Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dom Rozentala na Antoniuku Fabrycznym

   W 1834 roku wprowadzono, w ramach represji po powstaniu listopadowym, granicę celną pomiędzy Cesarstwem Rosyjskim, a Królestwem Polskim. Spowodowało to ucieczkę przemysłowców produkujących towary w Królestwie i sprzedających je do Rosji, poza kordon graniczny. Białystok znajdował się wtedy tuż za granicą, w Cesarstwie Rosyjskim. 

  Fakt ten spowodował nagły rozwój miasta, zasiedlanego przez bogatych kupców i przemysłowców. W 1843 roku do Białegostoku przyjechał z Niemiec August Commichau, który założył przedsiębiorstwo o nazwie "August Commichau". 

  Wkrótce, w 1845 roku, sprowadził do Białegostoku swoich braci - Hermana, Rudolfa, Roberta i Alfreda.

  Herman Commichau wynajął w 1845 roku większą część budynku, zwanego domem Trębickiego, przy ówczesnej ulicy Aleksandrowskiej (dziś ulica Warszawska). W 1867, w trakcie rozbudowy obiektu, kupił całą nieruchomość od Trębickiego. 

  W centralnej części budynku, na pierwszym piętrze, znajdowała się ogromna sala, w której organizowano koncerty i spotkania towarzyskie. Za budynkiem mieszkalnym wybudowano fabrykę z tkalnią, przędzalnią, pomieszczeniami do apretury tkanin i farbiarnię. Obok rezydencji założono ogrody: kwiatowy i owocowo-warzywny. 

   W 1892 roku syn Hermana, również Herman sprzedał całą nieruchomość innemu przemysłowcowi Augustowi Moesowi. Później różnie toczyła się historia obiektu. 

  Od 1849 roku przedsiębiorstwo "August Commichau" zmieniło nazwę na "Aug. Herm. Commichau". Rozpoczęto wtedy wznoszenie budynków fabrycznych w lesie, nad stawem w pobliskiej wsi Antoniuk.   Albert został kierownikiem przędzalni, a Robert kierownikiem farbiarni, obu położonych w Antoniuku. 

  W roku 1852 August opuścił Białystok, a przybył tu kolejny z braci - Carl Gustaw, który zarządzał później folwarkiem w podbiałostockim Marczuku. 

  Rudolf w latach 1871-1879 został wspólnikiem Hermana, a w 1880 roku rozpoczął samodzielną działalność, budując swą fabrykę koło dworca kolejowego. W 1905 roku, wobec niepewnej sytuacji politycznej, synowie Rudolfa sprzedali fabrykę i wyjechali z miasta. Dzieci Roberta i Alberta opuściły Białystok jeszcze wcześniej.

  W międzyczasie, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1919 roku, w celu wyrównania  proporcji ilościowych pomiędzy ludnością żydowską i polską, przyłączono do Białegostoku przyległe wsie, zamieszkane głównie przez ludność polską. 

  Wtedy też Antoniuk i Marczuk stały się częściami poszerzonego nagle o tereny wiejskie miasta.Jedynym zakładem, który pozostał w rękach rodziny Commichau do lat 20-ych XX wieku pozostała fabryka w Antoniuku. Produkowano w niej sukno i kołdry. 

  Później, po 1925 roku, budynki fabryki zostały przejęte przez skarb państwa na rzecz Szkoły Rzemieślniczo-Handlowej.

                      *****************************************

   A piszę tu o tym wszystkim, gdyż pewnego razu dowiedziałem się od koleżanki Anety, że przy ulicy Bukowej, na Antoniuku, uliczce dość rzadko uczęszczanej , znajduje się  ciekawy, stary, drewniany budynek .

   Często bywa, że do tak ciekawych miejsc trafiamy niejako przypadkiem. Nie obejmują ich bowiem swoim opisem przewodniki, ani opracowania historyczne, a same leżą nieco na uboczu naszych codziennych i odświętnych ścieżek. 

