Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rynek Kościuszki: Ratusz w remoncie

  Decyzja o odbudowie rozebranego przez Sowietów ratusza zapadła w 1952 roku. Rok później zaczęto stawiać ratusz od nowa i już w 1958 roku przeniosła się do niego główna siedziba Muzeum Okręgowego (dziś Podlaskiego). Wcześniej mieściła się w pałacyku gościnnym przy ul. Kilińskiego, a jeszcze wcześniej, bo od 1949 roku w samym Pałacu Branickich.

  Odbudowę ratusza zawdzięczamy Władysławowi Paszkowskiemu, wojewódzkiemu konserwatorowi zabytków. To stare dobre czasy, gdy konserwacja zabytków i muzealnictwo były jednością. Drugim zasłużonym był Stanisław Bukowski, który zaprojektował wnętrza przeznaczone na muzealne ekspozycje. Ogólny kształt architektoniczny nowego ratusza, różniącego się nieco od historycznego pierwowzoru, zaprojektowała Zofia Chojnacka. To dzięki nim Rynek Kościuszki znów miał swój charakterystyczny, utrwalony w pamięci pokoleń, wizerunek.

  Ratusz, który przecież nigdy nie był ratuszem, zawsze znajdował się w centrum uwagi białostoczan. Miasto żywo komentowało wszelkie nowinki z nim związane. Pod koniec 1920 roku do znajdującej się na ratuszowej wieży strażnicy Białostockiej Ochotniczej Straży Ogniowej zaczął przychodzić pewien "nieszkodliwy i cichy wariat". Jego "wariackim pomysłem" było pomalowanie wieży. Zbywany przez strażaków pod byle pretekstem, w styczniu 1921 roku pojawił się z "pismem z Województwa, nakazującym pomalowanie wieży". Niestety annały milczą, na jaki kolor miała według owego osobnika być ona pomalowana. Niemniej wiemy, że pismo zostało potraktowane z całą powagą. Sprawdzono w kancelarii wojewódzkiej czy rzeczywiście sam wojewoda stał się sprzymierzeńcem "cichego wariata". Okazało się, że był to jedynie "żart łobuzerski".

  W 1924 roku ratusz odnowiono. Wyglądał reprezentacyjnie, ale już wkrótce zaczęły się kłopoty właśnie z dachem. Zgodnie z zaleceniem ówczesnego konserwatora zabytków, księdza Piotra Śledziewskiego, z części dachu i z hełmu wież, pokrytych blachą miedzianą, zdarto farbę. Miedź szybko pokryła się zieloną patyną, ta zaś pod wpływem deszczów zabarwiła ściany, tworząc szpecące smugi. W prasie komentowano to łacińską sentencją, wygłoszoną przez Pliniusza Starszego: "nec sutor ultra crepidam". 

  Niebywałe, ale nie tłumaczono tego na język polski, uważając że przeciętny czytelnik i tak wie o co chodzi! W gazecie! Dziś nie do pomyślenia, więc podaję, że znaczy to tyle co: "jeśliś szewc, patrz swojego kopyta". W luźnym rozumieniu odnosi się to do fachowości wykonywanych prac i kompetencji. Aktualne po dziś dzień, tylko nikt już nie zna łaciny, że o Pliniuszu Starszym nie wspomnę.

  W 1921 roku niejeden białostoczanin, spoglądając na ratuszową wieżę, mógł zgodnie z obowiązującym klasycznym wykształceniem mruknąć pod nosem, że tempus fugit, czyli że czas ucieka. Namacalnym tego dowodem było to, że każda strona ratuszowego zegara wskazywała inną godzinę. Utyskiwano, że "we wszystkich miastach według zegaru miejskiego są regulowane zegarki kieszonkowe, omyli się srodze ten, kto zechce uczynić to w Białymstoku".

  15 stycznia 1921 roku "magistrat miasta wojewódzkiego Białegostoku niniejszym ogłosił konkurs na regulację zegara ratuszowego". Jedynym kryterium wygrania była, skąd my to znamy, najniższa cena. Nic przeto dziwnego, że zegar chodził jak chciał, a białostoczanie żartowali, że "w mieście naszem czas idzie według humoru zegarmistrza nastawiającego zegar na ratuszu". Można by nawet dojść do wniosku, że źle chodzący zegar poprawiał samopoczucie. Nie będę już przytaczał stosownych łacińskich sentencji, bo samo życie podpowiadało, że to prawda.

