Postaw mi kawę na buycoffee.to

Cytra - instrument marzenie. Witold Jodko bożyszczem publiczności

  W latach 20. białostoczanie lubili słuchać gry na cytrze. Bożyszczem publiczności był Witold Jodko. Karierę ten muzyk zaczynał w Moskwie, gdzie od 1910 r. był solistą teatrów carskich i dyrektorem szkoły muzycznej. Po 1918 r. zaczął koncertować w Polsce. W Białymstoku udzielał lekcji gry na cytrze.

  Na sobotni wieczór 15 maja 1925 r. szykowała się znakomita impreza. W niemieckim klubie Hellas zapowiedziano "pożegnanie lokalu zimowego". Ten zimowy klubowy lokal mieścił się w wynajętym fabrycznym budynku przy Warszawskiej 72. Zapowiadano same atrakcje, przednią zabawę i to, że "bufet będzie obficie zaopatrzony".

  Klubowicze nie zawiedli, wypełniając salę po brzegi. Pierwszą atrakcją były popisy gimnastyczne. Skomplikowane układy pod "umiejętnym kierownictwem p. Bendorfa" wykonali członkowie klubu. Szczególne wrażenie zrobiły tak zwane "kino-piramidy wykonywane szybko i precyzyjnie. Ostatnia piramida, w której uczestniczyły wszystkie ćwiczące w klubie panie i panowie, powtórzona została trzy razy".

  Doskonale przyjęto też wystawione dwie jednoaktówki. Klubowych aktorów oklaskiwano w dziełkach "On lunatykiem" i "August jedzie". Przed tańcami i sprawdzaniem zaopatrzenia w bufecie, nastąpiła kulminacja programu. Publiczność wpadła w zachwyt, słuchając "ślicznej gry na cytrze trio Schwalbe". Adof Schwalbe, właściciel fabryki wstążek przy Jurowieckiej 40, każdą wolną chwilę poświęcał doskonaleniu kunsztownej gry na tym instrumencie. Cieszył się więc opinią miejscowego wirtuoza. Po nim wystąpił, wzbudzając nie mniejszy entuzjazm wśród słuchaczy, niejaki Russa.

  Ówcześni białostoczanie nadzwyczaj upodobali sobie cytrę. W tychże latach bożyszczem publiczności był profesor Witold Jodko. Karierę zaczynał w Moskwie, gdzie od 1910 r. "był solistą teatrów cesarskich, oraz dyrektorem i profesorem w zakładach naukowo-muzycznych".

  Po 1918 r. przyjechał do Polski i rozpoczął aktywną działalność koncertową. "Występy prof. Jodki w Warszawie i w ogóle w Polsce były z uznaniem omawiane przez naszą krytykę". W licznych swych wypowiedziach, Profesor zachwalając zalety cytry, lubił podpierać się opinią wyrażoną przez samego Franciszka Liszta, który miał ponoć stwierdzić, że cytra "to instrument marzenie". Panowała też opinia, że Jodko nie dość, że w stopniu wirtuozowskim posiadł umiejętność gry na cytrze, to był też "wybitnym działaczem w dziedzinie sztuki w ogóle". Jego "refleksje teatralno-muzyczne zamieszczane w poczytnych pismach Ekscelsior i Rytm "wzbudzały wielkie zainteresowanie i były żywo komentowane".

  Nic więc też dziwnego, że zapowiadany na 4 kwietnia 1925 roku koncert Profesora w sali Ogniska oczekiwany był jako wielkie wydarzenie. W ten sobotni wieczór publiczność nie zawiodła i tłumnie zjawiła się w dawnej kamienicy Zabłudowskich na rogu Sienkiewicza i Rynku Kościuszki. Program wieczoru był "obfity". Profesorowi towarzyszyła pianistka Zofia Stermińska i tenor Adam Raczkowski. Publiczność zgotowała Jodce owacyjne przyjęcie. Po koncercie proszono go, aby przyjął zaproszenie do "czynnego udziału w naszem życiu kulturalno-społecznem". Jakiż entuzjazm towarzyszył deklaracjom Profesora, że i owszem rozważa możliwość zamieszkania w Białymstoku.

