Postaw mi kawę na buycoffee.to

Białystok na Syberii

    Przed świętami Wielkiej Nocy odwiedził nasze miasto gość z bardzo daleka. Też białostoczanin, bo urodzony w Białymstoku, wsi o tej nazwie na Syberii. To Wasyl Haniewicz, syn Antoniego, obecnie zamieszkały w Tomsku. Śmiał się, że przyjechał trochę ogrzać podstarzałe kości, a tymczasem nie ma różnicy, i tu, i tam taki sam mrozek i biel.

  Przypomnijmy trochę faktów. W 1899 roku dotarli do gminy mikołajewskiej, około sto wiorst za Tomskiem, przesiedleńcy z ówczesnej guberni grodzieńskiej. Przyjechali tu dobrowolnie, bo chcieli wreszcie być gospodarzami co się zowie. Wolnej ziemi było rzeczywiście pod dostatkiem, tyle że porośniętej tajgą, z niedźwiedziami.

Daleki Białystok

  Zaczęła się harówka w bardzo trudnych warunkach, ale na swoim. Tak powstała wieś Nowa Rybałtowska, nazwę tę zmieniono jednak na Białystok. Dlaczego Białystok, skoro wśród przybyszów nie było mieszkańców miasta nad Białą? Ano dlatego, że Białystok znano w całej Rosji jako "Manchester Północy", imponował swą prężnością, stanowił dobrą markę.

  Wśród syberyjskich białostoczan znaleźli się między innymi pradziadkowie Wasyla Haniewicza: Aleksander Jocz z Rutewki koło Szczuczyna (Nowogródzkiego), Stanisław Stec, stangret hrabiego Potockiego z guberni siedleckiej, Jan Haniewicz z bratem Józefem spod grodzieńskiego Porzecza. Kiedy Aleksandrowi Joczowi urodziła się córka, to musiał sprzedać krowę, by dotrzeć do Tomska i ochrzcić Marię Magdalenę.

  Potem było o tyle lepiej, że białostoczanie zbudowali swój kościół (1908 r.) i zaprosili księdza z Polski. W 1930 roku ślub w miejscowej świątyni wzięli dziadkowie pana Wasyla - Wasyl i Gabriela. To niestety, była ostatnia msza, w Związku Radzieckim rozszalał się stalinizm. Rok później władza podjęła w Białymstoku próbę założenia kołchozu. Nie udało się. Podobnie i w latach następnych, ale w 1935 roku opór spacyfikowali enkawudziści i powstał "Krasnyj Sztandar", w szkole skasowano naukę języka polskiego.

Terror

  13 sierpnia 1937 roku zaczęły się w Białymstoku aresztowania "wrogów ludu". 11 lutego 1938 roku NKWD zabrało także dwóch dziadków mojego rozmówcy. Biernatowi Pilewiczowi (ojciec matki pana Wasyla) zarzucono aktywne członkostwo "kontrrewolucyjnej szpiegowsko-dywersyjnej organizacji POW", prowadzenie wrogiej agitacji i propagandy religijnej (był członkiem rady kościelnej), zbieranie informacji o nastrojach politycznych mieszkańców. Wasyl Haniewicz (syn Jana) też rzekomo był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, zmarnował wraz z K. Joczem 30 kwintali chleba kołchozowego, przygotowywał akt terrorystyczny wobec przewodniczącego kołchozu. Obaj zostali skazani na rozstrzelanie i wyrok ten wykonano 14 maja 1938 roku.

  Łącznie od 13 sierpnia 1937 do 16 lutego 1938 NKWD aresztowało 86 osób ze wsi Białystok, a według spisu z 1937 roku mieszkało w niej tylko 127 mężczyzn w wieku od 18 lat. Z 86 aresztowanych przeżył jeden! Natomiast dodać jeszcze trzeba ponad 20 byłych mieszkańców wsi Białystok, których uwięziono w nowych miejscach zamieszkania oraz 7 aresztowanych już w 1935 roku i skazanych za opór przeciwko kolektywizacji. Zatem w małej syberyjskiej wsi Białystok znaleziono razem około stu "wrogów ludu".

