Postaw mi kawę na buycoffee.to

Reket, czyli wymuszanie po białostocku

    W Ameryce czasów Al Capone popularnym działaniem gangsterów był tzw. reket, czyli wymuszanie. W międzywojennym Białymstoku taka praktyka też miała swoich amatorów. Zarówno dorosłych, jak i małolatów.

  Na wymuszania narażeni byli przede wszystkim drobni kupcy i przedsiębiorcy. Odbywało się to w sposób nadzwyczaj prosty. Do sklepiku, w którym poza ekspedientem nie było kupujących, wchodził zdecydowanym krokiem młodzieniec i żądał kilku paczek papierosów lub też ofiarowania złotówki, jako pożyczki. Właściciel interesu dobrze wiedział w czym rzecz. Znał przecież tego chojraka i sławę, jaką cieszył się on na ulicy. Płacił.

  W ten sposób za złotówkę miał przez jakiś czas względny spokój. Opryszek szanował posłusznego sklepikarza. Nie nadużywał jego gościnności. Pilnował też, aby nie wykorzystywali go inni amatorzy białostockiego reketu. Jeśli jednak pojawiła się jakaś konkurencja, o wszystkim decydowała zwykle bójka na noże. Zwycięzca przejmował kontrolę nad pożądanym obiektem.

  W przypadku kiedy kupiec okazywał się oporny i nie chciał płacić natrętnemu opiekunowi, ten organizował natychmiast gromadkę swoich kumpli, wkraczał do sklepu i wywoływał awanturę. Kończyła się ona zwykle dużą demolką lady, półek, a zwłaszcza okien. Jeżeli uparty sklepikarz nadal się nie poddawał i np. wzywał policję, to nie mógł zrobić gorzej. I tak wcześniej czy później musiał zrezygnować ze skargi. Inaczej nie miałby spokoju na swojej ulicy.

  Biorąc przykład ze starszych oprychów, do wymuszania brali się też kilkunastoletnie szczawiki. Przykładem niech będzie szajka pod wodzą 14-letniego Szyi Szustera, która w 1937 roku była postrachem właścicieli kiosków ze słodyczami, budek z wodą sodową i sklepików papierosowych. Szyja miał dwóch, 13-letnich pomagierów – Kostka Bancerowicza i Wacka Jirgielewicza. Wszyscy oni mieszkali na ul. Wesołej i w tamtych okolicach podjęli swoją mini gangsterską działalność.

   Choć żydowscy sklepikarze z Wesołej, Mazowieckiej czy Suraskiej nie traktowali początkowo żądań niepozornego chłopaka zbyt poważnie, zamiast papierosów, cukierków czy sodówki, brali za kołnierz i wyrzucali na ulicę, to jednak szybko przekonali się o swojej lekkomyślności.

   Szyja bowiem wyrzucony ze sklepu w dzień, odwiedzał go ponownie, tyle że w nocy. Brał ze sobą oczywiście swoich pomagierów. Dostanie się do licho raczej zabezpieczonego kiosku lub sklepiku nie sprawiało żadnej trudności. Kłódkę można było ukręcić przy pomocy metalowego prętu.

   Kiedy pewnego razu Szyja wyrzucony przez Owsieja Wechtera z jego budki z wodą sodową przy ul. Mazowieckiej, zamiast jednej złotówki, o którą został grzecznie poproszony, stracił towar za blisko 100 zł.

Inny kupiec, niejaki Dryngiel, który przy ul. Suraskiej trzymał interes papierosowy, pożegnał się z tytoniem na blisko 80 zł, a przecież wystarczyło złożyć na ręce Szyi symboliczny haracz.

   Policja, która skrupulatnie odnotowywała owe drobne włamania do sklepików, wkrótce trafiła na trop młodocianych reketerów. Nie było to zresztą takie skomplikowane. Zaczęło się od doniesienia w IV komisariacie, złożonego przez kupca z Suraskiej, Zygmunta Rzepki. Dotyczyło ono odwiedzin natrętnego smarkacza, który kategorycznie domagał się złotówki „na pomoc dla bezrobotnych”. Posterunkowi z czwórki postanowili urządzić zasadzkę.

  W nocy z 20 na 21 sierpnia przy sklepiku spożywczym pana Rzepki zatrzymana została cała trójka z młodym Szusterem na czele. Chłopcy byli dobrze przygotowani do nocnej roboty. Mieli przy sobie dwa haki, łom i specjalny nóż do kitowania okien. Oczywiście wszyscy trafili do miejskiego aresztu. Policja odkryła też główną kryjówkę małoletnich złodziejaszków w jednym z domków na letnisku w Zwierzyńcu.

   Białostocki Sąd Okręgowy okazał się w miarę łagodny, za kilkanaście włamań skazał Szyję, Kostka i Wacka na dom poprawczy z zawieszeniem. Dopilnować dobrego sprawowania się pociech mieli rodzice.


