Postaw mi kawę na buycoffee.to

Serce Chanajek

    Położenie ulicy Krakowskiej  w centrum Chanajek angażowało ją nieustannie w szemrane życie całej dzielnicy. Ponieważ łączyła ul. Sosnową z ul. Św. Rocha, tędy trwała pielgrzymka ludzi i pojazdów z Dworca Głównego na Rynek Sienny, i z powrotem. Z Krakowską łączyły się takie kryminogenne uliczki, jak Siedlecka, Wołkowycka, Cicha, Orlańska, Stołeczna czy Brukowa. 

   Tamtejsza ferajna była szczególnie ruchliwa i hałaśliwa. A i sami lokatorzy dwudziestu kilku domów przy Krakowskiej także przysparzali nielichych kłopotów posterunkowym z IV komisariatu i  agentom służby śledczej.  Wytrawni włamywacze, sprytni doliniarze, permanentnie podpici awanturnicy. Nie brakowało oczywiście i natrętnych koryntianek, czyli prostytutek poszukujących i przy okazji okradających klientów. Trafiali się co prawda na Krakowskiej prawie uczciwi obywatele miasta no i padali ofiarami swoich niecnych sąsiadów.

   Na przykład taki  Efraim Orlański. Efraim Orlański był właścicielem murowanego domu pod nr 8. Można rzec kamienicznik całą gębą. Odnajmował mieszkania i ściągał z lokatorów solidny czynsz. Kiedy ktoś zalegał z opłatą, sięgał po bardzo brzydkie metody.

  Kiedy jesienią 1936 r. niejaka Jadwiga Gajewska nie chciała opuścić zadłużonego lokal, zgodnie z postanowieniem Sądu Grodzkiego, gospodarz polecił zdjąć dachówki nad jej pokoikiem, aby siąpiący deszcz zrobił eksmisję. 

     Ferajna z Krakowskiej dobrze wiedziała, kto to jest Efraim Orlański, a także jego główny sublokator Tewel Spektor. Robili oni różne lewe interesy, musieli więc liczyć  się także ze stratami. Kiedy podpadli łobuzom z ulicy, ich spekulancka łapczywość została ukarana. 

   Spektora chanajkowscy złodzieje obrobili dokładnie w lutym 1928 r. Późnym wieczorem jego drzwi od mieszkania zostały zgrabnie otwarte, zaś z szuflad i innych schowków zniknęło 3 tysiące  złotych, ponad 200 dolarów i do tego kolekcja monet staropolskich. Pan Tewel był bowiem zagorzałym numizmatykiem. 

   Z kolei na Efraima Orlańskiego spece z Krakowskiej uwzięli się jeszcze bardziej. Obok wynajmowania mieszkań w swojej czynszówce posiadał on jeszcze rozmaite handle. No i w nich za sprawą swoich mściwych sąsiadów ponosił co i rusz mniejsze lub większe straty. W 1934 r. zainwestował część swoich zysków w biżuterię. Wiadomo, czasy kryzysu, pieniądz tracił na wartości. 

   Kiedy wracał ze sklepu jubilerskiego Mełacha Zyskowicza, mieszczącego się na ul. Sienkiewicza pod 3, na rogu Krakowskiej, w sztucznym zamieszaniu, biegły kieszonkowiec wyciągnął mu z palta zakupiony pakuneczek ze złotymi precjozami. Straty były spore – 4 tysiące złotych. 

   Kiedy Efraim Orlański zainteresował się handlem rybami, także nie obyło się bez kłopotów. Zimą 1936 r. ograbiono go z dwóch skrzyń zawierających wędzone szprotki.

   W następnym roku z wozu stojącego na ul. Miodowej bezczelny potokarz świsnął mu 5 kartonów ze śledziami. Wszystkie te złodziejskie akcje musiały kosztować kamienicznika i handlarza z ul. Krakowskiej kawałek zdrowia.     

   Nie wiadomo czy przypadkiem sprawcami biedy mieszkańców z Krakowskiej 8, nie byli sąsiedzi z przeciwka, czyli spod numeru 11. Mieszkała tam liczna rodzina Azjów. Choć główny lokator Mendel Azja prowadził w latach 30. małą restauracyjkę, jego synalkowie zajmowali się mniej uczciwym procederem.

   Było ich kilku, a szczególnie wyróżniał się Abram. Zdolny młodzieniaszek kradł portfele i portmonetki w kinach i restauracjach. Był też wspólnikiem do skoków mieszkaniowych. Na robotę brał go taki tuz wśród chanajkowski klawiszników, jak Icek Goldsztajn, mieszkający po sąsiedzku pod numerem 9. Jeśli Efraim Orlański podpadł z jakiegoś powodu Abramowi Azji, to mógł spodziewać się ciągłych kłopotów.

