src='https://image.weben1.com/b/13509/09dbfa3b-9f1f-4391-88a2-346f1ca94912.jpeg'/>
Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wielkanoc w wolnym Białymstoku. Brakowało jajek


 Karta świąteczna z około 1910 roku. fot. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

   Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku upłynęła pod znakiem niedostatków. Szczególnie brakowało jajek. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy.

  W 1916 roku, białostoczanie jęczący pod jarzmem niemieckich rekwizycji, mieli całkiem inne problemy. Kombinowano jak tu ominąć okupacyjny "zakaz wypieku placków na rozmaite święta".

  W tym zakazie nie chodziło rzecz jasna o walkę z tradycją, ale o reglamentację mąki. Ta była bardziej potrzebna niż amunicja. Tkwiący na froncie żołnierze czekali na chleb. W Białymstoku policja tropiła więc krążących po mieście handlarzy. Najlepszym tropem wiodącym do nich były służące, które "dla swego państwa" przed zbliżającymi się świętami chciały kupić mąkę. Podobne trudności były też z nabyciem jajek. Tu policja mogła ogłosić śledczy sukces. Oto przed samą Wielkanocą schwytano handlarza, który miał na furze 1000 jaj. Przeznaczone były dla szpitala wojskowego w pałacu Branickich. Wozak jadąc z magazynów przy dworcu, na Lipowej i rynku rozprzedawał białostoczanom militarne jajka po 20 fenigów za sztukę.

  Ale największym utrapieniem w tej walce o godziwe święta było rozporządzenie "Jaśnie Wielmożnego Inspektora Etapowego" wydane 14 lutego 1916 roku. Jaśnie Wielmoża nakazał do 31 marca przynieść na rynek, do kamienicy pod siedemnastką, gdzie mieściło się dowództwo zaopatrzenia armii, wszystkie białostockie garnki. Zapewniano, że nie będzie to rekwizycja tylko skup. Podano nawet cennik. Z niemiecką skrupulatnością oznajmiono, że w "zakres zakupu" wchodzą "kociołki do gotowania i smażenia, kociołki do marmelady i potraw, garnki, brytfanny, formy do pieczenia, kastrole, chłodniki, moździerze, płyty, lichtarze, żelazka do prasowania, kociołki do gotowania bielizny, wanny kąpielowe, samowary itd." Inspektor groził, że po 31 marca przeprowadzane będą w mieście rewizje i jeśli nie daj Bóg u kogoś znajdzie się schowany garnek, to zostanie on zarekwirowany, a jego właściciel napyta sobie biedy. Tak to Keiser planował białostockimi garami i rondlami, przetopionymi na amunicję, wygrać światową wojnę. Ale dlaczego kosztem Wielkanocy? Pan Bóg mu tego nie darował.

  Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku też upłynęła pod znakiem niedostatków. Garnki już były, ale nie było czego do nich włożyć. Szczególnie brakowało jajek. A jakże tu świętować bez kurzych płodów. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy. Gdy taki został ogłoszony, to okazało się, że jest kłopot z dystrybucją. Oburzone miasto dowiedziało się, że "na dworcu Poleskim (obecnie Fabrycznym) czeka na odbiorcę kilkanaście tysięcy jaj przeznaczonych dla miasta". Gdy jakoś uporano się z upłynnieniem tego towaru, to po kilku dniach spadło nowe nieszczęście. Z Warszawy przyszedł kolejny transport. Tym razem było to 102 204 jajek. I znów leżały w wagonach.

   Dramatycznie apelowano "Wydziale Aprowizacyjny zlituj się nad jajami".

