Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bandycki Białystok. Policyjne porządki w okresie międzywojennym

  Jednym ze sposobów policyjnych w walce ze światkiem przestępczym w międzywojennym Białymstoku były obławy i rewizje przeprowadzane przez Urząd Śledczy i komisariaty policji w złodziejskich melinach i kryjówkach.

  Szczególną plagą w pierwszych latach niepodległej Polski był pospolity bandytyzm. W Białymstoku i w okolicy grasowały liczne szajki zbrojne, zdemoralizowane czasami wojennymi. Przeciwko nim właśnie ówczesny komendant policji Józef Kamala organizował regularne obławy, w których brali udział nie tylko posterunkowi i wywiadowcy policyjni, ale również grupy żandarmów i oddziały żołnierzy. W ten sposób rozbita została m.in. w 1921 roku groźna banda Antoniego Łukaszyńskiego, będąca postrachem podbiałostockich osad.

  W latach 20. a i później, obławy w mieście przeprowadzały zazwyczaj białostockie komisariaty. Szczególnie zapracowane były III i IV. Pierwszy z nich odpowiadał przede wszystkim za to, co działo się na Rybnym Rynku, drugiemu z kolei podlegały groźne zawsze Chanajki, Piaski i Skorupy. Podczas takich akcji do aresztu trafiało często po około 60 osobników, podejrzanych o niecne zamiary. Większość z nich szybko wypuszczano, w sieci pozostawały tylko grubsze ryby. Tak oto wiosną 1931 roku znalazł się w niej Icek Segał, ukrywający się w naszym mieście znany złodziej z Brześcia nad Bugiem.

  Swoją działkę w łapaniu, zwłaszcza przyjezdnych obwiesiów miał V komisariat, mieszczący się na dworcu kolejowym. Wiele energii poświęcał temu jego komendant Franciszek Pierso. Dzięki jego zorganizowanym patrolom wyłapywał on większość przybywających na gościnne występy złodziei, pociągowych rejzerów i podejrzanych włóczęgów.

Policja miała kilka stałych terminów, w których przeprowadzała profilaktyczne czyszczenie miasta z potencjalnych złodziei i rozmaitych mętów. Były to dni przed świętami wielkanocnymi i bożonarodzeniowymi oraz przed czerwcowym, popularnym jarmarkiem na św. Jana. Wówczas to przybywało do miasta szczególnie dużo opryszków, zwłaszcza z Warszawy, a i miejscowi kieszonkowcy, tombakowi oszuści, loteryjni naciągacze czy szulerzy od trzech kart z utęsknieniem czekali na to świąteczne wydarzenie.

  Obławy odbywały się w dzień, ale zwłaszcza w nocy. Kiedy informacje o wzmożonej działalności przestępców były silnie udokumentowane, do akcji mobilizowano nawet 90 funkcjonariuszy policji. Tak była na przykład przed Wielkanocą 1935 roku. W mieście zauważono nadmierną gorliwość złodziejaszków sklepowych i hal targowych. Był to oczywiście dla wielu kanciarzy ważny punkt w ich sezonowej robocie. Szeroką obławę rozpoczęto o godzinie 21., a zakończono o 1. po północy.      

   Kierowało nią dwóch doświadczonych oficerów Policji. W ręce władz trafiło 33 podejrzanych osobników, wygarniętych z chanajkowskich melin i brudnych spelunek w różnych dzielnicach Białegostoku. Byli wśród nich zarówno 17-letni Bolesław Szczygielski, jak też trzydziestoparoletnie małżeństwo Olgi i Eugeniusza Auerów. Tych ostatnich od dawna poszukiwała policja za wcześniejsze, brzydkie występki.

