Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przedwojenne kioski i budki gazetowe

  Dla osobnika uzależnionego od codziennej prasówki kioskarka to osoba najbliższa. Ja też pielęgnuję takie wspomnienia. Pierwsza, pani Krystyna z kiosku na Kraszewskiego, odłożyła mi "Mówią wieki". Było nie było, pomogła mi zostać historykiem. Później był kiosk na Mickiewicza przy delikatesach Rarytas. Teraz mam kolejną panią, na rynku przy Ratuszowym. A wakacyjne prasówki? Kiedyś w Urlach, teraz w Rajgrodzie - niezapomniane chwile.

  Sprawa kiosków zawsze budziła emocje. Nie inaczej było w 1925 r. gdy do białostockiego magistratu zwrócił się z prośbą Związek Ochotników Rezerwy o "uzyskanie pozwolenia na budowę kiosków do sprzedaży gazet w niektórych punktach miasta". Magistrat odmówił. Planował bowiem, że sam je wybuduje i wydzierżawi. Na początku 1926 r. ogłoszony został konkurs na najlepszy projekt budki gazetowej. 

  Ale pro forma, bowiem z góry wiadomo było, że będzie to ten projekt, który spodoba się szarej eminencji miasta, głównemu inżynierowi Rybałowiczowi. I tak wkrótce na ulicach Białegostoku pojawiły się budki "pod względem stylu wprost bizantyjsko-barbarzyńskie". Inni zaś twierdzili, że przypominają one przydrożne kapliczki. Jedna z takich budko-kapliczek stanęła przy bramie do województwa czyli do Pałacu Branickich. 

  Widziano ponoć jak przybyły do Białegostoku z pobliskiej wsi chłopina, gdy zobaczył kiosk przed bramą, to "ukląkł, długo się modlił, wierząc w prostocie swej, że jest to kaplica". No i cóż dziwnego. A mało to razy biorąc rano gazetę do ręki, już na widok pierwszej strony wykrzykujemy "O Boże!", albo "a żeby was Wszyscy Święci". Tamta dyskusja o estetyce gazetowych kiosków toczyła się też w kontekście urody budek, w których sprzedawano papierosy.

 

 A było to tak. Białostocka Izba Skarbowa wydała w 1926 roku 17 koncesji na sprzedaż papierosów inwalidom. Ci nie pytając nikogo o zgodę postawili w centrum miasta "bardzo nieestetyczne, na czerwono pomalowane budki". Po jakimś czasie zaczęto dostawiać do nich byle jakie przybudówki, w których instalowano piecyki, wychodki itp. Oburzenie estetów wywoływało i to co przyozdabiało te licho wyglądające budowle. 

   "Częstokrotnie wysmarowane na nich było wadliwą pisownią ku czemu one służą. Najbardziej jednak zwracał uwagę wymalowany poczwarny ptak, mający symbolizować godło państwowe". W sierpniu 1926 r. magistrat podjął decyzję o likwidacji tych szpetnych budek. Zarządzono, że handel papierosami będzie odbywał się ze skrzynek. Natychmiast podniosły się uzasadnione głosy sprzeciwu. Jednak inżynier Rybalowicz był nieubłagany. 

  Podczas dyskusji na sesji rady miejskiej jednemu ze kioskarzy wyrwało się, że jest gotów wybudować budkę w stylu zakopiańskim. Rybałowicz mentorsko ripostował: "Pan uważa, że styl zakopiański jest stylem najpiękniejszym? Myli się pan". W odpowiedzi usłyszał: "Jeśli budki w stylu zakopiańskim też pana nie zadowalniają, inwalidzi gotowi są wybudować swe budki w stylu rococo!" Z takich to i sam Branicki byłby kontent. Temat koncesji i estetyki budek powracał.

