Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rynek Kościuszki. Historia od Branickiego po PRL

  Za czasów Jana Klemensa Branickiego na białostockim rynku stały rzeźby. Bynajmniej nie po to, aby ówczesnych mieszczan oswajać z najnowszymi trendami sztuki im współczesnej.

  Posągi ufundowane przez hetmana miały edukować nie estetycznie tylko moralnie. Posąg Temidy stojący pośrodku handlowego placu przestrzegał ewentualnych oszustów i złodziejaszków przed surową sprawiedliwością i nieuchronną karą. Figura świętego Floriana wystawiona pomiędzy ratuszem a kościołem miała być taką polisą ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Pojawiła się po ogromnym pożarze, który w 1753 roku strawił znaczną część Białegostoku. Oba posągi przetrwały do początków drugiej połowy XIX wieku. Po ich usunięciu, przez następnych 30 lat na rynku nie stało nic.

  Dopiero w 1892 roku u wylotu ulicy Mikołajewskiej (Sienkiewicza), zgodnie z postanowieniem kontraktu na budowę miejskiego wodociągu, stanęła na rynku fontanna. Około 1900 roku jej wodotrysk ozdobiła rzeźba przedstawiająca trzech młodzieńców. Symbolizowali oni muzykę, rolnictwo i rybołówstwo. 

  Po upływie kolejnych 10 lat pojawił się na rynku nowy, supernowoczesny element. Jego estetyka nie wzbudzała, większych kontrowersji choć rynek sprzed 100 laty był bardziej zabytkowy niż obecnie. Obiekt ów niczego nie symbolizował, mówił wprost o tym, że w Białymstoku rozpoczęła się epoka elektryczności. Tak więc tuż obok wejścia do osiemnastowiecznej kamienicy dworskiej (obecna Astoria) stanął blaszany, cylindryczny kiosk, w którym "transformatorowane było napięcie pierwotne 3000V na 210 i 120 V". W różnych punktach miasta ustawiono jeszcze 37 takich elektrycznych budek.

  Wkrótce rozpoczęła się wojna i na rynku pojawiła się kolejna nowość. Mianowicie pod koniec maja 1915 roku przy fontannie ustawiono "skrzynkę do wrzucania papierosów dla rannych i chorych żołnierzy". Pomysł ten przeniesiony został do Białegostoku z Warszawy, gdzie podobnych skrzynek ustawiono w śródmieściu kilkanaście. Oprócz papierosowych pojawiły się też w stolicy skrzynki do zbierania prasy. 

  Postulowano więc, aby i w Białymstoku zbierać "gazety przeczytane", ale nie zrealizowano tego pomysłu. Wojna zaznaczyła się też w rynkowej przestrzeni betonową rotundą - kolumnadą, wybudowaną przez Niemców tuż przed ratuszem w 1918 roku. Był to pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom walczącym o ojczyznę. 

  Na trawersie spinającym kolumny niemiecki napis upamiętniał pamięć "bojowników którzy polegli za ojczyznę w latach 1915-1918". Białostoczanie, nie wnikając specjalnie gdzie ta ojczyzna niemieckich żołdaków, czcili ich pamięć aż do 1924 roku, kiedy to kolumnadę rozebrano. Od 1919 roku nie przeszkadzał im fakt, że tuż obok ustawiono obelisk zwieńczony sylwetką Orła Białego. 

  Tyle tylko, że niemiecki beton był solidny, a nasz orzeł wycięty był z lichej dykty. Nawet gdy w sierpniu 1925 roku uroczyście odsłaniano płytę poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi, to też nie zadbano o jej solidne zamocowanie. Płyta została wykonana z piaskowca, ale podmurówka była już z cieniutkiego betonu. Po kilku latach zaczęła się kruszyć. Reperowano ja doraźnie przed każdym narodowym świętem. Aż w 1934 roku nie było już co naprawiać. Przed 11 listopada okazało się, że "fundament płyty jest niemal całkowicie zniszczony". Trzeba było murować go od początku.