  Policyjne obławy przeprowadzano również po wyjątkowo zuchwałych rabunkach w mieście, jak też w pościgu za szczególnie groźnym kryminalistą. Tę pierwszą niech zilustruje wydarzenie z 1937 roku. Obrabowany został wówczas sklep jubilerski Mejłacha Zyskowicza przy ul. Sienkiewicza 3. Zginęło wiele cennych precjozów. Wydział śledczy zarządził natychmiast przeszukanie wszystkich znanych, złodziejskich adresów. Do aresztu trafili tak poważani na bruku białostockim włamywacze, jak: Nochim Abolewicz, Abram Duczyński, Icek Golsztein, Abram Kolew czy Władysław Paradowicz. Mieli jednak mocne alibi. Jak się wkrótce okazało, jubilera obrobili ich koledzy po fachu z miasta Wilna.

  W 1938 roku białostoccy policjanci urządzili dużą obławę na jednego, ale za to zatwardziałego bandytę, Władysława Szejdę. Uciekł on właśnie z więzienia w Łomży, gdzie odbywał długi wyrok. Za zbiegiem ruszył cały oddział mundurowych. Po wielogodzinnym pościgu po okolicznych lasach, a później poddaszach białostockich domów, Szejda trafił w końcu w ręce władz.

Włodzimierz Jarmolik

Rynek Kościuszki. Historia od Branickiego po PRL

  Za czasów Jana Klemensa Branickiego na białostockim rynku stały rzeźby. Bynajmniej nie po to, aby ówczesnych mieszczan oswajać z najnowszymi trendami sztuki im współczesnej.

  Posągi ufundowane przez hetmana miały edukować nie estetycznie tylko moralnie. Posąg Temidy stojący pośrodku handlowego placu przestrzegał ewentualnych oszustów i złodziejaszków przed surową sprawiedliwością i nieuchronną karą. Figura świętego Floriana wystawiona pomiędzy ratuszem a kościołem miała być taką polisą ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Pojawiła się po ogromnym pożarze, który w 1753 roku strawił znaczną część Białegostoku. Oba posągi przetrwały do początków drugiej połowy XIX wieku. Po ich usunięciu, przez następnych 30 lat na rynku nie stało nic.

  Dopiero w 1892 roku u wylotu ulicy Mikołajewskiej (Sienkiewicza), zgodnie z postanowieniem kontraktu na budowę miejskiego wodociągu, stanęła na rynku fontanna. Około 1900 roku jej wodotrysk ozdobiła rzeźba przedstawiająca trzech młodzieńców. Symbolizowali oni muzykę, rolnictwo i rybołówstwo. 

  Po upływie kolejnych 10 lat pojawił się na rynku nowy, supernowoczesny element. Jego estetyka nie wzbudzała, większych kontrowersji choć rynek sprzed 100 laty był bardziej zabytkowy niż obecnie. Obiekt ów niczego nie symbolizował, mówił wprost o tym, że w Białymstoku rozpoczęła się epoka elektryczności. Tak więc tuż obok wejścia do osiemnastowiecznej kamienicy dworskiej (obecna Astoria) stanął blaszany, cylindryczny kiosk, w którym "transformatorowane było napięcie pierwotne 3000V na 210 i 120 V". W różnych punktach miasta ustawiono jeszcze 37 takich elektrycznych budek.

  Wkrótce rozpoczęła się wojna i na rynku pojawiła się kolejna nowość. Mianowicie pod koniec maja 1915 roku przy fontannie ustawiono "skrzynkę do wrzucania papierosów dla rannych i chorych żołnierzy". Pomysł ten przeniesiony został do Białegostoku z Warszawy, gdzie podobnych skrzynek ustawiono w śródmieściu kilkanaście. Oprócz papierosowych pojawiły się też w stolicy skrzynki do zbierania prasy. 

  Postulowano więc, aby i w Białymstoku zbierać "gazety przeczytane", ale nie zrealizowano tego pomysłu. Wojna zaznaczyła się też w rynkowej przestrzeni betonową rotundą - kolumnadą, wybudowaną przez Niemców tuż przed ratuszem w 1918 roku. Był to pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom walczącym o ojczyznę. 

  Na trawersie spinającym kolumny niemiecki napis upamiętniał pamięć "bojowników którzy polegli za ojczyznę w latach 1915-1918". Białostoczanie, nie wnikając specjalnie gdzie ta ojczyzna niemieckich żołdaków, czcili ich pamięć aż do 1924 roku, kiedy to kolumnadę rozebrano. Od 1919 roku nie przeszkadzał im fakt, że tuż obok ustawiono obelisk zwieńczony sylwetką Orła Białego. 

