Postaw mi kawę na buycoffee.to

W Białymstoku zginęły płoty. Ludzie bezczelnie kradli na opał

 

  Dawała się we znaki zima i naszym przodkom, mroziła drzewa w sadach (pękały z hukiem), wyniszczała zwierzynę w lasach i zasiewy na polach, zaspy na całe tygodnie blokowały drogi i uniemożliwiały dostawy żywności. Dochodziło do tego, że zamarzały studnie, po podwórzach chodziło się jak w tunelach, a dziatwa mogła staczać się lub zjeżdżać z dachów jak z górek.

  Bywało jednak i zupełnie na odwrót, Podlasiak Zygmunt Gloger odnotował, że 26 stycznia 1552 roku zaczęto pod Gdańskiem orać pola, a w 1702 roku w lutym kiełkowały z ziemi wiosenne kwiaty. 5 lutego 1831 roku wojska rosyjskie ruszyły z okolic Białegostoku (feldmarszałek Iwan Dubicz kwaterował w pałacu Branickich), by poskromić powstańczą Warszawę, ale po dojściu do rzeki Bug okazało się, że zapanowała odwilż. Trzeba więc było budować tratwy dla przeprawienia dział i wozów, a piechota zdołała przejść po słomie kładzionej na pękający lód.

Ze wspomnień dziadkowych i własnych

  Z opowieści dziadka Antoniego wynikało, że przed wojną wszystko było lepsze, większe, ładniejsze. Podkręcał wąsa, gdy wspominał tamte panny i ja mu coraz bardziej wierzę, bo - za przeproszeniem obecnych dzierlatek - nasze szkolne dziewczyny były jak maliny i zalotnie się do nas uśmiechały. Nie to, co dzisiejsze, odwracające głowy gdy się staruszek pojawi w autobusie. Skoro jednak ma być o zimie, to młodych kolegów z IPN proszę o odnotowanie, że w najgorszych latach PRL, kładąc się na wznak na śniegu, robiliśmy orły. Trudno tylko było się zorientować, czy z koroną, czy raczej "wronę". Dużo zależało od koegzystencji śniegu i fantazji uczniaków, a zresztą kto by sobie w ten czas i w taki mróz głowę zawracał ideologią.

   Teraz ledwie poprószy śnieg i zaczerwienią się nosy (czy na pewno od mrozu?), już słychać, że mamy zimę stulecia. Hola panie i panowie! Dziadek Antoni wspominał luty 1929 roku z temperaturą poniżej minus 40 stopni, białostoccy sybiracy (pozdrawiam ciepło) będą do końca życia pamiętać zimę z 1939 na 1940 rok, a ja mógłbym opowiadać długo o ratowaniu się przed zamarznięciem w początkach 1963 roku w Domu Studenta Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Kickiego. Ratowaliśmy się "pożyczając" cegły z zamkniętej zresztą budowy, wbijając w nie gwoździe, na których rozpinaliśmy spiralki od kuchenki elektrycznej lub żelazka. Całość podłączało się do gniazdka i tylko niestety często elektrownia wyłączała prąd, bo węgla ze Śląska do stolicy nie dowieźli. Wtedy pozostawały mniej wymyślne sposoby walki z mrozem, ale o nich zamilczę.

  O zimie, która dobiła towarzysza Edwarda Gierka i jego ekipę pamięta już wielu naszych. Dramatycznie brzmiały wówczas relacje profesorów dojeżdżających w semestrze iście zimowym 1978/1979 z Warszawy na białostocką Filię UW. Nawet czołgi nie mogły sobie poradzić z lodem na drogach i torach. Ale były i akcenty radosne, bo pamiętam taki sylwester - który to był rok? - że z powodu gołoledzi tylko nieliczne pary dotarły na sale balowe, więc można było jeść i pić za trzech.

Prasa białostocka donosiła

  Zajrzyjmy do niedocenianego "Echa". W 1933 roku jeszcze trwał wielki kryzys ekonomiczny, a już w połowie listopada straszono, że w okolicach Białegostoku pokazały się wilki i to "koniarze", rzucające się na konie. Takie bestie miału stanowić zwiastun wyjątkowo mroźnych tygodni. Miesiąc później znaleziono na jednej z białostockich ulic zamarzniętego mężczyznę i groziła mu amputacja nogi. Z myślą o "bezdomnych nędzarzach" otwarto dom noclegowy przy ul. Wesołej 9, zwiększono również ilość porcji wydawanych przez tanie kuchnie. Urzędników zaś zmroziła okrutnie wiadomość, że stolica województwa zostanie przeniesiona do Grodna. Pod koniec grudnia nastroje się uspokoiły, szykowano się na bale, na Nowym Mieście wykryto gorzelnię, ale tylko z 10 litrami zacieru (próba generalna?).

