Postaw mi kawę na buycoffee.to

Śledź i prezenty pod choinkę

   Pierwszy raz choinkę na Rynku ustawiono w 1934 r. Polecił to zrobić prezydent Seweryn Nowakowski. Zadbał też o to, aby w wieczór wigilijny i w dwa dni świąt iluminowana była rojem różnokolorowych lampek elektrycznych. W następnych latach dołączyła iluminacja ratusza. Białystok wyglądał imponująco.

 Miasto poddawało się świątecznej magii. Zauważono jednak, że mimo iż ruch w sklepach był spory, to "każdy liczył się z groszem, kupując najtańsze gatunki". Nie mogli za to uskarżać się na brak kupujących sprzedawcy ryb. Co bardziej przedsiębiorczy sprzedawcy zawiązywali spółdzielnie. 

  Jedną z nich, ze względu na jej nazwę, śmiało możemy uznać za prekursorkę tak dziś popularnych lokalnych smaków. Nazywała się Narew. Jej sklep, w którym zawsze była świeża ryba, znajdował się na Rybnym Rynku. Nieopodal, bo na Legionowej była kolejna kooperatywa obdarzona nie budzącą wątpliwości nazwą Ryba. Łowienie klienta szło znakomicie też Zelmanowi Grodzieńskiemu. 

  Do jego sklepu, na rynku w kamienicy Frejdkiesów pod 25, drzwi się nie zamykały. Nie gorzej w te przedświąteczne dni wiodło się Hirszowi Szczupakowi. Już sam szyld na jego sklepie: "Szczupak - Ryby" był fascynujący. A sklep był przy samym Rynku Siennym, na Suchej. Pomimo skromniejszego portfela zaopatrywano się i w trunki. Popularnością cieszyły się miody pitne. Bezkonkurencyjny w ich sprzedaży był Gerszon Poźniak, właściciel firmy Naturel przy Rynku Kościuszki.

  A święta bez śledzia? Niemożliwe! Tradycja białostocka powiada, że najwięcej śledziowych sklepów było w ratuszu, a to nieprawda. Owszem były w nim dwa sklepiki, jeden Cwasa drugi Gwirca. Prawdziwe zagłębie śledziowe było na Kupieckiej (Malmeda). Ale przed świętami to i na rynku można było kupić solonego śledzika prosto z beczki.

  Święta to prezenty pod choinką. Zawsze z nimi sprawa była niełatwa. Mógł o tym coś powiedzieć właściciel eleganckiego sklepu Bon Ton, Michel Kadłubowski. Przed świętami, właśnie do Bon Tonu na Lipową pod 1 wpadł znany w mieście redaktor Antoni Faranowski. 

  Był naczelnym i wydawcą "Echa Białostockiego". Redakcja mieściła się na Kupieckiej (Malmeda) też pod 1. Faranowski kupił pośpiesznie damski sweter za 18 zł. Umówił się, że gdyby sweter nie spodobał się osobie, dla której był przeznaczony, to będzie można go bez kłopotu zamienić na inny. I tak się faktycznie stało. Tuż po świętach zjawiła się w Bon Tonie pani Faranowska, która powołując się na mężowskie ustalenia zechciała zamienić sweterek na lepszy. Jako, że upatrzony przez nią kosztował 25 zł, to Kadłubowski grzecznie poprosił o dopłatę. To wyprowadziło Faranowską z równowagi. 

 "Ach tak? To my tę sprawę inaczej załatwimy!", krzyknęła. Następnego dnia w "Echu" ukazał się kąśliwy artykuł, w którym Bon Ton nazwano Bon Kant. Opisano, jak to nie znającemu się na rzeczy mężczyźnie "wtryniono towar zleżały, stary, nadający się tylko do wyrzucenia". A Kadłubowski zażądał za wymianę sweterka 25 procent poprzedniej kwoty. 

  Właściciel Bon Tonu, gdy to przeczytał, ogarnięty furią pobiegł do redakcji. Przecież o wierutne bzdury, krzyczał. Skonsternowany Faranowski wysłuchał kupca, po czym zadzwonił do żony. Okazało się, że redaktorowa owszem biegle rozróżnia falbanki od żabocików, niekoniecznie zaś widzi różnicę pomiędzy 25 procentami lub złotymi. Ot i całe nieporozumienie. Panowie szybko więc zawarli kolejny układ. Następnego więc dnia, na łamach "Echa" ukazały się przeprosiny skierowane do Kadłubowskiego. W ten sposób święte zasady bon tonu zostały uratowan


Andrzej Lechowski 

Nie trać głowy i miej tupet

 

  W styczniu 1924 r. Liza Ajer, zamieszkała przy ul. Giełdowej 6, wyjechała wraz z dziećmi na zimowe ferie.Tydzień później w domu tym pojawili się trzej mężczyźni, którzy otworzyli wytrychem drzwi do mieszkania pani Ajerowej i najspokojniej w świecie zaczęli plądrować szafy, kredensy i biurka. Wydobywali ze środka garderobę i inne cenne przedmioty. Cały ten majdan ładowali do przyniesionych ze sobą worków.