  Wiele domysłów i plotek rodziło pozwolenie, wydane w maju 1932 r. kupcowi Pomerancowi, na ustawienie kiosku ze słodyczami obok muszli koncertowej w Ogrodzie Miejskim. Pomeranc uzyskał wszelkie koncesje oraz stał się przedstawicielem popularnej wówczas firmy cukierniczej "Plutos". Białostoczanie wkrótce mogli, spacerując po ogrodzie kupować słodycze swej ulubionej firmy. Po dwóch latach z sarkazmem stwierdzano, że "obdrapana buda jest wątpliwą ozdobą najpiękniejszego klombu w mieście". 

  Apelowano więc do prezydenta Nowakowskiego "aby udał się do ogrodu i zobaczył jak ten piękny klomb udekorowano". Proponowano, aby tę "szpetotę" przesunąć gdzieś dalej, w głąb ogrodu. Reakcja prezydenta była natychmiastowa. Nowakowski był szczególne czuły na punkcie porządku i estetyki, a parki były jego słabością. Opinia publiczna została poinformowana, że "na polecenie p. prez. Nowakowskiego buda została usunięta", co naprawdę znaczyło, że przesunięta.

Andrzej Lechowski

Powstanie w getcie i strach przed duchami

 

  Segregacja Żydów trwała trwała kilka dni. Zdrowych wybierano do pracy. Pozostałych ładowano do wagonów i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że wiozą ich na śmierć - wspomina Janusz Koronkiewicz.

  Janusz Koronkiewicz mieszkał z rodzicami na ulicy Prowiantowej 3. Kiedy w Białymstoku wytyczono granice getta (a objęło ono teren na południe od Lipowej po ulicę Sienkiewicza od wschodu aż po ulicę Poleską i okolice wzgórza św. Rocha), przenieśli się do domu na rogu ulic Północnej i Kosynierskiej pod nr 11. Dom ten stał na granicy z gettem. Pamięta, jak wybuchło powstanie w getcie, miał 10 lat. Swoje przeżycia opisał w książce "Wspomnienia z mojego wojennego dzieciństwa", wydanej w czerwcu staraniem Stowarzyszenia Pamięć i Tożsamość Skała w Choroszczy.

- Po drugiej stronie ulicy Kosynierskiej, na którą wychodziło jedno z okien naszego mieszkania, znajdowało się duże, pełne żab bajoro. Za bajorem stały dwa budynki fabryczne należące już do getta i ulicy Żabiej - wspomina Janusz Koronkiewicz. - Wzdłuż ulicy Żabiej, od Kosynierskiej do Armatniej był wysoki płot z zasiekami z drutu kolczastego, wyznaczający granice getta. Za płotem, dobrze widocznym z ganku i wychodzących na wschód okien, znajdował się plac wyznaczony na cmentarz getta.

  Nocą z 15 na 16 sierpnia 1943 r. teren getta został otoczony, nie tylko przez gestapo i SS, ale również podwójny kordon żołnierzy w czarnych mundurach. Mówiono, że byli to Ukraińcy. Przez bramę od strony ulicy Poleskiej, na pole za torami kolejowymi wypędzono Żydów, którzy nie zdołali się ukryć w getcie. Z ganku naszego domu i okien mieszkania pani Adamskiej znajdującego się na górze, widać było ogromne kłębowisko poruszających się w miejscu ludzi.

  Segregacja trwała kilka dni. Silnych i zdrowych wybierano do dalszej pracy. Pozostałych ładowano do towarowych wagonów na dworcu fabrycznym i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że jadą na śmierć, ale przy dzieciach na ten temat starano się nie rozmawiać.

  O wybuchu powstania w getcie już wiedziano, ale nasilenie walki przewidywano dopiero nocą. Wszyscy domownicy o zmierzchu zeszli się w naszym mieszkaniu, znajdującym się od strony kościoła św. Rocha. Uważali, że od kul lecących z getta będzie chronić nas murowana ściana nośna biegnąca przez środek domu.

  Strachu było co niemiara. Pamiętam, że zaraz po zapadnięciu ciemności z górnego piętra najbliższego gmachu fabrycznego po stronie getta, ku naszemu zdziwieniu, rozległ się głos wesoło przygrywającego akordeonu. Muzykę tę odebraliśmy jako drwinę z Niemców i dowód na wiarę Żydów w rezultat powstania. Zaraz po tym koncercie z okien fabryki padło kilkanaście strzałów karabinowych, na które odpowiedzieli znacznie silniejszym ogniem żołnierze w czarnych mundurach, stojący na ulicy w kordonie.