  W końcu 1934 roku o zimie jakby zapomniano, widać nie dokuczała, za to około 10 stycznia następnego roku złapał siarczysty mróz, a szacowano, że w Białymstoku mieszka pół tysiąca dzieci bez palt i niewiele mniej bez butów. Szybko jednak, bo po dwóch tygodniach zaczęła się odwilż, staw na Marczuku wystąpił z brzegów i zalał ulice oraz bliżej położone domy. Narzekano powszechnie na kłopoty z opałem, węgiel był za drogi, a drewno za mokre. W tej sytuacji co biedniejsi nie szukali daleko ratunku.

  Dziennikarz skomentował szpetny proceder następująco: "Białystok stanowczo różni się od wielu innych miast. W Warszawie np. giną dziewczęta, w Psiej Wólce klacze ze stajen, w Paryżu akta MSZ, w Nowym Jorku samochody, a w Białymstoku - płoty". Niewiele mógł w tej mierze zrobić Miejski Komitet Pomocy Zimowej mieszczący się przy Alei Józefa Piłsudskiego (ul. Lipowa) 54. Był takowy i na szczeblu wojewódzkim, wspierało go również wojsko, do zbiórek włączali się harcerze i młodzież szkolna, o potrzebujących starano się pamiętać w parafiach.

Komentarz do zdjęć

  Fotografia główna jest nieco zagadkowa. Na pewno autobus PKS utknął w śniegu, którego wcale nie spadło tak dużo. Można się domyślać, że opony były łyse, pojazd starawy, na posypanie drogi piaskiem się nie zanosiło. Panowie mieli więc okazję, by wysiąść, odetchnąć świeżym i mroźnym powietrzem, zapalić, a co bardziej uspołecznieni udzielili pomocy szoferowi. Zadziwia jednak skład pasażerów, sami chłopi w szykowanych ubiorach, tylko jedno dziecko w pompach, płaczące lub raczej zasłaniające oczy na widok aparatu fotograficznego. A gdzie kobiety? Darły w tym czasie pióra w ciepełku domowym? Nie bardzo wierzę, wygląda mi to na eskurs specjalny, a pan Marek Jankowski (dziękuję za dostarczone zdjęcia) sugeruję, że może chodziło o wyjazd do Ośrodka Postępu Rolniczego w Szepietowie. Prosimy PT Czytelników jak zwykle o pomoc.

  Zdjęcie drugie pokazuje uroki zimy z akcentem religijnym, wszak jak trwoga, to do Boga! Kościół w Sokółce w bieli, jeszcze z drewnianymi budynkami przed wejściem, bo to ładna pocztówka sprzed wojny. Niestety, w ówczesnych świątyniach zimno też dokuczało okrutnie, od świeczek wysokie nawy się nie mogły ogrzać. Chyba, że modlono się wyjątkowo gorąco.

Adam Czesław Dobroński 

Cmentarz prawosławny i wystająca z ziemi ludzka stopa


  Historia, która wydarzyła się ponad 100 lat temu na przedwiośniu, wstrząsnęła Białymstokiem. Na polu za cmentarzem prawosławnym znaleziono wystającą z ziemi ludzką stopę.

Był już wieczór 2 marca 1913 roku. Na polu za cmentarzem prawosławnym na Wygodzie kilku chłopców z okolicznych domów kończyło swoje zabawy. Gdy szli w kierunku zabudowań, to z przerażeniem "ujrzeli wystającą z ziemi ludzką stopę". Zdjęci strachem pobiegli ulicą Wasilkowską, gdzie pierwszemu napotkanemu stójkowemu opowiedzieli o wszystkim.

  Policjant niezwłocznie powiadomił o tym komendanta I  przy ulicy Botanicznej. Gdy chłopcy w towarzystwie mundurowych przybyli z powrotem na pole, było już ciemno. Komendant wystawił więc przy makabrycznym znalezisku wartę i dopiero następnego dnia rano przystąpiono do czynności śledczych. Po kilkunastu minutach odkopano fragmenty ludzkiego ciała zawinięte w fartuch. Po kilku godzinach dalszych poszukiwań w odległości 150 metrów odnaleziono pozostałe szczątki.

  Przyglądający się pracy policjantów okoliczni mieszkańcy rozpoznali, że są to zwłoki Jana Godlewskiego, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął w listopadzie 1912 roku. Zwłoki przewiezione zostały do szpitala miejskiego. Tu doktor Batumi stwierdził, że Godlewski zginął podczas snu od ciosów zadanych siekierą. Pozostało pytanie, kto był mordercą. Prokurator Antoni Szafałowicz dość szybko zainteresował się synem ofiary, 17-letnim Antonim. To on w listopadzie zgłosił policji zaginięcie ojca. Zeznał wówczas, że Godlewski wyszedł rano z domu z nieznanym mężczyzną. Antoni uznał, że obaj najęli się do jakiejś pracy budowlanej w którejś z pobliskich wsi. Gdy jednak ojciec nie wracał przez kilka dni zaniepokojony syn powiadomił o tym policję.

