Postaw mi kawę na buycoffee.to

W Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej uczyli się najlepsi

   Była to swoista selekcja. Wybrano najlepszych uczniów oraz aktywistów ZMP. Pozostali zamiast iść na studia mieli się uczyć zawodu. I to z góry określonych przez władze. Tak trafiłem do Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. Chociaż była to szkoła z przymusu, to bardzo miło ją wspominam. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli - opowiada Zdzisław Jachimowicz.

  Byliśmy w XI klasie w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 przy ul. Kościelnej. Po maturze większość wybierała się na studia. I raptem dowiadujemy się, że nie skończymy tu nauki. Był to rok 1950. Przeprowadzona wówczas reforma oświaty miała na celu redukcję klas XI. I tak w moim dawnym ogólniaku przy Kościelnej pozostawiono wtedy tylko jedną klasę - wspomina pan Zdzisław. - Była to swoista selekcja. Zostali jedynie najlepsi uczniowie oraz aktywiści ZMP, a reszta miała iść do liceów zawodowych na terenie województwa i kraju.

  Dla wielu to był szok. Ja na przykład z kilkoma kolegami otrzymałem przydział do Liceum Budowy Maszyn Włókienniczych w Pabianicach. W tym czasie rozpoczęto budowę kombinatu bawełnianego w Fastach i mieliśmy stanowić kadrę włókienników. Mama wpadła w rozpacz, byłem jedynakiem, gdzie tu wysyłać dziecko tak daleko. Powiedziała, że choćby nie wiem co, ona się nie zgadza.

Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej

  Jednak mój wyjazd nie doszedł do skutku. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat na wniosek Stowarzyszenia Geodetów Polskich oraz Biur Geodezyjnych utworzono w Białymstoku Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. I my wszyscy, ci odrzuceni, poszliśmy do tego liceum. Dyrektorem był inż. Stefan Miśkiewicz, absolwent SGGW w Warszawie. Przygarnęła nas do swojej siedziby przy ul. Białej Wieczorowa Szkoła Inżynieryjna. Powstały dwie klasy. W "a" umieszczono młodzież z Białegostoku, natomiast w "b" z województwa.

  Nauka miała trwać rok, w tym miesiąc przewidziano na praktyki zawodowe w terenie. Program przewidywał wyłącznie przedmioty zawodowe oraz matematykę na poziomie szkół wyższych, humanistycznych w ogóle. A na zakończenie egzamin maturalny. Wykładowcami byli inżynierowie pracujący w biurach geodezyjnych. Geodezji uczył Rafał Rewkowski, instrumentoznawstwa Borecki, Blum-Kwiatkowski, Malinowski, przedmiot urządzenia rolne prowadził Stefan Smolski, gleboznawstwo Niewiński, sporządzanie mapy i kreślenia Jabłonowski. Wymiany gruntów uczył Erazm Stefański (wychowawca naszej klasy), budownictwa Henryk Smaczny, prawa mecenas Koszałkowski, matematyki Konstanty Kosiński.

Samotny biały żagiel na studniówce

   W lutym 1951 roku miała być studniówka. Klasa "b" jednak odmówiła w niej udziału ze względu na koszt. My zaś szykowaliśmy się bardzo starannie do naszego pierwszego balu. Komitet organizacyjny ustalił program. Przedstawił go najpierw dyrekcji szkoły a potem dyrekcji Okręgowej Szkolenia Zawodowego jako jednostce zwierzchniej. Program zawierał następujące punkty: przywitanie zaproszonych gości, wystąpienie szkolnego tercetu piosenkarskiego, recytacja utworów poetyckich i bal uczestników. Urzędniczka z wydziału opiniodawczego oczywiście zażądała wpisania tytułów wykonywanych utworów, ironicznie dodając, że może to będzie "Pierwsza brygada" lub "Czerwone maki na Monte Cassino".

