Postaw mi kawę na buycoffee.to

Koza odwiedziła białostocki magistrat. To nie prima aprilis

   W białostockim magistracie nieoczekiwanie pojawił się dziwny petent. Siedzący w sieni urzędu tuż przy drzwiach woźny w pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę. Nie zważając na powagę urzędu, ruszyła w stronę korytarza i zaczęła sobie w najlepsze spacerować. Woźny krzyknął: Gdzie koza lezie? Niejeden rozwścieczony, odprawiony z kwitkiem petent, wychodząc z urzędu na myśl o zapracowanych urzędnikach przywoływał w pamięci wizerunki skądinąd sympatycznych osłów, krów, gęsi, ale żeby tak spotkać w urzędzie prawdziwą kozę!

  W Białymstoku i owszem, wszystko mogło się zdarzyć. W środę 4 lipca 1923 roku ruch w magistracie był umiarkowany. Wiadomo - kanikuła. W sieni urzędu, na krzesełku ustawionym tuż przy drzwiach przysypiał woźny. W pewnym momencie ocknął się i zobaczył stojącą przed nim kozę, "taką prawdziwą na 4 żywych i ruchomych nogach".

  Koza nie robiąc sobie nic z powagi urzędu ciekawie rozglądała się po sieni i powoli truchtając udała się w kierunku korytarza.Tego było dla woźnego za wiele. Nikt z białostoczan nie mógł, ot tak sobie wparować do magistratu, a tu tymczasem taka koza, niczym sam prezydent, nie mówiąc nic i nie pytając nikogo o pozwolenie pakuje się bez słowa do urzędu!

  Na krzyki woźnego: gdzie lezie koza jedna - z pokoi wyglądać zaczęli zaintrygowani urzędnicy. Pytali, czy to kozę czy siebie, po co przyszła i skąd? Oczywiście pytania zostały bez odpowiedzi. Tymczasem koza poczuła się jak u siebie i z ufnością spoglądała na swoich nowych kolegów.  Cóż było robić. Zaprowadzono ją na magistrackie podwórze. W następnych dniach urzędnicy prześcigali się w dogadzaniu jej. A ona apetyt miała, że hej. Ale nie była to bezinteresowna chęć pomocy biednej kózce. Po cichu liczono na darmowe, własne kozie mleko.

  Nic z tego nie wyszło. Koza okazała się niemleczna. Tego urzędnicza brać nie mogła puścić płazem. To ona z sercem na dłoni do bydlęcia, a ono nic! I tak to kozę po tygodniu z magistratu pognano. O wiele więcej wyrozumiałości mieli policjanci z I komisariatu przy Warszawskiej 3. Otóż zaraz po trzeciomajowym święcie w 1925 roku zjawiła się w tym dostojnym gmachu "koza maści białej z rogami, młoda niedojna". (Nie ma to jak spisać dokładnie personalia).

  Policjanci bez tej obrzydliwej przebiegłości cechującej urzędników przygarnęli błąkające się stworzenie, słusznie twierdząc, że mimo, że koza, to swój rozum ma. Zgubiła się w było nie było dużym mieście, to i gdzie miała iść po pomoc jak nie na policję.

   No i na policyjnym wikcie koza przeżyła blisko miesiąc, aż upomniał się o nią właściciel. Natomiast inna z białostockich kóz zrobiła karierę medialną. Słyszała o niej cała Polska. A stało się to za sprawą walki miejskiego fiskusa z właścicielami kin. Poszło o podatek od widowisk. Dotychczasowy, wynoszący 25 proc. magistrat postanowił podwyższyć do 40 proc.

  Jednocześnie zapowiedziano, że ten podwyższony obowiązywać będzie od września do maja, a więc wtedy, gdy kina były pełne widzów i w związku z tym dochody właścicieli były najwyższe. W pozostałe, letnie miesiące, gdy z frekwencją było marnie, podatek wynosić miał 20 proc.