Żydzi i likwidacja getta. Strach przed duchami

  Jak wyglądała likwidacja getta, wiem tylko ze słyszenia i późniejszych opisów. Po bestialskim wypędzeniu Żydów z getta i wywiezieniu do obozów pozostawione po nich mienie, po uprzednim splądrowaniu domów przez Niemców, wywieziono na plac, znajdujący się pomiędzy ulicą Częstochowską a Szlachecką.

  Do osób z miasta udających się na plądrowanie do getta strzelano bez ostrzeżeń. Potem zlikwidowano bramy i płot otaczający ulice getta od strony aryjskiej i w pożydowskich domach zaczęto kwaterować ludzi wysiedlonych ze wschodnich obrzeży Puszczy Knyszyńskiej i od strony Białowieży, aby pozbawić zaplecza materialnego dla rosnącego tam partyzanckiego ruchu oporu.

  Do miasta wjeżdżały całe kolumny furmanek, z wystraszoną ludnością, posługującą się głównie językiem białoruskim. Zaprzęgnięte do wozów konie, aby nie płoszyły się na widok i odgłos warkotu samochodów, oczy miały zasłonięte zawiązanymi na głowach szmatami.

  Ludzie ci nie byli nam przyjaźni. Odczułem to na własnej osobie, pobity przez ich dzieci na ulicy Polnej. Potem układało się różnie, jak to z sąsiadami bywa. To głównie oni do grudnia 1943 r. odnajdowali kryjówki Żydów na terenie getta i wydawali Niemcom. Ostatnią kryjówkę kilkuosobowej rodziny żydowskiej na poddaszu domu nr 7 przy ulicy Kosynierskiej zdradził płacz dziecka.

  Po likwidacji getta jako dzieci, często biegaliśmy ulica Polną. Synagoga przez dłuższy czas była otwarta. W środku panował niesamowity bałagan. Wszystko poprzewracano, rulony Tory porozciągano po całym pomieszczeniu i podeptano. Bałem się wchodzić do środka. Nie wiem, czy wynikało to z szacunku do świątyni, czy bojaźni przed Bogiem bądź mogącymi znajdować się w tym miejscu duchami. Dziś w tym budynku znajduje się galeria Slendzińskich.

Alicja Zielińska

Czołgista i taksówkarz, człowiek wielu zalet

   W lewym górnym rogu Piotr Zajko, zdjęcie zrobione w 1935 r. fot. Z archiwum rodzinnego . Król pojazdów. Na taki przydomek na pewno sobie zasłużył Piotr Zajko, czołgista i taksówkarz, grodnianin i białostoczanin, człowiek wielu zalet.

  Pan Piotr urodził się w Grodnie, tam wychowywał. Nic więc dziwnego, że do końca swego życia wspominał gród królewski, piękny jak mało który, położony nad dostojnym Niemnem.

  Józef Piłsudski jeżdżąc pociągiem do Wilna czasami przesypiał Białystok, choć na peronie czekali nań wojewoda z wojewodziną (przygotowywała obiad) oraz któraś z wysokich szarż, najczęściej płk (generał) Ludwik Kmicic-Skrzyński. Natomiast adiutant miał przykazane, by budził wyjątkowego pasażera, gdy pociąg zbliży się do rzeki Niemen. Wtedy Marszałek otwierał okno i napawał się zapachami oraz widokami kresowymi.

  Wróćmy jednak do Piotra Zajko. Rodzina to była przyzwoita, ale nie za bogata, więc chłopak skończył zawodówkę i "w ta pora" stawił się na komisję wojskową. Tak został pancerniakiem w 7 batalionie, który stacjonował w Grodnie. Na zdjęciach widać skromne tankietki, za to miny żołnierzyków są zadowolone, z twarzy bije duma.

