Postaw mi kawę na buycoffee.to

Akrobaci i wynalazcy

    Białostoczanie do rowerowych wyczynów zapałali nieskrywaną miłością już w 1919 roku. Na sobotnie popołudnie 28 czerwca tegoż roku zapowiedziano niezwykłe widowisko. Oto w opuszczonych przez wojsko koszarach artyleryjskich przy ulicy Lipowej 52 "znany akrobata Józef Oszczędo wykona skok śmiertelny na rowerze". Z tą śmiertelnością skoku to jedynie obowiązująca wówczas stylistyka polszczyzny, bo trudno przypuszczać, że miała to być dosłowność.

  Nie mniej Oszczędo ryzyko podejmował wielkie. Zapewniał, że wykona skok na rowerze " z wieży czteropiętrowej". Niestety nie wiemy, czy skok poprzedzał dojazd dla nabrania odpowiedniej prędkości, czy też akrobata, ot tak normalnie, poddając się grawitacji spadł z 4 piętra razem z rowerem. Nie wiemy też jakie przygotowano mu lądowisko. No i nie wiemy rzeczy najważniejszej - jak się to wszystko skończyło.

   Inna sensacyjna, rowerowa historia wydarzyła się w 1928 roku. A było tak. Była niedziela 17 czerwca 1928 roku. Na ulicy Mickiewicza już od rana panował duży ruch. Kto żyw zmierzał w kierunku fabryki Nowika. Tam, na stawie (dziś stoi przy nim galeria Biała) miał odbyć się, zapowiadany już od kilku dni, pokaz wynalazków skonstruowanych przez niejakiego Świderskiego.

  Wynalazca ów zbudował "aparat umożliwiający chodzenie po wodzie - przyrząd, za pomocą którego na zwykłym rowerze można przejechać przez rzekę, oraz łódź składaną ważącą zaledwie 3 kg i mogącą umieścić 2 osoby". Wokół stawu zgromadził się tłum ciekawskich. Doliczono się ponad 2 tysięce widzów. Gdy wszystko było już gotowe, to wówczas zjawił się sam Świderski i zaczął "swoją gumową łódką" opływać staw wzdłuż brzegów, tak aby wszyscy mogli zobaczyć jego dzieło.

  Gdy zadowolony z siebie wynalazca pruł wody stawu, to stojący w tłumie miejscowy sportsmen Feliks Wazarewicz postanowił wypróbować rower jeżdżący po wodzie. Ku zdumieniu publiczności i samego Świderskiego wyjechał rowerem na środek stawu. I wtedy się zaczęło. "Wobec nieumiejętnego obchodzenia się z rowerem Wazarewicz wpadł do stawu i zaczął tonąć". Rzucono mu "pas ratowniczy", ale nieszczęśnik nie miał sił go złapać. I niechybnie utopiłby się, gdyby nie posterunkowy Kuźmicki, który wskoczył do wody i doholował go do brzegu.

  Gdy zamieszanie wokół niedoszłego topielca ustało, to wówczas mógł Świderski kontynuować swój pokaz "między innemi chodzenie po wodzie (...) i rower, na którym tak niefortunnie debiutował Wazarewicz". Niestety nie mógł Świderski zaprezentować publiczności wszystkich walorów swojego cudownego roweru, bo został on w trakcie akcji ratunkowej uszkodzony. Zdenerwowany konstruktor nie namyślając się wiele złożył natychmiast doniesienie na policję, aby ta ukarała Wazarewicza.

    Białostoczanie uwielbiali śmiałków, którzy podejmując wielkie ryzyko zapewniali widzom emocje i długo pielęgnowane wspomnienia. Tak było w maju 1931 roku, kiedy to do Białegostoku przyjechał Stanisław Nazarkiewicz znany w całej Polsce jako Człowiek- Mucha. 

  Określano go też mianem człowieka bez nerwów. Nazarkiewicz zapowiedział, że areną jego popisów będzie gmach gimnazjum żeńskiego im. ks. Anny Jabłonowskiej przy ulicy Mickiewicza. Zapowiedziano, że pokazy Człowieka Muchy odbędą się o godzinie 15, 25 maja 1931 roku. Organizatorzy zadbali nawet o miejsca siedzące, które kosztowały złotówkę. Nie wzięli tylko pod uwagę, że termin akrobatycznych popisów koliduje z uroczystością poświęcenia kamienia węgielnego pod pomnik żołnierzy 42 pułku piechoty w Zwierzyńcu. 