  I tak oto, po kilku miesiącach w miejscowej prasie ukazały się ekscytujące anonse. "Profesor Witold Jodko, b. dyrektor szkoły muzycznej w Moskwie i solista b. carskich teatrów udziela lekcji gry na cytrze oraz solfeggio, teorii i harmonii, historii i encyklopedii muzyki, od godziny 5 do 7". Udzielał tych lekcji przy Świętojańskiej 22 numer mieszkania dwa. Ciekawe, czy dzisiejsi lokatorzy spod dwójki wiedzą o ich sławnym poprzedniku, carskim wirtuozie. Ciekawe też, czy dziś ktokolwiek w Białymstoku grywa na cytrze? A był to popularny, szczególnie od połowy XIX wieku, strunowy instrument szarpany. Tak to się w terminologii muzycznej określa.

  W zbiorach muzealnych mamy też białostocką cytrę. Może grał na niej sam Profesor, a może któryś z jego uczniów? Warto ją zobaczyć. Leży w saloniku muzycznym mieszczańskiej kamienicy, czyli w Muzeum Historycznym.

Andrzej Lechowski

Sławne białostockie zegary

  Cały ambaras z białostockimi zegarami rozpoczął się w październiku 1938 roku. A stało się to za przyczyną zegara zamontowanego wówczas właśnie na wieży kościoła ewangelickiego przy ulicy Warszawskiej. To dzisiejszy kościół św. Wojciecha.

  Zegar ten był na wskroś nowoczesny. Miał elektryczny napęd. Stał się wnet tematem krążącej po Białymstoku plotki. Powiadano, że to wcale nie zegar, ale szpiegowska radiostacja służąca do informowania niemieckiego wywiadu.

  Pogłoska ta padała na podatny grunt przygotowany przez ówczesnego pastora ewangelickiej gminy, Benno Kreatera. Jego antypolskie nastawienie znane było w całym mieście i nie przysparzało mu zwolenników.

  Ale wracajmy do zegarów. W styczniu 1939 roku władze miejskie stwierdziły, że gdyby za Branickiego była elektryczność, to hetman z pewnością zamówiłby taki sam zegar, jaki ufundowali sobie ewangelicy. Był bowiem Branicki czuły na wszelkie nowości. Znane było jego polecenie, gdy w 1724 roku kazał kupić sobie w Warszawie odpowiedni czasomierz, "bo niepodobna być bez zegarka". Elektryczności nie było w XVIII wieku, ale gości zjeżdżających do białostockiego pałacu witał zegar na bramie. Niestety psuł się często.

  W 1739 roku Branicki do jego kolejnej naprawy wezwał pewnego warszawskiego ślusarza. W 1749 roku przygotowując się do budowy nowej bramy wjazdowej zamówił hetman, tym razem u białostockiego majstra, nowy zegar. W Gdańsku zaś polecił odlać do niego dwa dzwony. Jeden wybijał godziny, a drugi dzielące je kwadranse.

  Kolejny białostocki zegar, pochodzący zapewne też z fundacji Branickiego, znajdował się na wieży parafialnego kościoła. Do dziś, pod hełmem ją przykrywającym widoczne są zamurowane okrągłe otwory. To w nich niegdyś umieszczone były cyferblaty.

  W 1790 roku i ten zegar zaczął szwankować. Władająca wówczas Białymstokiem Izabela Branicka wezwała na pomoc zegarmistrza warszawskiego, niejakiego Krukowskiego. Następny białostocki zegar pojawił się na ratuszowej wieży. W 1868 roku wykonał go "uczony zegarmistrz Trop".

  To już były inne czasy. Nie trzeba było sprowadzać mędrków z Warszawy. Już bowiem w 1850 roku na Wasilkowskiej, wkrótce przemianowanej na Mikołajewską, czyli na Sienkiewicza, tuż przed mostem nad Białą, otworzył zakład zegarmistrzowski Baraks. To on pierwszy uzyskał w Białymstoku koncesję na sprzedaż słynnych szwajcarskich Omeg. Po nim s woje zakłady otworzyli Gotlib i Łapszyc. Sklep Łapszyca znajdował się przy ulicy Niemieckiej (Kilińskiego) w kamienicy Leona Zabłudowskiego.