Antoni Haniewicz

  To ojciec pana Wasyla, żyjący nadal we wsi Białystok. Miał szczęśliwe, ale krótkie dzieciństwo. Najpierw zakłóciła je batalia o kołchoz, a potem bardzo boleśnie aresztowanie dziadka Aleksandra i ojca Wasyla oraz innych krewnych. Został jedynym mężczyzną w rodzinie. Nie mógł skończyć szkoły (wyrzucono go z 6 klasy), nie chciał zostać stolarzem morskim, więc pracował w kołchozie.

  Mając 16 lat ("dziecko industrializacji") zaczął karierę traktorzysty. Któregoś dnia kolega poprosił, by Antoni nalał mu butelkę nafty potrzebnej do domowej kopciałki. Zobaczył to brygadzista, napisał donos, zorganizowano pokazowy proces. Antoni Haniewicz za grabież mienia państwowego otrzymał 7 lat łagru. Odczekano aż miną roztopy jesienne i "przestępca" pieszo pomaszerował w kolumnie do Tomska, pilnowany wraz z mu podobnymi przez konwojentów na koniach, z psami. Z więzienia w Tomsku trafił do łagru w rejonie Czeremoszników, gdzie tyrał w smrodzie przy nasycaniu smołą podkładów kolejowych.

  Z tego piekielnego miejsca wyrwał się dzięki przyjaznej radzie znajomego, podał się za hydraulika i pojechał do Nowosybirska. Tam został zdemaskowany i za kłamstwo zaliczony do brygady karnej, karczował teren pod budowę. "Około pół roku trwała ta mitręga na granicy życia i śmierci…", potem było już lżej w zakładzie produkcji żużlu.        Po śmierci Stalina skrócono Antoniemu Haniewiczowi karę o rok. Wrócił na krótko do Białegostoku, mama dała mu na pożegnanie butelkę samogonu.       Złośliwy splot okoliczności sprawił, że milicjanci zrewidowali walizkę i jej posiadacz dostał rok za nielegalne pędzenie alkoholu. Odsiedział wyrok w więzieniu tumskim, więc koniec końców wyszło siedem lat zamknięcia i poniewierki. "Na tym zakończyły się łagierne "uniwersytety" Antoniego i zaczęło się długie życie na wolności, gdzie porządki i obyczaje niewiele różniły się od łagiernych".

    Antoni Haniewicz przez następne ponad 30 lat pracował jako kierowca, przejechał setki tysiące kilometrów. Sam zbudował w Białymstoku duży dom, posadził w ogrodzie wraz z dziećmi drzewa owocowe. Razem z żoną Walentyną z Pilewiczów wychowali trzech synów, w tym Wasyla, obecnego dyrektora Muzeum - Pomnika Historii Politycznych Represji "Więzienie śledcze NKWD". Oddział Muzeum Krajoznawczego w Tomsku. To także wytrawny badacz historyk (z wykształcenia ekonomista), autor książki "Tragedia syberyjskiego Białegostoku", znany działacz polonijny, odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP. W Białymstoku był dwa razy, bierze udział w tworzeniu Muzeum Pamięci Sybiru.

  Mój rozmówca opowieść w książce o ojcu zakończył następująco: "Jednak czy jest on zadowolony z przeżytych lat, o to nie pytałem. Bo to nieprzyjęte, żeby o coś takiego pytać własnego ojca, ponadto chyba za wcześnie, żeby podsumowywać życie. Życie przecież trwa nadal".

  Panie Wasylu, prosimy gorąco pozdrowić ojca od mieszkańców "dużego" Białegostoku. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni seniorowi Antoniemu, że trwa jako ten ostaniec we wsi rodzinnej. I jako świadek historii syberyjskiej wsi Białystok. Ośmielam się zaproponować, by podlaski Białystok dał wyraz wdzięczności w stosunku do białostoczan syberyjskich, zwłaszcza Wasyla Haniewicza. Proszę naszych Czytelników o opinię w tej sprawie (tel. 601352414).

