Postaw mi kawę na buycoffee.to

Lubieżnik w autobusie napastował gimnazjalistkę


   W 1928 roku białostoczanie z wypiekami na twarzach powtarzali sobie wiadomość o przygodzie, która spotkała córkę znanego białostockiego przemysłowca, Marię Zarzycką. Ta 20-letnia panna odznaczająca się "niepospolitą urodą" postanowiła pojechać na kilka dni do Warszawy. Po wejściu do pociągu zajęła miejsce w przedziale, w którym siedział już budzący zaufanie "elegancki młody człowiek".

  Gdy pociąg ruszył, pomiędzy młodymi wywiązała się sympatyczna rozmowa. Nieznajomy przedstawił się Marii jako zamożny niemiecki przemysłowiec, który po dokonaniu transakcji na wschodzie wraca do Niemiec. Rozmowa toczyła się wartko. Współtowarzysz podróży barwnie opowiadał o swoich wyprawach. W sprawach zawodowych zjechał pół świata i wszędzie zaobserwował coś interesującego.

  Zanim Maria się spostrzegła byli pod Warszawą. Pociąg zatrzymał się jeszcze w Wołominie. Tu do ich przedziału wsiadł nobliwie wyglądający starszy pan. Okazał się znajomym Niemca, też przedsiębiorcą. W Warszawie obaj przemysłowcy zaproponowali Marii, że podwiozą ją samochodem do domu krewnych, u których miała się zatrzymać. Ufna dziewczyna ochoczo przystała na tę propozycję. Ledwo samochód ruszył, Marię ogarnęła nagła senność. Obudziła się, gdy była ponownie w pociągu i znowu w towarzystwie obydwóch znajomych przemysłowców. Zdezorientowana Maria "zerwała się z ławki: "Co to znaczy? Gdzie ja jestem?" Na jej zachowanie obaj cudzoziemcy "roześmiali się cynicznie".

  Maria zorientowała się, że to o czym opowiadano w Białymstoku, a w co nie chciała wierzyć stało się rzeczywistością. Znalazła się w rękach handlarzy żywym towarem. Dzielna dziewczyna postanowiła działać. Rzuciła się próbując zerwać hamulec bezpieczeństwa. Pomiędzy nią a młodszym z porywaczy wywiązała się walka. W trakcie tej szamotaniny Marii udało się otworzyć drzwi wagonu. Pęd powietrza targnął nią mocno i dziewczyna wypadła z pędzącego pociągu. "Stoczyła się po nasypie. Na szczęście prócz drobnych zadrapań żadnych innych obrażeń nie odniosła". Dalej Maria dotarła do pierwszych napotkanych zabudowań. Stamtąd przewieziono ją na posterunek policji. Gdy zaczęła opowiadać, co się jej przydarzyło, śledczy szybko zorientowali się, że miała do czynienia ze "znanymi policjom całego świata międzynarodowym gangiem handlarzy żywym towarem".

  Inną przygodę przeżyła uczennica żeńskiego gimnazjum im. księżnej Anny Jabłonowskiej. W zajście zamieszana była też Wiktoria Siemaszkowa, żona doktora Zygmunta Siemaszki, wziętego lekarza i prominentnego działacza społecznego, który od 1927 roku był wiceprezesem białostockiej rady miejskiej. Zdarzenie, o którym głośno było w całym mieście, miało miejsce pod koniec lata 1934 roku.

  Doktorowa postanowiła właśnie wybrać się do Warszawy. Na dworzec udała się miejskim autobusem. W trakcie jazdy zauważyła, że siedząca obok jakiegoś jegomościa kilkunastoletnia dziewczyna nagle "zerwała się zapłomieniona i usiadła w innem miejscu". Zaintrygowana tym pani Wiktoria zaczęła obserwować dalszy rozwój wypadków. Widziała więc jak "osobnik ów prześladował dziewczynę w dalszym ciągu obrzucając ją wyzywającym i obleśnym spojrzeniem".

  Siemaszkowa nie mogąc ukryć oburzenia postanowiła interweniować. To wystarczyło, aby i ona została obrzucona wulgarnymi epitetami. Takiej zniewagi dystyngowana dama tolerować nie zwykła. Gdy autobus przyjechał na dworzec, Siemaszkowa natychmiast wezwała policjanta i zażądała zatrzymania nieznajomego. Policjanci podeszli do sprawy z całą powagą. Najpierw wysłuchali relacji rozsierdzonej pani Wiktorii, a następnie przesłuchali uczennicę, jak się okazało córkę inżyniera kolejowego. Dziewczyna zeznała, że nieznajomy mężczyzna "uszczypnął ją i czynnie napastował".

  Zatrzymany lubieżnik nie wyrażał jednak najmniejszej skruchy. Mało tego. "Zachowywał się niesfornie, spoglądając na policjantów szyderczo i lekceważąco, oraz rzucał różne niestosowne uwagi". Zdziwienie przesłuchujących go policjantów było tym większe, że mężczyzna ów "nie wyglądał na fornala". Okazało się, że jest byłym urzędnikiem białostockiej Izby Skarbowej. No cóż. Lepiej nie jeździć do Warszawy.

