Postaw mi kawę na buycoffee.to

Idą święta

   Był grudzień 1925 r. W domach narastała atmosfera świąteczna. Niektórzy z mieszkańców mieli, jak by się wydawało, szczególny powód do radości. Odwiedziła ich bowiem skromnie odziana kobieta w średnim wieku i przekazała wiadomość o wartościowej paczce przysłanej przez krewnych z Ameryki. Podawała adres, pod którym można było ją odebrać. Wtrącała też, że dostarczycielowi, który przybył właśnie zza oceanu, należy się coś za fatygę. Na czym polegał ów dobrze przemyślany kant? 

  Otóż owa paniusia, Stanisława Piotrowska, osoba bez stałego zameldowania, jak wykazało śledztwo, skupiła wokół siebie kilku doliniarzy z Chanajek. Zrobiła rozeznanie wśród zamożnych białostoczan i ustaliła kto ma rodzinę za granicą. Wszystko potoczyło się już prosto. Spieszący pod wskazany, fikcyjny adres amatorzy paczkowego szczęścia byli po drodze, w sztucznym tłoku, pozbawiani przez złodziejaszków portfela, portmonetki czy torebki.

  Zawsze znajdowali tam przynajmniej kilkanaście złotych, przeznaczonych na wykup paczki. Już po świętach cała szajka wpadła w ręce agentów Urzędu Śledczego.

Czas świąt był wielce sprzyjający do zawierania małżeństw. Łączono w ten sposób wydatki świąteczno-weselne. Goście znosili liczne prezenty. Ich zakup odbywał się najczęściej w białostockich sklepikach i kramach. Przyszli małżonkowie musieli rzecz jasna mieć złote obrączki, jak i wcześniej darowane sobie nawzajem pierścionki zaręczynowe. I tutaj pojawiała się kolejna okazja dla farmazonów i hochsztaplerów. 

  Handel podrobioną biżuterią był szczególnie łatwy do połowy lat 20. Białystok roił się od emigrantów z bolszewickiej Rosji. Wystarczyło łamanym językiem polskim wspomnieć coś o rodzinnych kłopotach i zaproponować upatrzonemu kmiotkowi, który z ciekawością oglądał sklepowe towary, korzystną transakcję w pobliskiej bramie.

Para tombakowych obrączek czy pierścionek lub broszka z kolorowym szkiełkiem szybko zmieniały właściciela. Zadowolony farmazon szukał nowego frajera, zaś nieświadomy swojej porażki handlowej wieśniak wiózł do domu nic niewarte precjoza.

   Szczególną aktywność okazywał w tym czasie niejaki Boruch Lichter wraz z małżonką z Chanajek 

To on w 1924 r. sprzedał Józefowi Pogorzelskiemu ze wsi Bajki dwie złote obrączki za 13 zł. Ten postanowił przekonać się ile zyskał na owym, niespodziewanym zakupie, wstąpił do pobliskiego zegarmistrza. Wycena brzmiała - 1 zł.

  W 1926 r. Władysław Kościuk ze Świsłoczy paradował sobie ul. Lipową i natknął się na wszędobylskiego Lichtera. Od słowa do słowa nabył za 15 zł obrączkę i błyszczącą broszkę, na prezent dla córki. Gdy później stwierdził, że posiadł zwykły tombak, udał się na ul. Warszawską do siedziby EUS. Tam w albumie przestępców wskazał osobnika, który go tak szpetnie nabrał. W mieszkaniu Lichtera przy ul. Cichej  znów pojawiła się policja. 

  Inną gwiazdą z tombakowej branży na bruku białostockim był Ignacy Goliński, wielokrotnie odnotowywany za swoje wyczyny w rejestrach Urzędu Śledczego. On to na początku grudnia 1926 r. na sławetnej dla wszelkiej maści oszustów ul. Lipowej, sprzedał Michalinie Połkoszuk ze wsi Doktorce dwie obrączki za 35 zł. 

  Gdy ta w połowie miesiąca przyjechała jeszcze raz do miasta na świąteczne zakupy, juz na dworcu natknęła się na bezczelnego oszusta. Zawiadomiony policjant z komisariatu kolejowego zatrzymał wskazanego mężczyznę. Ignaś Goliński powędrował na rok do celi więzienia przy Szosie Baranowickiej.

W.J

Święta w PRL we wspomnieniach internautów

 Zapytaliśmy, jak Polacy wspominają Święta z czasów PRL-u i jakie tradycje zapadły im najbardziej w pamięć. Czy któreś z nich są też bliskie Waszemu sercu? Na Wasze historie czekamy w komentarzach!

Pamiętam, że to chyba był rok 1969, kiedy mama kupiła żywą choinkę, a ja wraz z rodzeństwem robiliśmy na nią łańcuch z kolorowego papieru. Tata z kolei postanowił zrobić kolorowe światełka z małych żaróweczek od latarki, które połączył kabelkami i pomalował farbą olejna na czerwono, zielono i biało. Gdy je powiesił widok był niesamowity!

- tak przygotowania świąteczne wspomina Pani Katarzyna.

Święta w moim domu były cudowne! Zjeżdżała się cała rodzina, wszystkie dziewczynki były pięknie ubrane w "chińskie" sukienki i uczesane ze wstążkami we włosach. Choinkę zawsze ubierali dziadkowie, a na koniec każde z dzieci zawieszało niej swój łańcuch zrobiony z bibuły. Zanim zasiedliśmy wszyscy do stołu w wigilię, najpierw zawsze odmówiliśmy pacierz i podziękowaliśmy za dary.I chociaż my jako dzieci byliśmy ciekawi prezentów, to potrafiliśmy docenić wspólną kolację. Z biegiem lat zmieniło się wszystko, teraz święta już nie są takie same. Nie ma tej całej magii. Nie ma tego śniegu, który tak pięknie sypał w dniu Wigilii...

- z tęsknotą i rozmarzeniem pisze Pani Sylwia.

Teraz to już święta tylko z nazwy. Kiedyś mniej istotne były prezenty - ważna była obecność rodziny przy stole. Była choinka, dwanaście potraw, w tym też i karp, który pływał wcześniej w wannie. Opłatkiem dzieliliśmy się dopiero, kiedy zaświeciła pierwsza gwiazdka. Potem była kolacja i prezenty pod choinką przyniesione przez Mikołaja. Śpiewanie kolęd, a o północy wspólna pasterka w kościele. Jak szliśmy to często było ze 30 stopni mrozu i śnieg po kolana. I tak zaczynały się święta.

- opowiada Pan Jarosław.

Na święta kiedyś czekało się cały rok, bo były czymś wspaniałym i wyjątkowym. Robiliśmy wtedy własnoręcznie łańcuchy z kolorowego papieru, pawie oczka, ozdoby ze słomy. Na choince pamiętam jeszcze świeczki stearynowe, na które trzeba uważać, żeby nie zapaliły się przypadkiem anielskie włosy. A pomarańcze to był dopiero rarytas!

- mówi nam Pani Anna z uśmiechem na twarzy.

W Wigilię był karp w galarecie, śledzie w oleju i śmietanie, zupa grzybowa, makiełki, kapusta z grochem i oczywiście strucle makowe. A w święta pieczona kaczka z nadzieniem. Zapach choinki mieszał się z zapachem wypastowanej podłogi i świeżo upieczonymi ciastami. Tego się nigdy nie zapomni.

- wspomina Pani Elżbieta.

Translate