  W ostatniej chwili trzeba było wyznaczyć nowy termin na 27 maja. Tym razem występ zaplanowano na godzinę 20, co okazało się wyśmienitym posunięciem. Spowity wieczornym mrokiem gmach podświetlały specjalne reflektory. Człowiek Mucha pojawił się przed publicznością punktualnie. Skłonił się szarmancko i bez żadnej asekuracji zaczął wspinać się po elewacji gmachu. Publiczność zadzierając coraz mocniej głowy, w grobowej ciszy śledziła każdy jego ruch. Gdy akrobata stanął na wieńczącym elewację gzymsie, rozległy się gromkie brawa. Ale Nazarkiewicz ani myślał kończyć swój występ.

  Zachwyconej publiczności zademonstrował, balansując na krawędzi dachu, "różne akrobatyczne ewolucje". Wrażenia były wspaniałe. Zaczęto więc Nazarkiewicza namawiać na kolejny występ. Człowiek Mucha przyjął zaproszenie. 

   Kolejny jego występ odbył się w niedzielę 7 czerwca 1931 roku. Zapowiadano, że i tym razem wspinać się będzie na gmach gimnazjum, jednak akrobata postanowił zmierzyć się z hotelem Ritz. I ponownie wśród tłumów publiczności Nazarkiewicz wspinał się po elewacji hotelu, zgrabnie przeskakując po gzymsach i parapetach, dostał się na szczyt budynku gdzie wykonał zestaw akrobacji.

  Trochę inne emocje, ale za to naprawdę wysokich lotów czekały białostoczan w 1933 roku. 16 maja na Krywlanach odbyły się "propagandowe pokazy aparatów lotniczych dla publiczności i szkół". Zainteresowanie było tak duże, że organizatorzy uruchomili specjalną linię autobusową pomiędzy Rynkiem Kościuszki a Krywlanami. Pokazy zaczęły się od zwykłych "lotów powietrznych".Kulminacją programu była "walka samolotów w powietrzu" w wykonaniu eskadry wojskowej. Na zakończenie lotnicy popisywali się zapierającymi dech w piersiach ewolucjami.

  Białostoczanie byli obyci z lotnictwem. Od kilku lat w mieście dynamicznie działała Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej organizująca zbiórki pieniężne na zakup szybowców i małych samolotów. Wielkim powodzeniem cieszyły się wystawy modeli latających w Ritzu.

  Nic jednak nie mogło zastąpić prawdziwych emocji towarzyszących bezpośrednim kontaktom z asami przestworzy. Takie szczęście mieli mieszkańcy ulicy Piasta i okolic w marcu 1931 roku. Była godzina druga po południu, gdy usłyszano tuż nad domami warkot samolotowego silnika. 

   Wszyscy wybiegli z domów i ujrzeli lecący nisko nad dachami niewielki samolot R XIV Lublin. Maszyna wyraźnie traciła wysokość i po chwili wylądowała na polu rozciągającym się za linią zabudowy ulicy Piasta.   Okazało się, że "lądowanie nastąpiło z powodu wyczerpania benzyny". Wnet zorganizowano jej dostawę i samolot wśród oklasków widzów wzbił się w powietrze. 


Andrzej Lechowski 

Złodzieje i sutenerzy na Plantach

    Białystok koniecznie chciał się stać miastem nowoczesnym, w stylu miast zachodnich Polski. Ale od ambicji do ich realizacji droga jest daleka". Bo w opinii białostoczan Anno Domini 1937 Białystok to nie "Wersal tylko jakieś wronie gniazdo". Twierdzono, że nie ma w nim życia kulturalnego, życie społeczne było "anemiczne", a towarzyskie "wprost niemożliwe".

  Powtarzano sobie więc, że "Białystok na co dzień to przerażające chamstwo, głupota, nudy na pudy". Jedyne co ożywiało senną atmosferkę to wyczyny miejscowej socjety w Ritzu i anegdotki o tym krążące po mieście. Oto pewien dystyngowany klient zamówił w tej renomowanej restauracji kolację. Czekając aż zostanie mu podana, przysłuchiwał się melodiom granym przez zespół Kwarta i Fidlera. 

