To są wspomnienia wojenne Władysława Gałasińskiego (po wojnie naukowca, profesora zwyczajnego, doktora honoris causa)
W końcówce lat 40 był znanym białostockim piłkarzem. Grał wraz ze swoim bratem Jerzym w klubie piłkarskim, dzisiejszej Jagiellonii. Jego brat Jerzy w wieku 19 lat w roku 1947 grał na stadionie piłkarskim (dzisiejszy Stadion Lekkoatletyczny BOSIR)
Nie chcę i nie muszę nikogo przekonywać, że bardzo trudno jest wracać pamięcią do tamtych dni. Minęło już 45 lat, prawie pół wieku, i nic dziwnego, że wspomnienia się zacierają, a powroty do nich są niepełne, często niespójne, a czasem nawet zniekształcone.
Stało się to 18 stycznia 1943 roku. U progu tego dnia nie przyszło mi nawet do głowy, że ta data może coś dla mnie znaczyć. Obudziłem się rześki, pełen młodzieńczych planów i chęci do życia. Minęła spokojnie jeszcze jedna okupacyjna noc.
Byłem bardzo młody i miałem świadomość tego, że jestem potrzebny. Jako najstarszy z rodzeństwa czułem, że na mnie spoczywa obowiązek zapewnienia bytu materialnego owdowiałej W 1939 r. matce oraz młodszemu rodzeństwu i spełniałem ten obowiązek jak umiałem najlepiej. Aby utrzymać rodzinę, zajmowałem się handlem galanterią i szło mi to zupełnie nieźle. Zarabiałem nie tyle żeby się bogacić, bo nie o to mi chodziło, ale wystarczająco dużo, aby nakarmić i przyodziać rędzinę, a nawet trochę pomóc innym znajdującym się w potrzebie. Do tego byłem zakochany i to napełniało mnie radością życia.
Nie zgłosiłem się do arbeitsamtu i pomimo zarządzeń władz okupacyjnych nie podjąłem pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy. Pędziłem żywot człowieka wolnego na fałszywych papierach. Podobnie jak moi przyjaciele i przyjaciele moich przyjaciół byłem członkiem ZWZ, a po przemianowaniu — AK; było to dla nas tak oczywiste i niezbędne, jak oddychanie.
Mieszkałem z rodziną w parterowym domu na przedmieściu Białegostoku. Sypiałem czujnie, jak zając na miedzy. Wyrobiłem sobie odruch ucieczki na każdy podejrzany dźwięk. Uciekałem przez okno, czasem sypiałem w ogrodzie, żeby było łatwiej uciec. Raz udało mi się przeczekać na poddaszu łapankę na roboty do Niemiec. Wielokrotnie dopisywało mi szczęście. Dzięki wyostrzonym zmysłom, a czasem dzięki ludziom udawało mi się w porę dostrzec zagrożenie.
Nie wiem jak to się stało, że tego właśnie dnia nie usłyszałem warkotu gestapowskiej budy, zatrzymującej się przed naszym domem. Do moich uszu doszedł dopiero łomot do drzwi mieszkania sąsiadów. Podwójne okna uszczelnione na zimę odcinały tę drogę ucieczki. Odczekałem aż wejdą do środka. Gdy z za ściany dobiegły ich szczekliwe głosy, rzuciłem się do drzwi i wpadłem prosto w ręce obstawy. Była to grupa z Kriminalpolizei (Kripo), przyjechali zaaresztować mojego sąsiada, Zdziśka B, bardzo młodego chłopca, zajmującego się zarobkowo wymianą wschodnich marek na walutę obiegową Rzeszy.
Tym razem instynkt mnie zawiódł. Gdybym spokojnie przyczaił się w swoim mieszkaniu, moje życie potoczyłoby się innym torem. Skąd jednak mogłem wiedzieć, że przyjechali nie po mnie.
Zawieziono nas obu pod nr 50 przy ul. Warszawskiej, gdzie mieściło się Kripo. Zdziśka zwolniono po dwóch tygodniach, mnie zatrzymano. Sprawdzono moje dokumenty i okazało się, że człowiek o moim nazwisku nie pracuje i nigdy nie pracował w wymienionej w nich instytucji. Rozpoczęły się przesłuchania: skąd mam „lewe" dokumenty, z kim się spotykałem, gdzie znajdują się punkty kontaktowe. Nie sypałem nikogo, toteż przesłuchania ciągnęły się w nieskończoność. W piwnicy przy ul. Warszawskiej przetrzymano mnie około 4 miesiące.
W połowie maja przewieziono mnie do więzienia przy Szosie Południowej. Z okna celi widziałem z oddali szczyt dachu mojego domu, a może tylko tak mi się wydawało, może tylko chciałem go widzieć. Na pewno jednak nie chciałem, lecz musiałem oglądać to, co działo się na terenie więzienia.
Pobyt w więzieniu dostarczył mi wielu wstrząsających przeżyć. Niektóre zatarły się już w mojej pamięci, ale jedno pamiętam bardzo wyraźne. Było to w połowie lipca. Do więzienia przywieziono około 500 kobiet z dziećmi w różnym wieku. Były to żony oficerów radzieckich, które wraz z dziećmi przybyły ze Związku Radzieckiego i zamieszkały w Białymstoku lub w jego okolicach. Niespodziewany wybuch wojny niemiecko-radzieckiej zaskoczył je, nie zdążyły się ewakuować. Nie wiem jak toczyły się ich losy, zanim zostały przez Niemców zgromadzone na więziennym placu. To ponure zawsze miejsce przeobraziło się na kilka dni jakby w plac zabaw. Dzieci biegały, bawiły się, śmiały się i ku naszemu zdumieniu nawet esesmani brali czasem udział w tych zabawach. Dziwny to był widok, jak na nasze więzienne warunki. Dochodziły do nas informacje, że te kobiety z dziećmi zostaną wywiezione do Rzeszy. Informacje te okazały się fałszywe, prawda zaś, która szybko do nas dotarła, była przerażająca. Wszystkie kobiety i dzieci zostały, wywiezione na miejsce straceń w Nowosiółkach pod Białymstokiem i tam wszystkich hitlerowcy zamordowali. W więzieniu zapanowała atmosfera przygnębienia i zaczął się nasilać lęk. Co będzie dalej, co zrobią z nami?