  Na takie zdzierstwo właściciele kin nie mogli się zgodzić. Prowadzone z magistratem rozmowy nie dały żadnego efektu. W związku z tym 28 lutego 1927 roku kiniarze zamknęli kina. Opinia była jednoznaczna, że strajk ten "przyjmuje charakter przewlekły i białostoczanie prawdopodobniej na dłuższy czas będą pozbawieni widowisk kinowych". W pierwszych dniach marca w wojnie magistracko-kinowej użyto tajnej broni, a mianowicie kozy! Chcąc ośmieszyć przeciwnika, a jednocześnie myśląc, że konflikt w sprawie podatków nabierze szerokiego rozgłosu, właściciele kin wynajęli pewnego dżentelmena, który za niewygórowaną opłatą zgodził się przez kilka dni z rzędu jeździć oklep na kozie przed samym wejściem do magistratu.

  Wszystkie agencje prasowe podchwyciły ten niezwykły news. Pisano jak to "generalny kino sztab białostocki postanowił objechać swego przeciwnika z frontu i z tyłu na kozie". Uważano, że "jest to sprytny manewr i bardzo dowcipna akcja".

  Opinia publiczna była raczej po stronie właścicieli kin. Ten kozi manewr, "trik białostockich kino-dyrekcji, rozweselił nie tylko Białystok lecz całą Polskę". Przez następne tygodnie obie strony wydawały sążniste, zawiłe komunikaty, aż w kwietniu osiągnięto kompromis. Kina zostały otwarte. Kinobywalcy, jak wówczas nazywano kinomanów, ruszyli tłumnie do Apollo czy Modernu. Zawdzięczali to poczciwej, bezimiennej, traktowanej często z głupia frant kozie. Miało też to sympatyczne zwierzą swój udział w historii białostockiej ortografii. 

  W pierwszych dniach czerwca 1925 roku zrobiło się nadzwyczaj ciepło. Białostoczanie gremialnie wybrali się nad Supraśl, do Jurowiec. Jakież było ich zdziwienie, któremu towarzyszyły gromkie śmiechy, gdy na łączce, na której poprzednimi laty beztrosko wylegiwali się. zastali tablicę z takim oto napisem: "Surowo wzbroniono Spacery gry u piłke nożne tłuczenie zboża a także pasenie Kuz i Kruw i Kumpiele. Winni będą Karani Sądem".  Żartownisie powiadali, że pisała to jakaś koza z Wasilkowa, mrucząc pod nosem: a raz kozie śmierć.


Andrzej Lechowski 

Wielkanoc. Jajka w dużej dostawie, drogi chleb i tani cukier z Warszawy

 

   Przed świętami białostoczanie najbardziej czekali na dostawy żywności. Wielką radość wzbudził więc lakoniczny komunikat oznajmiający, że będą większe dostawy jaj. Z niepokojem jednak przyjęto wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła z kolei informacja o dużym transporcie taniego cukru z Warszawy.

W przedwojennym Białymstoku Wielkanoc była prawdziwie międzykulturowa. Świętowali katolicy, protestanci, zaraz po nich prawosławni, a w międzyczasie Żydzi. 

  W kwietniu 1922 roku tuż przed świętem Pesach zarząd białostockiej gminy żydowskiej zwrócił się do magistratu z prośbą o "wydanie 2000 kartek na bezpłatne kąpiele dla ludności żydowskiej przed świętami". Jak widać nasze żarciki o obowiązkowej kąpieli przed Wielkanocą to talmudyczne przykazanie.

  Na wysokości zadania stawały też władze wojskowe, które w tym wieloreligijnym tygielku pamiętały, że w wojsku służą i starozakonni. Ci więc na swoje uroczystości otrzymywali zwolnienie od służby. Gmina żydowska chcąc zapewnić wojskowym stosowne, zgodne z tradycją spędzenie świąt, w których głównym momentem była uczta sederowa, w 1922 roku zorganizowała bezpłatną kuchnię dla żołnierzy. Dokładnie obliczono, że wydanych zostanie 125 posiłków. Obecnie święta w Białymstoku pozbawione są już tych żydowskich klimatów.

  Tak jak dziś, tak i przed laty, pierwszym zwiastunem Wielkanocy była reklama handlowa. Jeszcze lud boży tkwił w mrokach Wielkiego Postu, a tu wokół niego marketing szalał. Ale właśnie w 1922 roku miał on swoje uzasadnienie. Białostocki handel ledwo podźwigał się z wojennej zapaści. Prasa zamieszczała więc specjalne zachęty informując, że ogłoszenia świąteczne białostockich firm będą premiowane 20-procentowym rabatem.