  Tyle tylko, że niemiecki beton był solidny, a nasz orzeł wycięty był z lichej dykty. Nawet gdy w sierpniu 1925 roku uroczyście odsłaniano płytę poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi, to też nie zadbano o jej solidne zamocowanie. Płyta została wykonana z piaskowca, ale podmurówka była już z cieniutkiego betonu. Po kilku latach zaczęła się kruszyć. Reperowano ja doraźnie przed każdym narodowym świętem. Aż w 1934 roku nie było już co naprawiać. Przed 11 listopada okazało się, że "fundament płyty jest niemal całkowicie zniszczony". Trzeba było murować go od początku.

  W sierpniu 1926 roku na rynek znów zapukała cywilizacja. Stało się to za sprawą Towarzystwa Naftowego Braci Nobel, które wystąpiło do władz miejskich o "zezwolenie na otwarcie stacji benzynowej na Rynku Kościuszki". Do całej sprawy zabrano się poważnie. Powołana została specjalna komisja, która miała ocenić czy lokalizacja stacji jest właściwa. Gdy pokonano wszelkie trudności i obiekcje, to na rynku nieopodal ratusza pojawił się niewielki dystrybutor z benzyną. Niedługo po nim powstała kolejna stacja benzynowa założona przez firmę Polmin.

  Przez kilka dni w 1936 roku na rynku stanęła nawet latarnia morska. Nic to, że z dykty i bez reflektora, ale i tak należycie podbijała dumę białostoczan z przynależności do Ligi Morskiej i Kolonialnej.

Największe zmiany wprowadzali na rynku okupanci. Sowieci rozebrali ratusz, aby ustawić posąg Stalina. Nie zdążyli. Jak zwykle praktyczni Niemcy nie tracili czasu i energii na ideologiczne figury. W 1942 roku tuż obok fontanny postawili pierwszy w dziejach rynku drogowskaz. Wskazywał kierunki wraz z ilością kilometrów do Bielska, Baranowicz, Warschau, Lomscha i Grajewa. 

  W tym samym roku w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu był skwer z płytą poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi ustawili monstrualnej wielkości mapę. Była wysoka na mniej więcej 5 m, a szeroka na około 6. Ilustrowała triumfalny marsz Wehrmachtu przez Europę i Afrykę Północną.

  Za PRL-u mieliśmy na rynku zagajnik, przez niektórych uważany za jedną z atrakcji miasta. A teraz jaki rynek jest, to każdy widzi.

Andrzej Lechowski 

Antoniuk: Tragiczna burza. Piorun uderzył w chłopca

  O godzinie ósmej całe niebo nad Białymstokiem było czarne. Rozpętało się istne piekło. Kilkanaście minut później nad Antoniukiem pojawiła się łuna pożaru. To od uderzenia piorunu palił się dom przy Szosie Żółtkowskiej.

  Była upalna niedziela, 24 maja 1925 roku. Białostoczanie tłumnie sunęli do Zwierzyńca, Jurowiec, Supraśla. Każdy chciał nadrobić słoneczne braki spowodowane jesienią i zimą. Około południa zrobiło się parno. Temperatura nadal rosła. Nie trzeba było być wytrawnym znawcą meteorologii, aby zorientować się, że nad Białystok nadciąga pierwsza wiosenna burza.

  Ale to, co się miało stać za kilka godzin przeszło największe obawy i prognozy. Około czwartej po południu "ciężkie ołowiane chmury przysłoniły horyzont". O ósmej całe niebo nad Białymstokiem było czarne. O tej też godzinie "rozpoczęła się regularna kanonada z niebios". W mieście rozpętało się istne piekło. Wszystko wokół "drżało w posadach, oświetlane fosforycznym blaskiem błyskawic".