W następnych latach jajeczny problem zniknął. Pojawił się natomiast inny. Odwieczną świąteczną zabawą była kultywowana wśród miejscowego ludu gra w wielkanocne jaja. Jej opis za "Kłosami" z 1876 roku przytoczył Artur Gaweł w znakomitej książce "Rok obrzędowy na Podlasiu". Oto reguły tej prostej, ale niegdyś emocjonującej gry. "Grający wyzywają się na bitki, to jest jeden z nich w garść ująwszy pisankę, nosek jej obrócony do góry, ukazuje przeciwnikowi, który weń bije noskiem swojej pisanki; czyje pęknie ten jej piętkę musi nastawić, a gdy i ta się stłucze, wtedy jajko przegrywa i grę dalej nowym prowadzi. W bitki chodzą i starsi, niekiedy tak zawzięcie, iż wprost na targu, u stragana stanąwszy cały kosz pisanek biorąc na podział i tłuką je aż do ostatniej. Nie czynią jednak na chybił trafił, owszem wybierają wpośród jajka najmocniejsze, a moc ich rozpoznają po dźwięku, jaki które z nich wyda postawione storcem na dłoni i trącane to noskiem to znów piętką o zaciśnięte zęby. Trafiają się tak biegli znawcy, iż jednym jajkiem już zawczasu wybranem, całe kopy nieraz zmiatają; a nie brak i oszustów, którzy białko i żółtko z surowego jaka wysączają i woskiem je wewnątrz zalawszy, łapią na tę sztuczkę prostaczków. Figiel to jednak niebezpieczny, bo kiedy się odkryje, to oszust na łbie własnym nieraz doświadcza mocy fałszowania swojej pisanki".

  Ale to, co stało się na Wielkanoc 1927 roku przed białostocką farą dopisało jeszcze jeden rozdzialik do opisu obyczaju miejscowego i annałów tej gry. Oto dowiadujemy się z policyjnych kronik, że "niejaki Jan Kłubowski, lat 50, zamieszkały przy Chmielnej 10 (przebiegała ta ulica za zachodnią pierzeją rynku), nakłonił 12-letniego chłopaka Henryka Waluka do gry w jaja wielkanocne (czyje mocniejsze)". Pewny swego mężczyzna wpadł w furię, gdy smarkacz, trach, bach rozbił mu nosek i piętkę. Tak wielkie emocje targały jegomościem, że nie bacząc, iż to tylko niewinna gra i że jego przeciwnikiem jest dziecko złapał "laskę okutą żelazem i pobił dziecko do krwi, raniąc w głowę". Czy grano oszukanymi jajkami? O tym policyjne śledztwo milczy. Całe zaś zajście podsumowano jednoznacznie: "wstyd ci stary dziadu".

No cóż. Tegoroczna Wielkanoc pozwoli nam spróbować gry mrożonymi jajkami. Jednak przy wyborze przeciwników wystrzegajcie się Państwo jegomości z laskami okutymi żelazem. Alleluja!

Andrzej Lechowski 

Hazard w Białymstoku na Rynku Siennym

  Swego czasu była już w tej rubryce mowa o hazardzie w międzywojennym Białymstoku. Kwitł on na Rynku Siennym, w pobliskich bramach, w popularnych lokalach gastronomicznych, i rzecz jasna w prywatnych mieszkaniach.

Przodowały Chanajki. Karty, kości czy ruletka przyciągały różnych bazarowych straceńców, którzy topili w swoim nałogu wszystkie, często ciężko zarobione pieniądze. Na podwórku przy ul. Surażskiej czy Mazowieckiej stale urzędowali fachowcy od oczka, paska czy kostek. Lepsi goście spotykali się w cukierni Lux na rogu Warszawskiej, gdzie grano w pokera czy chemin de fer.

Jednak najbardziej zagorzali amatorzy hazardowego ryzyka jeździli z Białegostoku do stolicy, gdzie naiwniacko pozwalali ogrywać się miejscowym szulerom i wyrwigroszom.

Szczególnie wiele pokus czyhało na odwiedzających słynny warszawski Kiercelak. Na samym placu targowym, a także pod parkanami i bramami wpadających do niego ulic, działały non stop lotne kasyna. Prosty stolik z numerkami, to było wszystko. Kiedy krupier kierujący grę w numerki zorientował się, że wśród podstawionej publiki znalazł się jakiś, łatwo rozpoznawalny frajer, zaczynał namiętnie namawiać do obstawiania ulubionych cyfr.

