src='https://image.weben1.com/b/13509/09dbfa3b-9f1f-4391-88a2-346f1ca94912.jpeg'/>
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Prezydent miasta i Harmonia w hotelu Ritz

   W dzisiejszej rzeczywistości prezydent miasta powinien być (i jest) zapraszany na wszystkie kulturalne wydarzenia. Czasem z łaskawości obejmuje nad nimi patronat. Ale niegdyś to były czasy kiedy to prezydent inicjował, sam zapraszał i robił to skutecznie. To nie początek bajki, że dawno, dawno temu, bo zaledwie w 1925 roku 16 czerwca na godzinę 19. do sali posiedzeń rady miejskiej przy Warszawskiej 21 na zaproszenie Bolesława Szymańskiego prezydenta miasta zjawiło się wybrane, doborowe towarzystwo.

  Przewodził mu profesor Witold Jodko, dziś zupełnie zapomniany wirtuoz też kompletnie zapomnianej cytry, profesor moskiewskiego konserwatorium. Jego prawą ręką był Zygmunt Różycki. To kolejna zapomniana postać, a przecież osobistość fundamentalna dla białostockiego życia teatralnego, a - co w Białymstoku istotne - w pewnym okresie był jednym z dyrektorów Ritza.

  Byli tam też: Witold Śnieżko dziennikarz i bibliofil, Roman Samitowski właściciel ekskluzywnego magazynu z obuwiem, Jan Knaup felczer cieszący się większym autorytetem niż niejeden dzisiejszy profesor, Wincenty Hermanowski prowizor farmacji, właściciel słynnej apteki "Pod Łabędziem", Zofia Michałowska-Wolańska właścicielka szkoły muzycznej, a równocześnie świetna, koncertująca pianistka. Był również mecenas Władysław Olszyński prawnik, działacz samorządowy i dziennikarz, oraz znany dziennikarz Teofil Morelowski. Zjawił się także Ludwik Koehler malarz, który w tych pierwszych latach niepodległości był niekwestionowanym liderem miejscowego środowiska plastycznego. Nie mogło zabraknąć w tym gronie Konstantego Kosińskiego nauczyciela matematyki z gimnazjum Zygmunta Augusta, wytrawnego działacza samorządowego i dziennikarza.

  Prezydent Szymański zaprosił ich do siebie, bo dowiedział się, że chcą założyć stowarzyszenie kulturalne. Jemu samemu takie inicjatywy nie były obce. Już od 1905 roku był czynnym członkiem białostockich teatrów amatorskich. Rozumiał więc rolę amatorskiego ruchu artystycznego jak mało kto. Ba, to właśnie ta działalność wyniosła go na stanowisko prezydenta miasta! Tak to w tym szacownym gronie w ten wtorkowy wieczór 1925 roku powstała jedna z legendarnych organizacji międzywojennego Białegostoku, Stowarzyszenie Miłośników Sztuki i Estetyki Harmonia. Prezesem został Jodko. Prezydent skromnie zadowolił się przewodniczeniem komisji rewizyjnej. Zebrani uznali, że podzielą Harmonię na sekcje. Z marszu wyznaczono Różyckiemu zorganizowanie sekcji teatralnej, a Michałowskiej-Wolańskiej powierzono sekcję muzyczną. Ustalono też, za namową Szymańskiego, aby Harmonia zajęła lokal po rozwiązanej Radzie Opiekuńczej. Lokalizacja była dobra, bo w samym Ritzu. Ustalono też, że oficjalne otwarcie lokalu nastąpi 4 lipca.

  Przez następne dni trwały gorące prace nad zorganizowaniem następnych sekcji. Doszły dwie kolejne: malarstwa i zdobnictwa. Obydwie objął Ludwik Koehler. On też wyprzedził kolegów z innych sekcji i pierwszy dał ogłoszenie o naborze chętnych do nauki rysunku i malarstwa.

  Trzy tygodnie po historycznym spotkaniu u prezydenta Szymańskiego, w sobotni wieczór 4 lipca 1925 roku w teatrze Palace odbył się inauguracyjny koncert Harmonii. Tak się złożyło, że jego wykonawcami byli sami członkowie zarządu. Pierwszy, ale jako mówca, wystąpił prof. Witold Jodko. Jemu jako prezesowi przypadł zaszczyt oznajmienia, że oto powstała Harmonia. Po jego krótkiej mowie rozpoczęły się występy. Zaczął je też prezes. Wszystkich zachwycił swą niezrównaną grą na cytrze.

  Po nim wystąpiła sopranistka Zofia Czajkowska i mezzosopran Jadwiga Pankiewiczowa. Oczywiście nie mogło zabraknąć Zofii Wolańskiej- Michałowskiej, która z ogromnym powodzeniem grała Chopina. Po udanym koncercie członkowie towarzystwa przeszli do pobliskiego Ritza. Tu już było mniej oficjalnie. Tańczono, ucztowano i popijano. To było niezwykłe lato w Białymstoku. Ostatniego dnia lipca białostoczanie cieszyli się z kolejnego otwarcia. Tym razem po remoncie otwierał się "park zamiejski, tak zwana popularna przed wojną Rozkosz". Były tam gustowne kawiarnie, ale magnesem miał być teatr z kabaretem. Może to i lżejsza, ale zawsze muza.

