Postaw mi kawę na buycoffee.to

Upili się po kradzieży

 

   Historia, którą chcemy tutaj opowiedzieć, rozegrała się pewnego wrześniowego dnia 1935 roku. Jej miejscem było Biuro Podróży Orbis przy ul. Sienkiewicza 28. Około południa weszło do niego trzech młodzieńców w wieku 20 - 25 lat. Jeden z nich ulokował się przy drzwiach przejściowych jako obstawa. Dwaj pozostali zaś przeskoczyli drewnianą barierę, pistoletem sterroryzowali siedzącą za nią samotną kasjerkę Janinę Ostrowską. Biedna ofiara napadu została wnet związana i zakneblowana.

  Po tych koniecznych dla siebie czynnościach bandyci zajęli się właściwą robotą, czyli kasą. Zabrali z niej paczkę banknotów oraz woreczek z bilonem - razem około 2 tysięcy zł polskich. Następnie sprawcy spokojnie i sprawnie opuścili lokal Orbisu. Cała akcja trwała niecałe pięć minut.

  Po ucieczce bandytów kasjerka jakimś cudem zdołała uwolnić się z krępujących ją więzów i włączyć alarm. Do agencji turystycznej przybiegł natychmiast dozorca budynku, a zaraz potem sam kierownik biura - pan Menachem Wajnszel. Ten ostatni widząc co zaszło natychmiast wykręcił numer telefonu do Wydziału Śledczego.

  Niebawem na miejscu przestępstwa pojawiła się ekipa białostockich wywiadowców policyjnych. Po przeprowadzeniu wstępnego śledztwa agenci rozpoczęli rewizje w różnych podejrzanych spelunkach na mieście. Na pierwszy ogień poszły oczywiście meliny w osławionych Chanajkach. Tutaj bowiem kryli się najczęściej złoczyńcy ze swoim łupem. Niestety operacja własna policji nie dała pożądanych rezultatów. 

  Dlatego też policjanci z Wydziału Śledczego puścili w ruch siatkę swoich konfidentów w miejscowym światku przestępczym. Ci wypełnili zadanie szybko i skutecznie. Już po kilku dniach jeden z kapusiów doniósł, że uczestnicy napadu przy ul. Sienkiewcza 28 ukrywają się na zapleczu piwiarni przy ul. Jurowieckiej. Policja niezwłocznie udała się we wskazane miejsce, żeby sprawdzić wiarygodność informacji.

  Dom przy ul. Jurowieckiej został szczelnie otoczony. Również obstawiono sąsiednie posesje. Kiedy kierownik białostockiego WŚ Czesław Hann - który osobiście przybył na podejrzane miejsce - dał znak, kilku funkcjonariuszy wkroczyło nagle do piwiarni.

  Wewnątrz lokalu wywiadowcy zastali tylko właściciela - który na pobliskim komisariacie miał ustaloną, niezbyt pochlebną opinię, a także kilka panienek lekkich obyczajów, raczących się w kącie sali jakimś trunkiem. Na pytanie, czy nie ma innych gości, gospodarz dał zdecydowanie odmowną odpowiedź. Widząc zamknięte drzwi do innego pokoju, policjanci oczywiście zapytali, co tam się mieści. Bilardownia, odrzekł nieco zmieszany właściciel. Poproszony o otwarcie, długo szukał kluczy, przekonując cały czas, że tam jest brudno i ciemno. W końcu otworzył i szybko zniknął.

  Policjanci weszli do środka i co zobaczyli? Wewnątrz, przy suto zastawionym stole siedziało dwóch mężczyzn i raczyło się wódką. Na widok policyjnych mundurów zerwali się oni z miejsc i niemal natychmiast wyciągnęli pistolety. Padły strzały. Wywiadowcy także byli dłużni. Jeden z bandytów został trafiony śmiertelnie w głowę, drugi zaś także zainkasował kilka kulek. Policjanci mogli mówić o prawdziwym szczęściu, żaden z nich nie został nawet lekko ranny.

  W toku przeprowadzonego śledztwa ustalono, że zabitym na miejscu osobnikiem jest Jan Olszyna, brat właściciela piwiarni i znany w okolicach Jurowieckiej rozrabiacz i obibok. Drugim rewolwerowcem, który po przewiezieniu do szpitala św. Rocha także wkrótce zmarł, okazał się Wacław Majerski. Był to szczególnie groźny opryszek, za którym listy gończe krążyły po całej Polsce. Niedawno uciekł z więziennego konwoju i zadekował się w Białymstoku. 