W ostatnich dniach lipca, kiedy transporty na śmierć stały się coraz częstsze, znalazłem się w grupie około 150 więźniów wyselekcjonowanych do transportu. Byłem pewien, że to już koniec, że droga naszego transportu prowadzi też do piachu. Omyliłem się. Stłoczono nas, w trzech wagonach towarowych i przewieziono do Lublina.
TRAFIŁEM DO OBOZU MASOWYCH MORDÓW
Do rampy kolejowej w Lublinie dotarliśmy rankiem drugiego dnia. Gdy rozsunięto drzwi wagonów, nie mogliśmy się zorientować, gdzie się znajdujemy. Przed nami ukazał się koszmarny widok. Gdyby nie esesmańskie mundury, mogłoby się wydawać, że to jest obraz z innej epoki, kadr z jakiegoś filmu z życia niewolników. Półnadzy, wynędzniali więźniowie nosili kamienie i brukowali teren w pobliżu rampy, a miotający się pomiędzy nimi esesmani i kapo poganiali ich pejczami. Przeplatały się z sobą wrzaski poganiaczy i jęki ofiar. W tej atmosferze uformowano z nas kolumnę marszowa i popędzono w kierunku Chełma szosą, przy której znajdował się obóz koncentracyjny Majdanek -- cel naszego transportu.
Gdy dotarliśmy w pobliże łaźni, polecono nam przebiec nago około 40 m, przepędzono pod prysznicami (niby w celu umycia się), wydano pasiaki i drewniaki (tzw. holce), uformowano ponownie kolumnę marszową i skierowano na tzw. IV pole.
Koniec lipca i sierpień 1943 r. były upalne i bezdeszczowe. Pola obozowe, na których znajdowało się ponad 20 baraków, były usytuowane na piaszczystym gruncie. Brakowało wody i o jakiejkolwiek higienie nie było nawet mowy. Krwawa dyzenteria i zgorzel gazowa w ciągu tych kilku tygodni zdziesiątkowały więźniów. Zagęszczenie w blokach, które po naszym przybyciu dochodziło do kilkuset osób, zmniejszyło się do około 150 osób.
Pierwszym miejscem pracy, do którego zostałem skierowany, była budowa strzelnicy treningowej przeznaczonej dla dowództwa obozu. Wspominam o tym nie tylko dlatego, że zetknąłem się tam po raz pierwszy bezpośrednio z niewolniczą, straszną pracą i okrucieństwem esesmanów (przeważnie młodych, wycofanych z frontu kalekich żołnierzy; ci odznaczali się szczególnym okrucieństwem), ale też dlatego, że tam właśnie powstał pierwszy mój zamysł ucieczki z obozu. Gdy nosiłem piach z 60-letnim partnerem, usłyszałem od niego historię ucieczki więźniów kanałami, która zdarzyła się gdzieś we Francji. Po skończeniu budowy strzelnicy nigdy już tego człowieka nie spotkałem, ale jego opowiadanie utkwiło mi głęboko w pamięci. W zagłębieniu poza strzelnicą, w odległości około 50 m od drutów otaczających teren robót, dostrzegłem studzienkę kanalizacyjną. Kilkakrotnie udało mi się do niej zbliżyć, zajrzeć i spostrzec przepływające ścieki. Zauważyłem, że kolejne studzienki, oddalone od siebie o około 50 m, są uszeregowane w kierunku drutów, za którymi znajdowało się przedmieście Lublina. Myśl o ucieczce nie dawała mi spokoju.
Podczas budowy strzelnicy byłem świadkiem wielu tortur, ale jedno zdarzenie zapadło mi w pamięci najbardziej. W pracach tych brało udział wielu więźniów, wśród których przeważali Żydzi, głównie Żydzi greccy z ostatnich transportów. Bito ich brutalnie i torturowano tak skutecznie, że co najmniej pięciu było uśmiercanych na zmianie przedpołudniowej i tyluż na zmianie popołudniowej. W niedługim czasie wyniszczono większość Żydów przywiezionych z Grecji. Pewnego dnia do dwóch Żydów, niosących ładunek piachu, podbiegł esesman i zaczął z wściekłością okładać ich pejczem. Stary Żyd upadł i leżąc skatowany prosił, aby go zastrzelić. Esesman wyjął pistolet, wymierzył, ale nie strzelił, tylko roześmiał się szyderczo i butem zepchnął katowanego z urwiska. Człowiek ten stoczył się do przepływającego w dole strumienia, zachłysnął się wodą i próbował się z niej wydostać. Esesman zbiegł ze zbocza i nogą spychał biedaka do strumienia tak długo, aż tamten utonął. Całemu temu wydarzeniu przyglądała się esesmanka, strażniczka kobiet, która śmiała się przy tym hałaśliwie i zachęcała esesmana do dalszego popisywania się okrucieństwem.
Pewnego razu i ja zostałem skatowany. Pracowałem wówczas jako palacz w komandzie Gartnerei (ogrodnictwo). Przebyłem właśnie trwającą dwa tygodnie wyniszczającą chorobę żołądkową i po jej ustaniu zacząłem odczuwać tak dotkliwy głód, że zaryzykowałem podbieranie ziemniaków z kopca, które następnie gotowałem sobie w kotłowni pod szklarnią. Podczas jednej z takich wypraw zostałem wyśledzony przez esesmana, znanego z sadyzmu folksdojcza z Chorwacji, zwanego przez nas „śliniawy". W obecności kobiet pracujących przy okopywaniu ziemniaków wymierzył mi 15 razów grubym, sękatym kijem z taką zajadłością, że po tej chłoście mój pasiak był cały w strzępach. Zsiniałe ciało goiło się przez dwa tygodnie, a ja w tym czasie nie mogłem ani usiąść, ani położyć się na plecach.