Andrzej Lechowski

Ulica Alta biegła równolegle do Antoniukowskiej

  Ulica Alta biegła równolegle do Antoniukowskiej. Stały tam drewniane domy, ludzie żyli skromnie, ale dla nas był tam raj, ukochane miejsce na ziemi. Dziś po tej ulicy nie ma

śladu. Poszła pod bloki - mówi Zofia Kownacka-Bobrow.

  Pani Zofia, dawnym zwyczajem mówi: Alta ulica, bo tak właśnie ją nazywano.

- Nieduża była, jakieś 28 domów, wszyscy się znali. My mieszkaliśmy po numerem 11. Dziadkowie ze strony mamy przyjechali do Białegostoku jeszcze za cara. I całe życie byli związani z Antoniukiem. Tylko parę lat mieszkali w Łodzi.

  Kochany był ten nasz Antoniuk i ta nasza Alta ulica. W ogródkach rosły piwonie, bzy, jaśminy, drzewa owocowe. Ach, jak smakowały ulęgałki z gruszy - rosła przy domu. Zrywało się je jeszcze twarde, mama niosła na strych i tam one w sianie dojrzewały.

Ganeczki, ławeczki i pogaduszki

  Na Alta ulicy przed każdym domem znajdował się ganeczek. Jak byłyśmy już takie podrośnięte panienki i umawiałyśmy się z chłopakami, to nie szłyśmy ulicą, tylko ogrodami. Bo na ławeczkach przed domami wysiadywały kobiety i tylko patrzyły kto idzie. Miały potem o czym rozmawiać, jak która ubrana, z jakim chłopakiem się prowadza. Moja mama też tam przesiadywała.

 Przed wojną było w Białymstoku spokojnie. Samochodów jeździło tyle, co na palcach policzyć. Poruszano się dorożkami. Moja ciocia z wujkiem mieli swoją dorożkę. Trzymali ją na zarobek, jak teraz taksówkę. Hodowali dwa konie, zatrudniali dorożkarza, ubranego w specjalny uniform, który tylko tym się zajmował.


  Wujek był kucharzem w hotelu Ritz, a ciocia, jego żona pracowała tam jako kelnerka. Mieli co opowiadać, przy mnie nie chcieli, bo zdarzały się nieraz pikatne historie, ale czasem coś tam usłyszałam z ich rozmów z rodzicami. Ot, na przykład że jak panowie podpili i przegrywali w karty, to potrafił jeden z drugim wyciągnąć pistolet z kieszeni i strzelać w lustra.

Niedzielne majówki

  Niedaleko nas mieszkali państwo Krasowscy. Pan Krasowski zajmował się ogrodnictwem. Nie miał nóg, nie pamiętam w jakich okolicznościach je stracił, ale świetnie sobie radził. Między oknami, bo tak nazywało się szklarnie, chodził na kikutach. Doskonale znał się na przyrodzie. Kiedy wybieraliśmy się w niedzielę do lasu na majówkę, to się biegło do niego i pytało o pogodę. On patrzył w niebo i mówił: Jedźcie, nie będzie deszczu.

  Latem na majówki jeździło się powszechnie, aby tylko słońce, to w niedzielę wszyscy wyruszali do lasu na Dziesięciny albo na plażę do Szelachowskich. Tata wyciągał rower, na ramę kładł poduszkę, sadzał mnie i wiózł. A mama i sąsiadki z koszykami przygotowanych wiktuałów szły piechotą. Na trawie rozkładało się koce, smakołyki. Bywało, że ktoś akordeon przyniósł, to i przygrywał. Cały dzień tak spędzaliśmy.

  Bardzo ciekawe były mosty. Przez ten na Antoniuku jechały pociągi towarowe do magazynów na ul. Stalowej. Lokomotywa - taka wielka, para z niej buchała, jak w wierszu Tuwima - ciągnęła wagony. Zimą, kiedy przejeżdżała, to całą chmarą oblegaliśmy ulicę, mróz czy zawieja, bez różnicy. Krzyczeliśmy: Panie maszynisto, spuść pan wodę. Maszynista zwykle ulegał naszym prośbom. Woda zamarzała i zaczynało się białe szaleństwo. Mało kto miał sanki, ale co tam, wystarczył jakiś kawałek deseczki, tektury albo i wprost na tyłku zjeżdżaliśmy do upadłego, aż się ściemniło.

  Przy moście prowadzącym na Białostoczek znajdowały się wały. Tam biegaliśmy wiosną. Koniec ulicy Owsianej i Wiatrakowej zajmowały podmokłe łąki. Rosły tam kaczeńce i niezapominajki. Zbieraliśmy je na bukiety. Gdy podrośliśmy, to na wały dziewczyny chodziły na randki z chłopakami.