Włodzimierz Jarmolik

Kasa pancerna z gwarancją

    W dzień wigilii Bożego Narodzenia 1925 r. białostocki notariusz Stefan Bednarski zamknął wcześniej swoją kancelarię na Sienkiewicza 5. Około godziny 14 zlecił jednemu z aplikantów spakowanie do walizy dokumentów, weksli i innych ważnych papierów i odniesienie ich do depozytu bankowego. Sam zaś, już w świątecznym nastroju, udał się do domu na Kraszewskiego 21. Po wyjściu szefa aplikant zamknął kancelarię, miał jeszcze tylko krótką wizytę w banku i święta!

  Jednak nie dla wszystkich. Kancelarię notarialną od kilku godzin obserwowali warszawscy kasiarze. Gdy białostoczanie zasiadali do wigili, a na ulicach zrobiło się pusto, to przystąpili do pracy. Weszli do budynku od strony podwórza, od Żydowskiej (Białówny). Najpierw znaleźli się w lokalu hipoteki, a z niego „wtargnęli do biura p. rejenta”. Tu bez namysłu zajęli się pancerną kasą. Nie bawili się w żadne finezyjne metody. Nie interesował ich zamek, tym bardziej szyfr. Za pomocą tak zwanego raka rozpruli bok kasy i łupem ich padły 2 tysiące złotych oraz obce waluty warte drugie tyle.

  Włamanie odkryto dopiero po świętach. Policja była pewna, że ma „do czynienia z występem kasiarzy warszawskich, jedynych w swoim rodzaju specjalistów w tej branży złodziejskiej”. Warszawiaków posądzono też i o inną głośną kradzież, która wydarzyła się 26 lutego 1927 r.

   Było sobotnie popołudnie. Pracownicy kantoru fabryki sukna Trylling i Syn uporządkowali papiery, zamknęli biuro i w głowach mieli już tylko czekające ich karnawałowe szaleństwa. Wokół reprezentacyjnej, stojącej na rogu Lipowej i Nowego Świata, kamienicy Oswalda Tryllinga (mieścił się w niej ów kantor) zapadł zmrok.

  Pod jego zasłoną na podwórzu pojawiło się kilku mężczyzn. W milczeniu, sprawnie i szybko dostali się do piwnicy i zaczęli swoją pracę. Przebili się przez strop i już byli w kantorze. Tu „przy pomocy świdrów i raka rozpruli kasę”. Ich łupem padło 10 tysięcy złotych, 70 rubli w złocie, 500 franków francuskich oraz akcje bankowe warte grubo ponad tysiąc złotych. Włamanie wykryto dopiero w poniedziałek. Policja i tym razem zawyrokowała, że „sprawcy należą do typu specjalistów kasiarzy i przybyli prawdopodobnie z Warszawy na gościnne występy”.

  W przekonaniu tym utwierdziło stróżów porządku to, że po tygodniu, w stołecznym Banku Gospodarstwa Krajowego, zatrzymano dwóch mężczyzn usiłujących sprzedać tryllingowe akcje. Nie zdołano im jednak udowodnić, że są sprawcami włamania. Zatrzymani twierdzili, że papiery kupili na giełdzie i nigdy nie byli w Białymstoku.

  Dobra kasa pancerna nie zawsze była gwarancją spokojnego snu. W Białymstoku od końca XIX wieku działała niewielka, ale słynąca z jakości swych wyrobów fabryka kas. Znajdowała się na zapleczu Lipowej i Grochowej. Była tam niegdyś uliczka Berdyczowska.

  Od niej jeszcze odchodził zaułek zwany Berdyczowskim, choć i nazywano go też Lipowym. Tam to więc Bierko Kasz prowadził odlewnię żeliwa, w której masowo produkowano drzwiczki do pieców. Na wszystkich widniał markowy napis „Biełastok. Bierko Kasz”. Obok odlewni funkcjonował warsztat ślusarski. W nim produkowano metalowe drzwi do magazynów no i kasy. Kasz miał zawsze na składzie po jednym egzemplarzu, tak aby klient mógł wybrać potrzebny mu model. Można było jednak zamówić jakąś specjalną odmianę.

   W 1890 r. na Lipowej, naprzeciw cerkwi, w kamienicy Jakuba Epsztejna, został otwarty sklep Josela Hermana. Tu po niskich cenach oferowano „niepalne kasy” znanych warszawskich firm. Tak więc w większości białostockich kantorów, banków, w bogatych domach miejscowych bourgeois stały kasy bądź od Kasza lub od Hermana. Kres działalności fabryki Kasza przyniosła I wojna światowa. Herman natomiast zajął się po wojnie wyłącznie sprzedażą mebli.

  W 1919 r. popyt na nowe kasy zdecydowanie wzrósł. W mieście powstawały urzędy i instytucje. Pewną popularnością cieszyły się w Białymstoku, znane jeszcze przed wojną, wyroby warszawskiej fabryki kas S. Baumgarta. Firma ta założona w 1863 roku, specjalizowała się w produkcji niewielkich, a zatem i stosunkowo niedrogich kas.