  W sierpniu 1926 roku na rynek znów zapukała cywilizacja. Stało się to za sprawą Towarzystwa Naftowego Braci Nobel, które wystąpiło do władz miejskich o "zezwolenie na otwarcie stacji benzynowej na Rynku Kościuszki". Do całej sprawy zabrano się poważnie. Powołana została specjalna komisja, która miała ocenić czy lokalizacja stacji jest właściwa. Gdy pokonano wszelkie trudności i obiekcje, to na rynku nieopodal ratusza pojawił się niewielki dystrybutor z benzyną. Niedługo po nim powstała kolejna stacja benzynowa założona przez firmę Polmin.

  Przez kilka dni w 1936 roku na rynku stanęła nawet latarnia morska. Nic to, że z dykty i bez reflektora, ale i tak należycie podbijała dumę białostoczan z przynależności do Ligi Morskiej i Kolonialnej.

Największe zmiany wprowadzali na rynku okupanci. Sowieci rozebrali ratusz, aby ustawić posąg Stalina. Nie zdążyli. Jak zwykle praktyczni Niemcy nie tracili czasu i energii na ideologiczne figury. W 1942 roku tuż obok fontanny postawili pierwszy w dziejach rynku drogowskaz. Wskazywał kierunki wraz z ilością kilometrów do Bielska, Baranowicz, Warschau, Lomscha i Grajewa. 

  W tym samym roku w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu był skwer z płytą poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi ustawili monstrualnej wielkości mapę. Była wysoka na mniej więcej 5 m, a szeroka na około 6. Ilustrowała triumfalny marsz Wehrmachtu przez Europę i Afrykę Północną.

  Za PRL-u mieliśmy na rynku zagajnik, przez niektórych uważany za jedną z atrakcji miasta. A teraz jaki rynek jest, to każdy widzi.

Andrzej Lechowski 

Antoniuk: Tragiczna burza. Piorun uderzył w chłopca

  O godzinie ósmej całe niebo nad Białymstokiem było czarne. Rozpętało się istne piekło. Kilkanaście minut później nad Antoniukiem pojawiła się łuna pożaru. To od uderzenia piorunu palił się dom przy Szosie Żółtkowskiej.

  Była upalna niedziela, 24 maja 1925 roku. Białostoczanie tłumnie sunęli do Zwierzyńca, Jurowiec, Supraśla. Każdy chciał nadrobić słoneczne braki spowodowane jesienią i zimą. Około południa zrobiło się parno. Temperatura nadal rosła. Nie trzeba było być wytrawnym znawcą meteorologii, aby zorientować się, że nad Białystok nadciąga pierwsza wiosenna burza.

  Ale to, co się miało stać za kilka godzin przeszło największe obawy i prognozy. Około czwartej po południu "ciężkie ołowiane chmury przysłoniły horyzont". O ósmej całe niebo nad Białymstokiem było czarne. O tej też godzinie "rozpoczęła się regularna kanonada z niebios". W mieście rozpętało się istne piekło. Wszystko wokół "drżało w posadach, oświetlane fosforycznym blaskiem błyskawic".

  Kilkanaście minut później nad Antoniukiem pojawiła się łuna pożaru. To od uderzenia pioruna palił się dom przy Szosie Żółtkowskiej, w którym mieszkali pracownicy stacji Białystok. Od jednego z potężnych wyładowań zginął w nim syn nadkonduktora Rudnika, 13-letni Henryk. Uważano wówczas, że jedynym sposobem na uratowanie osoby porażonej piorunem jest zakopanie jej w ziemi. Chłopca zamiast ratować też zakopano, co musiało zakończyć się tragicznie.

   Na poddaszu tegoż domu mieszkał nadkonduktor Władysław Kiśliński. Był on też prezesem białostockiego Związku Zawodowego Kolejarzy. W swym mieszkaniu przechowywał "kosztowny sztandar" organizacji i związkową bibliotekę. Wszystko spłonęło zanim przyjechała straż ogniowa. Nie można było jej wcześniej powiadomić, bo nawałnica uszkodziła linie telefoniczne. Strażaków zawiadamiano więc "przez umyślnego posłańca".

  Tymczasem burza szalała dalej. Do stojącego na wzniesieniu domu przy Wiatrakowej 12 piorun wleciał przez komin. Zabił mieszkającego na poddaszu młynarza Boneckiego. Siła wyładowania była tak wielka, że w całym domu zostały rozerwane wszystkie piece. Przebywający na parterze domownicy zostali poparzeni. Tuż zaraz obok, niemalże po sąsiedzku przy Wiatrakowej 5 od kolejnego pioruna zaczęły palić się zabudowania gospodarcze. 