  Piotr szczególnie umiłował motocykle, co poświadcza okazały puchar przechowywany przez syna Jana. Wygrawerowany napis wyjaśnia: "Zawody motocyklowe Klubu Mot. ZS Grodno. I miejsce OKR. URZ. PW i WF. Dla zawodnika na motorze z przyczepą. Grodno 22 IX 35". Skrót należy odczytać jako: Okręgowy Urząd Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego.

  Prawdę mówiąc nie bardzo wiadomo, gdzie walczył pancerniak Piotr Zajko. Stracił w czasie wojny brata. Jak nastała nowa rzeczywistość, mąż, żona Natalia i trójka synów (Marek, Czarek i Jan) przeniosła się za granicę, na polską stronę. Krótko zamieszkali w Buksztelu, potem zasilili społeczność białostocką. Piotr podjął pracę jako kierowca u "Cioci", bo tak potocznie nazywano UNRRĘ. Potem jeździł sanitarkami w Pogotowiu Polskiego Czerwonego Krzyża. Miał I kategorię, dryg i umiejętności mechanika. Był wesoły, towarzyski, nie palił, nie złorzeczył. Nic zatem dziwnego, że stał się taryfiarzem.

  To w tamtych czasach była arystokracja drogowa, popyt rósł, podaż wolniej. Pamiętam i ja kolejki nerwowych obywatelek i obywateli wijące się na postojach taryf, dobieranie się pasażerów wedle kierunku jazdy, umizgi do pana kierowcy, by zechciał docisnąć klientów, bo jeszcze komuś się bardzo śpieszyło. Na śluby obowiązywało sporo wcześniejsze zamawianie, na chrzciny nie wszyscy zdobywali się na spory wydatek. Proletariat jeździł środkami masowej, czyli zatłoczonej komunikacji, a często korzystał z okazji.

  Kiedyś opiszę swoje w tej mierze doświadczenia. Na dziś zaś tylko jedna anegdota. Było to w okolicach Ostrowi Mazowieckiej. Udało się nam (z kolegą) zatrzymać ciężarówkę, wgramoliliśmy się do szoferki i hajda na Warszawę za jedyne 20 złotych, a bilet pekaesowski kosztował dychę więcej. Kierowca jechał wyjątkowo wolno, kolega nie wytrzymał i głupio - jak się okazało - zażartował: - Panie szofer dodaj gazu, wszystkie śledziki nas wyprzedzają. Śledziki, znaczy się pojazdy z tablicami rejestracyjnymi zaczynającymi się literą "A", bo taka przed 1975 r. obowiązywała w dużym województwie białostockim. Na słowo śledziki kierowca wcisnął hamulec i śpiewnie aż głośno oświadczył: Jak ja jestem śledzik, to wy halibuty i ... [autocenzura]

  W Białymstoku najbardziej popularne postoje taksówek znajdowały się przy Rynku Kościuszki (na przedłużeniu ul. Sienkiewicza), przy dworcach PKP i PKS (ul. Jurowiecka), koło kina "Pokój". W weekendowe wieczory najlepiej rokowały miejsca koło znanych restauracji. O nadzwyczajnych przygodach pan Jan nie jest skłonny opowiadać. Czyżby tajemnica zawodowa?

  To mam kilka pytań do innych weteranów tej branży. Czy trafiały się w Białymstoku nocne "gabloty" z panienkami i wódecznościami? Kiedy po raz pierwszy wyjechała na miasto pani taryfiarz i czy to prawda, że miała numer 13? Czy zdarzało się, że "obcy" był wieziony spod dworca pół godziny, by wreszcie trafić do hotelu Cristal? Może ktoś zechce opowiedzieć barwną opowieść z taryfą w tle, bo póki co, to więcej wiemy o przedwojennych białostockich dorożkach niż powojennych taksówkach.

  Piotr Zajko zmarł w 2004 r. przeżywszy lat 90. Jego siostra została we Grodnie i nic więcej o niej nie wiadomo. A Jan Zajko ma się dobrze, choć licznik już sporo latek wybił. Kontynuuje pasję ojca, tylko czołgiem nigdy nie jeździł.

Adam Czesław Dobroński 

Translate