  Wkrótce przed dom przy ul. Giełdowej zajechały sanie zaprzężone w dwa konie. Złodzieje wynieśli swój łup i umieścili na saniach. Sąsiad z przeciwka, który zainteresował się całą operacją, otrzymał odpowiedź, że jest to tylko zwykła przeprowadzka, jeden z włamywaczy zaproponował mu nawet, aby pomógł w wynoszeniu mebli.

  Kiedy rodzina Ajerów wróciła z wakacji, była oczywiście mocno zmartwiona. Policjantom z Ekspozytury Urzędu Śledczego pomimo starań nie udało się odnaleźć tupeciarskich opryszków, ani skradzionych rzeczy.

  Inna przygoda spotkała jesienią 1927 r. Zelmana Jezierskiego, prowadzącego zakład fryzjerski przy Rynku Kościuszki 3. Do jego salonu zaszło dwóch klientów, zażyczyli golenie. Mistrz brzytwy i nożyczek wykonywał zlecenie i jednocześnie bawił swoich gości rozmową. Ci byli bardzo ciekawi, jaka jest cena poszczególnych narzędzi fryzjerskich i innych zawodowych przedmiotów. Interesował ich też dzienny utarg fryzjerni. Po skropieniu się wodą kolońską grzecznie opuścili salon.

  Kiedy następnego dnia pan Jezierski przyszedł do swojego zakładu, zdumiał się niezmiernie. Drzwi były wyrwane z zawiasów, a w środku lokalu wielki bałagan. Przybyła policja. Szybko okazało się, że zniknęły fryzjerskie narzędzia, a nawet wieszaki na ubranie.

  Wiele miesięcy później ujęto w Warszawie dwóch gagatków, którzy bawiąc w Białymstoku, obrabowali kilku fryzjerów, w tym i Zelmana Jezierskiego. Okazało się także, że zapotrzebowanie na narzędzia fryzjerskie złożył Abram Krauze, zawodowy paser fryzjerskich akcesoriów.

  W pierwszej połowie lat 20. klasą samym dla siebie był znany również na bruku białostockim stołeczny złodziej i oszust Dawid Dąb. W 1924 r. sąd udowodnił mu aż 142 przestępstwa popełnione zarówno w Warszawie, jak i na prowincji. Dąb miał w swoim repertuarze wiele rozmaitych sztuczek. Do każdej roboty zakładał inny strój, golił bądź zapuszczał wąsy, przylepiał sztuczną brodę, zmieniał okulary i laski. Właśnie dlatego policja warszawska, białostocka i inne z całego kraju nie mogły połączyć go z różnymi kradzieżami.

  Dąb upodobał sobie zwłaszcza robotę w sklepach jubilerskich. Zachodził tam zwykle jako bogaty, wymagający ziemianin z Kresów. Inną sztuczką stosowaną przez pomysłowego oszusta, było wyłudzanie towarów za pomocą sfałszowanych rachunków.

  Sposób był niesłychanie prosty. Najpierw płacił niewielki zadatek, później zmieniał sumę na otrzymanym pokwitowaniu. Po dodaniu niewielkiej kwoty, wychodził ze sklepu z różnymi atrakcyjnymi towarami. Również zabawiał się w ten sposób, że odbierał z lady sklepowej przedmioty zamówione i zapłacone przez innych klientów. Proceder ten wymagał zimnej krwi i dużej pewności siebie.

  Dąb jednak lubił ryzyko. Naciął się dopiero w sklepie futrzarskim. Zamówił kilkanaście najpiękniejszych skórek i polecił je odnieść pod wskazany adres. Tam miał uregulować rachunek. Na schodach wskazanego domu spotkał woźnego sklepowego z pakunkiem., Sprytnie zamienił paczkę na inną i odmówił zakupu. Woźny odniósł pakunek do sklepu, a tam się okazało, że drogie futerka zostały zastąpione jakąś lichotą. Zdesperowany woźny rozpoznał Dęba kilka miesięcy później na ulicy i wskazał policjantowi. Sześć lat więzienia to była cena za owocną działalność króla szopenfeldu.