  Gotlib oprócz zegarków w swoim magazynie przy Lipowej, naprzeciw cerkwi, sprzedawał maszyny do szycia. Ba, był oficjalnym przedstawicielem wybornej firmy Singer. Był też pionierem w prowadzeniu salonu rowerowego. To właśnie od warsztatu mechanicznego Gotliba zaczęła swoją historię późniejsza fabryka Przyrządów i Uchwytów.

  W sumie w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku w Białymstoku działało 5 zegarmistrzów. Żaden jednak nie miał smykałki do antyków. Tak więc do starego pałacowego zegara w latach 1880-1900 władze Instytutu Panien Szlacheckich, który mieścił się w pałacu, wzywały zegarmistrza z Grodna. 

  Jego syn, po latach, gdy sprawa zegarów miejskich zainteresowała wszystkich, w 1937 roku opowiadał, że ojciec na dzwonach zamawianych do bramy widział datę - 1727. Nikt tego nie mógł już sprawdzić, bo dzwony w 1915 roku zarekwirowali Rosjanie i tyle je widziano. Zniknął też zegar z kościelnej wieży.

  Przypuszczalnie popsuty, został zdemontowany około 1900 roku gdy rozpoczęła się budowa neogotyckiej fary.

 W dobrej kondycji trwał natomiast ratuszowy zegar. W 1916 roku okupujący Białystok Niemcy odwrócili nawet proporcje tej nazwy. To już nie był ratuszowy zegar, tylko zegarowy ratusz, a raczej zegarowa wieża - Uhr Thurm.

  Tykały więc sobie te białostockie zegary, aż do tego wspomnianego stycznia 1939 roku. Magistrat postanowił wyrzucić zabytkowy mechanizm i zastąpić go nowym. W budżecie miejskim przewidziano na tę inwestycję 8 tysięcy złotych. Postanowiono przeprowadzić też "dokładne wyremontowanie zegara na wieży ratuszowej".

  Zniweczyła wszystkie te plany historia, która miała się już wkrótce wydarzyć. Zegar "uczonego Tropa" zniknął wraz z ratuszem w 1940 roku za sprawą Sowietów. Znikł również zegar, sprawca całego zamieszania, z wieży kościoła św. Wojciecha. Elektrycznego napędu nie zastosowano też na pałacowej bramie. Dzięki temu zachowała nam się pamiątka po hetmanie, co to uważał, że bez zegarka żyć niepodobna.

Andrzej Lechowski 

Historia ulicy Dąbrowskiego: Technikum mechaniczne, piekarnia, olejarnia

   Przy Dąbrowskiego wiele się działo. Było Technikum Mechaniczne, piekarnia, olejarnia. A niedaleko z górki, przy kościele św. Rocha zjeżdżały zimą na sankach i łyżwach dzieciaki z całego miasta. - Mieszkaliśmy pod numerem 20. Przed wojną żyła tu rodzina pisarza Samuela Pisara - opowiada Wiesław Stankiewicz.

   Ja też jestem absolwentem Szkoły Podstawowej nr 15, którą ukończyłem w 1959 roku. Mogę dodać kilka szczegółów, a przede wszystkim przesyłam zdjęcie swojej klasy i parę innych z tego okresu - napisał Wiesław Stankiewicz po publikacji wspomnień Zbigniewa Karlikowskiego o tej szkole.

  Piętnastka, przypomnijmy to jedna z pierwszych podstawówek, która wznowiła działalność po wojnie. Znajdowała się przy ulicy Lipowej, w budynku przypominającym z wyglądu pałacyk. Jeden z internautów uściślił, że na drugą stronę Lipowej szkoła została przeniesiona w 1961 roku. Pan Stankiewicz dodaje, że sala lekcyjna w pałacyku była również na poddaszu. - Ja właśnie tam się uczyłem - pisze. - Fotografia mojej klasy VI lub VII, została zrobiona pomiędzy 1 września 1957 a 24 czerwca 1959 roku. Upewniła mnie w tej dacie, spotkana przed laty Jadwiga Bojko, która dołączyła do nas w klasie szóstej (stoi w górnym lewym rogu. Na zdjęciu brakuje koleżanek: Marii Markiewicz, Bożeny Suproń. Być może przez zawodną pamięć pomylę czyjeś imię lub nazwisko, z góry przepraszam. Zaczynając od górnego, lewego rogu, są tu: Jadwiga Bojko, Aldona Centkowska, Regina Borowska, nie przypominam, Edek Druć.