  Pierwszy na tę promocję zareagował miejscowy przedstawiciel renomowanego grodzieńskiego browaru Margolisa, polecający "na święta Białe Piwo Leżak".

Spróbował, skutecznie, na te wielkanocne procenty załapać się białostocki potentat tytoniowo-papierosowy Fajwel Janowski. Jego fabryka, założona w 1889 roku, po odzyskaniu niepodległości musiała walczyć z krajową konkurencją. Za cara miała tylko za przeciwnika Grodno. Musiał więc Janowski łapać każdą okazję. Podawał, że "produkuje wyroby z najlepszych tureckich, zagranicznych i rosyjskich tytoniów". Ale papierosy produkowane w fabryce przy Warszawskiej 39 w rzeczy samej czy były tureckie czy inne, różniły się głównie nazwami. 

  Były więc Nr 30, Dukat, Boy czy Salut. I właśnie tymi dwoma ostatnimi markami postanowił Janowski zdobyć wielkanocny rynek w 1922 roku. Przygotował prasową kampanię reklamową twierdząc, że "specjalnie na święta ukazała się w sprzedaży nowa partia papierosów wysokiego gatunku Boy i Salut". Jakże zdziwieni byli palacze, którzy poza reklamowym sloganem nie dostrzegli żadnej różnicy ze starszą partią Boyów i Salutów. No cóż, wiadomo, reklama dźwignią handlu.

  Świąteczną karierę tegoż roku miały zrobić papierowe ubranka dla dzieci. Reklamowano je jako niezwykle praktyczny produkt. Usiądzie bowiem taki bachor do świątecznego śniadania i już wytytła się ćwikłą, albo tłustymi paluchami się wysmaruje. Tymczasem papierowe ubranko to i łatwiej wyczyścić albo i nowe nałożyć. Mimo bezapelacyjnych korzyści ten amerykański wynalazek nie zyskał jednak uznania wśród białostoczan.

  Swoistym chwytem reklamowym było też poinformowanie klientów o zaprzestaniu działalności. Tak koniunkturalnie postąpili właściciele białostockich kin, którymi byli wyłącznie Żydzi. To, że chrześcijanie w wielkim tygodniu nie będą przesiadywać w kinie łatwo można było przewidzieć. Ale prawdziwego marketingowca można poznać po tym , że poinformuje o tym swoich klientów. Tak też i postąpili kiniarze ogłaszając, że w tych szczególnych dniach kina będą zamknięte.

  Białostoczanie oczekiwali jednak całkiem innych wiadomości. Co tam kina i papierosy. Naprawdę to czekano na świąteczne dostawy żywności. Wielką radość wzbudził wśród mieszkańców lakoniczny komunikat oznajmiający, że "do naszego miasta zwiększył się dowóz jaj". Z niepokojem przyjęto jednak wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła informacja, że kooperatywa Zjednoczenie zamówiła w Warszawie duży transport taniego cukru, który miał "nadejść w krótkim czasie".

  Nie lada kłopotów nastręczał też świąteczny ubiór. Każdy chciał wyglądać elegancko, a tu tymczasem białostoccy krawcy "przeciążeni zamówieniami" podyktowali zaporowe ceny. Za uszycie garnituru śpiewali 18 tysięcy marek. W Warszawie za takie samo ubranie brano zaledwie 12 tysięcy.

  Nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata. Święta kosztowały i kosztują. Jedni oszczędzali, a ci bogaci nie. Bardziej przezorni kupowali czekoladę "Drastin - Lubelski". Była w specjalnej świątecznej ofercie białostockiej apteki Nachuma Zelkina. Nie była to bynajmniej czekolada deserowa tylko "idealny środek przeczyszczający dla dorosłych i dzieci". Niejednemu przydała się w poświąteczny wtorek.


Andrzej Lechowski

Przemyt spirytusu, eteru, materiałów i pieprzu

 

   Białystok i przedwojenne województwo białostockie także miały swoją przemytniczą historię. Już onegdaj pisałem o przemycie sacharyny w naszych stronach. Teraz będzie o innych towarach, które omijały wszelkie podatki, opłaty celne czy akcyzy. Ich sprawdzaniem i dystrybucją trudnili się zarówno rekiny miejscowego, czarnego rynku, jak też mało przemytnicze płotki.