Złośliwa koza

  Przez Alta ulicę gospodarze z okolicy jechali na Sienny Rynek, na bazar, gdzie odbywał się handel. Raniutko furmanki terkotały jedna za drugą. Natomiast po południu woźnice zatrzymywali się przy domach i prosili o wodę dla koni. Wynoszono wiadra z mieszkań, bo koń z brudnego naczynia się nie napił.

  Kanalizacji nie było, studnie ludzie mieli w podwórzach. Z tym że woda była w nich twarda, jak mówiono, więc do prania kobiety używały deszczówki. Beczki stały przy rynnach i po większym deszczu zwykle gospodynie robiły pranie.

  Pamiętam taką śmieszną historię z tym związaną. Jedna z naszych sąsiadek, która przeniosła się w czasie wojny na Alta ze Stołecznej, bo jej dom zajęli Niemcy - przyprowadziła ze sobą też kozy. Na te kozy wszyscy narzekali, nie dość, że śmierdziały i brudziły, to wszędzie wlazły. Pani Średzińska, która z nami dzieliła dom, lubiła się z nimi drażnić.

 Mama przestrzegała: Niech pani uważa, bo to się źle skończy. Któregoś dnia deszczówki z rynny dużo napadało, pani Średzińska z wiadrem ruszyła po wodę, żeby robić pranie. Nachyliła się do beczki, a tu koza z tyłu jak ją nie szturchnie. Kobiecina wpadła do środka, omal nie utopiła się. Dobrze, że ktoś zauważył i wyciągnął ją z tej beczki. Opowiadano o tym kilka dni.

Buza i chałwa

  Z Alta wszędzie mieliśmy blisko. Dziesięć minut drogi, na skróty przez podwórza i już był kościół św. Rocha. Rósł razem ze mną. Zaczęto go budować w 1927 roku, jako kościół-pomnik odzyskania niepodległości, na wzgórzu, na miejscu kaplicy św. Rocha i katolickiego cmentarza z 1839 roku, miejsca profanacji dokonanej przez Rosjan podczas powstania styczniowego. Każdej niedzieli szliśmy z rana do kościoła, a po mszy na buzę i chałwę. Ach, jak ja na to czekałam. Buzę sprowadzili do Białegostoku Macedończycy. To był bardzo smaczny napój, żaden mu nie dorównywał.


  Na Lipowej, tu gdzie jest teraz zespół adwokacki znajdowała się cukiernia Murawiejskich. Pani Murawiejska pochodziła z Antoniuka. Tam też zachodziliśmy z rodzicami na coś słodkiego.

  Z wielkim sentymentem wspominam moją szkołę nr 7 na ul. Wiatrakowej. Rozpoczęłam naukę w 1938 roku. Wówczas jeszcze nikt nie myślał, że za rok wybuchnie wojna. Do dziś pamiętam, jak staliśmy na dziedzińcu szkolnym i przemawiał pan kierownik, wtedy nie było dyrektorów. Szkoła była piękna, nowoczesna, wszyscy się cieszyli z jej powstania.

  Zbudowana dzięki staraniom mieszkańców Antoniuka, rodziców i nauczycieli. Pan kierownik osobiście chodził po osiedlu i od domu do domu zbierał datki na jej powstanie

Alicja Zielińska

Prezydent miasta i Harmonia w hotelu Ritz

   W dzisiejszej rzeczywistości prezydent miasta powinien być (i jest) zapraszany na wszystkie kulturalne wydarzenia. Czasem z łaskawości obejmuje nad nimi patronat. Ale niegdyś to były czasy kiedy to prezydent inicjował, sam zapraszał i robił to skutecznie. To nie początek bajki, że dawno, dawno temu, bo zaledwie w 1925 roku 16 czerwca na godzinę 19. do sali posiedzeń rady miejskiej przy Warszawskiej 21 na zaproszenie Bolesława Szymańskiego prezydenta miasta zjawiło się wybrane, doborowe towarzystwo.

  Przewodził mu profesor Witold Jodko, dziś zupełnie zapomniany wirtuoz też kompletnie zapomnianej cytry, profesor moskiewskiego konserwatorium. Jego prawą ręką był Zygmunt Różycki. To kolejna zapomniana postać, a przecież osobistość fundamentalna dla białostockiego życia teatralnego, a - co w Białymstoku istotne - w pewnym okresie był jednym z dyrektorów Ritza.

  Byli tam też: Witold Śnieżko dziennikarz i bibliofil, Roman Samitowski właściciel ekskluzywnego magazynu z obuwiem, Jan Knaup felczer cieszący się większym autorytetem niż niejeden dzisiejszy profesor, Wincenty Hermanowski prowizor farmacji, właściciel słynnej apteki "Pod Łabędziem", Zofia Michałowska-Wolańska właścicielka szkoły muzycznej, a równocześnie świetna, koncertująca pianistka. Był również mecenas Władysław Olszyński prawnik, działacz samorządowy i dziennikarz, oraz znany dziennikarz Teofil Morelowski. Zjawił się także Ludwik Koehler malarz, który w tych pierwszych latach niepodległości był niekwestionowanym liderem miejscowego środowiska plastycznego. Nie mogło zabraknąć w tym gronie Konstantego Kosińskiego nauczyciela matematyki z gimnazjum Zygmunta Augusta, wytrawnego działacza samorządowego i dziennikarza.