  Kilkanaście minut później nad Antoniukiem pojawiła się łuna pożaru. To od uderzenia pioruna palił się dom przy Szosie Żółtkowskiej, w którym mieszkali pracownicy stacji Białystok. Od jednego z potężnych wyładowań zginął w nim syn nadkonduktora Rudnika, 13-letni Henryk. Uważano wówczas, że jedynym sposobem na uratowanie osoby porażonej piorunem jest zakopanie jej w ziemi. Chłopca zamiast ratować też zakopano, co musiało zakończyć się tragicznie.

   Na poddaszu tegoż domu mieszkał nadkonduktor Władysław Kiśliński. Był on też prezesem białostockiego Związku Zawodowego Kolejarzy. W swym mieszkaniu przechowywał "kosztowny sztandar" organizacji i związkową bibliotekę. Wszystko spłonęło zanim przyjechała straż ogniowa. Nie można było jej wcześniej powiadomić, bo nawałnica uszkodziła linie telefoniczne. Strażaków zawiadamiano więc "przez umyślnego posłańca".

  Tymczasem burza szalała dalej. Do stojącego na wzniesieniu domu przy Wiatrakowej 12 piorun wleciał przez komin. Zabił mieszkającego na poddaszu młynarza Boneckiego. Siła wyładowania była tak wielka, że w całym domu zostały rozerwane wszystkie piece. Przebywający na parterze domownicy zostali poparzeni. Tuż zaraz obok, niemalże po sąsiedzku przy Wiatrakowej 5 od kolejnego pioruna zaczęły palić się zabudowania gospodarcze. 

   Mieszkańcy nie widząc znikąd pomocy sami ugasili ogień. Pioruny biły jeden za drugim. Szczególnie niebezpiecznie było wokół dworca kolejowego. Idący wzdłuż toru pracownik stacji, 35 letni Michał Koronkiewicz widząc przerażający spektakl schował się do budki kolejowej stojącej przy posterunku stacyjnym. Ledwo to zrobił to w budkę uderzył piorun zabijając kolejarza.

  Nawałnica zrywała przewody elektryczne, które sypiąc pióropuszami iskier wiły się jak ogniste węże po mokrych jezdniach.

Przy ulicy Świętego Rocha, nieopodal posesji nr 7 zerwany przewód elektryczny oplótł przechodzącą Antoninę Dąbrowską. Nieszczęsna kobieta upadła na trotuar. Pospieszył jej na ratunek mąż. "Jednakże siłą prądu został odrzucony". Nie stracił jednak przytomności. Wyrwał z płotu sztachetę "przy pomocy której zwolnił żonę ze śmiertelnych zwojów przewodnika elektrycznego". Nieprzytomną kobietę z ciężkimi poparzeniami szyi i rąk natychmiast przewieziono do szpitala Św. Rocha na Lipową.

  W wielu domach "wysokie napięcie energii elektrycznej podczas burzy" spowodowało krótkie spięcia. W całym mieście wybuchały spowodowane nimi pożary. Szczęśliwie nie dopuszczono do rozprzestrzeniania się ognia. Burzy "zionącej tysiącem piorunów" towarzyszyła potężna ulewa. Ulice zamieniły się w rwące potoki. Grozy dodawały ciemności bowiem uszkodzone zostało miejskie oświetlenie. 

  Na wysokości zadania stanęła białostocka policja. W akcję osobiście zaangażował się komendant Bronisław Głuszkiewicz. Dzięki temu, że na miejscu każdego pożaru i wypadku natychmiast pojawiała się policja, a dopiero po pewnym czasie przybywała straż pożarna, w mieście nie wybuchła panika.

  Burza cały swój impet wyładowała nad Białymstokiem. Z tego doświadczenia próbowano wyciągnąć wnioski. Apelowano, że jedynym zabezpieczeniem w przyszłości mogą być piorunochrony. W następnych dniach postanowiono sprawdzić "ile mamy w mieście piorunochronów". Nie udało się tego ustalić. Pojawiły się jednak głosy, że to bardzo proste, bo "liczba ich nie sięga 10".

Andrzej Lechowski

Translate