Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nowy rok przychodził przez kilka dni

  Podczas gdy dziś odliczamy sekundy w trakcie sylwestrowego balu, nasi przodkowie postrzegali nadejście nowego roku raczej jako odcinek czasu liczony w dniach niż moment uderzenia zegara, na początku nowego roku chętnie hałasowano.

  O ile rok jako odcinek czasu jest wielkością stałą – pochodną zjawisk astronomicznych, to początek tego okresu jest kwestią umowną.

  dzisiaj w wielu częściach świata rok kalendarzowy nie zaczyna się 1 stycznia kalendarza gregoriańskiego. Na Dalekim Wschodzie wejście w kolejny rok wyznaczają fazy księżyca, ale co ciekawe, nie wszędzie styczniowe. Momenty te odnotowują czasem europejskie media, informując np. o rozpoczęciu chińskiego roku. Dawniej istniała pod tym względem podobna różnorodność. Starożytni Rzymianie świętowali Nowy Rok początkowo 1 marca, aby potem przenieść ten moment na styczeń. Z kolei w Słowiańszczyźnie przedchrześcijańskiej Nowy Rok obchodzono wiosną, czyli później niż obecnie. Pomysł świętowania Nowego Roku na początku zimy związany jest z archaicznymi kultami solarnymi na półkuli północnej.

  Przesilenie zimowe jest tu interpretowane jako „narodzenie” słońca, zwycięstwo światła nad ciemnością i zapowiedź przebudzenia życia. Podobnie pomysł ustanowienia Bożego Narodzenia w tym właśnie okresie to chrześcijańska próba multiplikowania znaczeń. Można powiedzieć, że świętowanie narodzin Syna Bożego miało zastąpić dawne, pogańskie kulty. Tradycje ludowe świadczą o tym, że nie do końca to się udało, a „przybywanie dnia” było dla ludzi żyjących z pracy na roli najistotniejszym sygnałem zmiany. W wiekach średnich święta Bożego Narodzenia uznawane były za początek roku jeszcze długo po tym, gdy oficjalny kalendarz wskazywał na 1 stycznia.

  Opowiadając o tradycyjnych zwyczajach praktykowanych przez naszych przodków, które powiązać można z Nowym Rokiem, etnolog wskazał, że wypada raczej mówić o kilkunastodniowym czasie od świąt Bożego Narodzenia do Trzech Króli.

  W środku tego okresu mieści się Nowy Rok, jednak w tradycji ludowej (ale i chrześcijańskiej) mamy do czynienia ze zwartym symbolicznie i znaczeniowo czasem godów. Podczas gdy dziś odliczamy sekundy w trakcie sylwestrowego balu, nasi przodkowie przez setki lat postrzegali nadejście nowego roku raczej jako odcinek czasu liczony w dniach niż moment uderzenia zegara. Podstawowym rysem tego okresu był zaduszny i wróżebnych charakter rozmaitych działań, wpisujący się zresztą w rozległy cykl jesienno-zimowego świętowania. To była niejako kontynuacja Bożego Narodzenia. Wierzono, że w okresie godów Syn Boży przebywa wśród ludzi. W tym okresie wystrzegano się niebezpiecznych i hałaśliwych prac nie tylko po to, aby odpoczynkiem podkreślić świąteczny czas, ale po to także, aby przez nieuwagę nie skrzywdzić lub nie obudzić małego Jezusa.

  Swego rodzaju znakiem rozpoznawczym noworocznego „czasu przejścia” było pojawienie się grup kolędniczych. – Ich zadaniem było składanie życzeń domownikom, śpiewanie kolęd i prezentowanie rozmaitych scen biblijnych, stąd obecność wśród przebierańców anioła, króla Heroda i śmierci. Popularne były także grupy z turoniem, niedźwiedziem, bocianem, kozłem. Postaci te symbolizowały siłę lub płodność, a ich pojawienie się miało zwiastować obfitość i dostatek w nadchodzącym roku. Grupy te były chętnie podejmowane przez domowników. Ich przyjście stanowiło dobrą wróżbę. Kolędnicy otrzymywali pieniądze i rozmaite łakocie 

  wartym odnotowania jest dzień św. Szczepana – 26 grudnia. – Na pamiątkę ukamienowania tego męczennika gospodarze przynosili do kościołów owies do poświęcenia. Nabierał on tym samym szczególnych mocy. Sypano nim księdza i siebie nawzajem, składając sobie życzenia. Dawano go domowym zwierzętom, aby były zdrowe i płodne. Sypano na pole, aby nie było latem zachwaszczone. Mnogość ziarenek owsa (podobnie jak wigilijnego maku) miało symbolizować dostatek i udane zbiory latem .