Pewnego dnia byłem świadkiem wydarzenia, które napełniło nas smutkiem, poczuciem bezsilności i beznadziejności. Część komanda Gartnerei skierowano pod silną eskortą do magazynów, znajdujących się przy ul. Lipowej w śródmieściu Lublina. W piwnicach tych magazynów znajdowały się ziemniaki, które ładowaliśmy na ciężarówki, a te woziły je do gorzelni. W opróżnionej z ziemniaków piwnicy natknęliśmy się na dwóch Żydów, ojca i syna, którzy po likwidacji getta ukryli się w tej piwnicy i przetrwali żywi aż do dnia naszej wykonywanej tam roboty. Nie było żadnego sposobu na uratowanie ich. Esesmani zabrali obu do obozu i tam ich stracono.
W dniu l listopada 1943 r. zostało utworzone olbrzymie komando, w którym ja także się znalazłem. Skierowano nas na teren znajdujący się za krematorium, gdzie rozpoczęliśmy kopanie trzech równoległych rowów o szerokości 2 m i głębokości 3 m, przypominających kształtem okopy. Byliśmy przekonani, że są to umocnienia, które Niemcy muszą sobie przygotować, gdyż nie wiedzie im się na froncie. Pracowaliśmy na zmiany po cztery godziny przez cały dzień, noc i następny dzień. Trzeciego dnia, tj. 3 listopada, odbyła się najohydniejsza egzekucja: wymordowano tam około 20 tysięcy Żydów, wyciągniętych z obozu i z getta lubelskiego. Ustawiano ich nad rowem szeregiem, strzelano do nich z karabinów maszynowych, po czym warstwę zabitych, a niekiedy jeszcze żyjących ludzi zalewano wapnem. Powtarzano te czynności aż do całkowitego wypełnienia rowów. Z trzech przygotowanych rowów dwa zapełniono w tym dniu, a trzeci pozostawiano dla skazańców przywożonych kilka razy w tygodniu z więzienia na Zamku w Lublinie.
Zimę przetrwaliśmy w obozie w miarę spokojnie, co nie oznacza, że było lepiej. Panował głód nie do opisania. Komanda, które wychodziły do pracy poza własne pole, z ogromnym narażeniem zdobywały czasem coś do jedzenia. Najczęściej zdobycz taką stanowiły ziemniaki, buraki lub brukiew, czasem jednak zdarzało się, że zatrudnionym w obozie rzemieślnikom z miasta udało się podsunąć jakiemuś więźniowi małe zawiniątko z jedzeniem. Wracając po pracy komanda często rewidowano w bramie. Więźniowie przyłapani z jakąkolwiek zdobyczą byli karani chłostą podczas wieczornego apelu.
Sprzątanie śniegu gołymi rękami bez użycia jakiegokolwiek sprzętu, przenoszenie różnych przedmiotów, np. rozmontowanych prycz z jednego końca pola na drugi, aby następnego dnia przenosić je z powrotem, albo wielogodzinne czyszczenie taboretów odłamkami szkła do bezgranicznej czystości, było na porządku dziennym. Kąpiele w łaźni, których brak odczuwaliśmy tak dotkliwie latem, stały się naszą śmiertelną udręką w okresie późnojesiennym i zimowym. O ile podczas letnich upałów i suszy brakowało nam wody nawet do picia, o tyle podczas zimna i słoty lub mrozu kąpiele w łaźni i dezynfekcje (tzw. kwarantanny) odbywały się, co dwa lub trzy tygodnie, a każda taka kwarantanna trwała 2-3 dni. Słabsi tego nie wytrzymywali, umierali przeważnie z powodu zapalenia płuc.
UCIECZKA RURAMI KANALIZACYJNYMI Z MAJDANKA
Z nadejściem marca 1944 r. wróciły moje marzenia o ucieczce. Pracowałem wtedy w grupie ,,kompost", należącej do komanda Gartnerei. Przez teren, na którym pracowaliśmy, przebiegała kanalizacja. Nie budząc nadmiernych podejrzeń mogłem się zbliżać do jej studzienek. Z pomocą kolegów pracujących w magazynach zdobyłem cywilne ubranie, piłkę do cięcia żelaza i młotek. Byłem zdecydowany na ucieczkę kanałami, ale nie mogłem tego zrobić sam. Pewnego dnia zauważyłem, że dwaj pracujący ze mną koledzy Robert Skrzypczak i Stefan Drozd są bardzo zmęczeni i jakby niewyspani. Udało mi się podsłuchać ich rozmowę, z której wynikało, że próbują ucieczki. Po pewnym czasie zdobyłem ich zaufanie i wtajemniczyli mnie w swoje plany. Właśnie w nocy, po której wydawali mi się niewyspani, próbowali uciec przez druty podczas zawiei śnieżnej, ale zostali ostrzelani. Podzieliłem się z nimi swoją tajemnicą. Na mój plan ucieczki obaj przystali bez najmniejszego wahania.
Praktycznie byłem już przygotowany do ucieczki. Zdecydowaliśmy się, że w poniedziałek, tj. za dwa dni, wyruszamy po przerwie obiadowej. W międzyczasie Robert przyznał się, że zdradził nasz plan więźniowi Janowi Szarzyńskiemu, nazywanemu przez nas „dziadkiem". Przeraziłem się, bo „rozszerzenie kręgu wtajemniczonych stwarzało możliwość dekonspiracji, a ta organizatorowi ucieczki groziła szubienicą. Jednak znałem i szanowałem „dziadka", toteż zgodziłem się na jego współudział, ale postawiłem warunek, że wyruszamy nieodwołalnie we wtorek. Wieczorem spotkaliśmy się z „dziadkiem" i okazało się, że nasz krąg jeszcze nie jest zamknięty, bo zostali wtajemniczeni dodatkowo Stefan Iwanek i Mikołaj Caban. We wtorek rano zebraliśmy się na naradę u „dziadka" w cieplarni gertneraju. Było nas sześciu, a wszyscy, z wyjątkiem mnie, należeli do grupy tzw. „fluk punktów". Byli to dodatkowo oznakowani dwoma czerwonobiałymi kółkami rzekomo niebezpieczni przestępcy, znajdujący się pod wzmożoną obserwacją; zostali oni skazani na śmierć już w więzieniu na Zamku w Lubinie, a obóz był dla nich jakby przejściową celą śmierci.