   Mieszkańcy nie widząc znikąd pomocy sami ugasili ogień. Pioruny biły jeden za drugim. Szczególnie niebezpiecznie było wokół dworca kolejowego. Idący wzdłuż toru pracownik stacji, 35 letni Michał Koronkiewicz widząc przerażający spektakl schował się do budki kolejowej stojącej przy posterunku stacyjnym. Ledwo to zrobił to w budkę uderzył piorun zabijając kolejarza.

  Nawałnica zrywała przewody elektryczne, które sypiąc pióropuszami iskier wiły się jak ogniste węże po mokrych jezdniach.

Przy ulicy Świętego Rocha, nieopodal posesji nr 7 zerwany przewód elektryczny oplótł przechodzącą Antoninę Dąbrowską. Nieszczęsna kobieta upadła na trotuar. Pospieszył jej na ratunek mąż. "Jednakże siłą prądu został odrzucony". Nie stracił jednak przytomności. Wyrwał z płotu sztachetę "przy pomocy której zwolnił żonę ze śmiertelnych zwojów przewodnika elektrycznego". Nieprzytomną kobietę z ciężkimi poparzeniami szyi i rąk natychmiast przewieziono do szpitala Św. Rocha na Lipową.

  W wielu domach "wysokie napięcie energii elektrycznej podczas burzy" spowodowało krótkie spięcia. W całym mieście wybuchały spowodowane nimi pożary. Szczęśliwie nie dopuszczono do rozprzestrzeniania się ognia. Burzy "zionącej tysiącem piorunów" towarzyszyła potężna ulewa. Ulice zamieniły się w rwące potoki. Grozy dodawały ciemności bowiem uszkodzone zostało miejskie oświetlenie. 

  Na wysokości zadania stanęła białostocka policja. W akcję osobiście zaangażował się komendant Bronisław Głuszkiewicz. Dzięki temu, że na miejscu każdego pożaru i wypadku natychmiast pojawiała się policja, a dopiero po pewnym czasie przybywała straż pożarna, w mieście nie wybuchła panika.

  Burza cały swój impet wyładowała nad Białymstokiem. Z tego doświadczenia próbowano wyciągnąć wnioski. Apelowano, że jedynym zabezpieczeniem w przyszłości mogą być piorunochrony. W następnych dniach postanowiono sprawdzić "ile mamy w mieście piorunochronów". Nie udało się tego ustalić. Pojawiły się jednak głosy, że to bardzo proste, bo "liczba ich nie sięga 10".

Andrzej Lechowski

Białystok - potęga w branży włókienniczej

   Białostocki przemysł ledwo dźwigał się z zapaści, którą spowodowała wojna światowa. W 1922 roku w mieście działało zaledwie 113 fabryk włókienniczych, co przy liczbie 233 fabryk w 1907 roku dowodziło stanu upadku. Mało która z tych ocalałych z wojennej zawieruchy fabryk zatrudniała więcej niż 100 robotników. Ci, którzy przekraczali tę magiczną liczbę byli prawdziwymi potentatami. Należał do nich Juliusz Flakier, w którego fabryce kołder pracowało 170 robotników.

  U Gubińskiego w fabryce kołder i sukna zatrudnionych było blisko 150 ludzi. W tkalni sukna Halperna i Krykuna pracowało 100 tkaczy i tyle samo było u Rozdentala.

  Natomiast mega potentatami białostockiego światka byli bracia Commichau. W ich fabryce pracowało 267 robotników. U Markusa 280, a u Poreckiego i Gawieńskiego 300. Niewiele ustępowali im Szoen z 230 zatrudnionymi oraz bracia Nowikowie z 200 robotnikami.

  Ale i tak wszyscy oni borykali się z ogromnymi kłopotami. Podjęto próbę zaradzenia temu stanowi rzeczy. Najwięksi założyli Związek Wielkiego Przemysłu Białostockiego. Zaraz po nich Polak, Gotlib, Sokół i Zilberfenig powołali do życia Krajowy Związek Fabrykantów Włókienniczych. Wkrótce 40 kolejnych, mniejszych przedsiębiorców zawiązało Okręgowy Związek Fabrykantów i Przemysłowców. Organizacje te pomagały swym członkom w szukaniu rynków zbytu i zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. A ta nie próżnowała.