  Przybysze z prowincji, w tym także i białostoczanie, łatwo ulegali magii pomnożenia przywiezionych do stolicy złotówek. Kręcący się po Kiercelaku naganiacze potrafili zachęcić do gry w rozrzucane karty prawie każdego, choćby nie miał na to wcale ochoty. Zaraz pojawiała się butelka wódki, a i przyjemna kobitka do boku. Podochocony białostoczanin, który przyjechał nad Wisłę, żeby pomnożyć swój portfel, tracił bardzo szybko wszystko co posiadał. Najpierw oczywiście, zgodnie z taktyką szulerów, wygrał kilka razy nieduże sumki, a później musiał tylko, co i rusz sięgać do kieszeni, aż została ona całkiem pusta. Do spółki z oszustami karcianymi działali na Kiercelaku także doliniarze. W tłoku zaabsorbowanych graczy i gapiów łatwo było dobrać się do cudzego palta czy torby.

Jeśli przegrany frajer, mający o sobie mniemanie rasowego hazardzisty, zaczynał po przegranej głośno protestować i straszyć szulerów policją, do akcji wkraczali silnoręcy pomocnicy, a w ruch szły nawet noże i kastety.

Nałogowi hazardziści z Białegostoku, którym nie odpowiadało brutalne towarzystwo z Kiercelaka, szukali dla siebie spokojniejszych miejsc. W latach trzydziestych można było je znaleźć w Warszawie zwłaszcza przy ul. Chmielnej i Nowogródzkiej. Działały tam bez przerwy potajemne domy gry dla lepszych gości. Oto dosyć obszerny cytat na ich temat z artykułu zamieszczonego w jednej ze stołecznych gazet.

   "Po cichu, na ucho, szepcą sobie zwolennicy hazardu, adresy domów gry. Luksusowe urządzenia, marmurowe stoły. Przy ul. Chmielnej wchodzimy w bramę i przez podwórze w poprzeczną sień. Na drugim piętrze mieści się świątynia hazardu. Przybita na drzwiach tabliczka oznajmia: "Biuro handlowo-komisowe". Dwa pokoje z kuchnią, przerobioną na trzeci. Urządzenia biurowe. W największym pokoju stół konferencyjny przykryty zielonym suknem. Miękkie fotele otaczają niskie stoliki. W oknach rolety. W dzień w biurze nie ma nikogo. Ożywa wieczorem. Ruleta, poker, chemin de fer, bakarat..."

Ale przecież nie wszystkich zamiłowanych hazardzistów z naszego miasta stać było na warszawskie fanaberie. Musieli zadawalać się produkcją miejscowych kombinatorów od trzech kart czy kubków. W Białymstoku specjaliści od tych trefnych gier panoszyli się w pierwszej połowie lat trzydziestych na ul. Lipowej i Sienkiewicza. Pod przykrywką i pozwoleniem na prowadzenie gier zręcznościowych dla młodzieży, rozkładali oni tam swoje parasole i prowadzili szulerkę dla dorosłych.

Najpopularniejszą grą u parasolarzy były kości. Wystarczyła plansza z numerami od 3 do 18, kubek i trzy kostki do gry. Gracze obstawiali wybrane numery. Bankier wyrzucał kostki z kubełka na stół, szczęśliwie obstawiający cieszyli się z wygranej. Kiedy stawki stawały się coraz wyższe, szuler sięgał po komplet fałszywych kostek, i już nikt nie wygrywał, oczywiście oprócz niego.

W 1937 roku, w samą wigilię, swój szulerski stolik rozłożył pod Ratuszem Józef Koziński. Próbował coś ugrać na święta. Ugrał - trzy miesiące więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Ul. Lipowa 24. Włamanie do kantoru

   Polscy kasiarze dobrze byli znani w Europie. Równać się mogli z nimi jedynie pudlarze niemieccy. Sam Stanisław Cichocki, czyli słynny Szpicbródka, zapewniał autentyczny rozgłos. W Białymstoku też wiele się działo.

  Pewnej lutowej nocy 1927 roku miało miejsce włamanie do kantoru spółki akcyjnej Trilling i Syn. Mieścił się on przy ul. Lipowej 24. Złodzieje zakradli się najpierw do piwnicy, a stamtąd, po wybiciu otworu w suficie, dotarli do upatrzonego już wcześniej biura. W ruch poszedł bor i rak. Kasa pancerna została rozpruta. Włamywacze obłowili się całkiem nieźle - 10 tysięcy złotych, 500 franków i do tego jeszcze 70 złotych dziesięciorublówek carskich.