  Jedna z nich została kupiona do otwartego w 1919 r. Gimnazjum Hebrajskiego. Mieściło się ono na Sienkiewicza 79 (obecnie w budynku tym jest szpital miejski). Kasa przetrwała całą naszą historyczną zawieruchę. Dziś możemy oglądać ją  w Muzeum Historycznym.


Andrzej Lechowski

Karkołomna droga po młynarzowe zaskórniaki

   Na ulicy Mazowieckiej, a i daleko poza nią, krążyły uporczywie rozmaite słuchy o wielkich oszczędnościach , jakie poczynił niejaki Jan Karny, właściciel młyna elektrycznego. W pierwszej połowie lat 30. w całym kraju, także więc i w Białymstoku panował potężny kryzys gospodarczy i ogólna bieda, a ten jegomość skutecznie ciułał pieniądze. Ponieważ nie dowierzał bankom, miał przechowywać je w swoim młynie, stojącym na posesji nr 68 przy wspomnianej wyżej ulicy.  Fama o bogaczu Karnym dotarła rzecz jasna także na pobliskie Chanajki. 

  Zainteresował się zwłaszcza Chaim Chazan, doświadczony włamywacz z ul. Brukowej. Przeprowadził dokładny wywiad  środowiskowy, uznał że sprawa jest warta zachodu i zaplanował skok na kasę. Ponieważ nie do końca wiadomo było w jak zabezpieczonej skrytce młynarz przechowuje swoje zaskórniaki, przedsiębiorczy Chazan zaprosił do złodziejskiej spółki nie byle kogo, a samego Mejera Krynickiego, zwanego przez koleżków z ferajny Krynicą – kasiarza z poważnym przestępczym dorobkiem. 

  Występ chanajkowskich włamywaczy miał miejsce w nocy z 3 na 4 listopada 1934 r. Ażeby dobrać się do wnętrza 

młyna wybrali oni niezwykle karkołomną drogę. Ponieważ sforsowanie zablaszowanych drzwi i solidnie okratowanych okien mogło  sprawić dużo kłopotów i hałasu, a i podkop metodą a’la Szpicbródka (Stanisław Cichocki, znany przedwojenny kasiarz warszawski, dobierający się do sejfów bankowych przez drążone tunele) także nie wchodził w grę, złodzieje postanowili wejść do środka od góry, przez dach.  

  Przeszkodę, którą należało koniecznie usunąć stanowił hałaśliwy pies pilnujący sąsiedniej posesji, będącej własnością Icka Lina. Jego przeciągające się ujadanie mogło wzbudzić podejrzenia u rozbudzonych mieszkańców okolicznych domów.  Pierwszym celem napowietrznej drogi złodziei był dach jednopiętrowej szopy, przylegającej do młyna. 

  Do jego usunięcia posłużyła przytargana ze sobą drabina. Będąc już na wierzchu szopy nocni goście usunęli po cichu kilka dachówek, na ich miejsce położyli szeroką deskę, a na nią postawili drugą drabinę. Przygotowali drogę do dalszej wspinaczki. Po dotarciu na wierzch młyna natrafili na kolejną przeszkodę. Okazała się nią krata zabezpieczająca dachowe okienko. W ruch poszły podstawowe akcesoria włamywacza – śrubsztak i mesel. I ta niedogodność została szybko pokonana. Złodzieje znaleźli się w środku. 

  Teraz rozpoczęło się poszukiwanie schowka, w którym skrzętny młynarz ukrywał swoje pieniądze. Ponieważ nie znaleziono żadnej kasy pancernej, bor i rak, narzędzia Mejera Krynickiego pozostały bezczynne. 

  Przeszukano skrupulatnie różne zakamarki. Jedna drewniana szafa stojąca na parterze była szczególnie solidnie zamknięta. Jej więc złodzieje poświęcili swoją uwagę. W ruch poszły wytrychy i uniwersalny szaber (łom). Trafienie okazało się celne. 

  W szafie leżał lniany woreczek ze zwitkami banknotów, garścią ciężkich monet i jakimiś dokumentami. Łup trafił w ręce złodziei. Rozpoczęła się droga powrotna. Najpierw na strych młyna, później na dach i przystawionymi drabinami prosto na ziemię. Wszystko odbyło się sprytnie i po cichu.  

  Kradzież w młynie Jana Karnego odkryli rankiem sąsiedzi. Dostrzegli przystawione do budynku drabiny, których złodzieje nie zamierzali zabrać ze sobą. Zaalarmowali właściciela, a ten policję. 

  Karny swoją stratę ocenił na 20 tys. złotych. Duża forsa. Do akcji przystąpili agenci Wydziału Śledczego z ul. Warszawskiej. Po miesiącu było jasne, że „akrobaci” z ul. Mazowieckiej to Krynicki i Chazan. Obaj ukrywali się. W końcu jednak trafili tam gdzie trzeba – za kratki!


Włodzimierz Jarmoli 

Translate