   Wiosną 1922 roku w całej Polsce zaczęto rozpowszechniać informacje, że sukno produkowane w Białymstoku jest złej jakości i dużo mu do łódzkiego. W tę czarną propagandę uwierzyli też i białostoccy kupcy. Zaczęli odmawiać miejscowym producentom przyjmowania ich towaru. Ci nie widząc innej drogi ratunku zaczęli obniżać ceny.

  Na to tylko czekali łódzcy spekulanci. Natychmiast zaczęli wykupywać białostockie wyroby. Następnie "nalepiali łódzkie marki i sprzedawali białostockim kupcom jako wyroby łódzkie". Co oczywiste, cena była też łódzka. Jednocześnie przybywający do Białegostoku repatrianci z Rosji opowiadali, że "na rynku moskiewskim pojawiło się sukno wyrobu białostockiego". 

  Od lat cieszyło się ono w Rosji zasłużoną, doskonałą opinią. Jedno się zmieniło - cena. Ta za sprawą pośredników była "oczywiście nader wygórowana". Niektórzy z repatriantów mieli na sobie ubrania uszyte "z materiałów wyrobionych w tym roku w Białymstoku". Wkrótce okazało się, że ten eksport zorganizowany został przez przemytników.

  Miesiące letnie 1922 roku przyniosły pewne ożywienie w handlu. W Białymstoku, jak dawniej, był ruch w składach fabrycznych. Do miasta przyjeżdżali kupcy poszukujący sukna, kołder, waty, pluszu. Istotnym impulsem tego ożywienia gospodarczego okazały się zapowiedziane na wrzesień 1922 roku II Targi Wschodnie we Lwowie. Ogłoszono, że w białostockim "pięknym pawilonie dla handlu i przemysłu" swoje wyroby prezentować będą Nowikowie, Cytron, Trylling, Szatja, Becker i Gubiński. Liczono, że ci "pierwsi pionierzy przez uzyskany rozgłos i wynik swej pracy i trudów, będą zachętą do naśladowania".

  Z okazji zbliżających się targów redakcja Dziennika Białostockiego wydała Numer Specjalny poświecony wyłącznie "sprawom przemysłu i handlu". Redaktor naczelny gazety Antoni Lubkiewicz z pewną egzaltacją pisał, że "w rozdygotaniu warczących dniem i nocą maszyn, w poświście sunących w nieskończoność pasów transmisyjnych, w stukocie wrzecion i krosien, rośnie i potężnieje przemysł białostocki. Żmudną pracą stulecia zbudowano ten przemysł, który tysiącom robotników daje pracę, a z Białegostoku czyni stolicę przemysłu".

  Dalej redaktor widział już tylko świetlaną przyszłość. Wieszczył, że i "przyszłość Białegostoku jest zapewniona. Ma własny rynek z 30 milionami głów". Zapowiedział też Lubczyński agresywną ekspansję białostockich towarów do Rosji i na Ukrainę. Wiedział, że właśnie białostoczanie górują nad innymi, posiadając "bezkonkurencyjną znajomość terenu i stosunków rosyjskich".

  Twierdził również, że białostoczanie opanują wkrótce Bałkany, a szczególnie Rumunię i Bułgarię. Przy tym całym hura optymizmie dostrzegał i niebezpieczeństwa. Były nimi "czynniki rządowe", które białostockie sfery gospodarcze traktowały per noga. Zapowiadał więc, że gdy rząd pomoże, to Białystok "odegra też rolę w handlu tranzytowym, słowem przyszłość zapowiada się pomyślnie".

  I rzeczywiście. Przeglądając numer specjalny Dziennika Białostockiego odnosi takie się wrażenie, że wszystko jest na najlepszej drodze. No cóż. Widać, że propaganda sukcesu to stary wynalazek. Tak ona, jak i Lubkiewicz nie przewidziała, że może przyjść kryzys.


Andrzej Lechowski

Translate