  Prezydent Szymański zaprosił ich do siebie, bo dowiedział się, że chcą założyć stowarzyszenie kulturalne. Jemu samemu takie inicjatywy nie były obce. Już od 1905 roku był czynnym członkiem białostockich teatrów amatorskich. Rozumiał więc rolę amatorskiego ruchu artystycznego jak mało kto. Ba, to właśnie ta działalność wyniosła go na stanowisko prezydenta miasta! Tak to w tym szacownym gronie w ten wtorkowy wieczór 1925 roku powstała jedna z legendarnych organizacji międzywojennego Białegostoku, Stowarzyszenie Miłośników Sztuki i Estetyki Harmonia. Prezesem został Jodko. Prezydent skromnie zadowolił się przewodniczeniem komisji rewizyjnej. Zebrani uznali, że podzielą Harmonię na sekcje. Z marszu wyznaczono Różyckiemu zorganizowanie sekcji teatralnej, a Michałowskiej-Wolańskiej powierzono sekcję muzyczną. Ustalono też, za namową Szymańskiego, aby Harmonia zajęła lokal po rozwiązanej Radzie Opiekuńczej. Lokalizacja była dobra, bo w samym Ritzu. Ustalono też, że oficjalne otwarcie lokalu nastąpi 4 lipca.

  Przez następne dni trwały gorące prace nad zorganizowaniem następnych sekcji. Doszły dwie kolejne: malarstwa i zdobnictwa. Obydwie objął Ludwik Koehler. On też wyprzedził kolegów z innych sekcji i pierwszy dał ogłoszenie o naborze chętnych do nauki rysunku i malarstwa.

  Trzy tygodnie po historycznym spotkaniu u prezydenta Szymańskiego, w sobotni wieczór 4 lipca 1925 roku w teatrze Palace odbył się inauguracyjny koncert Harmonii. Tak się złożyło, że jego wykonawcami byli sami członkowie zarządu. Pierwszy, ale jako mówca, wystąpił prof. Witold Jodko. Jemu jako prezesowi przypadł zaszczyt oznajmienia, że oto powstała Harmonia. Po jego krótkiej mowie rozpoczęły się występy. Zaczął je też prezes. Wszystkich zachwycił swą niezrównaną grą na cytrze.

  Po nim wystąpiła sopranistka Zofia Czajkowska i mezzosopran Jadwiga Pankiewiczowa. Oczywiście nie mogło zabraknąć Zofii Wolańskiej- Michałowskiej, która z ogromnym powodzeniem grała Chopina. Po udanym koncercie członkowie towarzystwa przeszli do pobliskiego Ritza. Tu już było mniej oficjalnie. Tańczono, ucztowano i popijano. To było niezwykłe lato w Białymstoku. Ostatniego dnia lipca białostoczanie cieszyli się z kolejnego otwarcia. Tym razem po remoncie otwierał się "park zamiejski, tak zwana popularna przed wojną Rozkosz". Były tam gustowne kawiarnie, ale magnesem miał być teatr z kabaretem. Może to i lżejsza, ale zawsze muza.

Andrzej Lechowski 

Nie tylko Hotel Krakowski - ul. Kolejowa 18

  Budynek należał do Wileńskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej . Pierwszym potwierdzonym właścicielem  terenu przy ulicy Kolejowej 18 , był Łazarz Krywiański. W 1906 r. nowymi właścicielami zostali zaś Wolf i  Frejda  Zilbergowie. W tym roku na posesji stał jedynie murowany , półtora piętrowy dom mieszkalny.

  30 listopada 1911 r. Zilbergowie sprzedali nieruchomość Andrzejowi Zawadzkiemu. Zawadzki pozostawał właścicielem posesji jeszcze na początku lat 20. XX w.

  1 października 1919 r. uruchomiono pod adresem ul. Kolejowa 18 hotel „Krakowski”. Jego właścicielem – prowadzącym był Antoni Grymaszewski. Firmę zarejestrowano w kwietniu 1921 r. w Sądzie Okręgowym w Białymstoku. Od 1921 r. działała tu także kawiarnia Wincentego Bieleckiego.

  Natomiast w 1923 r.  hotel  „Krakowski” przejął Andrzej Zawadzki i prowadził przez kolejne lata. Nie wiadomo jak długo był właścicielem, rejestr handlowy nie odnotowuje zmian w hotelu „Krakowskim” jeśli chodzi o osobę właściciela czy też jego likwidację. Mimo to w 1924 r. zostaje uruchomiona  tu jadłodajnia Marii Bazelczuk.