  W lipcu 1922 roku Białystok nawiedziły wielkie ulewy. Przez nieszczelny dach wieży woda zalała cały mechanizm zegara, który zaczął "bardzo niepunktualnie wskazywać godziny". Białostoczanie ze stoickim spokojem i z iście angielskim humorem mówili sobie, że "zegar prawdopodobnie zaziębił się". No cóż, dziś możemy stwierdzić, że dachówka, dobijając sześćdziesiątki, idzie na emeryturę. 


Andrzej Lechowski

Zestaw włamywacza: wytrych, klucz, łom, świder, piłka do metalu

  Podrobiony klucz czy pęk zgrabnych wytrychów to był sposób na otwarcie prawie każdych drzwi. Włamywacze jednak stosowali również inne metody. Nazwijmy je siłowymi. Pomagały w tym łom, świder czy piłka do metalu.

  Zacznijmy od rympała, albo rympałka. Były to łomy ze specjalnie wymodelowanym zakończeniem, które służyły do włamania. Dzięki nim złodzieje podnosili drzwi z zawiasów czy też korzystając z niewielkiej nawet szczeliny wyrywali zamek. Oczywiście następował przy tym nieunikniony hałas. Taka operacja mogła się zatem odbywać tam, gdzie nikt tego nie słyszał. Zwłaszcza nocną porą, w letnio-jesienne urlopy wielu mieszkańców Białegostoku. Dzięki rympałkom włamywacze dobierali się też skutecznie do miejscowych sklepów i innych, handlowych pomieszczeń.

  Wczesną wiosną 1919 roku, kiedy zmrok zapadał już dosyć wcześnie, złodzieje odwiedzili skład sukna Ameliana przy ul. Żydowskiej pod numerem 2. Wywalili bezczelnie frontowe drzwi od ulicy i wynieśli przez nikogo niepokojeni materiałów na ponad 40 tys. marek.

Na początku następnego roku specjaliści od rympała odwiedzili mieszkanie państwa Kosinowiczów na Nowym Świecie. Pora była również nocna. W tym lokalu odnajmował pokój pan Cydzik, komisarz rządu. Stracił on całkiem przyzwoite jeszcze futro, wartości 12 tys. marek, zaś jego sąsiedzi ponieśli również krzywdę w garderobie na kilka tysięcy. Jedyną stratą złodziei był łom i siekiera zgubione podczas ucieczki.

  Opryszki bardzo chętnie przy swoich akcjach korzystali z drzwi kuchennych, od podwórka, gdzie mieli dużo większą łatwość posługiwania się sposobnym rympałem. Tak było w 1921 roku, kiedy to włamali się do magazynu konfekcji damskiej pani Kotkowskiej przy Rynku Kościuszki. Zabrali tyle towaru, że mógł go wywieźć tylko solidny wóz albo dorożka. Po tej ostatniej aferze mocno dostało się w lokalnej prasie komendzie policji. Szczególnie oskarżano posterunkowych o niedbalstwo podczas pełnienia nocnej służby.

  Przygodę z włamywaczami posługującymi się specjalistycznym łomem przeżył też w 1926 roku Aron Buchbinder. Prowadził on sklep ze skórami przy Surażskiej 4. Kiedy przybył do swojego interesu w poniedziałkowy poranek, stwierdził, że ubyło mu towaru na ok. 3 tysiące złotych. No i oczywiście stratę powiększył koszt brutalnie wyłamanych drzwi.

  I jeszcze jedna historia na identyczny temat. W styczniu 1932 roku Władysław Sokołowski po powrocie do domu, a mieszkał przy Szosie Obwodowej, zastał drzwi na oścież otwarte, a po dokładnej penetracji, zauważył brak futra żony, własnych marynarek i spodni, tudzież srebrnego zegarka. Wywiadowcom z Wydziału Śledczego udało się tym razem wytropić sprawców kradzieży. Stanisław Żmudinow dostał rok więzienia, zaś jego paser, 43-letni Jan Bogdan, musiał spędzić w celi trzy miesiące.