  Od razu więc podaliśmy, żeby nie było wątpliwości i nie posądzono nas o fałszerstwo, gdy dopiszemy to odręcznie. Pamiętam były to utwory: "Wieczorny dzwon", "Mały biały domek", "Oda do młodości" i "Samotny biały żagiel" (po rosyjsku). Ale na tym nie koniec. Urzędniczka zapytała oczywiście o przedstawiciela ZMP z Zarządu Miejskiego, bez których to działaczy nie mogła się odbyć żadna impreza. Odpowiedzieliśmy, że przewodniczący jest uczniem klasy "b" i będzie reprezentował zarząd miejski ZMP. Program został zaopiniowany pozytywnie i mogliśmy spokojnie bawić się na studniówce.

  Po półroczu szkołę przeniesiono do budynku Liceum Budowlanego przy ul. Lipowej 41 e. Tam w suterynie zostały wyremontowane pomieszczenia i do końca roku trwała nauka. W sierpniu 1951 roku po miesięcznej praktyce odbył się egzamin maturalny.

Zawodu geodety uczyły się też dziewczęta. W naszej klasie rozpoczęło naukę dziesięć dziewcząt, w klasie "b" trzy. W sumie dyplom otrzymało 11.

To była dobra szkoła

  Mimo trudnej politycznie atmosfery wspominam bardzo dobrze ten czas. Szedłem do tej szkoły z przymusu, bałem się przedmiotów zawodowych, należałem do humanistów. Ale nauczyciele byli wspaniali. Bardzo lubiłem prawo, byłem jednym z najlepszych z tego przedmiotu. Potem zdałem na studia zaoczne na Uniwersytet Warszawski.

  Mogliśmy też rozwijać się sportowo. Istniały drużyny siatkówki i koszykówki, które odnosiły sukcesy. Siatkarze zdobyli wicemistrzostwo Białegostoku w rozgrywkach szkół zawodowych, a drużyna koszykówki mistrzostwo i, wzmocniona kilkoma zawodnikami z innych szkół, została mistrzem okręgu na spartakiadzie szkół zawodowych w Olecku.

  W następnym roku szkolnym 1951/52 liceum geodezji przeniosło się do budynku po liceum chemicznym przy Lipowej 41 c. Nabór do nowych klas odbywał się po gimnazjum, a nauka trwała dwa lata. I tak Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej stało się początkiem Technikum Geodezyjnego a później Budowlano-Geodezyjnego.

  Szkoła od razu zyskała wielką renomę. Absolwenci byli rozchwytywani. Przyjeżdżali urzędnicy z całej Polski i proponowali dobrą pensję, mieszkanie. A i w samym Białymstoku oraz w województwie czekało na geodetów zatrudnienie. W tym czasie przeprowadzano klasyfikację gruntów. Lubiłem swój zawód. Jako pierwsi w Polsce zakończyliśmy prace. Dostaliśmy za to sztandar. Wynajmowano nas w całej Polsce. Pracowałem w Kieleckiem, Rzeszowskiem, w Bieszczadach. Zjechałem kawał kraju. Była to przygoda i ciekawe życie.

Alicja Zielińska

Wśród przedwojennej dorożkarskiej braci

  Zawód dorożkarza przechodził często z ojca na syna. Powstawały wręcz pokoleniowe klany rodzinne parające się tą profesją. Najsławniejszym z nich byli oczywiście Sybirscy, z wiekowym patriarchą rodu Hone Sybirskim na czele.

Wszyscy Sybirscy mieszkali przy ul. Orlańskiej pod numerem 10, w sąsiedztwie znanych, chanajkowskich bandziorów i złodziejaszków. Oprócz starego ojca, dorożkarstwem trudnili się wszyscy jego czterej synowie: Abram, Chaim, Jankiel i Judel.

  Furmanem mającym własną platformę i parę koni był także młodszy brat Hone, Mojżesz. Ten zajmował się przede wszystkim wożeniem mięsa dla okolicznych rzeźników i drewna do zakładów opałowych.

