Postaw mi kawę na buycoffee.to

Icko Kapłan wydał czterech polskich żołnierzy. Zdrajca trafił przed sąd

  Nacierający bolszewicy zajęli Białystok 28 lipca 1920 r. Już 30 lipca miasto stało się siedzibą Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski. Był to komunistyczny rząd, który w perspektywie miał rezydować w Warszawie. Ale póki co dobrze zainstalował się w Białymstoku.

  Jednym z jego sympatyków był mieszkający przy Sosnowej 36 Icko Kapłan. Najeźdźcy przydzielili mu "ważne stanowisko kontroli oraz dyspozycji robotnikami na młynach w Białymstoku".Icko Kapłan, gdy tylko poczuł siłę władzy, stał się postrachem okolicy.

  Zdarzyło się, że na pobliskim cmentarzu, w gęstych zaroślach ukryło się czterech polskich żołnierzy. Zauważył ich niejaki Czubiński. Powiedział o tym sąsiadowi Rozengartenowi. Ustalili, że żołnierze nie mogą tam się ukrywać.

  Rozengarten podjął decyzję, schowa ich u siebie w domu. Obaj poszli więc na cmentarz, znaleźli kryjówkę żołnierzy i gdy nastał wieczór, ukradkiem przemknęli wszyscy na Sosnową. Minęły trzy dni i wydawać by się mogło, że akcja powiodła się.

 Traf chciał, że gdy jeden z żołnierzy musiał wyjść za potrzebą, zauważyła go Chaja Przedrzecka. "Przerażona widokiem polskiego żołnierza narobiła krzyku".Wieść o zajściu szybko dotarła do Kapłana. On już wiedział jak ma postąpić. Wkrótce do Rezengartena "przybyła patrol bolszewicka i zabrała ukrytych. Dokąd? Nikt dotychczas o tym nie wie".

  Mówił, że jest on "komunistą, względnie komunizującym bolszewikiem, który musiał posiadać pełne zaufanie bolszewików, jeżeli powierzyli mu tak ważne funkcje".

  Wydanie czterech żołnierzy prokurator zakwalifikował jako zbrodnię i zażądał dla Kapłana kary śmierci przez rozstrzelanie.

Obrony oskarżonego podjął się adwokat Wacław Sławiński. Wspomagał go przybyły z Warszawy mecenas Perzyński. "Obydwaj obrońcy, po obszernych, rzeczowych i pełnych treści prawnej wywodach, zbili ciężkie oskarżenie prokuratora".

  Grudzień, 1925 r. był obfity w echa wydarzeń z sierpnia 1920 r. Bohaterem kolejnego z nich był zastępca Juliana Marchlewskiego, niejaki Kulikowski vel Stefański.

  Ten prymitywny psychopata, w imieniu swego mocodawcy w Białymstoku wydawał masowe wyroki śmierci. Skazanych przetrzymywano w starym więzieniu na rogu Sienkiewicza i Ogrodowej i w nowym wiezieniu na Kopernika.

  Pewnego sierpniowego dnia przed oblicze Kulikowskiego doprowadzono rannego oficera. Wyrok był - razstrielat.

Ale nadszedł dzień 22 sierpnia. Bolszewicy sami musieli ratować swoją skórę i tak szczęśliwie oficer uszedł z życiem. W wolnym Białymstoku wstąpił do policji.

  W grudniowy dzień 1925 r. miał służbę na dworcu PKP. Właśnie przyjechał pociąg z Warszawy, który za kilka minut miał ruszyć dalej, do Wilna. Pasażerowie korzystając z postoju chętnie wychodzili na peron lub do dworcowego bufetu.

  Wśród nich policjant rozpoznał Kulikowskiego. Podszedł do bolszewika i głośno, tak aby słychać go było na peronie krzyknął: "Aresztuję pana, to pan wydałeś na mnie wyrok śmierci!" Kulikowski oniemiał. Próbował zaprzeczać. Na próżno.

  Osadzonego w areszcie okazano kilku osobom. Wszyscy byli pewni. Przed nimi stał Kulikowski, zastępca Juliana Marchlewskiego.

Andrzej Lechowski 

Przedwojenne kioski i budki gazetowe

  Dla osobnika uzależnionego od codziennej prasówki kioskarka to osoba najbliższa. Ja też pielęgnuję takie wspomnienia. Pierwsza, pani Krystyna z kiosku na Kraszewskiego, odłożyła mi "Mówią wieki". Było nie było, pomogła mi zostać historykiem. Później był kiosk na Mickiewicza przy delikatesach Rarytas. Teraz mam kolejną panią, na rynku przy Ratuszowym. A wakacyjne prasówki? Kiedyś w Urlach, teraz w Rajgrodzie - niezapomniane chwile.