  Po pewnym czasie kelner przyniósł zamówione danie. Zgłodniały gość zabrał się za sztukę mięsa, ale ta nie poddawała się natarczywemu piłowaniu nożem. Zirytowany konsument zawołał więc kelnera i zadał mu pytanie: Przepraszam pana, co to właściwie jest? Kelner ze skupioną miną, spoglądając w sufit i przekręcając głowę w kierunku orkiestry, odpowiedział po chwili: To prze pana jest kawałek z Wesołej wdówki.

   Ale gdy przyszła wiosna... Tuż za oknami Ritza zaczynały się białostockie, parkowe salony. Rozpisywano się o nich jako o miejscowej "chlubie". Twierdzono nawet, że "sztuka ogrodnicza znalazła tutaj piękne pole do popisu. Niektóre ich fragmenty przykuwały uwagę swą artystyczną kompozycją". W 1937 roku szczególne nadzieje wiązano ze Zwierzyńcem. Planowano, aby stał się on "wielkim nowoczesnym parkiem miejskim". Parkiem, który będzie podkreślał wielkomiejskie ambicje Białegostoku. 

  Tę opinię podtrzymywali sami białostoczanie, którzy z nastaniem wiosny tłumnie zapełniali Planty i Zwierzyniec, pomimo, że był on wówczas "jeszcze prawie dzikim lasem". Towarzystwo spacerowało, rozsiadało się na parkowych ławeczkach i "konsumowało frysze luft". Zjawisko to nasilało się szczególnie w pogodne niedziele. Wówczas cały park "rozbrzmiewał szczebiotem ptasząt i gwarem ludzkich głosów". Ta idylliczna sielanka trwała do wieczora, kiedy to w "głębiach parkowych" zaczynał się podejrzany ruch. 

  To właśnie z nastaniem zmroku następował "zalew parku przez męty społeczne". Wówczas to "cała apaszeria białostocka, wszyscy złodzieje, rzezimieszki i zbóje, alfonsada i suteneria, mistrze majchra i szpadrynki i ich brany - wszystko to wyłazi - z nastaniem wiosny - ze swych ukrytych nor, spelunek i krokodylówek i zalewa sobą park po wszystkich zakątkach". 

  Postulowano, że może by tak w sobotni bądź niedzielny wieczór otoczyć policyjnym kordonem cały Zwierzyniec i wyłapać te rozmaite grube fisze. Twierdzono, że wówczas to Białystok znacznie zbliżyłby się do cywilizowanych miast. Był też Zwierzyniec już od tamtych lat ulubionym miejscem rowerzystów. "Amatorzy jednak tego sportu, wjechawszy do Zwierzyńca rozpoczynali nieraz formalne wyścigi, bez uwagi na przechodzących ludzi". Z tego powodu dochodziło więc tu do wielu przykrych zdarzeń kończących się awanturą i siniakami.

   Magnesem ciągnącym białostoczan do Zwierzyńca była letnia, ale otwierana już wiosną, restauracja Rozkosz. To był powiew Europy, oczywiście tej z podkasaną muzą. Tu przez wiele sezonów występował urocza Katia Masłowa, bożyszcze miejscowych panów. Były czasy, że nad ranem pito szampana z pantofelków artystki. W tej restauracji nie o kulinaria szło. Tu trzeba było być wyłącznie dla rozkoszy ducha i frysze luftu. Przeto nikogo tu nie mogła zdziwić rozmowa pewnego, znanego w mieście mecenasa z kelnerem: Panie Ober! Ten kurczak jest przypalony. Ja tego nie mogę jeść! Proszę zawołać właściciela restauracji! Na co kelner z właściwą temu zawodowi nonszalancją odpowiadał: Nie ma po co, proszę szanownego pana. Właściciel tym bardziej nie będzie go jadł.

  Tak to Białystok, obudzony wiosną, ambitnie parł ku nowoczesności. Pisano, że "przed Zarządem Miejskim stoją jeszcze wielkie zadania". Sprawiedliwie zauważano, że "w ciągu ostatnich lat dokonano w estetyce miasta ogromnej przemiany i konsekwentnie, nieustannie, systematycznie prowadzona jest dalsza akcja".


Andrzej Lechowski 

Tęsknota jeńca i znak zapytania

   Jest to składany list z nadrukiem Kriegsgefangenpost (poczta jeńców wojennych) i stemplem pocztowym Stalag (obóz dla żołnierzy i podoficerów I A. Czyli Stablack, obecnie są to tereny wsi Stabławki i Kamińsk w gminie Górowo Iławieckie, pow. 