  

Włodzimierz Jarmolik

Królowie Chanajek

   Ulice Bema. Młynowa, Krakowska, Odeska, Cygańska, Ołowiana, Jasna, Czarna, Angielska, Żółta, Kijowska, Mławska, Sosnowa, Cicha, Orlańska. Ulice gdzie architektura drewnianych ruder chylących się ku ziemi, kontrastuje z wielkopłytowymi kolosami. Kiedyś biedota zamieszkujących tu ludzi i enklawa prostytucji, złodziejstwa mieszająca się z biznesowymi interesami tych wysoko postawionych. Chanajki - najuboższa dzielnica międzywojennego Białegostoku. Tam, gdzie przebiegała granica między biednymi Chanajkami, a bogatym śródmieściem, przebiegała także granica dwóch różnych światów. 

    Dawne Chanajki miały 3 oblicza – funkcjonująca niczym holenderska dzielnica „Czerwonych latarni”, przepełniona burdelami i prostytutkami. Drugie jej oblicze było bandyckie – które porównać można było do zakapiorskiego Londynu z połowy XX wieku. Ostatnie zaś to oblicze funkcjonujące za dnia – gdzie prowadzony był normalny handel, usługi oraz produkcja.

   75% mieszkańców Białegostoku stanowili Żydzi, tak i Chanajki zamieszkiwała głównie żydowska biedota. Bezrobotni, robotnicy, drobni rzemieślnicy, uliczni handlarze, biedni artyści i oczywiście ci, którym nie szło w życiu. Ulice straszyły swym wyglądem. Smród rynsztoka, ciasne, brudne uliczki, a przy nich odrapane, sypiące się, nieraz popadające w ruinę kamienice. Sporą część mieszkańców stanowili dobrzy ludzie, których bieda zmusiła do życia w Chanajkach. 

    A świat przestępczy utrudniał te życie jeszcze bardziej. Złodzieje, fałszerze pieniędzy, oszuści, młodociani kieszonkowcy, włamywacze, hazardziści, prostytutki i zwykli naciągacze... A tym wszystkim rządził król Chanajek: Jankiel "Janeczkie" Rozengarten. To on był tam prawdziwą władzą. Pod tym przezwiskiem znała go policja i opinia publiczna miasta. Przez kilkanaście lat sprawował on twarde rządy w zaułkach Chanajek. 

     Bez jego udziału, a co najmniej wiedzy nie mogła odbyć się w Białymstoku żadna większa kradzież, szantaż czy afera.

   Chanajki były kawałkiem westernowego "dzikiego zachodu" w sercu Białegostoku. Sprawiedliwości dochodzono za pomocą noży i pistoletów. Bez przerwy zdarzały się napady na banki, poczty, sklepy, rabunki na ulicy, a w karczmach pijackie kłótnie zamieniały się w zabójstwa. 

    Większość białostockich burdeli znajdowała się właśnie tam. A zdarzało się, że stały nawet obok siebie. Najpopularniejszy z takich przybytków znajdował się na rogu Lipowej i Krakowskiej. Na Chanajkach funkcjonowało wielu sutenerów – Szmul Chazan i jego synowie Chaim i Chone. Dzisiejsza ulica Kalinowskiego, a dawniej Sosnowa była natomiast miejscem, gdzie można było napotkać nie jedną prostytutkę, które zachęcały do swoich usług.

     Tak jak w innych zawodach w tamten czas, tak samo i w Chanajkach uczono przestępczego fachu młodszego pokolenia i przekazywano wiedzę dalej. Złodziej uczył złodziejskiego zawodu syna, prostytutka uczyła swoją córkę. Jak każde rozległe i w swój sposób zorganizowane środowisko przestępcze, chanajkowscy też mieli swoich prowodyrów, swoich niekoronowanych, lecz uznawanych i szanowanych królów.  

    Na chanajskich ulicach oraz w knajpach nie brakowało też bójek. Na kartach czarnej historii miasta zapisali się tacy przestępcy jak Chaim Sarowski oraz Jankiel Kapicki. Obaj szantażowali, a także zastraszali biznesmenów. Istnieli również fałszerze, którzy podrabiali dolary.

     Nie brakowało także złodziei, którzy specjalizowali się w różnych formach tego czynu. Nie raz okradli mieszkańców wspomniani już synowie Szmula Chazana. Oprócz nich postrach siali bracia Kukawka, którzy specjalizowali się w kradzieżach sklepowych i włamaniach. Był też niejaki Antoni Ejsmont. Złodziej handlował między innymi pościelą czy ubraniami. Przechodnie zaś mogli natrafić na znanego awanturnika Mordko Lisa – który wymuszał od nich pieniądze na wódkę.

    Prostytutki, złodzieje, bandyci oraz całe knajackie towarzystwo funkcjonowało w nocy. Za dnia białostocka dzielnica była miejscem, gdzie toczył się biznes i produkcja. Chanajki na swoim terenie miały siedzibę gminy żydowskiej, sklepy z pościelą, obuwiem i suknem, ale też z meblami kuchennymi, wapnem, watą czy cementem. Na Chanajkach funkcjonowała także fabryka czekolady, którą założył Chaim Sofer. Wyroby były tak pyszne, że firma była znana na całe miasto, zaś samego Sofera porównywano do Wedla. W fabryce Sofera było tanio, więc na słodycze mogli sobie pozwolić nawet biedni. Podczas drugiej wojny światowej, Chanajki przestały istnieć za sprawą Niemców.