„Dziadek", jako najstarszy wiekiem i bardziej doświadczony, zgodził się pełnić rolę dowódcy (był zresztą zawodowym podoficerem kawalerii). Podzielił nas na trzy dwuosobowe grupy. Ja z Kolą Cabanem miałem iść przodem, za nami Robert Skrzypczak ze Stefanem Drozdem, a na końcu Stefan Iwanek z „dziadkiem".
Potrzebny był rekonesans. Kola, zaopatrzony w młot owinięty w szmaty celu wygłuszenia uderzeń i piłkę do cięcia metalu, wszedł do środka pierwszej studzienki (tej za strzelnicą), a ja zostałem na zewnątrz, aby obserwować otoczenie, nasłuchiwać, czy Kola nie hałasuje zbytnio i ostrzegać go w razie potrzeby. Po około 3 minutach Kola wrócił i z zadowoleniem oświadczył, że poszło dobrze, że pierwszą kratę przepiłował bez trudu, narzędzia zostawił w studzience, a najchętniej poszedłby dalej i w ogóle żal mu było wychodzić.
Po przerwie obiadowej zawołano mnie do blokowej szrajbsztuby (biura), gdzie oprócz nas sześciu byli obecni jeszcze Henryk Srebrzycki (prawdziwe nazwisko Zilberszpic), Tadeusz Czajka i Witek Piątkowski. Byłem tym zaskoczony, ale jednocześnie zdeterminowany — co ma być, to będzie. Okazało się jednak, że koledzy ci nie tylko nie mieli chęci do udziału w ucieczce, ale nawet wyrażali swoje wątpliwości co do szans powodzenia naszego planu. Widząc naszą zdecydowaną postawę życzyli nam szczęścia przy pożegnaniu.
Jako pierwsi ruszyli Kola i Robert, z zadaniem przecinania krat w rurach kanalizacyjnych. Stefan Drozd i ja pilnowaliśmy trzeciej studzienki, znajdującej się na bardzo uczęszczanej drodze w pobliżu szklarni. Gdy usłyszeliśmy, że koledzy są już w tej studzience, daliśmy sygnał „można piłować". Po usłyszeniu od nich odpowiedzi „idziemy dalej" pobiegliśmy do pierwszej studzienki i ruszyliśmy za pierwszą dwójką. Przy trzeciej studzience zostali na czatach „dziadek" Jan Szarzyński i Stefan Iwanek.
Rura, do której dostaliśmy się, miała średnicę zaledwie 60 cm i była wypełniona do połowy, a miejscami nawet wyżej, ściekami z obozowych sanitariatów. Czołgając się w tej cuchnącej mazi zaklinowałem się w połowie pierwszego odcinka i nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą. Ogarnęło mnie przerażenie, że nie mogę posuwać się dalej i równocześnie zagradzam drogę pozostałym. Myślałem, że to już koniec. Modliłem się gorączkowo i mocowałem ze swoim ciałem, nie myślałem jednak o poddaniu się bez walki. Wreszcie udało mi się -ruszyłem. Im dalej brnąłem, tym bardziej adaptowałem się do warunków i zacząłem wierzyć, że plan się powiedzie.
W studzience znajdującej się tuż przy drutach obozowych natknęliśmy się na Kolę i Roberta, którzy czekali na nas zamiast posuwać się do przodu. Dlaczego - czyżby nowa przeszkoda? Okazało się, że ta studzienka miała hermetyczną metalową pokrywę w przeciwieństwie do poprzednich, które były luźno przykryte betonowymi płytami. Panowała w niej absolutna ciemność. Nad nią natomiast byli esesmani na straży, rozstawieni co 50 m. Po krótkiej naradzie Robert spróbował unieść pokrywę i udało się, a on z przerażeniem zobaczył buty chodzącego obok strażnika. Szybko ruszyliśmy dalej, do następnej studzienki, która znajdowała się już poza obozem w odległości około 50 m od drutów i około 30 m od zabudowań dzielnicy „Dziesiąta". Tam czekaliśmy na pozostałych uczestników ucieczki, aby razem ustalić plan wyjścia z kanałów i przedostania się do pobliskich domów. Gdy cała nasza szóstka znalazła się już w studzience, okazało się, że z rury wydostają się następni: siódmy, ósmy i dziewiąty uciekinier. Byli to Tadek, Witek i Heniek, ci, którzy mieli wątpliwości i pożegnali nas życząc szczęścia. Dziś wydaje mi się, że może już wtedy życzyli szczęścia również sobie. Byli przezorni. Jako funkcyjni - pisarze (szreiberzy) zdobyli przepustki na teren prac komanda gertneraj, tam obserwowali naszą akcje i zdecydowali się pójść w nasze ślady.
Iwanek, zobaczywszy niespodziewanych gości w studzience, powiedział: ,,Kiedy jako ostatni ruszyłem z pierwszej studzienki, przeraziłem się, gdyż usłyszałem za sobą jakiś ruch, plusk, a potem słowa: „Ale śmierdzi, och jak zimno". Były to słowa jednego z tej trójki, która dołączyła do nas w ostatniej chwili.
PRZEŻYCIA PO UCIECZCE
Ze studzienki wychodziliśmy pojedynczo, w pewnych odstępach, bez pośpiechu, aby nie zwrócić uwagi esesmanów, którzy obserwowali okolicę ogrodzenia, zwracając jednak uwagę bardziej na strefę wewnętrzną, niż na teren poza drutami. Udało się!
