Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przemyślenia sprzed dekady

    Nie mam złudzeń, że drewniany Białystok będzie nadal odchodził. Ludzi z Angielskiej się przesiedli, domy zburzy, zrobi uliczkę i parking, a bloki zasłonią przed widokiem obcych te "obciachowe" domki, które jeszcze zostaną.

   W jednej z najpiękniejszych książek poetyckich o Podlasiu, "Cisówce" Jacka Podsiadło, autor umieścił wiersz o Białymstoku "Czarne zbocza". Pozwolę sobie zacytować jego fragment:

"Kiedyś to było podobno największe drewniane miasto

W Europie, a dzisiaj? Smród i beton jak wszędzie [ ]

Donikąd prowadzą nasze pasaże i trotuary, posrebrzane ciągi

Rur, liczb, świateł, aut, pięter, wiaduktów, obwodnic i słów"

   Ten wiersz został napisany  dwadzieścia lat temu, ale naprawdę aktualny stał się dzisiaj. To opowieść o umierającym mieście posiadającym swoją historię i tradycję, które stopniowo wypierane są przez nowe anonimowe osiedla mogące pojawić się zawsze i wszędzie i czyniące miasto może bardziej nowoczesnym, ale pozbawionym tożsamości.

  Doskonale pamiętam drewniany Białystok. Przez kilka lat chodziłem po Bojarach i kiedy miałem czas, lubiłem zapuszczać się w drewniane uliczki i zaułki, które trochę kojarzyły mi się z kolonijnymi zabudowami kurpiowskich wiosek (często właśnie drewnianych). Do pracy jeździłem  przez okolice ulicy Angielskiej i te zaułki również doskonale znałem. 

   Jeszcze jako nastolatkowie chodziliśmy do drewnianego domu przy ulicy Żelaznej, gdzie znajdowała się meta. Pamiętam też porozrzucane po mieście drewniane wille, które trochę przypominały mi architekturą drewnianą kamienicę naprzeciwko domu mojej babci. Teraz to wszystko umiera. 

   Drewniane Bojary się kurczą, w dziwnym pośpiechu przerabia się też na nowoczesną enklawę w okolicach ulicy Angielskiej. Gdzieniegdzie stoją jeszcze drewniane domy i wille, ale w murowanym otoczeniu wyglądają coraz bardziej obco.

   Opowiadał mi kiedyś student, że pracuje w dużej fabryce drewnianych domów, które trafiają do Skandynawii. Tam z drewna buduje się domy, kamienice, szpitale, szkoły, urzędy, architektura jest zwykle dopasowana do lokalnych tradycji architektonicznych. W ten sposób nowe harmonijnie miesza się ze starym. To byłaby jakaś alternatywa i powrót do tradycji największego drewnianego miasta w Europie. Nikt tego jednak nie robi, a betonowe bloki wdzierają się już wszędzie.

Dlaczego nie wracamy do drewnianego Białegostoku? 

   Mam wrażenie, że nie ma tu wcale złej woli władzy, bo to się dzieje od dawna niezależnie do tego, kto rządzi. Obawiam się, że jest to realizacja oczekiwań przeciętnego mieszkańca miasta, który albo sam jest przyjezdnym, albo potomkiem przyjezdnych. Ktoś taki mieszkania w drewnianym bloku nie kupi po prostu. Drewno kojarzy się mu często z zacofaniem. W moich rodzinnych stronach wielu ludzi dosłownie wychodziło z siebie, żeby zburzyć stary drewniany dom i zbudować nową dużą "murowankę" krytą praktycznym eternitem. Nic, że stary dom był przytulny i funkcjonalny, a nowy wiecznie niedogrzany i coraz bardziej zawilgocony. 

  Mur to mur, bogactwo, trwałość i bezpieczeństwo. Sam jako dziecko to, czy dana wieś jest bogata, czy biedna oceniałem po proporcji między domami drewnianymi i murowanymi. Tak rozumowali prawie wszyscy wokół mnie.