  Hotel Krakowski wymieniają wszystkie księgi adresowo – handlowe, ale w 1937 r. na planie miasta ma on szrafowanie oznaczające budynek państwowy, możliwe więc, że jego przebudowa była związana z inwestycją dyrekcji kolejowej. Nie była zakładana księga hipoteczna na Kolejową 18 więc na temat zmian własności nic więcej nie można powiedzieć.

  W księdze dziesięciolecia „Zjednoczenia” odnotowany jest sklep nr 4 na ul. Kolejowej 18. 

W każdym razie okoliczności budowy wielkiego gmachu pozostają na chwilę obecną  niejasne.

Wiesław Wróbel


Dojlidy, Marczuk, Biała - kąpieliska w Białymstoku


    "Stryjeczny brat opowiadał, że widział, jak Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży w Dojlidach w oczko, a przed nimi stała butelka wódki firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka "- wspomina Jerzy Koszewski.
  
   Wiadomo powszechnie, że Białystok leży nad rzeką Białą i nawet zawdzięcza jej swoją nazwę, tudzież legendę z księciem litewskim Giedyminem w roli głównej.
  W rodzinie państwa Kaczorowskich przetrwała opowieść, jak to prezydent Ryszard przywiózł do grodu rodzinnego dorodne córy: Jagodę i Alę. Urodziły się obie w Londynie, znały Białystok jedynie z opowieści swego ojca. Utrudzone spacerowaniem pewnie chciały odpocząć nad rzeką, która - jak wynikało z owych gawęd tatusiowych - niemal dorównywała sławie Wiśle, nie mówiąc już o Tamizie. Zaskoczenie było okrutne, bo jak to możliwe, by takie duże miasto leżało nad rzeczką, którą rozpędzony jeleń mógłby przeskoczyć. To może dlatego jeleń był pierwszym znakiem herbowym naszego miasta?
  Żarty na bok, Białka potrafiła czynić wcale groźne powodzie, przyciągnęła ku sobie elektrownię i mnóstwo fabryk włókienniczych, nad nią wyznawcy mojżeszowi stawiali szałasy, a był także mostek upodobany przez białostoczanki nieszczęśliwie zakochane lub uwiedzione i porzucone. Z notatek prasowych wynika, że rzucały się co jakiś czas z owego mostku do Białki, ale czy skutecznie, to już nie jest takie pewne.
  

Dodam jeszcze, że naszej rzeczułce towarzyszyły w centrum miasta stawy, z tego największego (tu obecnie Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki) jeszcze w połowie XIX stulecia miasto czerpało dochody poprzez wydzierżawianie prawa do łowienia ryb. Mokradła otaczały zamek (pałac), a za Branickich opowiadano w Europie cuda o kanałach parkowych, po których pływały gondole, zaś w jednym z nich o mało nie zakończył życia król August III Sas. Opiewali i urok kaskad oraz fontann.
  Można również przytaczać wspominki o przedwojennych rozkoszach nad czystą odnogą Białej na Białostoczku i o uciechach sobotnio-niedzielnych nad Dolistówką tudzież nad stawami na Marczuku, o pławieniu się chłopaków w gliniankach, a koni za koszarami przy ul. Bema, o kąpielach w Ignatkach zapamiętanych dobrze przez letników żydowskich. Także o zalotach młodych na nadrzecznych łąkach w Jurowcach, wyprawach całymi rodzinami do Supraśla, a i do brzegów Narwi przecież nie było daleko.
  Przez Białystok przepływało kilka strug, oczka wodne były niemal w każdej dzielnicy, moczary sięgały do torów po drugiej stronie dworca.
Dojlidy
  To temat odrębny, podjął go właśnie Jerzy Koszewski, ziomek znany i twórczej natury.
"Moje spotkanie ze stawem w Dojlidach miało miejsce w 1939 roku za sprawą stryjecznego brata Czesława Koszewskiego. Zobaczyłem pomost wiodący w głąb stawu i zapamiętałem idącą po nim szybkim krokiem ładną panią oraz płynącego obok chłopaka z ognistą czupryną. Okazało się, że był to Zenek Borowski, wkrótce mój kolega z domu nr 1 przy ul. Sobieskiego.
  Stryjeczny Czesław opowiadał, że widział, jak sławni aktorzy Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza grali na plaży dojlidzkiej w oczko ("21"), a przed nimi stała butelka wódki renomowanej firmy Baczewski. Zakąszali rozmaitościami masarskimi z tekturowego pudełka. Otaczających ich fanów od czasu do czasu prosili: "Więcej powietrza". Czy to prawda?
 