  Sprawa kiosków zawsze budziła emocje. Nie inaczej było w 1925 r. gdy do białostockiego magistratu zwrócił się z prośbą Związek Ochotników Rezerwy o "uzyskanie pozwolenia na budowę kiosków do sprzedaży gazet w niektórych punktach miasta". Magistrat odmówił. Planował bowiem, że sam je wybuduje i wydzierżawi. Na początku 1926 r. ogłoszony został konkurs na najlepszy projekt budki gazetowej. 

  Ale pro forma, bowiem z góry wiadomo było, że będzie to ten projekt, który spodoba się szarej eminencji miasta, głównemu inżynierowi Rybałowiczowi. I tak wkrótce na ulicach Białegostoku pojawiły się budki "pod względem stylu wprost bizantyjsko-barbarzyńskie". Inni zaś twierdzili, że przypominają one przydrożne kapliczki. Jedna z takich budko-kapliczek stanęła przy bramie do województwa czyli do Pałacu Branickich. 

  Widziano ponoć jak przybyły do Białegostoku z pobliskiej wsi chłopina, gdy zobaczył kiosk przed bramą, to "ukląkł, długo się modlił, wierząc w prostocie swej, że jest to kaplica". No i cóż dziwnego. A mało to razy biorąc rano gazetę do ręki, już na widok pierwszej strony wykrzykujemy "O Boże!", albo "a żeby was Wszyscy Święci". Tamta dyskusja o estetyce gazetowych kiosków toczyła się też w kontekście urody budek, w których sprzedawano papierosy.

 

 A było to tak. Białostocka Izba Skarbowa wydała w 1926 roku 17 koncesji na sprzedaż papierosów inwalidom. Ci nie pytając nikogo o zgodę postawili w centrum miasta "bardzo nieestetyczne, na czerwono pomalowane budki". Po jakimś czasie zaczęto dostawiać do nich byle jakie przybudówki, w których instalowano piecyki, wychodki itp. Oburzenie estetów wywoływało i to co przyozdabiało te licho wyglądające budowle. 

   "Częstokrotnie wysmarowane na nich było wadliwą pisownią ku czemu one służą. Najbardziej jednak zwracał uwagę wymalowany poczwarny ptak, mający symbolizować godło państwowe". W sierpniu 1926 r. magistrat podjął decyzję o likwidacji tych szpetnych budek. Zarządzono, że handel papierosami będzie odbywał się ze skrzynek. Natychmiast podniosły się uzasadnione głosy sprzeciwu. Jednak inżynier Rybalowicz był nieubłagany. 

  Podczas dyskusji na sesji rady miejskiej jednemu ze kioskarzy wyrwało się, że jest gotów wybudować budkę w stylu zakopiańskim. Rybałowicz mentorsko ripostował: "Pan uważa, że styl zakopiański jest stylem najpiękniejszym? Myli się pan". W odpowiedzi usłyszał: "Jeśli budki w stylu zakopiańskim też pana nie zadowalniają, inwalidzi gotowi są wybudować swe budki w stylu rococo!" Z takich to i sam Branicki byłby kontent. Temat koncesji i estetyki budek powracał.

  Wiele domysłów i plotek rodziło pozwolenie, wydane w maju 1932 r. kupcowi Pomerancowi, na ustawienie kiosku ze słodyczami obok muszli koncertowej w Ogrodzie Miejskim. Pomeranc uzyskał wszelkie koncesje oraz stał się przedstawicielem popularnej wówczas firmy cukierniczej "Plutos". Białostoczanie wkrótce mogli, spacerując po ogrodzie kupować słodycze swej ulubionej firmy. Po dwóch latach z sarkazmem stwierdzano, że "obdrapana buda jest wątpliwą ozdobą najpiękniejszego klombu w mieście". 

  Apelowano więc do prezydenta Nowakowskiego "aby udał się do ogrodu i zobaczył jak ten piękny klomb udekorowano". Proponowano, aby tę "szpetotę" przesunąć gdzieś dalej, w głąb ogrodu. Reakcja prezydenta była natychmiastowa. Nowakowski był szczególne czuły na punkcie porządku i estetyki, a parki były jego słabością. Opinia publiczna została poinformowana, że "na polecenie p. prez. Nowakowskiego buda została usunięta", co naprawdę znaczyło, że przesunięta.

Andrzej Lechowski

Powstanie w getcie i strach przed duchami

 

  Segregacja Żydów trwała trwała kilka dni. Zdrowych wybierano do pracy. Pozostałych ładowano do wagonów i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że wiozą ich na śmierć - wspomina Janusz Koronkiewicz.

  Janusz Koronkiewicz mieszkał z rodzicami na ulicy Prowiantowej 3. Kiedy w Białymstoku wytyczono granice getta (a objęło ono teren na południe od Lipowej po ulicę Sienkiewicza od wschodu aż po ulicę Poleską i okolice wzgórza św. Rocha), przenieśli się do domu na rogu ulic Północnej i Kosynierskiej pod nr 11. Dom ten stał na granicy z gettem. Pamięta, jak wybuchło powstanie w getcie, miał 10 lat. Swoje przeżycia opisał w książce "Wspomnienia z mojego wojennego dzieciństwa", wydanej w czerwcu staraniem Stowarzyszenia Pamięć i Tożsamość Skała w Choroszczy.