  Inny sposób na otwarcie cudzych drzwi dawał bor, czyli świder i piłka do metalu lub drewna, zwana w żargonie złodziejskim bukfelem. Włamywacze wiercili po prostu otwory wokół zamku, a następnie przy pomocy piłki wycinali kawał drewna z drzwiowym zabezpieczeniem i już byli w środku. Ta metoda w światku przestępczym przedwojennego Białegostoku stała się popularna na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego stulecia. Wzór przyszedł z Niemiec, gdzie działali w ten sposób szczególnie kompetentni fachowcy.

"Na świder", jak to określali dziennikarze prowadzący w miejscowych gazetach kroniki kryminalne, swoje mienie na kilka tysięcy złotych stracili m.in. Genia Goltfarb z ul. Polnej, aptekarz Arkin z ul. Sienkiewicza czy Dawid Klementynowski z Żelaznej.

   Policja niekiedy potrafiła ująć złodziei. Tak było zimą 1931 roku, kiedy włamywacze przewiercili się do składu win, wódek i tytoniu Józefa Wojtanowskiego przy ul. Mickiewicza. Byli nimi bracia Jan i Stefan Popławscy. Ten pierwszy zarobił rok odsiadki, ponieważ znaleziono jego odciski palców, drugi, bardziej ostrożny, wywinął się od kary.


Włodzimierz Jarmolik

Ulica Sosnowa

 

  Nie mieszkało tu  dużo zamożnych osób. Zadzwonić można było m.in. do siedziby gminy żydowskiej, do Igły Borysa (sprzedawał cement i wapno), Mojżesza Gutmana - właściciela składu mąki, i spółki Gorosza i Suraskiego, którzy pod numerem 47 mieli fabrykę waty i watoliny.

   Sporo się działo przed wojną na Sosnowej. Pod numerem 1, niedaleko kirkutu, mieścił się budynek, w którym siedzibę miało kilku przedsiębiorców. Dzisiejsza galeria?

Nr 1 Estera Zabłudowska - obuwie , Nr 2 Chaja Pakciarz - sprzedaż wapna i cegieł (1928 r)Nr 3 - Ida Orlańska - meble kuchenne . Mirka Tykocka - towary łokciowe - nr 3, wyglada na to, ze posesja pod nr 3 często zmieniała wlasciciela, albo jest bład w księgach..? Rachela Dejon - produkty naftowe (nr 5), terpentyniarnia.Kupić można było terpentynę, smołę i przysłowiowy dziegieć. Zelik Birenbaum i Sztejnmarc sprzedawali skóry, Moszko Glejberg - szczotki, drzewo, Szmul - towary kolonialne, a Szarf - oleje.

  W tym samym budynku Lewin prowadził kawiarnie (po sąsiedzku, pod "trójką"? miał też herbaciarnię), przyjmowało też dwóch dentystów - niejaki Josem oraz Basza Strzebnołow-Niszt. Gretka Sibirska - galanteria (nr 17),

  Miała Sosnowa swoją przędzalnię : Szlachter Wolf i Salomon - pod nr 23. Obok Kulikowski i Amiel wyrabiali sukno i kołdry.Kto by pomyślał, że 60 lat temu na Sosnowej produkowano czekoladę? Słodką fabrykę miał Sofer Chaim i Syn. Nazywała się „ Wiedeńska”.

   Kagan - fabryka wody sodowej - nr 8, Rywka Wolker - sklep spożywczy (nr 15), Wiernik - gilz do papierosów - nr 13, nie jestem pewna numeru posesji. Dwa składy apteczne pod nr 18 prowadzili Broń oraz Rubin, Elektryczny młyn - Ostryński pod nr 21. Ronles - waty cukrowe - nr 23 ,Skup szmat Bekkera (nr 23) Lipa Goldberg - sklep spożywczy -nr 34. Sprzedaż szmat - Rozengarten i Bojarski - nr 66.

  Na Chajankach było sporo knajp, spelun i trzy piwiarnie na Sosnowej, z tego jedną prowadziła kobieta pod nr.74.

MR

Translate