  Sąsiadem naszego regionu były w okresie międzywojennym Litwa i Prusy Wschodnie. Właśnie stamtąd szła do Białegostoku i całego województwa moc zakazanych prawem produktów. Bogacili się na tym przemytnicy z Augustowa, Grajewa, Suwałk czy Szczuczyna. Ot choćby taki S. Hepner, grajewianin, którzy jeszcze przed I wojną światową pomagał ojcu w skupowaniu po wsiach warzyw, zaś od roku 1919 rozpoczął, dzięki zaangażowaniu się w przemytnicze machinacje, żywot zamożnego przedsiębiorcy. Finansował szajki kontrabandzistów i zarabiał na tym setki tysięcy złotych.

  Ze względu na różnicę w cenach warto było szmuglować z Prus materiały tekstylne, np. jedwabie czy koronki, nową odzież, a zwłaszcza futra. Przez miejscowości Raczki czy Wiżajny przechodziły, zakazane transporty. Niektóre z nich według śledztwa prowadzonego w 1930 roku warte były nawet 25 tysięcy dolarów.

  Przemycane z Prus towary były w Białymstoku rozdzielane na potrzeby miejscowych odbiorców, jak też opychano dalej. Chłonna była zwłaszcza Warszawa, której żydowscy kupcy przyjmowali każdą ilość nawet najbardziej trefnych materiałów czy osobistej garderoby.

   Przez granicę z Prusami Wschodnimi przewożone po kryjomu w różnych schowkach takie towary objęte granicznym embargiem, jak tytoń, gotowe papierosy, kamienie do zapalniczek, mydło, a nawet narkotyki. Te ostatnie w latach 30. ubiegłego wieku poszukiwane nie tylko w sferach artystycznych czy urzędniczych Warszawy lub Krakowa. Również w samym Białymstoku znajdowali się spragnieni kokainy nabywcy. Oczywiście rozprowadzanie narkotyków było ryzykowne, w razie wpadki można było zainkasować nawet pięcioletni wyrok.

  Przemytnicy, którzy operowali na granicy z Litwą, swoje majątki zawdzięczali przede wszystkim przepędowi do Polski stad bydła. Proceder ten rozpoczął się już w 1919 roku. Ówczesna niestabilna sytuacja, jeszcze prawie wojenna, pozwalała sprytnym oszustem udawać dostawców wojskowych mających pliki papierów poświadczających ich rzekomo legalną działalność. Tą drogą, oprócz bydła, szły w nasze strony także całe tabuny koni. Potrzebowała ich mocno zdewastowana wieś, a i Białystok też miał z tego korzyść, zwłaszcza miejscowi transportowcy i dorożkarzy.

  Zawodowi przemytnicy nie ograniczali się oczywiście tylko do sprowadzonych towarów. Szukali braków na rynku i natychmiast na nie reagowali. Było to widać zwłaszcza w kryzysowych w latach 30. W 1932 roku lotna brygada kontroli przy Izbie Skarbowej w Białymstoku rozpracowała szajkę sprowadzającą z Niemiec duże ilości spirytusu i eteru. W latach następnych wpadali w Białymstoku cwaniacy z tonami przemycanych z Gdańska szprotek, wielkiego transportu igieł z Prus czy masy pieprzu z Litwy. Tą ostatnią kontrabandą kierował fryzjer Lejb Miller.

   Jeśli istniał tak szeroko rozwinięty przemyt, trzeba było jakoś jemu przeciwdziałać. W pierwszych latach niepodległości brak było wyspecjalizowanych do tego celu służb policyjnych i granicznych. Udawało się jednak od czasu do czasu unieszkodliwić grubszego aferzystę. We wrześniu 1919 roku w pociągu z Białegostoku do Brześcia, dzięki spostrzegawczości konduktora, wpadli dwaj osobnicy ze 125 kg tytoniu.

  Oczywiście tam, gdzie sprawa dotyczyła nielegalnych interesów, nie mogło obyć się bez korumpowania policjantów i urzędników odpowiadających za przestrzeganie obowiązującego prawa. Łapówki były czymś nagminnym. Jedynie żołnierze z Korpusu Ochrony Pogranicza okazywali się niepodatni na pokusę złożoną z grubego pliku banknotów, często zielonych.


Włodzimierz Jarmolik

Translate