  Nie mam złudzeń, że drewniany Białystok będzie nadal odchodził. Ludzi z Angielskiej się przesiedli, domy zburzy, zrobi uliczkę i parking, a bloki zasłonią przed widokiem obcych te obciachowe domki, które jeszcze zostaną. Również na Bojarach co jakiś czas albo się dom zapali, albo będzie doprowadzony do stanu, w którym już będzie można go tylko rozebrać. A my będziemy dalej dyskutować o tym, jak to wszystko chronić. I dalej będą to słowa, słowa, słowa, jak napisał klasyk. A może mało kogo to już obchodzi?


2016 r

Mimo kryzysu białostoczanie i tak pili szampana

  Kończył się 1935 rok.  Białystok, choć gnębiony kryzysem gospodarczym i bezrobociem przygotowywał się do kolejnego Sylwestra. Większość białostoczan zamierzała przywitać Nowy Rok w domu. 

 Choć krucho było z gotówką, to jednak w sklepach monopolowych wzrósł zdecydowanie w ostatnich dniach grudnia obrót poczciwą czystą, dojlidzkim piwem i winami, zwłaszcza pośledniego gatunku. Zabawy przygotowywano w rodzinnym gronie lub metodą sąsiedzko-składkową. Nadzieje, że coś się polepszy w nadchodzącym nowym roku były duże.

  Na drugim biegunie noworocznych imprez znajdował się zwyczajowy bal w salonach reprezentacyjnych Urzędu Wojewódzkiego. Pałac Branickich miał gościć dostojnych gospodarzy miasta i inne liczące się w nim persony, oczywiście z osobami towarzyszącymi. A pośrodku były rzecz jasna zabawy w rozlicznych białostockich restauracjach, barach, a nawet jadłodajniach, zarówno z wyszynkiem jak i bez. 

  Należało jednak posiadać formalne zezwolenie władz administracyjnych na organizację nocnego szaleństwa. Gdy podanie rozpatrzono przychylnie, to lokale I kategorii mogły być otwarte do godz. 7 rano, zaś kategorii II już tylko do 5. Od tego obowiązku nie zwalniano nawet najbardziej popularnych w mieście restauracji. Niesforni właściciele musieli liczyć się z dotkliwymi karami pieniężnymi.

  Bardzo starannie do zabawy sylwestrowej przygotowała się restauracja przy hotelu Ritza. Ta noc miała być najbardziej roztańczona i najweselsza w mieście. Liczono na „finezyjną klientelę”. Zapowiadano moc atrakcji. Znane wina i szampany, wykwintną kolację, dancing z przygrywającym sextetem Kwart-Fidler. W obietnicach szampańskiej nocy nie odstawała rywalka Ritza restauracja Gastronomia z ul. Sienkiewicza. 

   Zaproszenia zapowiadały wystrojoną kwiatami i zielenią salę, moc lampionów, baloników i serpentyn. Miały być też prezenty i niespodzianki dla gości. Tańczącym obiecywano towarzystwo śpiewaczki Grzymowskiej i doborowej orkiestry. Wszystko to z kolacją z 6 dań za 5 zł od osoby. Swoją imprezę zachwalała też restauracja Central z Rynku Kościuszki. 

Oferowano bufet obficie zaopatrzony w trunki i zakąski, a na potrzeby tańczących specjalnie zaangażowany maestro przygotował kilka nowych fokstrotów i tang. Miano też usłyszeć niezapomniany głos tajemniczej panny Lilianeri. 

   Na chętnych zabawowiczów liczył też teatr Palace, gdzie jak co roku organizatorem imprezy był Związek Inwalidów Wojennych. I tutaj zapowiadano tańce do białego rana oraz wybór królowej balu. Nie rezygnowało ze swoich usług także kino Apollo. 