  Kilka tygodni później, pod Wasilkowem, na podmokłych rozlewiskach Supraśli znaleziono zwłoki mężczyzny. Antoni zidentyfikował je, twierdząc, że to właśnie jest jego ojciec. Odbył się więc pogrzeb rzekomego Jana Godlewskiego i sprawa ucichła, aż do marcowych wypadków. Podejrzenie prokuratora wzbudziło nerwowe zachowanie Antoniego, które zaobserwował przy wykopywaniu szczątków. Młodzieniec wzięty w krzyżowy ogień pytań przyznał się, że to on jest zabójcą.

  We wrześniu 1913 roku Antoni Godlewski stanął przed białostockim sądem. Już od rana przed gmachem sądu przy ulicy Gimnazjalnej (Kościelna) gromadził się tłum gapiów. Na salę rozpraw publiczność mogła wejść po wykupieniu biletów. Wreszcie o godzinie 15 rozpoczął się proces. Jako pierwszy zeznawał Godlewski, który poprosił sędziego "o wydalenie z sali publiczności". Ku jej rozczarowaniu sędzia przychylił się do jego prośby. Ojcobójca przez następne półtorej godziny opowiadał o dramatycznych wydarzeniach sprzed blisko roku.

  Gdy skończył, publiczność została wpuszczona na salę. Rozpoczęło się przesłuchiwanie 11 świadków. Z ich zeznań wynikało, że nieboszczyk był "człowiekiem dobrym, dbającym o los swoich dzieci".

  Podkreślano, że finansował naukę syna w Warszawie. Ba, kupił mu nawet fortepian, gdy ten powrócił ze szkół do rodzinnego domu. Niektórzy ze świadków zeznali, że był Godlewski skąpcem, ale była to "raczej mądra oszczędność niż sknerstwo". Emocje wypełniły salę, gdy zeznawał młodszy brat Antoniego, Janek. Wstrząśnięta publiczność usłyszała, że "byliśmy z bratem w kościele. Wróciliśmy do domu wcześniej niż zwykle za co ojciec począł krzyczeć na brata, a później wybił go. Na drugi dzień już ojca nie było". Janek opowiadał o srogich metodach wychowawczych, których ofiarą był najczęściej Antoni.

  Zgrozą powiało, gdy o przedstawienie ekspertyzy sąd oprosił przeprowadzającego oględziny i sekcję zwłok doktora Batumi. Po nim głos zabrał broniący oskarżonego mecenas Aleksander Bomasz. Próbował udowodnić, że jego klient jest pozbawiony "normalnego stanu umysłowego". Srogie wychowanie tylko pogłębiało ten stan. Wnosił o ponowne rozpatrzenie sprawy, dostrzegając w niej wiele niejasności.

  Był już wieczór gdy swoją półtoragodzinną mowę rozpoczął prokurator Szafałowicz. W ówczesnej Rosji nie stosowano kary śmierci, przeto oskarżyciel żądał kary dożywotniej katorgi, kończąc swoją tyradę efektowną frazą. "Wy panowie sędziowie, pójdźcie za głosem narodu i zakujcie w kajdany tego wyrodka".

  Po tych wystąpieniach sąd udał się na naradę. Publiczność nie opuszczała sali. Po 20 minutach - dochodziła już godzina 22 - ogłoszono wyrok. Antoni Godlewski skazany został na "pozbawienie wszystkich praw i zsyłkę na 8 lat robót ciężkich". Niezadowolony z wyroku tłum, który na ulicy czekał na finał rozprawy wykrzykiwał: "tylko 8 lat? Mało! Można zabijać!"

  Emocje związane z tą sprawą szybko przygasły. Zbliżała się wojna i ona zatarła pamięć o tej tragedii. Jakąż więc sensacją była wiadomość, która w maju 1919 roku dotarła do Białegostoku z Moskwy. Przywiózł ją "pewien jegomość", który opowiadał, że Antoni Godlewski "zajmuje wysokie stanowisko w rządzie bolszewickim". Dodawał też, że jest on "w stosunku do ludności wprost okrutnym".