  Agenci z Ekspozytury Urzędu Śledczego, którzy niebawem pojawili się na miejscu kradzieży, już po krótkich oględzinach ocenili ją jako robotę specjalistów warszawskich. Pojawiali się oni od czasu do czasu na gościnnych występach w Białymstoku. Na wszelki wypadek postanowiono sprawdzić też alibi znanych, miejscowych kasoerów. Jednym z nich był Jankiel Frydland, mający sporą kartotekę kryminalną. Rewizja w jego domu okazała się pomyślna. Policjanci natrafili na całkiem nowy komplet narzędzi do prucia kas. Przesłuchiwany intensywnie złodziej nie przyznał się do roboty u Trillinga. Zarobił zatem tylko trzy miesiące odsiadki za posiadane, złodziejskie akcesoria.

  Po wyjściu na wolność Frydland postanowił wyrównać rachunki z białostockim EUS. Oczywiście na swój sposób. Zaplanował skok na bank. Jako obiekt swojej zemsty wybrał Żydowski Bank Rzemieślniczy, mający swoją siedzibę przy ul. Lipowej pod numerem 1.

Jak się to wszystko odbyło? 7 kwietnia 1928 roku szczegółowo informował swoich czytelników "Dziennik Białostocki".

  W związku ze świętami wielkanocnymi Żydowski Bank Rzemieślniczy został zamknięty na kilka dni. Jednak 5 kwietnia, był to czwartek, buchalter bankowy, niejaki Liberman postanowił dłużej popracować ze względu na przedświąteczne zaległości. Pracował samotnie, aż do późnych godzin wieczornych. Bank miał rzecz jasna swojego stałego stróża, jednak właśnie ze względu na świąteczny czas, dostał on dwudniowy urlop na wyjazd do dalszej rodziny.

   Ponieważ buchalter nie zdołał uporać się ze wszystkimi sprawami, przełożył je na następny dzień. Gdy jednak 6 kwietnia tuż przed południem przybył do firmy, czekała go tam nie lada siurpryza. Pozostawione we wzorowym porządku dokumenty walały się teraz po całym pokoju. Stojąca w kącie solidna kasa pancerna była rozpruta i wybebeszona. Liberman ochłonął po krótkiej panice, wziął do ręki telefon i najpierw zawiadomił o sytuacji dyrektora banku, a później zadzwonił na policję. Ta z miejsca rozpoczęła energiczne śledztwo.

  Co się okazało? Złodzieje dostali się najpierw przy pomocy podrobionych kluczy do sąsiadującego z bankiem składu papieru, odsunęli od ściany półki z towarem, odnaleźli za nimi ukryte drzwi, wycięli w nich otwór i już byli w środku bankowych pomieszczeń.

Łupem kasiarzy padło około 600 dolarów i 700 złotych. Poza tym przestępcy nie ruszyli żadnych wartościowych przedmiotów.

  Jankiel Frydland, który to przy pomocy starego kompana Chaima Gerbera, również zawodowego kasiarza, rozprawił się z bankowym safesem, wybył, zgodnie z dobrym zwyczajem, na prowincję. Nie zamierzał tam jednak próżnować. Posiadał przecież dobre, złodziejskie narzędzia i doświadczonego wspólnika. W ciągu kilku miesięcy rozpruł on kasy w wielu mniejszych bankach, biurach i kantorach. Grasował od Suwałk, aż po Grodno.

  Policja oczywiście szybko poznała rękę mistrza Frydlanda. Rozpoczęło się polowanie na jego osobę. Złodziej przez dłuższy czas wymykał się z różnych pułapek i obław. W końcu jednak wpadł. Było to w Wilnie. Patrol policyjny rozpoznał go na podstawie listu gończego. Nie obyło się rzecz jasna bez pościgu. Tym razem Jankiel Frydland solidnie zapracował na dłuższy pobyt za kratami.


Włodzimierz Jarmolik

Translate