 Za to stryjeczny brat dawcy tej relacji - Zygmunt Koszewski pracował na Dojlidach za okupacji niemieckiej; jego szefem był Oskar Liedke, po wojnie profesor wychowania fizycznego w Liceum Administacyjno-Handlowym w Białymstoku. Pan profesor opowiedział swemu uczniowi Jerzemu Koszewskiemu scenę mrożącą krew w żyłach. Jakowyś kajakarz zanadto zbliżył się do innego kajaka i niechcący uderzył siedzącego w nim wioślarza. Miał pecha, bo poszkodowanym okazał się esesman. Ten narobił krzyku na całą plażę, uznał się za niedoszłą ofiarę zamachu. Śmiertelnie przestraszony wioślarz dopłynął jak mógł najszybciej do brzegu i zbiegł do pobliskiego domku. Niemiec zaś wezwał kamratów gestapowców, ci otoczyli plażę i zaczęli sprawdzać wszystkich, którzy jeszcze tam pozostali.
  Panowie Oskar i Zygmunt wykazali bystrość umysłu, zdołali ukryć ubranie "zamachowca". Zawiedzeni takim obrotem sprawy gestapowcy kazali obu pracownikom stawić się na przesłuchanie w "piętnastce", czyli katowni przy ul. Sienkiewicza 15. Jednak dalszych konsekwencji nie było. Pan Jerzy zachęca, by sprawca tego zdarzenia - jeśli żyje - zechciał się podzielić swymi wrażeniami.
Makabreska
  Przepraszam, teraz nastąpi opowieść Jerzego Koszewskiego z akcentem nieprzyjemnym, więc bardziej wrażliwych upraszam o przerwanie lektury.
  "Latem 1952 roku staw dojlidzki służył do hodowli karpi, ale plażę nawiedzali dzicy miłośnicy kąpieli słonecznych i wodnych. Znalazłem się tam i ja wraz z kolegą szkolnym Romkiem Malinowskim, późniejszym prezesem ZSL i marszałkiem Sejmu. Postanowiliśmy popłynąć na drugi brzeg. Po jakimś czasie Romek zawołał, bym zagruntował, bo on już nie ma sił. Przestraszyłem się, Romek to kawał chłopa i na dokładkę gładko ostrzyżony, a ja ważyłem ledwie ponad 50 kg. Zagruntowałem, dna nie dosięgłem. Romek wnet powtórzył prośbę, a ja znów dna nie wyczułem. Co będzie, jak zacznie tonąć?!
   Na szczęście po przepłynięciu jeszcze paru metrów mogliśmy stanąć na nogach i bezpiecznie podejść do brzegu.
To jednak nie koniec dreszczowca. Na brzegu bowiem, na drewnianej platformie, leżały martwe konie (szczegóły pomijam, bo pewnie nikt nie zrezygnował z dalszej lektury).
  Całą tę operację nadzorował strażnik z flintą. Zdjął ją z ramienia i z groźną miną kazał nam odpłynąć z powrotem. Romek na to: "Strzelaj pan, my nie mamy sił, jesteśmy do cna wyczerpani". Strażnik ulitował się nad nami, wróciliśmy piechotą na plażę. Myślę, że Romek Malinowski miał tylko przejściowy kryzys, bo jednak pływakiem (politycznym) okazał się dobrym.
Dziś plaża na Dojlidach ma wysoki standard, jedynie proponuję wydzielić pod płotem miejsce dla palaczy, bo petów leży dużo, a dym tytoniowy snuje się jak mgła poranna". O czym doniósł Jerzy Koszewski - stary pływak

Adam Czesław Dobroński 

Wielkanoc w wolnym Białymstoku. Brakowało jajek


 Karta świąteczna z około 1910 roku. fot. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego w Białymstoku

   Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku upłynęła pod znakiem niedostatków. Szczególnie brakowało jajek. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy.

  W 1916 roku, białostoczanie jęczący pod jarzmem niemieckich rekwizycji, mieli całkiem inne problemy. Kombinowano jak tu ominąć okupacyjny "zakaz wypieku placków na rozmaite święta".

  W tym zakazie nie chodziło rzecz jasna o walkę z tradycją, ale o reglamentację mąki. Ta była bardziej potrzebna niż amunicja. Tkwiący na froncie żołnierze czekali na chleb. W Białymstoku policja tropiła więc krążących po mieście handlarzy. Najlepszym tropem wiodącym do nich były służące, które "dla swego państwa" przed zbliżającymi się świętami chciały kupić mąkę. Podobne trudności były też z nabyciem jajek. Tu policja mogła ogłosić śledczy sukces. Oto przed samą Wielkanocą schwytano handlarza, który miał na furze 1000 jaj. Przeznaczone były dla szpitala wojskowego w pałacu Branickich. Wozak jadąc z magazynów przy dworcu, na Lipowej i rynku rozprzedawał białostoczanom militarne jajka po 20 fenigów za sztukę.