Adam Czesław Dobroński

Rynek Kościuszki. Historia od Branickiego po PRL

   Największe zmiany na Rynku Kościuszki zaszły podczas ostatniej wojny. Sowieci nawet rozebrali ratusz, aby postawić posąg Stalina. Z kolei Niemcy ustawili ogromną mapę, ilustrującą triumfalny marsz III Rzeszy przez Europę i Afrykę Północną.

  Za czasów Jana Klemensa Branickiego na białostockim rynku stały rzeźby. Bynajmniej nie po to, aby ówczesnych mieszczan oswajać z najnowszymi trendami sztuki im współczesnej.

  Posągi ufundowane przez hetmana miały edukować nie estetycznie tylko moralnie. Posąg Temidy stojący pośrodku handlowego placu przestrzegał ewentualnych oszustów i złodziejaszków przed surową sprawiedliwością i nieuchronną karą. Figura świętego Floriana wystawiona pomiędzy ratuszem a kościołem miała być taką polisą ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Pojawiła się po ogromnym pożarze, który w 1753 roku strawił znaczną część Białegostoku. Oba posągi przetrwały do początków drugiej połowy XIX wieku. Po ich usunięciu, przez następnych 30 lat na rynku nie stało nic.

  Dopiero w 1892 roku u wylotu ulicy Mikołajewskiej (Sienkiewicza), zgodnie z postanowieniem kontraktu na budowę miejskiego wodociągu, stanęła na rynku fontanna. Około 1900 roku jej wodotrysk ozdobiła rzeźba przedstawiająca trzech młodzieńców. Symbolizowali oni muzykę, rolnictwo i rybołówstwo. Po upływie kolejnych 10 lat pojawił się na rynku nowy, supernowoczesny element. Jego estetyka nie wzbudzała, większych kontrowersji choć rynek sprzed 100 laty był bardziej zabytkowy niż obecnie. Obiekt ów niczego nie symbolizował, mówił wprost o tym, że w Białymstoku rozpoczęła się epoka elektryczności. Tak więc tuż obok wejścia do osiemnastowiecznej kamienicy dworskiej (obecna Astoria) stanął blaszany, cylindryczny kiosk, w którym "transformatorowane było napięcie pierwotne 3000V na 210 i 120 V". W różnych punktach miasta ustawiono jeszcze 37 takich elektrycznych budek.

   Wkrótce rozpoczęła się wojna i na rynku pojawiła się kolejna nowość. Mianowicie pod koniec maja 1915 roku przy fontannie ustawiono "skrzynkę do wrzucania papierosów dla rannych i chorych żołnierzy". Pomysł ten przeniesiony został do Białegostoku z Warszawy, gdzie podobnych skrzynek ustawiono w śródmieściu kilkanaście. Oprócz papierosowych pojawiły się też w stolicy skrzynki do zbierania prasy.    Postulowano więc, aby i w Białymstoku zbierać "gazety przeczytane", ale nie zrealizowano tego pomysłu. Wojna zaznaczyła się też w rynkowej przestrzeni betonową rotundą - kolumnadą, wybudowaną przez Niemców tuż przed ratuszem w 1918 roku. Był to pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom walczącym o ojczyznę. Na trawersie spinającym kolumny niemiecki napis upamiętniał pamięć "bojowników którzy polegli za ojczyznę w latach 1915-1918". 

  Białostoczanie, nie wnikając specjalnie gdzie ta ojczyzna niemieckich żołdaków, czcili ich pamięć aż do 1924 roku, kiedy to kolumnadę rozebrano. Od 1919 roku nie przeszkadzał im fakt, że tuż obok ustawiono obelisk zwieńczony sylwetką Orła Białego. Tyle tylko, że niemiecki beton był solidny, a nasz orzeł wycięty był z lichej dykty.

   Nawet gdy w sierpniu 1925 roku uroczyście odsłaniano płytę poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi, to też nie zadbano o jej solidne zamocowanie. Płyta została wykonana z piaskowca, ale podmurówka była już z cieniutkiego betonu. Po kilku latach zaczęła się kruszyć. Reperowano ja doraźnie przed każdym narodowym świętem. Aż w 1934 roku nie było już co naprawiać. Przed 11 listopada okazało się, że "fundament płyty jest niemal całkowicie zniszczony". Trzeba było murować go od początku.