Andrzej Lechowski 

Nie tylko Hotel Krakowski - ul. Kolejowa 18

  Budynek należał do Wileńskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej . Pierwszym potwierdzonym właścicielem  terenu przy ulicy Kolejowej 18 , był Łazarz Krywiański. W 1906 r. nowymi właścicielami zostali zaś Wolf i  Frejda  Zilbergowie. W tym roku na posesji stał jedynie murowany , półtora piętrowy dom mieszkalny.

  30 listopada 1911 r. Zilbergowie sprzedali nieruchomość Andrzejowi Zawadzkiemu. Zawadzki pozostawał właścicielem posesji jeszcze na początku lat 20. XX w.

  1 października 1919 r. uruchomiono pod adresem ul. Kolejowa 18 hotel „Krakowski”. Jego właścicielem – prowadzącym był Antoni Grymaszewski. Firmę zarejestrowano w kwietniu 1921 r. w Sądzie Okręgowym w Białymstoku. Od 1921 r. działała tu także kawiarnia Wincentego Bieleckiego.

  Natomiast w 1923 r.  hotel  „Krakowski” przejął Andrzej Zawadzki i prowadził przez kolejne lata. Nie wiadomo jak długo był właścicielem, rejestr handlowy nie odnotowuje zmian w hotelu „Krakowskim” jeśli chodzi o osobę właściciela czy też jego likwidację. Mimo to w 1924 r. zostaje uruchomiona  tu jadłodajnia Marii Bazelczuk.

  Hotel Krakowski wymieniają wszystkie księgi adresowo – handlowe, ale w 1937 r. na planie miasta ma on szrafowanie oznaczające budynek państwowy, możliwe więc, że jego przebudowa była związana z inwestycją dyrekcji kolejowej. Nie była zakładana księga hipoteczna na Kolejową 18 więc na temat zmian własności nic więcej nie można powiedzieć.

  W księdze dziesięciolecia „Zjednoczenia” odnotowany jest sklep nr 4 na ul. Kolejowej 18. 

W każdym razie okoliczności budowy wielkiego gmachu pozostają na chwilę obecną  niejasne.

Wiesław Wróbel


Dojlidy, Marczuk, Biała - kąpieliska w Białymstoku


    "Stryjeczny brat opowiadał, że widział, jak Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży w Dojlidach w oczko, a przed nimi stała butelka wódki firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka "- wspomina Jerzy Koszewski.
  
   Wiadomo powszechnie, że Białystok leży nad rzeką Białą i nawet zawdzięcza jej swoją nazwę, tudzież legendę z księciem litewskim Giedyminem w roli głównej.
  W rodzinie państwa Kaczorowskich przetrwała opowieść, jak to prezydent Ryszard przywiózł do grodu rodzinnego dorodne córy: Jagodę i Alę. Urodziły się obie w Londynie, znały Białystok jedynie z opowieści swego ojca. Utrudzone spacerowaniem pewnie chciały odpocząć nad rzeką, która - jak wynikało z owych gawęd tatusiowych - niemal dorównywała sławie Wiśle, nie mówiąc już o Tamizie. Zaskoczenie było okrutne, bo jak to możliwe, by takie duże miasto leżało nad rzeczką, którą rozpędzony jeleń mógłby przeskoczyć. To może dlatego jeleń był pierwszym znakiem herbowym naszego miasta?
  Żarty na bok, Białka potrafiła czynić wcale groźne powodzie, przyciągnęła ku sobie elektrownię i mnóstwo fabryk włókienniczych, nad nią wyznawcy mojżeszowi stawiali szałasy, a był także mostek upodobany przez białostoczanki nieszczęśliwie zakochane lub uwiedzione i porzucone. Z notatek prasowych wynika, że rzucały się co jakiś czas z owego mostku do Białki, ale czy skutecznie, to już nie jest takie pewne.
  