Włodzimierz Jarmolik

Świąteczne promocje stare jak świat

  Nie wiemy, czy tego właśnie oczekiwano przed samą wigilią 1919 roku, ale elektryzująca wydaje się informacja, że "wczoraj przybyły do miasta dwa wagony tapet". Dobrze, że niemal tydzień przed świętami. Wytapetować mieszkanie na przyjecie gości to też coś. Przed tamtymi, jak i wszystkimi następnymi świętami zwiększała się reklama sklepów "wódczanych" oferujących "sprzedaż trunków monopolowych". 

   Przed samą wigilią tegoż roku poczesne miejsce wśród reklam zajął anons dentysty Cichońskiego z Pałacowej 2, który po przystępnych cenach oferował "sztuczne zęby". To nieodzowne przy świątecznych biesiadach narzędzie (?) mogło być znakomitym prezentem służącym i przez cały rok.

  Ofertą, niezbyt uczciwą, na święta 1920 roku była "herbata Wysockiego" sprzedawana w jednej z białostockich kooperatyw. W biedzie, która opanowała Białystok, herbata stanowiła nie lada rarytas. Nabywcy wkrótce zorientowali się co znaczy świąteczna promocja. Paczuszka reklamowanej herbaty ważyła jedna czwarta funta. Ale "opakowanie to jest zbyt oryginalne z papieru ołowianego, który sam waży 4 łuty. W ten sposób zamiast 1/4 funta, paczka zawiera tylko 2 łuty herbaty".

  W 1922 roku zauważyć należy ofertę świąteczną znanej białostockiej księgarni Św. Kazimierza prowadzonej przez Albina Brzostowskiego. Mieściła się ona przy Rynku Kościuszki 7. Brzostowski nowocześnie i marketingowo podszedł do świąt i nowego roku. Polecał więc "kalendarze na rok 1923 - mariańskie, częstochowskie, humorystyczne, ścienne, biurowe i lane". Co te ostatnie znaczyły, zaiste nie wiem. Oferował też "Sienkiewicza - Ogniem i mieczem. Na Gwiazdkę książki dla dzieci i młodzieży". 

  Prezentem na święta 1923 roku mogła być kolacja w Ritzu. Oto bowiem ta pierwszorzędna restauracja wkroczyła na drogę nowoczesnej promocji ogłaszając, że "otwarta zostaje na drugi dzień świąt! Od godz. 6-tej wieczorem. Występy kabaretowe. Koncert powiększonej orkiestry - Nowy program świąteczny". 

  Ta kulturalna oferta zainspirowała dyrektora Teatru Miejskiego, Bronisława Skąpskiego, który na święta 1924 roku przygotował specjalny program. Już w pierwszy dzień świąt można było wybrać się do teatru Palace na trzyaktową komedię "Potasz i Perlmuter" Hoppera. W drugi dzień świąt teatr proponował "przedstawienie popularne dla młodzieży Radcy pana Radcy, Michała Bałuckiego", a wieczorem dla starszych widzów komedię Bissona pod ekscytującym tytułem "Kontrola wagonów sypialnych". No i w ten sposób świąteczna komercja kulturalna zawładnęła na dobre Białymstokiem.

   W 1925 roku bodaj najlepszą ofertę przygotowało kino Apollo z Sienkiewicza 22. Zapowiadało swoje seanse "jako najpiękniejszy upominek na gwiazdkę". Dyrektor kina Wajnsztadt dodawał, że " ofiarowujemy film powyższy naszym bywalcom". A w tym upominkowym filmie było wszystko i "mżysty dowcip, wrzący humor, groteskowy komizm, chłoszczące tempo". Uf. To dopiero prezent.

  W 1926 roku do natarcia na oszołomionego klienta ruszyli wszyscy. Jaku Lifszyc, właściciel "Zakładu win i wódek" z Rynku Kościuszki 11 ogłaszał - "uwaga ceny na wina i likierów znacznie zaniżone". Przedstawiciele znanej lwowskiej wytwórni spirytualiów Baczewskiego polecali na świąteczny stół alasz i żytnią kminkową. Sklep spożywczy (!) Anca z Warszawskiej 36 wystartował z "nową zaprawą do podłóg". Wszak świąteczne porządki rzecz święta.

   Odrobiną praktycyzmu wykazały się w tym świątecznym szale komercji białostockie apteki.      Zmęczonym, zagonionym, zdezorientowanym, spłukanym po zakupie lanego kalendarza białostoczanom, przypominały, że "najuporczywszy ból głowy usuwają oryginalne proszki z Kogutkiem".


Andrzej Lechowski 

Translate