  W drugim rzędzie: Halina Teżyk, Zofia Kućbora, Krystyna Sidorowicz, Krystyna Sarosiek. W trzecim rzędzie: Jan Surmacz, nazwisk dwóch koleżanek nie pamiętam (wyższa chyba Teresa), Alina Puchalska, Multan (córka nauczycielki naszej szkoły), Maciejewska, Grażyna (chyba) Filipowicz, Jadwiga Suszyna (gospodyni klasowa) i Janek Czużdaniuk. W rzędzie nauczycielskim panie: Sznycer, Pawlak, Teresa Wołyniec (wychowawczyni ), Czepiel, Czołpik, pan Żmijko, (chyba kierownik szkoły). W dolnym rzędzie: Wiesław Stankiewicz (czyli ja), Janek Janulis , Marek Poznański, Wojtek Trykulicz, Krzysiek Brodowski (lub Brodowicz) i Abramowicz (nie jestem pewny).

Mieszkał tu Samuel Pisar

A teraz ruszamy na sentymentalny spacer po dawnej ulicy Dąbrowskiego.

  Mieszkaliśmy przy Dąbrowskiego 20 - opowiada pan Stankiewicz. - Moi rodzice pochodzą z Wołynia. Tam poznali się i przeżyli wojnę. Do Białegostoku przyjechali w 1946 roku. Mieliśmy dwa pokoje. Rolę łazienki pełnił wydzielony w kuchni kącik z kolumienką do grzania wody i dużą kamienną wanną. Była to część mieszkania (od ulicy), które przed wojną należało do Dawida Pisara (w książce telefonicznej z 1938 roku jego numer telefonu brzmiał 581). Syn właściciela, Samuel jako jedyny z rodziny uratował się z białostockiego getta. Później, już po latach Samuel Pisar odwiedził dwa razy swój rodzinny dom. Pierwszą wizytę opisał w książce "Z krwi i nadziei". A drugi raz, jak przyjechał do Białegostoku w 2009 roku, na uroczystości rocznicowe białostockiego getta. Drugą część tego mieszkania zajmował właściciel kamienicy Ignacy Sikorski z Sikor koło Jeżewa, mający szlacheckie pochodzenie.

  Na zdjęciu domu z 1951 roku widoczny jest balkon mieszkania państwa Olędzkich. Nasz balkon niewidoczny - byłby z lewej strony zdjęcia. W prawym rogu byłby balkon państwa Janulis. Na parterze widać okna mieszkania państwa Nowickich i skrajne, po prawej stronie państwa Mackiewiczów. Pani Felicja była Terenowym Opiekunem Społecznym - skorodowana tabliczka znajduje się jeszcze na elewacji budynku. Pan Józef był znakomitym specjalistą od motocykli i samochodów. Odnawiał w chlewku motocykle marki "Indian", którymi podczas występów w Białymstoku, interesowali się zawodnicy startujący w "beczce śmierci". Ta beczka była z drewnianych klepek. Zawodnik z czarną opaską na oczach po uruchomieniu motocykla jeździł po obwodzie wewnątrz, wykonując różne figury. Widzowie oglądali jazdę, stojąc przy górnej krawędzi beczki. Towarzyszył temu straszny hałas (motocykle bez tłumika) i smród spalanej benzyny.

   Po drodze do szkoły mijałem następujące domy. Przy Dąbrowskiego 18 (obecnie pub Dalmacja) mieszkali państwo Malinowscy, gospodarze działki, gdzie zawsze panował idealny porządek. Gospodarz hodował gołębie, a w sadzie rosła grusza o bardzo smacznych owocach. Przy Dąbrowskiego 16 mieszkali państwo Haliccy (obecnie tu sklep z częściami samochodowymi). Na dole była restauracja z cygańską kapelą. Przez wiele lat w tym budynku produkowano wodę sodową. Naprzeciw znajdowała się, istniejąca do dziś stacja benzynowa.