   Punktualnie o godz. 24 dla chętnych widzów miała rozpocząć się „rozkoszna komedia muzyczna” produkcji austriackiej Dziewczyna z Budapesztu z Martą Eggert w roli głównej. Prasa białostocka w pierwszych dniach stycznia donosiła: „Sylwester, którym rozpoczął się rok 1936 był w Białymstoku bardzo hucznym, zaś pod względem frekwencji w lokalach o wiele lepszy od Sylwestra poprzedniego”. I tylko malkontent z Dziennika Białostockiego zarzucał mu banalność i przypominał, jak to hetman Jan Klemens Branicki przyjmował przy podobnej okazji księcia Mikołaja Radziwiłła P.


Włodzimierz Jarmolik

Kartka wigilijna

   Przyznaję, że mam sporo kartek Wigilijnych, w tym wiele otrzymałem od czytelników „Kuriera Podlaskiego” i „Kuriera Porannego”, a najwięcej od Janusza Władyczańskiego. Dziękuję!

   Najstarsze kartki białostockie w moich szufladach pochodzą z czasów zaboru carskiego. Adres na nich musiał być napisany w języku rosyjskim, zamiast numeru domu podawano nazwisko jego właściciela. Życzenia mogły być podane po polsku, co wielu piszącym sprawiało sporo trudności natury ortograficznej (gródzień). 

   Kartki wydrukowane w Galicji zawierały symbolikę patriotyczną (przykładem Orzeł zrywający łańcuchy), zaś na tych z Królestwa Polskiego dominowały scenki religijne i historyczne, zwłaszcza staropolskie. Natomiast na tak zwanych ziemiach zabranych – Białystok od 1807 roku leżał na nich - dominowały jołki (choinki) ze świeczkami., a jak akcenty religijne, to prawosławne.

   W 1910 r., dotarła do Białegostoku kartka z Warszawy. Otrzymał ją Józef Danilczuk, zamieszkały przy ul. Kucharskiej w domu Ławrientich,. Była na niej mała, ustrojona choinka, a na pierwszym planie stała par młodych osób w czapkach przypominających… krakowskie, powstańcze konfederatki. Cud, że jej nie skonfiskowali.

   Na kartkach z okresu dwudziestolecia międzywojennego są choinki z bombkami, żłobki z Dzieciątkiem, Panna Maria i św. Józef, mknące sanie, dużo śniegu i gwiazd. Ulubiony motyw stanowili chwaccy ułani, a przebogatą kolekcję kart z kawalerzystami posiada dr Krzysztof Skłodowski ((gratuluję). Napisy „Winszuję Świętami Bożego Narodzenia” lub „Winszuję z Bożym Narodzeniem” wypierało „Życzę Wam wesołych Świąt Bożego Narodzenia”.

   Miłym uzupełnieniem bywały wierszyki. Przedrukuję jeden z nich: ”Gwiazda w ciemną noc grudniową/ Mile świeci nam nad głową’/ Na Pasterkę głos nas woła,/ Idźcie społem do kościoła jak pasterze i Anieli/. Idźcie śpiesznie i weseli, nieście dary swej miłości/ I uczeni i wy prości, i bogaci. i biedacy/ U Jezusa wy jednacy”.

   Dla kontrastu zamieszczam dziś kartkę z 1955 r. Wprawdzie „noc stalinowsko-bierutowska” już minęła, ale jeszcze nie nastał gomułkowski Październik. Są na tej kartce gwiazdki i świerki, nie pojawiły się jednak świętości, choćby aniołek. Duch ateizmu jeszcze się kołatał. A na pierwszym planie widać stylizowane jelonki, też bez krzyża św. Huberta. 

   Skąd się wzięły? Ano kartkę wydała Liga Ochrony Przyrody. Ta od hasła, które stawiano niegdyś na klombach i trawnikach. A brzmiało ono następująco: „Nie niszcz zieleń, boś nie jeleń”. Oczywiście, że jestem za ochroną zieleni, byle z rozsądkiem. A póki co nie zamieniłem naturalnej choinki na plastykową.

   Winszuję Państwu z Bożym Narodzeniem. Niech Dziesiątko wzmocni w nas nadzieję na radosne Święta i pomyślny 2025 rok.


Adam Czesław Dobroński

Translate