Gdy dotarliśmy do najbliższego domu, przemoczeni, pokryci krzepnącym na mrozie szlamem, z otwartymi, krwawiącymi ranami na kolanach i łokciach, wzbudziliśmy litość i przerażenie. Ludzie nie mieli wątpliwości, że jesteśmy stamtąd; radzi byli pomóc, ale bali się Niemców; prosili, żeby iść dalej, jak najszybciej. Poszliśmy. Przemarznięci do szpiku kości, zesztywniali na mrozie, ostatkiem sił dotarliśmy do wsi Dąbrowa Leśna i wtedy usłyszeliśmy ryk syren obozowych, Zrozumieliśmy, że już wiedzą o naszej ucieczce, że wyrusza pogoń.
We wsi nakarmiono nas, oczyszczono nasze rany za pomocą samogonu, założono opatrunki z ligniny i jakoś odziano, po czym wyruszyliśmy dalej. Droga prowadziła przez las. Szliśmy wśród zamieci śnieżnej na nogach usztywnionych przez ligninę, przyschniętą do głęboko startych ran na kolanach. Do Dąbrowy przewodził nam Witek Piątkowski, który znał teren i wiedział, gdzie szukać kontaktów z podziemiem. O świcie doprowadził nas do wsi, w której otrzymaliśmy gorącą strawę. Zmożeni ciepłem zapadliśmy w głęboki sen, ale nie na długo; po kilku godzinach gwałtownie nas obudzono, zbliżała się bowiem obława obozowa z psami, których ujadanie było już słychać w oddali. Rozespani, półprzytomni rzuciliśmy się do ucieczki w kierunku najbliższych lasów. O zmroku dopiero osiągnęliśmy brzeg lasu, a po godzinie dotarliśmy do leśniczówki.
Leśniczy zgodził się nas przenocować, ale uprzedził, że często nachodzą go w nocy żandarmi. Nie mieliśmy już jednak sił ani żadnego innego wyboru, więc zostaliśmy. Witek z synem leśniczego udał się do najbliższej wioski na zwiady, a żona leśniczego w tym czasie przygotowała nam pachnącą apetycznie kartoflankę. Po powrocie Witka zasiedliśmy do jedzenia, ale nie zdążyliśmy jeszcze sięgnąć po łyżki, gdy zaczęło się dobijanie do drzwi i okien. Gospodyni trzymająca dziecko na rękach zbladła, a leśniczy wypowiedział tylko słowa: ,,A jednak", po czym otworzył drzwi. Do chaty wpadli jeden za drugim trzej mężczyźni w mundurach niemieckich oficerów, z pistoletami w rękach i okrzykiem: „Ręce do góry". Za nimi weszli następni, ale już w ubraniach cywilnych z białoczerwonymi opaskami. Na widok tych opasek opadło przerażenie, które nas w pierwszej chwili sparaliżowało; z radosnym okrzykiem „To nasi, to partyzanci!" opuściliśmy ręce. Oni natomiast, jakby nie dostrzegając naszej radości, ostro zakomenderowali: „Ręce do góry, jesteście aresztowani!" Dopiero po zrewidowaniu pozwolili nam zjeść zupę.
Po kolacji ulokowano nas na saniach i ruszyliśmy leśną drogą w cudną, gwiaździstą i mroźną noc. Była to dla mnie najpiękniejsza podróż. Leżąc wsłuchiwałem się w ślizg sań i wojskowe komendy, które padały od czasu do czasu, gdy przejeżdżaliśmy przez wsie. Serce łomotało mi z radości. Jeszcze Polska nie zginęła!
Po kilku godzinach nasz konwój zatrzymał się w Żukowie przed jedną z wiejskich chat, strzeżoną przez wartownika z białoczerwoną opaską. Wprowadzono nas do obszernej izby, w której na grochowinach leżał, lekko ranny podczas potyczki, jeniec niemiecki. Jak się dowiedzieliśmy, był Ślązakiem, wcielonym pod przymusem do wermachtu; na imię mu było Stefan.
Rano zrobił się ruch koło chaty i do izby wszedł dowódca lotnego oddziału AK, który spojrzawszy na nas. wykrzyknął od drzwi: „Witek! co za spotkanie!" Był to „Jastrząb", który znał Witka z więzienia na Zamku w Lublinie. Udało mu się wcześniej zbiec z transportu do Oświęcimia, po czym dostał się do partyzantki. „Jastrząb" odprawił wartownika i od tej chwili byliśmy już naprawdę wolni. Nakarmiono nas szczodrze, ale nie wyszło to nam na dobre; rozchorowaliśmy się, a szczególnie ciężko chorował Kola.
Następnego dnia nowa niespodzianka. Odwiedził nas Paweł Dąbek. Znałem go z obozu, pracowaliśmy razem w komandzie gertneraj. Pawłowi wraz z Malińskim i Osińskim udało się zbiec z Majdanka kilka tygodni przed nami. Gdy się z nami spotkał, był już komendantem obwodu AL. Po wojnie został wojewodą lubelskim oraz pierwszym organizatorem i inicjatorem dorocznych spotkań byłych więźniów Majdanka.
Po kilku dniach oddział „Jastrzębia" musiał opuścić Żuków, a nas odtransportowano do Krzczonowa, gdzie było duże zgrupowanie AK, w tym również podchorążówka. Przebywaliśmy tam kilka dni w naprędce zorganizowanym szpitaliku, gdzie pod troskliwą opieką sanitariuszek leczyliśmy nasze poranione kolana. Gdy trochę nas podleczono, zostaliśmy przydzieleni do wiejskich rodzin. Ja znalazłem się u państwa Mamczarzów, z którymi zaprzyjaźniłem się bardzo, a przyjaźń ta trwa do dzisiaj.