Dodam jeszcze, że naszej rzeczułce towarzyszyły w centrum miasta stawy, z tego największego (tu obecnie Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki) jeszcze w połowie XIX stulecia miasto czerpało dochody poprzez wydzierżawianie prawa do łowienia ryb. Mokradła otaczały zamek (pałac), a za Branickich opowiadano w Europie cuda o kanałach parkowych, po których pływały gondole, zaś w jednym z nich o mało nie zakończył życia król August III Sas. Opiewali i urok kaskad oraz fontann.
  Można również przytaczać wspominki o przedwojennych rozkoszach nad czystą odnogą Białej na Białostoczku i o uciechach sobotnio-niedzielnych nad Dolistówką tudzież nad stawami na Marczuku, o pławieniu się chłopaków w gliniankach, a koni za koszarami przy ul. Bema, o kąpielach w Ignatkach zapamiętanych dobrze przez letników żydowskich. Także o zalotach młodych na nadrzecznych łąkach w Jurowcach, wyprawach całymi rodzinami do Supraśla, a i do brzegów Narwi przecież nie było daleko.
  Przez Białystok przepływało kilka strug, oczka wodne były niemal w każdej dzielnicy, moczary sięgały do torów po drugiej stronie dworca.
Dojlidy
  To temat odrębny, podjął go właśnie Jerzy Koszewski, ziomek znany i twórczej natury.
"Moje spotkanie ze stawem w Dojlidach miało miejsce w 1939 roku za sprawą stryjecznego brata Czesława Koszewskiego. Zobaczyłem pomost wiodący w głąb stawu i zapamiętałem idącą po nim szybkim krokiem ładną panią oraz płynącego obok chłopaka z ognistą czupryną. Okazało się, że był to Zenek Borowski, wkrótce mój kolega z domu nr 1 przy ul. Sobieskiego.
  Stryjeczny Czesław opowiadał, że widział, jak sławni aktorzy Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży dojlidzkiej w oczko ("21"), a przed nimi stała butelka wódki renomowanej firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka. Otaczających ich fanów od czasu do czasu prosili: "Więcej powietrza". Czy to prawda?
 
 Za to stryjeczny brat dawcy tej relacji - Zygmunt Koszewski pracował na Dojlidach za okupacji niemieckiej; jego szefem był Oskar Liedke, po wojnie profesor wychowania fizycznego w Liceum Administacyjno-Handlowym w Białymstoku. Pan profesor opowiedział swemu uczniowi Jerzemu Koszewskiemu scenę mrożącą krew w żyłach. Jakowyś kajakarz zanadto zbliżył się do innego kajaka i niechcący uderzył siedzącego w nim wioślarza. Miał pecha, bo poszkodowanym okazał się esesman. Ten narobił krzyku na całą plażę, uznał się za niedoszłą ofiarę zamachu. Śmiertelnie przestraszony wioślarz dopłynął jak mógł najszybciej do brzegu i zbiegł do pobliskiego domku. Niemiec zaś wezwał kamratów gestapowców, ci otoczyli plażę i zaczęli sprawdzać wszystkich, którzy jeszcze tam pozostali.
  Panowie Oskar i Zygmunt wykazali bystrość umysłu, zdołali ukryć ubranie "zamachowca". Zawiedzeni takim obrotem sprawy gestapowcy kazali obu pracownikom stawić się na przesłuchanie w "piętnastce", czyli katowni przy ul. Sienkiewicza 15. Jednak dalszych konsekwencji nie było. Pan Jerzy zachęca, by sprawca tego zdarzenia - jeśli żyje - zechciał się podzielić swymi wrażeniami.
Makabreska
  Przepraszam, teraz nastąpi opowieść Jerzego Koszewskiego z akcentem nieprzyjemnym, więc bardziej wrażliwych upraszam o przerwanie lektury.
  "Latem 1952 roku staw dojlidzki służył do hodowli karpi, ale plażę nawiedzali dzicy miłośnicy kąpieli słonecznych i wodnych. Znalazłem się tam i ja wraz z kolegą szkolnym Romkiem Malinowskim, późniejszym prezesem ZSL i marszałkiem Sejmu. Postanowiliśmy popłynąć na drugi brzeg. Po jakimś czasie Romek zawołał, bym zagruntował, bo on już nie ma sił. Przestraszyłem się, Romek to kawał chłopa i na dokładkę gładko ostrzyżony, a ja ważyłem ledwie ponad 50 kg. Zagruntowałem, dna nie dosięgłem. Romek wnet powtórzył prośbę, a ja znów dna nie wyczułem. Co będzie, jak zacznie tonąć?!
   Na szczęście po przepłynięciu jeszcze paru metrów mogliśmy stanąć na nogach i bezpiecznie podejść do brzegu.
To jednak nie koniec dreszczowca. Na brzegu bowiem, na drewnianej platformie, leżały martwe konie (szczegóły pomijam, bo pewnie nikt nie zrezygnował z dalszej lektury).
  Całą tę operację nadzorował strażnik z flintą. Zdjął ją z ramienia i z groźną miną kazał nam odpłynąć z powrotem. Romek na to: "Strzelaj pan, my nie mamy sił, jesteśmy do cna wyczerpani". Strażnik ulitował się nad nami, wróciliśmy piechotą na plażę. Myślę, że Romek Malinowski miał tylko przejściowy kryzys, bo jednak pływakiem (politycznym) okazał się dobrym.
Dziś plaża na Dojlidach ma wysoki standard, jedynie proponuję wydzielić pod płotem miejsce dla palaczy, bo petów leży dużo, a dym tytoniowy snuje się jak mgła poranna". O czym doniósł Jerzy Koszewski - stary pływak

Adam Czesław Dobroński 

Translate