  Przy bandytach znaleziono część pieniędzy zrabowanych w agencji Orbisu przy ul. Sienkiewicza, a także kilka rewolwerów i całą masę nabojów. Gdyby obaj przestępcy nie byli mocno pijani, łatwa na pozór policyjna akcja, mogłaby się zamienić w potężną strzelaninę.


Włodzimierz Jarmolik

Promocje i reklamy w okresie międzywojennym

   Nie wiem, czego właśnie oczekiwano przed samą wigilią 1919 roku, ale elektryzująca wydaje się informacja, że "wczoraj przybyły do miasta dwa wagony tapet". Dobrze, że niemal tydzień przed świętami. Wytapetować mieszkanie na przyjecie gości to też coś. Przed tamtymi, jak i wszystkimi następnymi świętami zwiększała się reklama sklepów "wódczanych" oferujących "sprzedaż trunków monopolowych". 

  Przed samą wigilią tegoż roku poczesne miejsce wśród reklam zajął anons dentysty Cichońskiego z Pałacowej 2, który po przystępnych cenach oferował "sztuczne zęby". To nieodzowne przy świątecznych biesiadach narzędzie (?) mogło być znakomitym prezentem służącym i przez cały rok.

  Ofertą, niezbyt uczciwą, na święta 1920 roku była "herbata Wysockiego" sprzedawana w jednej z białostockich kooperatyw. W biedzie, która opanowała Białystok, herbata stanowiła nie lada rarytas. Nabywcy wkrótce zorientowali się co znaczy świąteczna promocja. Paczuszka reklamowanej herbaty ważyła jedna czwarta funta. Ale "opakowanie to jest zbyt oryginalne z papieru ołowianego, który sam waży 4 łuty. W ten sposób zamiast 1/4 funta, paczka zawiera tylko 2 łuty herbaty".

  W 1922 roku zauważyć należy ofertę świąteczną znanej białostockiej księgarni Św. Kazimierza prowadzonej przez Albina Brzostowskiego. Mieściła się ona przy Rynku Kościuszki 7. Brzostowski nowocześnie i marketingowo podszedł do świąt i nowego roku. Polecał więc "kalendarze na rok 1923 - mariańskie, częstochowskie, humorystyczne, ścienne, biurowe i lane". Co te ostatnie znaczyły, zaiste nie wiem. Oferował też "Sienkiewicza - Ogniem i mieczem. Na Gwiazdkę książki dla dzieci i młodzieży". 

  Prezentem na święta 1923 roku mogła być kolacja w Ritzu. Oto bowiem ta pierwszorzędna restauracja wkroczyła na drogę nowoczesnej promocji ogłaszając, że "otwarta zostaje na drugi dzień świąt! Od godz. 6-tej wieczorem. Występy kabaretowe. Koncert powiększonej orkiestry - Nowy program świąteczny". Ta kulturalna oferta zainspirowała dyrektora Teatru Miejskiego, Bronisława Skąpskiego, który na święta 1924 roku przygotował specjalny program. 

  Już w pierwszy dzień świąt można było wybrać się do teatru Palace na trzyaktową komedię "Potasz i Perlmuter" Hoppera. W drugi dzień świąt teatr proponował "przedstawienie popularne dla młodzieży Radcy pana Radcy, Michała Bałuckiego", a wieczorem dla starszych widzów komedię Bissona pod ekscytującym tytułem "Kontrola wagonów sypialnych". No i w ten sposób świąteczna komercja kulturalna zawładnęła na dobre Białymstokiem.

   W 1925 roku bodaj najlepszą ofertę przygotowało kino Apollo z Sienkiewicza 22. Zapowiadało swoje seanse "jako najpiękniejszy upominek na gwiazdkę". Dyrektor kina Wajnsztadt dodawał, że " ofiarowujemy film powyższy naszym bywalcom". A w tym upominkowym filmie było wszystko i "mżysty dowcip, wrzący humor, groteskowy komizm, chłoszczące tempo". Uf. To dopiero prezent.

  W 1926 roku do natarcia na oszołomionego klienta ruszyli wszyscy. Jaku Lifszyc, właściciel "Zakładu win i wódek" z Rynku Kościuszki 11 ogłaszał - "uwaga ceny na wina i likierów znacznie zaniżone". Przedstawiciele znanej lwowskiej wytwórni spirytualiów Baczewskiego polecali na świąteczny stół alasz i żytnią kminkową. Sklep spożywczy (!) Anca z Warszawskiej 36 wystartował z "nową zaprawą do podłóg". Wszak świąteczne porządki rzecz święta.