  Ale największym utrapieniem w tej walce o godziwe święta było rozporządzenie "Jaśnie Wielmożnego Inspektora Etapowego" wydane 14 lutego 1916 roku. Jaśnie Wielmoża nakazał do 31 marca przynieść na rynek, do kamienicy pod siedemnastką, gdzie mieściło się dowództwo zaopatrzenia armii, wszystkie białostockie garnki. Zapewniano, że nie będzie to rekwizycja tylko skup. Podano nawet cennik. Z niemiecką skrupulatnością oznajmiono, że w "zakres zakupu" wchodzą "kociołki do gotowania i smażenia, kociołki do marmelady i potraw, garnki, brytfanny, formy do pieczenia, kastrole, chłodniki, moździerze, płyty, lichtarze, żelazka do prasowania, kociołki do gotowania bielizny, wanny kąpielowe, samowary itd." Inspektor groził, że po 31 marca przeprowadzane będą w mieście rewizje i jeśli nie daj Bóg u kogoś znajdzie się schowany garnek, to zostanie on zarekwirowany, a jego właściciel napyta sobie biedy. Tak to Keiser planował białostockimi garami i rondlami, przetopionymi na amunicję, wygrać światową wojnę. Ale dlaczego kosztem Wielkanocy? Pan Bóg mu tego nie darował.

  Pierwsza Wielkanoc w wolnym Białymstoku też upłynęła pod znakiem niedostatków. Garnki już były, ale nie było czego do nich włożyć. Szczególnie brakowało jajek. A jakże tu świętować bez kurzych płodów. Białostoczanie jak Dobrej Nowiny czekali komunikatu o przybyciu transportu jaj z samej Warszawy. Gdy taki został ogłoszony, to okazało się, że jest kłopot z dystrybucją. Oburzone miasto dowiedziało się, że "na dworcu Poleskim (obecnie Fabrycznym) czeka na odbiorcę kilkanaście tysięcy jaj przeznaczonych dla miasta". Gdy jakoś uporano się z upłynnieniem tego towaru, to po kilku dniach spadło nowe nieszczęście. Z Warszawy przyszedł kolejny transport. Tym razem było to 102 204 jajek. I znów leżały w wagonach.

   Dramatycznie apelowano "Wydziale Aprowizacyjny zlituj się nad jajami".

W następnych latach jajeczny problem zniknął. Pojawił się natomiast inny. Odwieczną świąteczną zabawą była kultywowana wśród miejscowego ludu gra w wielkanocne jaja. Jej opis za "Kłosami" z 1876 roku przytoczył Artur Gaweł w znakomitej książce "Rok obrzędowy na Podlasiu". Oto reguły tej prostej, ale niegdyś emocjonującej gry. "Grający wyzywają się na bitki, to jest jeden z nich w garść ująwszy pisankę, nosek jej obrócony do góry, ukazuje przeciwnikowi, który weń bije noskiem swojej pisanki; czyje pęknie ten jej piętkę musi nastawić, a gdy i ta się stłucze, wtedy jajko przegrywa i grę dalej nowym prowadzi. W bitki chodzą i starsi, niekiedy tak zawzięcie, iż wprost na targu, u stragana stanąwszy cały kosz pisanek biorąc na podział i tłuką je aż do ostatniej. Nie czynią jednak na chybił trafił, owszem wybierają wpośród jajka najmocniejsze, a moc ich rozpoznają po dźwięku, jaki które z nich wyda postawione storcem na dłoni i trącane to noskiem to znów piętką o zaciśnięte zęby. Trafiają się tak biegli znawcy, iż jednym jajkiem już zawczasu wybranem, całe kopy nieraz zmiatają; a nie brak i oszustów, którzy białko i żółtko z surowego jaka wysączają i woskiem je wewnątrz zalawszy, łapią na tę sztuczkę prostaczków. Figiel to jednak niebezpieczny, bo kiedy się odkryje, to oszust na łbie własnym nieraz doświadcza mocy fałszowania swojej pisanki".

  Ale to, co stało się na Wielkanoc 1927 roku przed białostocką farą dopisało jeszcze jeden rozdzialik do opisu obyczaju miejscowego i annałów tej gry. Oto dowiadujemy się z policyjnych kronik, że "niejaki Jan Kłubowski, lat 50, zamieszkały przy Chmielnej 10 (przebiegała ta ulica za zachodnią pierzeją rynku), nakłonił 12-letniego chłopaka Henryka Waluka do gry w jaja wielkanocne (czyje mocniejsze)". Pewny swego mężczyzna wpadł w furię, gdy smarkacz, trach, bach rozbił mu nosek i piętkę. Tak wielkie emocje targały jegomościem, że nie bacząc, iż to tylko niewinna gra i że jego przeciwnikiem jest dziecko złapał "laskę okutą żelazem i pobił dziecko do krwi, raniąc w głowę". Czy grano oszukanymi jajkami? O tym policyjne śledztwo milczy. Całe zaś zajście podsumowano jednoznacznie: "wstyd ci stary dziadu".

No cóż. Tegoroczna Wielkanoc pozwoli nam spróbować gry mrożonymi jajkami. Jednak przy wyborze przeciwników wystrzegajcie się Państwo jegomości z laskami okutymi żelazem. Alleluja!

Andrzej Lechowski 

Hazard w Białymstoku na Rynku Siennym

  Swego czasu była już w tej rubryce mowa o hazardzie w międzywojennym Białymstoku. Kwitł on na Rynku Siennym, w pobliskich bramach, w popularnych lokalach gastronomicznych, i rzecz jasna w prywatnych mieszkaniach.