W Krzczonowie przeżyliśmy niemiecką obławę. Oddziały żandarmów, SS i wermachtu otoczyły tę olbrzymią wieś o świcie. Zaskoczeni kryliśmy się, gdzie kto mógł. Ja znalazłem schronienie pod podłogą w stodole. Ze swojej kryjówki słyszałem strzały. Jak się później dowiedziałem, jeden z podchorążaków, przebywający w sąsiednim gospodarstwie, nie wytrzymał. Wyszedł z kryjówki i natknąwszy się na Niemców strzelił, po czym sam został przez nich wielokrotnie zraniony. Dopadli go jeszcze żywego, owinęli bandażami, położyli na metalowym łóżku i podpalili. Kiedy po odejściu Niemców wygasiliśmy pożar, znaleźliśmy na łóżku zwęglone już zwłoki.
WĘDRÓWKA DO WARSZAWY
Było nam w Krzczonowie bardzo dobrze, otoczono nas gromną życzliwością i wspaniałą opieką, ale nadszedł czas, w którym obaj z Robertem zdecydowaliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Robert do Puław, ja do Warszawy. Nauczyciel miejscowej szkoły, działacz AK Skwarzyński, zaopatrzył nas w fałszywe dokumenty. Na mojej „kenkarcie" figurowało nazwisko Kowalski; imię zachowałem własne. Tym fałszywym dokumentem posługiwałem się do końca wojny, mam go do dzisiaj, zostawiłem go sobie na pamiątkę. Oprócz kenkarty otrzymaliśmy tzw. glejty na drogę. Dzięki nim, pod wskazanymi adresami na trasie naszej wędrówki, spotykaliśmy się z życzliwym przyjęciem oraz znajdowaliśmy nocleg i pożywienie.
Wyruszyliśmy w połowie maja 1944 r. Podróż była bardzo trudna i niebezpieczna z powodu licznych posterunków niemieckich, które musieliśmy omijać. Gdy dotarliśmy do Wisły, postanowiliśmy przespać noc w pustej poczekalni na przystani. Niewiele brakowało, a. odkryłby nas tam patrol niemiecki. Jednakże i tym razem szczęście nam sprzyjało, gdyż Niemcy obeszli tylko dookoła pomost i nie zaglądając do poczekalni oddalili się. Rano zabrał nas statek rzeczny, którym dopłynęliśmy do Kazimierza, a stamtąd ruszyliśmy piechotą w kierunku Puław.
Zatrzymaliśmy się kilkaset metrów przed miejscowością Góra Puławska, w której mieszkał stryj Roberta. Robert obawiał się, że może być przez kogoś rozpoznany, więc pozostał w tym miejscu, a ja poszedłem zawiadomić pana Urbanka, że jego krewny znajduje się na wolności i chce się z nim spotkać. Robert dobrze opisał mi drogę, toteż trafiłem bez żadnych trudności. Przyniesiona przeze mnie wiadomość sprawiła ogromną radość rodzinie Roberta, ale jednocześnie wywołała panikę. Dom Urbanków znajdował się w pobliżu mostu na Wiśle, a sąsiedztwo to było bardzo niebezpieczne, ponieważ most był mocno strzeżony przez straże niemieckie. Pan Urbanek polecił żonie i córce, aby zajęły się mną, a sam udał się we wskazanym przeze mnie kierunku, by odszukać Roberta. Wystraszone kobiety nakarmiły mnie i ulokowały na noc w jakimś składziku, skąd w razie potrzeby łatwiej było uciekać. Wczesnym rankiem, bocznymi drogami ruszyłem w kierunku Dęblina.
W ten sposób niespodziewanie rozstałem się z Robertem bez pożegnania i jak się później okazało, na bardzo długo, bo aż do jednego z pierwszych spotkań po wojnie z okazji Dni Majdanka.
Miałem przed sobą trudne zadanie przedostania się przez most na prawą stronę Wisły. Na obu końcach mostu stały straże, przeważnie żołdacy mongolscy, zwerbowani do armii niemieckiej na okupowanych terenach ZSRR. Z pomocą przyszły mi dwie kobiety wracające z koszar niemieckich, gdzie prały bieliznę. Na moją prośbę, nie pytając nawet kim jestem i dlaczego tam się znajduję, wzięły mnie między siebie, kazały ująć się pod ręce, po czym wesoło pozdrawiając i zagadując Mongołów przeprowadziły przez most.
Uradowany skierowałem się w stronę linii kolejowej, prowadzącej do Warszawy. Po kilku godzinach oczekiwania na jednym z opustoszałych przystanków udało mi się wskoczyć do zwalniającego w tym miejscu pociągu towarowego, załadowanego zniszczonym sprzętem wojennym z frontu.
Była godzina 9 wieczorem, kiedy wyskoczyłem z pociągu na Targówku w Warszawie. Udałem się na znaną mi pętlę tramwajową i zupełnie pustym tramwajem, czym byłem niemile zaskoczony, dojechałem do ul. Grochowskiej. Dążyłem do ul. Tarczowej. Ostatni odcinek drogi trzeba było pokonać piechota. Ulica Grochowska była zupełnie pusta, instynktownie ruszyłem więc środkiem, wzdłuż torów tramwajowych. Przyznam się, że bardzo się bałem.
Minąłem szczęśliwie kilka posterunków niemieckich przy jakichś zakładach przemysłowych i dotarłem wreszcie do mieszkania mojego przyrodniego brata. Zastałem tylko bratową, bowiem brat został rozstrzelany przez Niemców akurat w dniu, w którym ja zostałem wywieziony do obozu na Majdanku. Powitanie było dziwne. Zaskoczona moim widokiem, zdumiona i zdenerwowana bratowa zarzuciła mnie potokiem słów: „Wariat! Co ty wyprawiasz? Przecież jest godzina policyjna! Jak ty w ogóle tu dotarłeś, że cię nie zatrzymali lub w ogóle nie sprzątnęli? Rozumiałem jej niepokój, ale czy miałem do wyboru coś mniej ryzykownego?
Do wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkałem przy ul. Tarczowej na Pradze. Posługiwałem się nadal fałszywą kenkartą i żeby nie kusić losu, nie oddalałem się zbyt często ani daleko od domu. W okresie tym przeżyłem także chwile radości. Pewnego dnia przyjechał z Białegostoku, narażając życie przez „zieloną granicę", mój brat Tadek tylko po to, aby mnie zobaczyć, żeby się upewnić, że naprawdę żyję i że udało mi się uciec z obozu. Żaden opis nie jest w stanie wyrazić radości tego spotkania.