  Postanowiłem wybrać się tam któregoś razu, aby go obejrzeć. Rzeczywiście interesujący, różniący się od innych starych drewnianych budynków w mieście swą dworkową formą. 

  Okazało się, że jest to dom Rozentala, administratora fabryki Commichau, zbudowany w latach 80-ych XIX wieku. W okresie międzywojennym dom zajmowany był przez rodzinę Rozentalów i biura nadleśnictwa. 

  W 1939 roku właściciel został wywieziony na Syberię, a dom upaństwowiono. 

  Nie udało się niestety odnaleźć w Indeksie Represjonowanych, prowadzonym przez Ośrodek Karta informacji o losach właściciela. Nie znam jego imienia, a nazwisko Rozental pojawia się w indeksie wiele razy.


Autor-Daniel Paczkowski

Rzeźnik z Piasków

    Nochim Abelewicz z ulicy Malinowskiego 12 w dzień był pracowitym masarzem. Nocną porę poświęcał jednak zupełnie czemuś innemu. Stawał się wówczas zuchwałym włamywaczem, który sam albo z jakimś wspólnikiem zakradał się do mieszkań, sklepów czy składów towarowych.

  W 1920 roku w kronice kryminalnej „Dziennika Białostockiego” znalazła się notatka, że przy ul. Surażskiej patrol policyjny nakrył złodzieja, który dobierał się do drzwi sklepu pod numerem 42. Był to Nochim Abelewicz. Znaleziono przy nim cały zestaw złodziejskich narzędzi: łom, obcęgi, sztamajzer i pęczek wytrychów.

  Abelewicz, jak już raz trafił do kartoteki policyjnej, pozostał zawsze na celowniku agentów kryminalnych. Indagowano go przy każdej okazji, kiedy w mieście miała miejsce jakaś większa złodziejska przewalanka, przesłuchiwano go, stawiano do konfrontacji ze świadkami, na wszystkie sposoby sprawdzano jego alibi w tej czy innej sprawie.

  W 1933 roku dom przy Kalinowskiego 12 policja nachodziła wielokrotnie. Był to rok szczególny, obfitujący we włamania i kradzieże. W lutym policyjna inspekcja odkryła, że rzeźnik Abelewicz posługuje się fałszywymi stemplami rady miejskiej. Znakuje nimi mięso pochodzące z potajemnego uboju, żeby mieć podkładkę dla wścibskich kontrolerów z magistratu. Kilka miesięcy później, znowu z powodu podejrzeń o handel nielegalnym mięsem, u Abelewicza odbyła się kolejna rewizja. W sprytnym schowku pod schodami (agenci policyjni byli sprytniejsi), znajdował się istny skład złodziejskich akcesoriów: zgrabne raki, mesle, kołki z wytrychami. Posiadanie tych przedmiotów nie budziło wątpliwości co do ich zastosowania. Abelewicz za swój zbiór złodziejskich klamotów spędził miesiąc w szarym domu przy Szosie Baranowickiej.

  Na początku 1934 roku pracowity rzeźnik zaprojektował ekstra robotę. Celem miały być składy towarowe przedsiębiorstwa „Warrant” przy ul. Kolejowej. Ponieważ potrzebne były do tego większe siły, doświadczony oprych dobrał sobie pomagierów. Jednym z nich był Franciszek Więckowski, młody złodziej, ale już znany białostockiej policji, drugim zaś z zawodu koleżka po fachu Abelewicza, Icek Golusztajn z ul. Krakowskiej, gdzie razem z trójką braci prowadzili popularny w Chanajkach sklep z mięsem i wędlinami. Masarstwo było oczywiście tylko przykrywką, nocami Icek wyprawiał się po mienie śpiących białostoczan.

  Tercet złodziei około godziny dziewiątej wieczorem wybrał się pod parkan ogradzający składy „Warrantu”. Najpierw nastąpił wyłom w płocie, a później poszukiwanie w murze dogodnego wejścia do środka. Ze złodziejskiego przedsięwzięcia nic jednak nie wyszło. Gorliwy posterunkowy obchodzący właśnie swój rewir usłyszał uderzenia łomu, wyciągnął rewolwer i zatrzymał wszystkich trzech speców od nocnych robótek.