 

  Przy Dąbrowskiego 14 znajdowały się biura różnych instytucji (teraz to pustostan). Dom pod numerem 12 należał do państwa Ciupów. Na parterze mieściły się sklepy: spożywczy (z marmoladą w wiadrach lub w drewnianych skrzynkach), rybny i z częściami samochodowymi. Za podwórkiem, przed skrętem w Botaniczną, stała duża, stara kuźnia. A pod numerem 10 było Technikum Mechaniczne. Mijając ten budynek w drodze do podstawówki nie myślałem, że będę uczniem tej szkoły.

Naprzeciw, obok kościoła św. Rocha, pod numerem 1, w budynku parafialnym, na parterze była Przychodnia Rejonowa. Zaś w pomieszczeniach na piętrze siostry zakonne prowadziły przedszkole.

  Ponadto w tym budynku mieściło się biuro Państwowej Centrali Drzewnej "PAGED", pracował tu mój ojciec. Na dole, w dużej sali konferencyjnej organizowano zakładowe imprezy choinkowe, które jeszcze pamiętam.

I nie numerując już posesji, następnie był dom państwa Żukowskich (pani Żukowska była nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 18).

  Za tym domem, w budynku (chyba po stajni) Technikum Mechaniczne urządziło salę gimnastyczną. W głębi znajdowały się warsztaty szkolne i boisko, z którego korzystał też klub sportowy Start.

Przy Dąbrowskiego 2 była apteka (przed wojną pana Wacława Michalskiego), a potem chyba pana Sosnowskiego) i sklep mięsny.

  Dalej zaczynała się ulica Lipowa, która nosiła nazwę Stalina. Budowano wtedy biurowiec Lasów Państwowych i firm związanych z produkcją leśno-drzewną. Później podjąłem tu pracę i związałem się z tą firmą prawie 43 lata.

Piekarnia i olejarnia

  Pamiętam też doskonale piekarnię założoną pana Józefa Urbanowicza w budynku pod numerem 22. Jego samego nie zdążyłem poznać, byłem mały, kiedy zginął w wypadku. Ale jego żonę widywałem często. Zawsze nienagannie ubrana, dbająca o swój wygląd.

  Piekarnia słynęła ze znakomitego pieczywa. Mnie szczególnie smakowały obwarzanki. Świeżutkie, jeszcze ciepłe, błyszczące, pachnące - sama poezja i kunszt sztuki piekarniczej. Z czasem piekarnia została zlikwidowana. Podzieliła los większości firm prywatnej inicjatywy, które po kontroli finansowej i wyliczeniu domiaru, znikały z rynku. W tych pomieszczeniach mieścił się później sklep spożywczy.

  W głębi podwórza była olejarnia należąca do pana Żywolewskiego. Ruch w obu firmach zaczynał się bardzo wcześnie. Do piekarni po pieczywo już o 4 rano przyjeżdżały budy zaprzężone w konie, a do olejarni po wytłoki, nazywane makuchami zjeżdżali się rolnicy. Ulica - kocie łby - była wąska i ślepa. Żeby wyjechać stąd, kierowcy musieli sporo się nakręcić, robiąc przy tym straszny rumor. Ale zimą dzieciaki miały frajdę. Doczepiając sanki do zaprzęgu lub trzymając się podczas jazdy na łyżwach, można było sobie kawałek podjechać. Nierzadko jednak woźnica potraktował gapowiczów batem.

  Zimą naszym ulubionym miejscem zabaw była słynna górka przy kościele św. Rocha. Zimą zbierały się tam dzieciaki z całego miasta. Królowały sanki i łyżwy, narty mało kto miał. Mieszkając blisko, z kolegami nosiliśmy wieczorami wodę, aby na następny dzień nawierzchnia do jazdy na łyżwach była wystarczająco śliska.

Pod koniec sierpnia na odpust na Rocha zjeżdżali tutaj gospodarze z okolicznych wsi. Białostoczanie korzystali z okazji i zaopatrywali się w ziemniaki i warzywa.

Alicja Zielińska

Translate