Moje kontakty z AK w Warszawie były dość luźne, a ja zajmowałem się przez czerwiec i lipiec uprawą ogórków i pomidorów w niewielkim ogródku mojej bratowej i pracowałem dorywczo w zakonspirowanej prywatnej wytwórni papierosów.
W SZEREGACH „ZGRUPOWANIA KAMPINOS"
W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego znajdowałem się na Grochowie, w domu przy ul. Tarczowej. Przez Grochów wiodła droga odwrotu Niemców z frontu wschodniego. Była tam duża koncentracja wojska i sprzętu bojowego. Przednie straże i czołgi radzieckie docierały wprawdzie nawet do Placu Szembeka i dalej, front radziecki nie posuwał się jednak do przodu. W tej sytuacji Niemcy szybko, bo w ciąga paru godzin, opanowali Grochów, potem Pragę i skierowali duże siły przeciwko Warszawie lewobrzeżnej.
Po trzech dniach postanowiłem przedostać się do walczącej Warszawy. Wyruszyłem trasą na Bródno w kierunku Choszczówki, aby już poza granicami miasta przekroczyć Wisłę. Na trasie dołączyłem do grupy porucznika „Junoszy", która podążała do tego samego celu. Z członkami tej grupy byłem odtąd ściśle związany przez cały okres Powstania i później, aż do ofensywy styczniowej. Występowałem pod pseudonimem „Duch". Przylgnął on do mnie tak trwale, że teraz kampinosiacy, z którymi spotykam się lub koresponduję do dziś, nie zwracając się do mnie inaczej jak „Duch" lub „Duszek". Przyjaźń między nami przetrwała i każde spotkanie, chociaż w stale zmniejszającym się gronie, jest dla nas wielką uroczystością i przeżyciem.
Z Choszczówki skierowaliśmy się do Burakowa, gdzie w niewielkiej odległości od bardzo silnie strzeżonego mostu przepłynęliśmy łódkami na drugą stronę Wisły. Wkroczyliśmy w głąb Puszczy Kampinoskiej. Po około 500 m marszu zostaliśmy zatrzymani przez jedną z wart partyzantki AK „Zgrupowanie Kampinos". Skierowano nas do wsi Pociecha, a stamtąd do wsi Wiersze, gdzie dowództwo batalionu oddało nas pod rozkazy porucznika „Olszy", dowódcy kompanii ckm. Jednostka nasza, tzn. pluton wyposażony w trzy cekaemy, stacjonowała w stodole. Z sentymentem wspominam wieczory, kiedy zbieraliśmy się przed stodołą, wokół kieratu i do późnej nocy śpiewaliśmy partyzanckie pieśni, a wśród nich najbliższą sercu:
„O Panie, któryś jest na niebie,, wyciągnij sprawiedliwą dłoń. Wołamy z puszczy dziś do Ciebie o polski dach, o polską broń ..."
Otrzymaliśmy cekaemy, polskie „trzydziestki". Ja w swojej drużynie pełniłem funkcję amunicyjnego, później taśmowego; celowniczym był Tadek „Skowron" (Skowroński), z którym zaprzyjaźniłem się najbardziej.
Dnie w Wierszach mijały według ustalonego rozkładu. Co drugą dobę nasza drużyna ckm pełniła służbę ubezpieczającą jedną z trzech placówek na zmianę. W dniach wolnych od służby odbywały się szkolenia bojowe, treningi na strzelnicy i budowa umocnień.
Od dłuższego czasu nękały nas pociski armatnie wystrzeliwane ze wsi Truskaw. Powodowały one stale rosnące straty wśród partyzantów i wśród ludności wiejskiej. Zdecydowaliśmy się na akcję odwetowa, która zakończyła się wyparciem hitlerowców (wśród których znaczną część stanowili Ukraińcy) oraz zdobyciem nękającej nas armaty i sprzętu bojowego. Niestety, w boju ponieśliśmy także straty. Z naszej grupy zginął „Żbik", a „Motyl" (Marian Affek) został ranny.
Dziesięć dni później brałem udział w akcji na majątek Pilaszków, gdzie zaskoczyliśmy oddział wermachtu z taborami i 150 sztukami bydła, zabranego od gospodarzy z różnych wsi. Podczas tej akcji zabarykadowani Niemcy poddali się, a cały ich dobytek przeszedł w nasze ręce. Odzyskane krowy zostały rozdzielone pomiędzy gospodarzy puszczańskich.
Do ważnych zadań „Zgrupowania Kampinos" należało odbieranie zrzutów, które odbywały się niemal w każdą pogodną noc. Lubiliśmy późnymi wieczorami, wśród opowiadań, gawęd i partyzanckich piosenek, wyczekiwać na angielskie samoloty. Gdy się zbliżały, z podnieceniem wsłuchiwaliśmy się w ich warkot dochodzący do nas nawet z dużych wysokości. Broń i amunicja, pochodzące ze zrzutów, były przekazywane przez specjalnie wyszkolone kompanie oddziałom powstańczym walczącym w Warszawie. „Zgrupowanie Kampinos" odegrało ważną rolę w Powstaniu Warszawskim i zostało uznane za integralny składnik bojowy Powstania.
Gdy pewnego dnia rankiem kończyliśmy służbę na placówce we wsi Brzozówka, ułyszeliśmy strzelaninę na drugim końcu tej wsi. Okazała się, że nasze przednie patrole zostały zaatakowane przez oddział piechoty niemieckiej wspierany czołgami. Pierwszy atak został odparty i wydawało się, że na tym się skończyło. Był to jednak tylko początek generalnego ataku na oddziały w puszczy. Po około dwóch godzinach pojawił się dwukadłubowy samolot wywiadowczy, który przez długi czas krążył nad Wierszami. Utworzyliśmy gniazdo cekaemów i zaczęliśmy strzelać zmasowanym ogniem.