  Odsiadka była krótka. Abelewicz dał znać o sobie już w 1936 roku. Wczesnego ranka dobrał się do skrytki w mieszkaniu Jana Dzikowicza, zamieszkałego przy ul. Dojnowskiej. Ofiara kradzieży była zamożna. Strata wynosiła 3500 złotych, 270 dolarów i 45 rubli w złocie. W tym czasie kompan Abelewicza, Goldsztajn bawił na gościnnych występach w Bielsku Podlaskim, gdzie zgarnął łup wartości 16 tys. złotych. Tym razem brama więzienna zatrzasnęła się za nimi na dużo dłużej.


Włodzimierz Jarmolik

Ignacy Mościcki przejazdem przez Białystok

   Ciekawe zdjęcie, sygnowane przez A. Gulińskiego. Może uda się ustalić realia tej wizyty. W tle widać białostocką fontannę, czyli wodotrysk koło Ratusza. Dwa okazałe samochody jadą ulicą Lipową.

  Proszę przyjrzeć się kamiennemu "rondlowi" wystającemu ponad bruk. To był postument dla policjanta, który mógł go wykorzystać dla kierowania ruchem. Wiemy, że znajdował się tuż przy wylocie ulicy Sienkiewicza, a więc opis miejsca się zgadza. Bohaterowie zdarzenia też nie budzą wątpliwości.

  Na tylnym siedzeniu pierwszego automobilu (z orłem na masce!) siedzą: prezydent II RP prof. Ignacy Mościcki i wojewoda białostocki Marian Zyndram-Kościałkowski. Obaj patrzą na grającą orkiestrę 42. pułku piechoty. W dostojników z kolei wpatrzeni są uczniowie tworzący szpalery i liczni mieszkańcy.

  Niektórzy panowie podnieśli czapki w powietrze, zaś kilka dziewcząt wzniosło na pozdrowienie wysoko do góry lewe ręce. Dobrze, że nie prawe, bo ten gest w następnych latach bardzo źle się kojarzył Polakom.

  Oficerowie salutują, panie komentują, obecny w tłumie policjant stoi jak opoka, a na pewno nie zabrakło i funkcjonariuszy w cywilu. Żadnych flag, napisów, jednym słowem - poprawnie, ale bez nadmiaru entuzjazmu.

  W tym miejscu mały komentarz do osoby pana prezydenta. Był znakomitym uczonym (chemikiem), postacią bardzo szanowaną z racji działalności niepodległościowej, jednak stopniowo tracił popularność. Za bardzo polubił luksus, nie stał się mężem opatrznościowym narodu, wypominano mu słabostki, w tym ślub z młodą żoną oficera wysłanego do zielonego garnizonu (Piłsudski miał wówczas powiedzieć, że jak kto chce łyżki miodu, to nie musi wchodzić w posiadanie całego ula.). Rosło grono Ignaców, czyli siódmych synów w rodzinie, których prezydent za pośrednictwem urzędników podawał do chrztu i uposażał w książeczki oszczędnościowe.

  W Białymstoku Ignacy Mościcki bawił dość często, ale z bardzo prozaicznej przyczyny. Przejeżdżał przez nasze miasto w drodze na "urzędowe polowania" w Białowieży. Wiemy, że tak się działo m.in. 13 marca 1932 roku i 13 września 1933 roku, kiedy wojewodą był właśnie wielce zasłużony dla Białegostoku Zyndram Kościałkowski, potem m.in. komisarz miasta Warszawy, minister, nawet premier. Z tych dwóch dat bardziej adekwatną wydaje mi się wrześniowa, bo dzień utrwalony przez fotografa był upalny.

  I na koniec pytanie nazbyt dociekliwe: kto mógł jechać w drugim samochodzie i ewentualnie następnych wozach? Aż boję się domyślać, bo w Białowieży polowali z prezydentem RP i późniejsi zbrodniarze zza zachodniej granicy.


Adam Czesław Dobroński 

Translate