  Dzień św. Szczepana był też tradycyjnym momentem zawierania umów na przyszły rok, przy czym aktywnością musieli się wykazać również bogaci gospodarze, którzy chcieli tego dnia przypodobać się biedniejszym, aby nakłonić ich do pracy u siebie. Dlatego też w tym okresie dochodziło do chwilowego odwrócenia ról. Podkreślały to przysłowia typu: „Na św. Szczepan każdy sługa większy niż pan”, „W dzień św. Szczepana nie ma ni chłopa, ni pana”. Generalnie wszelkie zaległe sprawy – umowy lub zobowiązania – należało uregulować najpóźniej w wigilię Nowego Roku. Zwyczajowo starano się także pogodzić i zakończyć międzysąsiedzkie waśnie.

  Ciekawym działaniem o wróżebnym charakterze było zabieranie sobie różnych przedmiotów. Chowano je przed właścicielem bądź czasowo przywłaszczano. Podejmowano swego rodzaju zakład z losem – czy uda się niepostrzeżenie spłatać figla? Jeśli tak, to w nowy rok wkraczaliśmy w aurze szczęściarza i spryciarza. Potem „skradzione” rzeczy można było oddać.

  Ostatni wieczór starego roku spędzano głównie w grupach rówieśniczych. Wróżono wówczas, podobnie jak podczas spotkań andrzejkowych. W Nowy Rok, podobnie jak i dziś, chętnie hałasowano. Młodzi chłopcy strzelali z batów pod dworem, składając też życzenia właścicielowi, który podejmował ich wódką.

  Z kolei 6 stycznia chodzono z życzeniami i specjalnie układanymi na tę okazję piosenkami życzeniowymi – szczodrówkami, za co otrzymywano w niektórych regionach specjalne pieczywo – szczodraki. 

 Można powiedzieć, że dopiero po 6 stycznia kończył się cykl witania nowego roku, który zaczynał się w święta Bożego Narodzenia.


dr Damian Kasprzyk

Przemyślenia sprzed dekady

    Nie mam złudzeń, że drewniany Białystok będzie nadal odchodził. Ludzi z Angielskiej się przesiedli, domy zburzy, zrobi uliczkę i parking, a bloki zasłonią przed widokiem obcych te "obciachowe" domki, które jeszcze zostaną.

   W jednej z najpiękniejszych książek poetyckich o Podlasiu, "Cisówce" Jacka Podsiadło, autor umieścił wiersz o Białymstoku "Czarne zbocza". Pozwolę sobie zacytować jego fragment:

"Kiedyś to było podobno największe drewniane miasto

W Europie, a dzisiaj? Smród i beton jak wszędzie [ ]

Donikąd prowadzą nasze pasaże i trotuary, posrebrzane ciągi

Rur, liczb, świateł, aut, pięter, wiaduktów, obwodnic i słów"

   Ten wiersz został napisany  dwadzieścia lat temu, ale naprawdę aktualny stał się dzisiaj. To opowieść o umierającym mieście posiadającym swoją historię i tradycję, które stopniowo wypierane są przez nowe anonimowe osiedla mogące pojawić się zawsze i wszędzie i czyniące miasto może bardziej nowoczesnym, ale pozbawionym tożsamości.

  Doskonale pamiętam drewniany Białystok. Przez kilka lat chodziłem po Bojarach i kiedy miałem czas, lubiłem zapuszczać się w drewniane uliczki i zaułki, które trochę kojarzyły mi się z kolonijnymi zabudowami kurpiowskich wiosek (często właśnie drewnianych). Do pracy jeździłem  przez okolice ulicy Angielskiej i te zaułki również doskonale znałem. 

   Jeszcze jako nastolatkowie chodziliśmy do drewnianego domu przy ulicy Żelaznej, gdzie znajdowała się meta. Pamiętam też porozrzucane po mieście drewniane wille, które trochę przypominały mi architekturą drewnianą kamienicę naprzeciwko domu mojej babci. Teraz to wszystko umiera. 

   Drewniane Bojary się kurczą, w dziwnym pośpiechu przerabia się też na nowoczesną enklawę w okolicach ulicy Angielskiej. Gdzieniegdzie stoją jeszcze drewniane domy i wille, ale w murowanym otoczeniu wyglądają coraz bardziej obco.

   Opowiadał mi kiedyś student, że pracuje w dużej fabryce drewnianych domów, które trafiają do Skandynawii. Tam z drewna buduje się domy, kamienice, szpitale, szkoły, urzędy, architektura jest zwykle dopasowana do lokalnych tradycji architektonicznych. W ten sposób nowe harmonijnie miesza się ze starym. To byłaby jakaś alternatywa i powrót do tradycji największego drewnianego miasta w Europie. Nikt tego jednak nie robi, a betonowe bloki wdzierają się już wszędzie.

Dlaczego nie wracamy do drewnianego Białegostoku? 

   Mam wrażenie, że nie ma tu wcale złej woli władzy, bo to się dzieje od dawna niezależnie do tego, kto rządzi. Obawiam się, że jest to realizacja oczekiwań przeciętnego mieszkańca miasta, który albo sam jest przyjezdnym, albo potomkiem przyjezdnych. Ktoś taki mieszkania w drewnianym bloku nie kupi po prostu. Drewno kojarzy się mu często z zacofaniem. W moich rodzinnych stronach wielu ludzi dosłownie wychodziło z siebie, żeby zburzyć stary drewniany dom i zbudować nową dużą "murowankę" krytą praktycznym eternitem. Nic, że stary dom był przytulny i funkcjonalny, a nowy wiecznie niedogrzany i coraz bardziej zawilgocony. 