Bez celowników przeciwlotniczych nie udało się nam go trafić, ale mieliśmy złudzenie, że przynajmniej wystraszyliśmy go, bo odleciał. Okazało się jednak, że nie na długo. W porze obiadowej zerwał nas na nogi alarm. Ze strony Warszawy zbliżała się eskadra bombardujących meserszmitów, prowadzona przez ten sam samolot zwiadowczy. Zaledwie zdążyliśmy wycofać się rowem poza zabudowania, gdy trzy trójki bombowców zaczęły pikować i zrzucać bomby, przesuwając się systematycznie wzdłuż wioski. Bombardowanie i kanonada z działek samolotowych trwały około 15 minut. Wieś płonęła, na drodze leżały zabite zwierzęta, a pomiędzy ścianami ognia miotały się w najwyższym przerażeniu te z nich, które jeszcze zachowały się przy życiu. Gdy bombardowanie ustało, wszyscy rzucili się do ratowania płonącej wsi, ale pomimo wielkiego wysiłku i ofiarności o zmroku pozostały już tylko zgliszcza.
Dowództwo zarządziło utworzenie kolumn ewakuacyjnych. Całe zgrupowanie składało się z jednego pułku piechoty i trzech szwadronów kawalerii, Kolumna marszowa rozwinęła się na odcinku długości około 7 km wraz z taborami i szpitalem. Marsz przez puszczę trwał całą noc i cały dzień. W ciągu następnej nocy mieliśmy przebyć około 37 km otwartą przestrzenią, co stwarzało możliwości dotarcia do Borów Tucholskich. Niestety, Niemcy śledzili nasze ruchy i postanowili pokrzyżować te plany. Atakowali przez całą noc ze wszystkich stron, używając do ataków również czołgów. Odcięli nam znaczną część taborów i szpital, palili stogi na polach i zabudowania, co wraz z rakietami oświetlało całą naszą kolumnę. Te wszystkie akcje opóźniały nasz marsz, skutkiem czego o świcie dotarliśmy zaledwie do Baranowa.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej, lecz wkrótce ponownie musieliśmy się zatrzymać w Budach Zosinych, w pobliżu Jaktorowa. Tam bowiem za torami kolejowymi doszło do potyczki między naszym oddziałem zwiadowczym a Niemcami, którzy wcześniej okopali się i oczekiwali nas. Ponadto zajechał nam drogę pociąg pancerny, który siekł pociskami, siejąc spustoszenie w naszych szeregach. Spłoszone konie spowodowały duże zamieszanie w kolumnie marszowej. Byliśmy zmuszeni wycofać się w kierunku zadrzewionych miejsc. W pewnym momencie zauważyłem, że „Motyl" został trafiony w szyję. Chcąc go ratować podczołgałem się do niego, ale on przytrzymując jedną ręką buchającą z rany krew, drugą wyciągnął dokumenty, z których wypadła fotografia jego dziewczyny. Uważając, że z nim już koniec, chciał, abym te dokumenty zabrał ze sobą. W tym momencie jednak silny ostrzał zmusił mnie do zsunięca się w rów i wyczołgania się za stodołę. Gdy ostrzał drogi ustał, sanitariuszki ściągnęły ,,Motyla" za stodołę i opatrzyły mu ranę. Miał szczęście, że dokumenty zostały przy nim, gdyż bez nich miałby duże trudności w dostaniu się do szpitala.
Ja i „Skowron" dotarliśmy do jednej z chat, gdzie gospodyni dała nam coś do zjedzenia, po czym krańcowo wyczerpani ukryliśmy się za stodołą i zapadliśmy w głęboki sen. Nie wiem czy spaliśmy pół godziny czy całą godzinę, gdy ta sama kobieta gwałtownie nas obudziła i wskazała na niemiecką tyralierę, zbliżającą się polami w naszym kierunku. Opuściliśmy kryjówkę i czołgając się przez kartoflisko zbliżyliśmy się do drogi. Nasze oddziały były otoczone. Drogą ciągnęły niemieckie samochody pancerne i czołgi w około stumetrowych odstępach. Obaj ze „Skowronem", wykorzystując luki pomiędzy nimi i zapadający zmrok, z determinacją przeskoczyliśmy przez drogę. Skierowaliśmy się do najbliższych wsi. Przenocowaliśmy we wsi Duninopol-Skrzelew, gdzie następnego dnia, przy pomocy sołtysa, udało się nam znaleźć schronienie u miejscowych gospodarzy, którzy zatrudnili nas u siebie jako parobków.
Nasze oddziały zostały rozbite przez Niemców. Wielu naszych zginęło, część dostała się do niewoli, części, podobnie jak nam, udało się wydostać z okrążenia. Ci z naszej „Grochowskiej" grupy, którzy się uratowali, rozproszyli się po terenie od Żyrardowa aż poza Sochaczew.
Odnaleźliśmy w Żyrardowie naszego dowódcę „Junoszę" (Borkowskiego). Dzięki temu kontaktowi uzyskaliśmy pewne wsparcie, które dotarło do nas w zrzutach z Anglii. Zrzuty przyjmował oddział kawalerii dowodzony przez porucznika „Dolinę". Oddział ten, któremu prawie w całości udało się wymknąć z okrążenia, próbował odtworzyć strukturę rozbitej partyzantki. Odszukałem także „Motyla" w szpitalu w Szymanowie i „Perełkę" (Ludwika Osieckiego) w szpitalu w Sochaczewie. Obaj przeżyli.
Ofensywa styczniowa zastała mnie we wsi Duninopol-Skrzelew, skąd piechotą wróciłem do Warszawy, a po kilku dniach wyruszyłem do domu do Białegostoku.
Tak skończyły się moje burzliwe wojenne przeżycia, które zaczęły się od przypadkowego aresztowania, a których przetrwanie zawdzięczam chyba odrobinie szczęścia.
Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami , Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Powstania Warszawskiego, Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Oświęcimskim oraz Medalem Komisji Edukacji Narodowej.