   Inną żydowską rodziną z dużymi tradycjami dorożkarskimi byli na białostockim bruku Podryccy. Pięciu dorosłych braci, wszyscy żonaci i z licznym potomstwem, miało swój dom przy ul. Brukowej. Podryckich znano w mieście z tego, że nikomu nie schodzili (ani nie zjeżdżali) z drogi. Walczyli zawsze twardo o miejsce na postoju, jeździli nieprzepisowo po ulicach, kiedy zaś zatrzymywała ich policja, nie chcieli płacić kary, lecz woleli iść na kilka dni do aresztu miejskiego. Tam też potrafili tęgo narozrabiać.

  W stosunku do wożonych klientów Podryccy również nie zawsze byli w porządku. Żądali za kurs, zresztą prawie jak wszyscy białostoccy dorożkarze, znacznie więcej niż się należało, nie wydawali reszty, niekiedy niby przez nieuwagę zapominali wyładować z dorożki przewożony bagaż.

Jeden z braci, Mejer Podrycki, w końcu się doigrał. W 1936 roku zastrzelił go pijany sierżant. Tę historię opowiedziałem jednak dokładnie przed dwoma tygodniami.

  W odróżnieniu od Sybirskich i Podryckich nie miał natomiast szczęścia w zakładaniu dorożkarskiej dynastii stary wozak Boruch Rabinowicz. Pod koniec XIX wieku przybył on do Białegostoku z Odessy i zamieszkał na Chanajkach.

  Niemal od razu został dorożkarzem. Choć żona, Rachela urodziła mu trzech dorodnych synów, to jednak żaden z nich nie kwapił się zostać zmiennikiem ojca, przejąć dorożkarski bat i wdrapać się na kozła. Dwóch starszych synów Rabinowicza jeszcze w 1919 roku wyjechało nielegalnie do Ameryki i słuch po nich zaginął.

  Z kolei najmłodszy, Gabriel, choć pozostał nad Białką, to też nie kwapił się wcale, aby pomóc ojcu w pracy. Twierdził wszem i wobec, że jest uczulony na końskie włosie, żeby nie powiedzieć na co jeszcze. Pape Rabinowicz musiał wstydzić się za swojego syna przed innymi dorożkarzami.

  Gdy tylko rodzic zamknął oczy i trafił z należytą oprawą na żydowski cmentarz przy ul. Sosnowej, Gabryś natychmiast sprzedał odziedziczoną dorożkę, a sam zajął się na dobre pokątnym handlem i podejrzanymi interesami. Teraz można było go spotkać niemal codziennie na białostockim Kercelaku, czyli placu targowym, który mieścił się u wylotu ul. Mazowieckiej, tuż obok hal.

  Wśród licznych handlarzy starzyzną synalek Rabinowicza wyróżniał się wysokim wzrostem i jaskrawozielonym kapeluszem, widocznym ze wszystkich stron.

  Ten niby uczulony na konie syn dorożkarza miał także donośny głos. Na całym placu słychać było jego: handel, handel - tu u mnie! W ten sposób zachęcał Gabriel Rabinowicz do kupowania swojego towaru. Niekiedy składały się nań spinki, krawaty, mankiety, ślubne kołnierzyki pamiętające jeszcze czasy cara Mikołaja, innym razem były to sprzedawane ukradkiem zapalniczki lub niepewnego pochodzenia zegarki. Dorożkarz Rabinowicz musiał przewracać się w grobie.


Włodzimierz Jarmolik

Młynowa 44. Wszyscy żyli jak w jednej rodzinie

 

   Posesja przy Młynowej 44 była okazała. Duży murowany dom stał od frontu, w głębi podwórza znajdowały się dwa mniejsze drewniane, a od ulicy brama zamykana na klucz. Dziadkowie wynajmowali mieszkania lokatorom, ale wszyscy żyliśmy tam jak w rodzinie. Dzieci razem się bawiły, dorośli odwiedzali się nawzajem - opowiada Krystyna Lipska.