Przodowały Chanajki. Karty, kości czy ruletka przyciągały różnych bazarowych straceńców, którzy topili w swoim nałogu wszystkie, często ciężko zarobione pieniądze. Na podwórku przy ul. Surażskiej czy Mazowieckiej stale urzędowali fachowcy od oczka, paska czy kostek. Lepsi goście spotykali się w cukierni Lux na rogu Warszawskiej, gdzie grano w pokera czy chemin de fer.

Jednak najbardziej zagorzali amatorzy hazardowego ryzyka jeździli z Białegostoku do stolicy, gdzie naiwniacko pozwalali ogrywać się miejscowym szulerom i wyrwigroszom.

Szczególnie wiele pokus czyhało na odwiedzających słynny warszawski Kiercelak. Na samym placu targowym, a także pod parkanami i bramami wpadających do niego ulic, działały non stop lotne kasyna. Prosty stolik z numerkami, to było wszystko. Kiedy krupier kierujący grę w numerki zorientował się, że wśród podstawionej publiki znalazł się jakiś, łatwo rozpoznawalny frajer, zaczynał namiętnie namawiać do obstawiania ulubionych cyfr.

  Przybysze z prowincji, w tym także i białostoczanie, łatwo ulegali magii pomnożenia przywiezionych do stolicy złotówek. Kręcący się po Kiercelaku naganiacze potrafili zachęcić do gry w rozrzucane karty prawie każdego, choćby nie miał na to wcale ochoty. Zaraz pojawiała się butelka wódki, a i przyjemna kobitka do boku. Podochocony białostoczanin, który przyjechał nad Wisłę, żeby pomnożyć swój portfel, tracił bardzo szybko wszystko co posiadał. Najpierw oczywiście, zgodnie z taktyką szulerów, wygrał kilka razy nieduże sumki, a później musiał tylko, co i rusz sięgać do kieszeni, aż została ona całkiem pusta. Do spółki z oszustami karcianymi działali na Kiercelaku także doliniarze. W tłoku zaabsorbowanych graczy i gapiów łatwo było dobrać się do cudzego palta czy torby.

Jeśli przegrany frajer, mający o sobie mniemanie rasowego hazardzisty, zaczynał po przegranej głośno protestować i straszyć szulerów policją, do akcji wkraczali silnoręcy pomocnicy, a w ruch szły nawet noże i kastety.

Nałogowi hazardziści z Białegostoku, którym nie odpowiadało brutalne towarzystwo z Kiercelaka, szukali dla siebie spokojniejszych miejsc. W latach trzydziestych można było je znaleźć w Warszawie zwłaszcza przy ul. Chmielnej i Nowogródzkiej. Działały tam bez przerwy potajemne domy gry dla lepszych gości. Oto dosyć obszerny cytat na ich temat z artykułu zamieszczonego w jednej ze stołecznych gazet.

   "Po cichu, na ucho, szepcą sobie zwolennicy hazardu, adresy domów gry. Luksusowe urządzenia, marmurowe stoły. Przy ul. Chmielnej wchodzimy w bramę i przez podwórze w poprzeczną sień. Na drugim piętrze mieści się świątynia hazardu. Przybita na drzwiach tabliczka oznajmia: "Biuro handlowo-komisowe". Dwa pokoje z kuchnią, przerobioną na trzeci. Urządzenia biurowe. W największym pokoju stół konferencyjny przykryty zielonym suknem. Miękkie fotele otaczają niskie stoliki. W oknach rolety. W dzień w biurze nie ma nikogo. Ożywa wieczorem. Ruleta, poker, chemin de fer, bakarat..."

Ale przecież nie wszystkich zamiłowanych hazardzistów z naszego miasta stać było na warszawskie fanaberie. Musieli zadawalać się produkcją miejscowych kombinatorów od trzech kart czy kubków. W Białymstoku specjaliści od tych trefnych gier panoszyli się w pierwszej połowie lat trzydziestych na ul. Lipowej i Sienkiewicza. Pod przykrywką i pozwoleniem na prowadzenie gier zręcznościowych dla młodzieży, rozkładali oni tam swoje parasole i prowadzili szulerkę dla dorosłych.

Najpopularniejszą grą u parasolarzy były kości. Wystarczyła plansza z numerami od 3 do 18, kubek i trzy kostki do gry. Gracze obstawiali wybrane numery. Bankier wyrzucał kostki z kubełka na stół, szczęśliwie obstawiający cieszyli się z wygranej. Kiedy stawki stawały się coraz wyższe, szuler sięgał po komplet fałszywych kostek, i już nikt nie wygrywał, oczywiście oprócz niego.

W 1937 roku, w samą wigilię, swój szulerski stolik rozłożył pod Ratuszem Józef Koziński. Próbował coś ugrać na święta. Ugrał - trzy miesiące więzienia.

Włodzimierz Jarmolik

Translate