- Po drugiej stronie ulicy Kosynierskiej, na którą wychodziło jedno z okien naszego mieszkania, znajdowało się duże, pełne żab bajoro. Za bajorem stały dwa budynki fabryczne należące już do getta i ulicy Żabiej - wspomina Janusz Koronkiewicz. - Wzdłuż ulicy Żabiej, od Kosynierskiej do Armatniej był wysoki płot z zasiekami z drutu kolczastego, wyznaczający granice getta. Za płotem, dobrze widocznym z ganku i wychodzących na wschód okien, znajdował się plac wyznaczony na cmentarz getta.

  Nocą z 15 na 16 sierpnia 1943 r. teren getta został otoczony, nie tylko przez gestapo i SS, ale również podwójny kordon żołnierzy w czarnych mundurach. Mówiono, że byli to Ukraińcy. Przez bramę od strony ulicy Poleskiej, na pole za torami kolejowymi wypędzono Żydów, którzy nie zdołali się ukryć w getcie. Z ganku naszego domu i okien mieszkania pani Adamskiej znajdującego się na górze, widać było ogromne kłębowisko poruszających się w miejscu ludzi.

  Segregacja trwała kilka dni. Silnych i zdrowych wybierano do dalszej pracy. Pozostałych ładowano do towarowych wagonów na dworcu fabrycznym i odsyłano do Treblinki. Wszyscy mieli świadomość, że jadą na śmierć, ale przy dzieciach na ten temat starano się nie rozmawiać.

  O wybuchu powstania w getcie już wiedziano, ale nasilenie walki przewidywano dopiero nocą. Wszyscy domownicy o zmierzchu zeszli się w naszym mieszkaniu, znajdującym się od strony kościoła św. Rocha. Uważali, że od kul lecących z getta będzie chronić nas murowana ściana nośna biegnąca przez środek domu.

  Strachu było co niemiara. Pamiętam, że zaraz po zapadnięciu ciemności z górnego piętra najbliższego gmachu fabrycznego po stronie getta, ku naszemu zdziwieniu, rozległ się głos wesoło przygrywającego akordeonu. Muzykę tę odebraliśmy jako drwinę z Niemców i dowód na wiarę Żydów w rezultat powstania. Zaraz po tym koncercie z okien fabryki padło kilkanaście strzałów karabinowych, na które odpowiedzieli znacznie silniejszym ogniem żołnierze w czarnych mundurach, stojący na ulicy w kordonie.

Żydzi i likwidacja getta. Strach przed duchami

  Jak wyglądała likwidacja getta, wiem tylko ze słyszenia i późniejszych opisów. Po bestialskim wypędzeniu Żydów z getta i wywiezieniu do obozów pozostawione po nich mienie, po uprzednim splądrowaniu domów przez Niemców, wywieziono na plac, znajdujący się pomiędzy ulicą Częstochowską a Szlachecką.

  Do osób z miasta udających się na plądrowanie do getta strzelano bez ostrzeżeń. Potem zlikwidowano bramy i płot otaczający ulice getta od strony aryjskiej i w pożydowskich domach zaczęto kwaterować ludzi wysiedlonych ze wschodnich obrzeży Puszczy Knyszyńskiej i od strony Białowieży, aby pozbawić zaplecza materialnego dla rosnącego tam partyzanckiego ruchu oporu.

  Do miasta wjeżdżały całe kolumny furmanek, z wystraszoną ludnością, posługującą się głównie językiem białoruskim. Zaprzęgnięte do wozów konie, aby nie płoszyły się na widok i odgłos warkotu samochodów, oczy miały zasłonięte zawiązanymi na głowach szmatami.

  Ludzie ci nie byli nam przyjaźni. Odczułem to na własnej osobie, pobity przez ich dzieci na ulicy Polnej. Potem układało się różnie, jak to z sąsiadami bywa. To głównie oni do grudnia 1943 r. odnajdowali kryjówki Żydów na terenie getta i wydawali Niemcom. Ostatnią kryjówkę kilkuosobowej rodziny żydowskiej na poddaszu domu nr 7 przy ulicy Kosynierskiej zdradził płacz dziecka.

  Po likwidacji getta jako dzieci, często biegaliśmy ulica Polną. Synagoga przez dłuższy czas była otwarta. W środku panował niesamowity bałagan. Wszystko poprzewracano, rulony Tory porozciągano po całym pomieszczeniu i podeptano. Bałem się wchodzić do środka. Nie wiem, czy wynikało to z szacunku do świątyni, czy bojaźni przed Bogiem bądź mogącymi znajdować się w tym miejscu duchami. Dziś w tym budynku znajduje się galeria Slendzińskich.

Alicja Zielińska

Translate