  Mój dziadek ze strony mamy, Antoni Jaroszewicz w młodości wyemigrował do Stanów. Był tam 17 lat, pracował jako murarz - opowiada pani Krystyna. - Wrócił, kiedy Polska odzyskała niepodległość. Postanowił zamieszkać przy ul. Młynowej, bo tam się wychował. Kupił działkę pod numerem 44 i postawił dom. W stylu amerykańskim, taki, jakie widział za oceanem. Bryła budynku została wydłużona o dodatkowy mur, były dwa wejścia oraz duże okna, znacznie odbiegające wielkością od znajdujących się w domach po sąsiedzku. Do tego ganek z kolorowymi szybkami.

    Budynek rzeczywiście się wyróżniał. Na działce, którą dziadek kupił, stały też dwa drewniane domy, które wynajmowano lokatorom - opowiada pani Krystyna. - Młynowa i okoliczne ulice nie cieszyły się dobrą sławą, ale obok pospolitych niebieskich ptaków o podejrzanej reputacji, żyło tam wielu porządnych ludzi. Nasza posesja stanowiła oazę spokoju i wzajemnej życzliwości - podkreśla. - Mieszkały tam jeszcze trzy inne rodziny, które zajmowały się cukiernictwem. Pan Michał Poznański na Boże Narodzenie sypał mi zawsze w fartuszek cukierki zawinięte w kolorowe papierki. Niosłam je do domu, mama wieszała na choinkę, ależ to była radość.

Jego żona, pani Anna uwielbiała czytać, zaraziła nas tą pasją. Pamiętam, ugotowała obiad, posprzątała i zwoływała swoją gromadkę oraz inne dzieciaki z podwórza, siadaliśmy wkoło stołu. Czytała codziennie, a my słuchaliśmy z wielkim zainteresowaniem. Dzięki temu w wieku siedmiu lat znałam już Quo vadis, Emancypantki, Faraon, Potop. A potem my dzieciaki sami urządzaliśmy przedstawienia na podstawie tych lektur, nawet bilety sprzedawaliśmy.

  Poznańscy mieli czterech synów i dwie córki, przyjaźniłam się z jedną z nich, Wandą - to mama aktorki Agnieszki Maciąg i matka chrzestna mego syna.

  Druga rodzina cukierników, państwo Liszewscy robili landrynki i lizaki, które sprzedawali na swoim straganie; mieli czterech synów. A trzeci cukiernik to był pan Grodzki, on handlował gotowymi słodyczami. Nie miał dzieci. Pani Grodzka czasem prosiła nas, by zanieść jakieś pismo, zawsze wtedy dawała cukierki. Chętnie się zgłaszaliśmy z taką przysługą.

  Było nas, dzieci jedenaścioro w sumie, tylko ja jedynaczka. Pamiętam zbieraliśmy się wieczorami w gromadce na opowiadanie o duchach. Starsi wymyślali straszne historie, bałam się potem wracać do domu, ale bardzo mnie ciągnęło do tych opowieści.

  Żyliśmy niczym jedna zgodna rodzina. Jak ktoś piekł kiszkę, czy ciasto, to zajadali się wszyscy. Jak ktoś nie miał pieniędzy, to zawsze mógł liczyć, że sąsiad mu pożyczy. W Wielkanoc wychodziliśmy i taczaliśmy jajka w dachówce. Bywało, że mama musiała odrywać się od świątecznego stołu i malować mi pisanki, bo wszystkie wybiłam i nie miałam czym się bawić.