Andrzej Lechowski 

Kradzież przy Legionowej. Złodzieje ukradli koce i prześcieradła

  Zawsze powodzeniem złodziei, oczywiście tych drobniejszych, cieszyła się odzież, papierosy i żywność. Zwłaszcza w pierwszych latach powojennych, kiedy to na rynku był duży deficyt owych towarów. Oto na przykład latem 1922 roku kilku śmiałków w biały dzień dostało się do pokoju zajmowanego przez statecznego urzędnika kolei. Adres - Kraszewskiego 11.

  Wynieśli stamtąd bez przeszkód nowy surdut, dwa garnitury, a na dodatek kilka par niezdeptanych jeszcze butów. Zrobili to tak zręcznie, że sąsiedzi zza ściany niczego nie słyszeli.Cofnijmy się do roku 1919. Chanajkowskim spryciarzom znacznie bardziej opłacała się robótka, którą wykonali 8 maja o godzinie 4 nad ranem. Włamali się wówczas do składu kupca Jezierskiego przy ul. Nowy Świat i wytargali stamtąd cztery ogromne paki papierosów o wartości 40 tys. marek.

  Jeśli idzie o kradzieże żywności przykładem niech będzie historia Władysława Wasilewskiego (ul. Charkowska 1). Lipcowego dnia 1919 roku został on zatrzymany przez policjanta na ul. Żydowskiej z dużym workiem na plecach. W środku był ryż, który sprytny złodziejaszek podwędził na dworcu towarowym przy ul. Poleskiej.

  A teraz przegląd innych, dziwaczniejszych kradzieży. W 1923 roku okradziono koszary im. gen. Józefa Bema. Opryszki nie dostali się oczywiście do garnizonowej kasy, ale zadowolili się deskami i żelaznymi prętami z wojskowego ogrodzenia. Rok później prasa białostocka pisała o dużej partii herbaty, którą sprowadził do miasta kupiec Boksztajn, a która zniknęła z jego kantoru w tajemniczych okolicznościach. Może wyjaśnił to Iron Kaufman, stróż przy bocznicy żydowskiej na ul. Ciemnej, na której strychu policja odnalazła część złodziejskiego łupu.

W 1925 roku pozbawieni zupełnie skrupułów złodzieje okradli ochronkę św. Wincentego a Paulo przy ul. Legionowej. Biedna dziatwa straciła koce i prześcieradła. Agenci policyjni trafili na trop sprawców, a ci mieli czego się wstydzić w sądzie.

  W czerwcu 1927 roku "Dziennik Białostocki" donosił o kolejnym radio-złodziejstwie. Rzeczywiście kradzieże aparatów radiowych przybrały w tym czasie niespotykane rozmiary. Tym razem swoją własność stracił Stanisław Chrzanowski z ul. Słonimskiej. Poza radiem jednak nic nie zginęło. Tym faktem zdziwieni byli nawet prowadzący śledztwo wywiadowcy z EUS.

  Na początku lat 30. buszował z kolei w Białymstoku iście zapiekły meloman. Kradł płyty gramofonowe. W maju 1932 roku p. Aron Szwarc, mieszkający przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego, stracił 30 melodyjnych krążków, które nie tak dawno sprowadził aż z Paryża. Z kolei rok później miało miejsce włamanie do sklepu muzycznego, prowadzonego przez Macieja Rybickiego przy ul. Kilińskiego 12. Złodzieje wynieśli 240 płyt gramofonowych różnych firm, a do tego skrzypce i mandolinę.

Latem białostockie gospodynie nagminnie zajmowały się smażeniem konfitur i przygotowywaniem weków na zimę. W 1935 roku złodziejaszki dokonali przemyślnie robótki w piwnicy Berka Korka. Ogołocili ją ze wszystkich słojów i słoików. O pomoc w tej kradzieży policja podejrzewała służącą Anastazję Stepaniuk.

  Koniec przedwojnia pod względem rozmaitości złodziejskich wyczynów na bruku białostockim był także bardzo ciekawy. Oto Aleksander Kuleszyński ze wsi Jurowce zgłosił na policji swoją stratę. Był nią ni mniej ni więcej tylko 66-kilogramowy wieprz, który zginął z furmanki jadącej na Sienny Rynek. Włościanin mógł dostać za niego grubo ponad 100 złotych. Znacznie mniejszy uszczerbek poniósł w czerwcu 1939 roku Lejba Gelberg, pomieszkujący przy ul. Mickiewicza. Był on znanym w okolicy gołębiarzem. Jego rasowe ptaki fruwały wszędzie. Pewnego ranka w gołębniku zabrakło aż 17 sztuk szczególnie cennych erków. 25 złotych, na tyle wyceniono w policyjnym protokole wartość utraconych gołębi. Szukać sprawców tej kradzieży było daremne. Cały przedwojenny Białystok oblatany był gołębim bractwem.


Włodzimierz Jarmolik

Translate