    Dzisiaj w rozwijającym się Białymstoku na miejscu starych domów, rosną okazałe apartamentowce. Czar przedwojennych ulic niemalże znika każdego dnia. Pozostało kilka podwórek, walących się chlewików i zbutwiałych sieni, które pamiętają historię żydowskiej dzielnicy. Kocie łby, błoto, kałuże jeszcze parę lat temu były tutaj naturalnym zjawiskiem. Były bo za sprawą developerów przestają istnieć. Tak jak drewniana architektura miasta. 


tekst : Architektura Piórkiem Pisana

Wspomnienia Jana Mogielnickigo

   Dziadek Jan Mogielnicki mieszkał w Słonimiu. Miasto to, (dziś znajdujące się w obwodzie grodzieńskim na Białorusi) do 1939 roku należało do Polski. Przez stulecia było miejscem, gdzie ścierały się wpływy polskie i rosyjskie, różne kultury i wyznania. 

  Przed wojną był Słonim garnizonem 79 pułku Strzelców Słonimskich, wchodzącego w skład 20 Dywizji Piechoty. Był tu kościół, cerkiew, synagoga, meczet a także gimnazjum państwowe i prywatne oraz dwa seminaria nauczycielskie.

  Jan Mogielnicki miał w Słonimiu świetnie prosperującą i pokaźnych rozmiarów masarnię z siecią własnych sklepów – oddziały znajdowały się nawet w Poznaniu i Warszawie. Biznes szedł znakomicie. W 1939 r. zamówił w Niemczech chłodnię, olbrzymią halę, sama komora kosztowała 55 tys. marek – opowiada pan Wojciech.

  – Przyjechali inżynierowie montować urządzenia, akurat skończyli i produkcja miała ruszać pełną parą, gdy wybuchła wojna. Kiedy do Słonimia weszli Rosjanie od razu zastrzelili niemieckich fachowców. 

  Dziadek, uprzedzony przez kogoś życzliwego, zdołał w porę uciec z rodziną, bo w najlepszym razie czekałaby go wywózka na Syberię. Po wojnie do Słonimia już nie wrócił, stracił wszystko, cały swój dorobek. 

  W 1956 r. po odwilży październikowej, kiedy miałem osiem lat, ojciec mnie zabrał i pojechaliśmy w nasze strony rodzinne. Masarnia nadal istniała, dyrektor chętnie oprowadzał po zakładzie. Podchodzili do nas ludzie, którzy pracowali jeszcze w firmie dziadka. Tata był bardzo wzruszony. Przecież gdyby nie wojna, to on by tą firmą kierował. Uczył się w tym kierunku od najmłodszych lat.

  Mój ojciec i jego brat jak tylko podrośli byli szykowani do pracy w masarni. A ponieważ mieli przejąć jej zarządzanie, to zdaniem dziadka, musieli o niej wiedzieć wszystko, poznać cały ciąg technologiczny. 

  Zaczynali więc od najniższych stanowisk, pracując w każde w wakacje. Z tym, że starszy Józek był przysposabiany do produkcji, a Stanisław – mój ojciec – bardziej interesował się mechaniką i wiadomo było, że będzie od spraw technicznych. Tata z dumą opowiadał, że jako nastolatek miał książeczkę czekową z zarobionymi przez siebie pieniędzmi, które mógł przeznaczać na dowolne wydatki. Ale ponieważ sam zarabiał, to szanował je i nie wydawał na byle co. A córka dziadka, Irena, z kolei była kształcona w kierunku ekonomicznym, pomagała przy papierach. Raz w tygodniu przychodził buchalter i sprawdzał dokumenty pod względem merytorycznym. Ciocia potem całe życie była księgową – dodaje pan Wojciech.

  Firma doskonale się rozwijała. Pracownicy czuli się w niej jak w rodzinie, bo i sporo krewnych tu pracowało, bliższych i dalszych. Babcia, z domu Boczkowska, z herbem szlacheckim, ale jak prawdziwa pani polska bardzo dbała o swoich ludzi. Codziennie z kuchennymi szykowała obiad dla wszystkich, do wspólnego stołu siadało ze 30 osób. Każdy na produkcji oczywiście mógł skubnąć kiełbasy czy innych wyrobów, ale po tygodniu, dwóch miał już przesyt, co innego prawdziwy smaczny obiad.

– Przesympatyczne były te wspomnienia, słuchałam ich z rozrzewnieniem – wtrąca pani Krystyna. – Teść był człowiekiem do wszystkiego. Jak trzeba było coś zrobić, to on pierwszy, jak się bawić, to tata bardzo elegancki, brylował w towarzystwie, pięknie tańczył, znał świetnie niemiecki. Kiedyś mu powiedziałam: tato, ty jesteś ginącym gatunkiem. Kiedy przeszedł na emeryturę, przez wiele lat zatrudniał się w fastowskim ośrodku wczasowym w Karwicy, w wypożyczalni sprzętu.


Alicja Zielińska 

Translate