   Bartoszyce. Obóz uważano za największy na terenie Prus Wschodnich, bo wraz z filiami mieścił w latach II wojny światowej ponad 250 tys. jeńców z różnych krajów. Przesyłka była zwolniona od opłaty. Adres odbiorcy: Maria Sulborska ul. Poprzeczna (z błędem Popszeczna) 9, m. 3, Białystok, Rusland (Rosja). To ostatnie wskazanie też nie jest precyzyjne, bo bezirk (okręg) Bialystok pozostawał w unii z Prusami Wschodnimi.

   Na ostatniej stronie składanki są dane o nadawcy: Kazimierz (Kazimiesz) Zajkowski, nr obozowy 58716 P.I.A. Wewnątrz znajduje się instrukcja: „Na tej stronie pisze wyłącznie jeniec wojenny! Pisać tylko ołówkiem [by cenzor mógł zetrzeć gumką zakazane wieści], wyraźnie i nad liniami! W przeciwieństwie do listów z obozów koncentracyjnych nie nakazano, by pisać wyłącznie po niemiecku. 

   Do dyspozycji nadawcy pozostawały trzy małe kartki, łącznie 26 linijek. Dodam, że poprawiłem ortografię i interpunkcję, wstawiłem akapity. Zostawiłem jednak niektóre charakterystyczne zwroty. Kazimierz wstawił datę 20 IV 1941 r. Od kampanii wrześniowej 1939 roku minęły 22 miesiące.

„ Kochana Marysiu

List twój otrzymałem, za który ci serdecznie dzinkuję i jestem bardzo zadowolony z twego listu. Kochana Marysiu ja jestem żyw i zdrów, tego i tobie z całego serca życzę. Wszystkiego najlepszego i bardzo mi to cieszy, że ty mnie nie zapominasz, bo ja o tobie nigdy nie zapomnę.

Kochana Marysiu bardzo się proszę nie martwić o mnie, bo mi nie jest źle, tylko bardzo mnie smuci, że nie mogę ciebie zobaczyć, tylko widzę ciebie we śnie. 

Bardzo często mi się śnisz, a jak rano wstaję, to wtenczas przypominam sobie, że [tu kilka wyrazów zostało wymazanych!] widziałem ciebie tylko we śnie. Poza tym do widzenia, do miłego zobaczenia. Kochający twój Kazio. Ukłony dla wszystkich i mojej całej rodziny.

Pa, pa. Kochającej moje Marysi całusów sto dwa.”

  Tyle tylko mógł napisać Kazio do Marysi, jego optymizm o miłym zobaczeniu ukochanej nie spełnił się szybko, bo wojna miała trwać jeszcze cztery lata. Czy jednak w ogóle się spełnił? Zachowała się także kartka (nie list, 7 wierszy tekstu) z 3 stycznia 1943 r. 

   Napisał ją Kazimierz Sulborski (!) do Marii Sulborskiej (nie Szulborskiej jak poprzednio), zamieszkałej w Białymstoku na ul. Fabrycznej 24, m. 1 (nie na Poprzecznej). Chyba zgadza się nr więźnia - 56716 I. A (poprzednio 56716 P. I. A). Na kartce jest nadruk Stalag I A, ale zmienił się stempel pocztowy (czy był to podobóz?). 

   Również charakter pisma świadczy moim zdaniem, że to ta sama osoba napisała list i kartkę. Jednak kartka została zaadresowana do Kochanej Siostry! Kazik zapytywał kochaną Maryś, dlaczego do niego nie pisze („czy ty mnie zapomniała”), bo on pisze dużo listów. Tekst kończy się chłodno: do widzenia (bez całusów) twój Kazik.

   I bądź tu mądry! Pewnie jednak Maria zapomniała o Kaziku, a ten chciał do niej napisać dodatkowo kartkę i zmienił nazwisko nadawcy pozostawiając numer obozowy oraz zniekształcił nieco nazwisko odbiorczyni? Czyli po prostu. oszukał cenzora, a przy ul. Fabrycznej rzeczywiście mogła mieszkać siostra Marii Szulborskiej. Z co stało się z tą miłością?

Adam Czesław Dobroński (adobron@tlen.pl)

Translate