można było spotkać typków astralnych, czyli spod ciemnej gwiazdy. 

Włodzimierz Jarmolik

Translate