   W sierpniu 1926 roku na rynek znów zapukała cywilizacja. Stało się to za sprawą Towarzystwa Naftowego Braci Nobel, które wystąpiło do władz miejskich o "zezwolenie na otwarcie stacji benzynowej na Rynku Kościuszki". Do całej sprawy zabrano się poważnie. Powołana została specjalna komisja, która miała ocenić czy lokalizacja stacji jest właściwa. Gdy pokonano wszelkie trudności i obiekcje, to na rynku nieopodal ratusza pojawił się niewielki dystrybutor z benzyną. Niedługo po nim powstała kolejna stacja benzynowa założona przez firmę Polmin.

  Przez kilka dni w 1936 roku na rynku stanęła nawet latarnia morska. Nic to, że z dykty i bez reflektora, ale i tak należycie podbijała dumę białostoczan z przynależności do Ligi Morskiej i Kolonialnej.

  Największe zmiany wprowadzali na rynku okupanci. Sowieci rozebrali ratusz, aby ustawić posąg Stalina. Nie zdążyli. Jak zwykle praktyczni Niemcy nie tracili czasu i energii na ideologiczne figury. W 1942 roku tuż obok fontanny postawili pierwszy w dziejach rynku drogowskaz. Wskazywał kierunki wraz z ilością kilometrów do Bielska, Baranowicz, Warschau, Lomscha i Grajewa. W tym samym roku w miejscu, gdzie jeszcze nie tak dawno temu był skwer z płytą poświęconą Nieznanemu Żołnierzowi ustawili monstrualnej wielkości mapę. Była wysoka na mniej więcej 5 m, a szeroka na około 6. Ilustrowała triumfalny marsz Wehrmachtu przez Europę i Afrykę Północną.

  Za PRL-u mieliśmy na rynku zagajnik, przez niektórych uważany za jedną z atrakcji miasta. A teraz jaki rynek jest, to każdy widzi.


Andrzej Lechowski

Ulica Grunwaldzka - Tam była świetnie prosperująca fabryka

   Najlepsze kafle można było kupić u Kucharskiego. W fabryce była nawet łaźnia i biblioteka.  Dokładnie w 1893 roku przy ulicy Grunwaldzkiej 41 powstał niewielki zakład ceramiczny. Jego właścicielem był Jan Kucharski, który miał też w pobliżu swój dom. Zakład specjalizował się w produkcji zarówno kafli, jak i gotowych pieców. 

   Przedsiębiorstwo z roku na rok przynosiło coraz większe zyski.  Rozwój przerwał wybuch I wojny światowej. Działalność został wznowiona dopiero po 1918 roku. Firmę prowadzili już synowie Jana – Sylwester i Józef.

   Znacznie rozbudowali oni zakład ojca, uruchomili nawet nowy dział produkcji – polewy do kafli. W 1939 roku firma zatrudniała około 80 robotników, a jej wyroby były nie tylko uważane za najlepsze w Białymstoku, ale też cieszyły się dużym popytem w całym kraju.

Fabryka była też znana z tego, że jej właściciele bardzo dobrze traktowali swoich pracowników. 

   Dbali nawet o ich potrzeby kulturalne. W działającej przy fabryce świetlicy urządzane były różnego rodzaju zabawy i przedstawienia teatralne. Istniała tam też bogata w zbiory biblioteka oraz łaźnia.

 

  Za swoją działalność Kucharscy zostali docenieni w 1936 roku, kiedy to Józef otrzymał od prezesa rady ministrów nagrodę gospodarczą.  

 Fabryka przestała działać wraz z wybuchem II wojny światowej. Dziś po przedwojennych fabrykantach pozostały dwie plakiety ceramiczne z podobizną Józefa Piłsudskiego, które ma w swoich zbiorach Muzeum Historyczne

  Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Muzeum Historycznego w Białymstoku, W środku w maciejówkach siedzą moi przodkowie Sylwester (radny miejski) i Józef Kucharscy, następcy Jana Kucharskiego (oboje zginęli w Związku Radzieckim wywiezieni przez Sowietów).

Krzysztof Zdzitowiecki

Translate