  Po zimie nasze podwórze wyglądało nie najlepiej, kanalizacji przecież nie było, nieczystości wylewano wprost do rynsztoka. Ale ledwie mróz puścił i śnieg stopniał, wszyscy wychodzili i robili porządki. Kopano jamę i wrzucano brudy, obejścia posypywano piaskiem, domy przystrajano gałązkami brzozy. Zakwitły drzewa, kwiaty i robiło się pięknie wkoło. Posesja była duża, około 1000 metrów, to i każdy miał swoje parę zagonków, uprawiał pomidory, marchewkę, pietruszkę.

  Pamiętam dwie duże kaliny - obsypane białymi bukietami dodawały szczególnego uroku. Babcia opowiadała, że w czasie wojny szedł ulicą Niemiec, zobaczył te kaliny i kazał nałamać gałązek, bo tak mu się spodobały. Babcia zrobiła duży bukiet, on następnego dnia przyniósł skórę na buty. Po 17 września mieszkali u nas Sowieci z żonami. Te Rosjanki, poczciwe kobiety, zanim się zorientowały, kupowały nocne koszule i chodziły w nich po mieście, bo myślały, że to sukienki, takie ładne i z koronkami. Mama kiedyś zrobiła chrzan, jedna z nich przyszła do nas, tak jej posmakował, że na drugi dzień swemu mężowi podała z samym chlebem, jak masło.

W głębi podwórza leżał wielki kamień, tam koncentrowało się nasze życie towarzyskie. Któryś z chłopaków grał na gitarze, mój wujek miał mandolinę, reszta śpiewała. Wesoło było, miło. Podwórze było zamykane na bramę. Dziadek nosił klucz, wieczorem przed dziesiątą pobrzękiwał, dając znać obcym, że czas opuścić posesję.       

  Z biegiem lat zmieniali się mieszkańcy przy Młynowej. Moi rodzice przenieśli się do bloku przy Grottgera, ja z mężem zostałam tam do 1973 roku a następnie przeszliśmy na osiedle Piasta. Przez jakiś czas posesją zarządzało Zrzeszenie Prywatnych Właścicieli Nieruchomości. Wyremontowano dachy, postawiono chlewki, brano komorne. Ale potem zrzeszenie zrzekło się administrowania i te obowiązki spadły na nas. Mieliśmy kłopoty z utrzymaniem porządku, a dochody z wynajmu były nieduże, więc 15 lat temu posesję sprzedaliśmy.

  Nowy właściciel wymówił mieszkania lokatorom. Znikły drewniane dwa domy, w murowanym, który ostał się najdłużej, ostatnio był klub. Konserwator zabytków zapowiadał, że nie pozwoli go rozebrać ze względu na ciekawą elewację. Ale, widać były to tylko obietnice. W ubiegłym tygodniu przechodziłam tamtędy z mężem i z przykrością zobaczyliśmy, że dom został zburzony.

   Z Młynową 44 i rodziną Krystyny Lipskiej związana była przez wiele lat także Tekla Sidorowicz. Pisaliśmy o niej przed tygodniem. To Polka z Grodna i wyjątkowa osoba, która doświadczyła tragicznych przeżyć. W czasie wojny została wywieziona z matką i braćmi do obozu w Ravensbruck, ale ocalała tylko ona. Zaprzyjaźniona z rodzicami pani Krystyny wróciła do Białegostoku i mieszkała razem. A kiedy wyjechała do Stanów, to z kolei ona gościła wszystkich z rodziny, którzy przyjeżdżali do Bostonu.

  Pozostały po niej piękne wspomnienia - mówi Krystyna Lipska. - Jest także pamiątka strasznych przeżyć okupacyjnych, którą chciałabym przekazać do muzeum. To opaska z numerem obozowym w Ravensbruck: 30682 oraz przepustka z 1946 roku, którą dostała po wyzwoleniu. Jest w niej prośba o pomoc w przemieszczaniu się środkami transportu z Niemiec do miejsca, w którym chciałaby się zatrzymać.


Alicja Zielińska

Translate