  Odrobiną praktycyzmu wykazały się w tym świątecznym szale komercji białostockie apteki. Zmęczonym, zagonionym, zdezorientowanym, spłukanym po zakupie lanego kalendarza białostoczanom, przypominały, że "najuporczywszy ból głowy usuwają oryginalne proszki z Kogutkiem".


Andrzej Lechowski 

Ulica Młynowa 28

  Na ulicy Młynowej stał sobie jeden taki dom . Gnieździli się tam szczególnie dokuczliwi lokatorzy – złodzieje, paserzy, kanciarze, różnej maści awanturnicy. Regularni bywalcy aresztu miejskiego przy ul. Artyleryjskiej i więzienia przy Szosie Baranowickiej.

  Na początku lat 20. wyróżniał się budynek oznaczony numerem 28. Nie była to rzecz jasna zasługa jego jakiejś wykwintnej architektury, ale raczej mało ciekawych dla organów prawa i porządku mieszkańców.

  Swoje zameldowanie pod adresem zgłaszał bardzo wytrwale Chaim Szepes, niekoronowany król złodziei z ulicy Młynowej. Cieszył się on dużym szacunkiem. Nic dziwnego, szlify klawisznika (złodzieja operującego podrobionymi kluczami wytrychami) zdobył jeszcze za czasów cara Mikołaja II. Każdy młodziak z okolicy, startujący w przestępczej robocie chciałby z nim mieć spółkę.

  Nie zawsze to jednak mogło wyjść na zdrowie. Agenci z Ekspozytury Urzędu Śledczego mieli Szypesa stale na oku. Kiedy latem 1922 r. wybierał się ze swoim pomagierem na ul. Polną (dziś Włókiennicza), gdzie już wcześniej przyuważył zamożne mieszkanie, został zatrzymany na ul. Mińskiej. Policjanci znaleźli przy nim narzędzia do otwierania kłódek i zamków, a przy towarzyszącym mu osobniku pusty worek na przewidywane łupy.

  Po wyjściu z krótkotrwałego aresztu Chaim Szapes nie zamierzał wcale zrezygnować ze swoich upodobań. Kiedy latem 1923 r. dostrzegł na Rynku Kościuszki pod 7 nowo otwarty skład manufaktury, postanowił go zamknąć. Dobrał do spółki Kalmana Ziberblata i Jakuba Machaja, no i razem pozbawili handlowca Juchniewicza całego towaru na 500 mln marek. Hinty (psy), jak nazywano policję kryminalną, nie próżnowały. Złodzieje wpadli z częścią łupu. Szepes na rok przeprowadził się z Młynowej 28 do mało przytulnej cel w „szarym domu”. Kiedy wyszedł zza kratek, postanowił zmienić  klimat.

   Miał znajomków w Grodnie, którzy zaproponowali mu robotę u siebie. Było to mieszkanie zamożnego fabrykanta, a w nim komoda wypełniona biżuterią i innymi wartościowymi drobiazgami. Niestety na cudzych śmieciach skok wypadł fatalnie. Kosztował on Szepesa półtora roku wolności.

  Rok 1927 przywitał Chaim w swoim mieszkaniu przy Młynowej 28. Nie zamierzał jednak zbyt długo świętować. Już 28 stycznia kancelaria Urzędu Śledczego przy Warszawskiej 6 przyjęła zawiadomienie od Geni Goldfarb z Polnej 20 a. Roztrzęsiona kobieta zgłaszała, że w nocy do jej mieszkania przez dziurę w drzwiach dostało się dwóch osobników. Choć spłoszeni, zdążyli zabrać z przedpokoju dwa futra wartości 5.500 zł.

  Ponieważ ul. Polna była ulubionym miejscem spacerów znanego złodzieja z Młynowej, policjanci ruszyli tym tropem. Zanim jednak dostali Szepesa ten zdążył odstawić jeszcze jeden numer. Tym razem w biały dzień otworzył wytrychem drzwi do mieszkania doktora Emila Lwa z ul. Jurowieckiej i pozbawił go złotego zegarka, Złotego Krzyża Zasługi i innych odznak wojskowych.

  Wkrótce Chaim Szepes na dobre zniknął z kronik kryminalnych białostockich gazet. Jednak dom na Młynowej pod 28 wcale nie stracił na atrakcji dla posterunkowych z IV Komisariatu i agentów śledczych. Teraz ich pupilem stał się Zewel Szuster, duży macher od kradzionego węgla i nafty.


Włodzimierz Jarmolik 

Translate