  Mur to mur, bogactwo, trwałość i bezpieczeństwo. Sam jako dziecko to, czy dana wieś jest bogata, czy biedna oceniałem po proporcji między domami drewnianymi i murowanymi. Tak rozumowali prawie wszyscy wokół mnie.

  Nie mam złudzeń, że drewniany Białystok będzie nadal odchodził. Ludzi z Angielskiej się przesiedli, domy zburzy, zrobi uliczkę i parking, a bloki zasłonią przed widokiem obcych te obciachowe domki, które jeszcze zostaną. Również na Bojarach co jakiś czas albo się dom zapali, albo będzie doprowadzony do stanu, w którym już będzie można go tylko rozebrać. A my będziemy dalej dyskutować o tym, jak to wszystko chronić. I dalej będą to słowa, słowa, słowa, jak napisał klasyk. A może mało kogo to już obchodzi?


2016 r

Mimo kryzysu białostoczanie i tak pili szampana

  Kończył się 1935 rok.  Białystok, choć gnębiony kryzysem gospodarczym i bezrobociem przygotowywał się do kolejnego Sylwestra. Większość białostoczan zamierzała przywitać Nowy Rok w domu. 

 Choć krucho było z gotówką, to jednak w sklepach monopolowych wzrósł zdecydowanie w ostatnich dniach grudnia obrót poczciwą czystą, dojlidzkim piwem i winami, zwłaszcza pośledniego gatunku. Zabawy przygotowywano w rodzinnym gronie lub metodą sąsiedzko-składkową. Nadzieje, że coś się polepszy w nadchodzącym nowym roku były duże.

  Na drugim biegunie noworocznych imprez znajdował się zwyczajowy bal w salonach reprezentacyjnych Urzędu Wojewódzkiego. Pałac Branickich miał gościć dostojnych gospodarzy miasta i inne liczące się w nim persony, oczywiście z osobami towarzyszącymi. A pośrodku były rzecz jasna zabawy w rozlicznych białostockich restauracjach, barach, a nawet jadłodajniach, zarówno z wyszynkiem jak i bez. 

  Należało jednak posiadać formalne zezwolenie władz administracyjnych na organizację nocnego szaleństwa. Gdy podanie rozpatrzono przychylnie, to lokale I kategorii mogły być otwarte do godz. 7 rano, zaś kategorii II już tylko do 5. Od tego obowiązku nie zwalniano nawet najbardziej popularnych w mieście restauracji. Niesforni właściciele musieli liczyć się z dotkliwymi karami pieniężnymi.

  Bardzo starannie do zabawy sylwestrowej przygotowała się restauracja przy hotelu Ritza. Ta noc miała być najbardziej roztańczona i najweselsza w mieście. Liczono na „finezyjną klientelę”. Zapowiadano moc atrakcji. Znane wina i szampany, wykwintną kolację, dancing z przygrywającym sextetem Kwart-Fidler. W obietnicach szampańskiej nocy nie odstawała rywalka Ritza restauracja Gastronomia z ul. Sienkiewicza. 

   Zaproszenia zapowiadały wystrojoną kwiatami i zielenią salę, moc lampionów, baloników i serpentyn. Miały być też prezenty i niespodzianki dla gości. Tańczącym obiecywano towarzystwo śpiewaczki Grzymowskiej i doborowej orkiestry. Wszystko to z kolacją z 6 dań za 5 zł od osoby. Swoją imprezę zachwalała też restauracja Central z Rynku Kościuszki. 

Oferowano bufet obficie zaopatrzony w trunki i zakąski, a na potrzeby tańczących specjalnie zaangażowany maestro przygotował kilka nowych fokstrotów i tang. Miano też usłyszeć niezapomniany głos tajemniczej panny Lilianeri. 

   Na chętnych zabawowiczów liczył też teatr Palace, gdzie jak co roku organizatorem imprezy był Związek Inwalidów Wojennych. I tutaj zapowiadano tańce do białego rana oraz wybór królowej balu. Nie rezygnowało ze swoich usług także kino Apollo. 

   Punktualnie o godz. 24 dla chętnych widzów miała rozpocząć się „rozkoszna komedia muzyczna” produkcji austriackiej Dziewczyna z Budapesztu z Martą Eggert w roli głównej. Prasa białostocka w pierwszych dniach stycznia donosiła: „Sylwester, którym rozpoczął się rok 1936 był w Białymstoku bardzo hucznym, zaś pod względem frekwencji w lokalach o wiele lepszy od Sylwestra poprzedniego”. I tylko malkontent z Dziennika Białostockiego zarzucał mu banalność i przypominał, jak to hetman Jan Klemens Branicki przyjmował przy podobnej okazji księcia Mikołaja Radziwiłła P.


Włodzimierz Jarmolik

Translate