Postaw mi kawę na buycoffee.to

Manipulacja, prowokacja


Tylko w Kronice Białostockiej – prof. Adam Cz. Dobroński prowadzi cykle historyczne pt.

Przeglądając „szuflady” (3)

  Zatytułowane tytułowe kryją się działania obrzydliwe moralnie, późniejsze. Mają jeden w zamyśle sprawców pogrążyć ofiarę, oszkalować ją. Prowokatorzy odkrywają kłamstwa, na szczęście nie zawsze osiągają cel. Wiele Czytelników może być skutecznych rozwiązań niszczenia w dziesięciu sposobach. aby być dostępnymi dla społeczności, atakami kułacy (bogaci chłopi) i wrogami ludu, reakcjoniści (opozycjoniści), a następnie do akcji połączone są usługi, dyspozycyjne media.

   Przepraszam za przydługi wstęp, ale aż boję się tego dokumentu. Nie pisano o nim bezpiecznie z obawy, przez nie szkodzi pamięci bardzo poważanej osoby. Pomysł ujawnienia ogłoszenia był totalnie skundlony. Uczyło się w językach: niemieckim, polskim (w środku) i białoruskim. Wymiary 60 cm dł. i 40 cm wys., druk jest dokładny, są błędy w podpisie. Bekanntmachung! Ogłoszenie! Abwiestka!

   Pewna polska kobieta z miasta Białegostoku, należąca do udostępnionych i dostępnych do kościoła Świętego Rocha w Białymstoku, funkcjonariuszy policji ważnej, która zawierała się do ujęcia grup przestępców złożonych z 4 osób. Owa kobieta polska otrzymała odszkodowanie w wysokości 1000. – RM. Rzuca się w oczy bałamutność tekstu, wszelkie skutki faktów oraz wprowadzająca dużą kwotę okupacyjnych Reichsmarek.

   Proboszczowi Białego Kościoła księdzu ABRAMOWICZOWI wyrażam podziękowanie za jego przestrzeganie i stały wpływ na uczęszczających do kościoła, przez ci ostatniego dopomagali władzom niemieckim w zwalczaniu bandytów i sabotażystów. Białystok, dnia 11 grudnia 1943 r. Komandor [po niemiecku Kommandeur, czyli dowódca] Policji Bezpieczeństwa [Sicherheitpolizei] i SD na okręg [Bezirk] Białostocki. 

    Rozmiar, który został uderzony, kto miał atak. Ks. Adam Abramowicz, budowniczy kościoła Św. Rocha, pozostałościny i lubiany. Okupanci sowieccy postawili go nad wykopanym dołem, przez upozorowanie egzekucji. „Za Niemcą” ks. Adam pozwala na udostępnianie w podziemiach Żydów (wystawiano im metryki katolickie) i innych osób ściganych przez zbrodniarzy nazistowskich. Miało miejsce połączenie z polskim ruchem oporu, a po wojnie został spowiedziony ofiarą UB. Był duchowym Ojcem uciemiężonych rodaków. Dlatego w grudniu (adwent) 1943 r. Specjalnością są ogłoszenia, które podważają wyjątkowego kapłana. 

    Przypisano mu pomoc w zwalczaniu bandytów i sabotażystów, czyli kierownik konspiracji. Wierzę, że manipulacja była na tyle absurdalna, że ​​wzmocniła jeszcze bardziej autorytet ks. Abramowicza. przygoda GO poznaj, gdy pisz w „Kurierze Podlaskim” o zbrodniach UB. 

Niestety, ryzykoatorzy i manipulatorzy zwykli pojawić się w różnych przypadkach.                                                                                                                     

 Adam Cz. Dobroński (adobron@tlen.pl)                        

Dzieci jeździły hulajnogą własnej roboty

  - Okupacja, tuż po wojnie, czasy były trudne, nie mieliśmy zabawek, nam jednak nie brakowało wyobraźni i bawiliśmy się znakomicie - mówi Waldemar Szliserman.

  Pan Waldemar pochodzi z Bojar. Mieszkał w okolicy, gdzie dziś przebiega dwupasmowa ul. Piastowska. Wówczas były tam łąki należące do gospodarzy ze Skorup, a środkiem płynęła kręta wijąca się rzeczka Dolistówka z czystą źródlaną wodą. 

  Na tych łąkach chłopaki grali w piłkę nożną, a zimą, gdy rzeka wylała i woda zmarzła, było wielkie lodowisko. Łyżwy przykręcało się do butów na płastynki, w specjalnie robione otwory w podeszwie. Jak ktoś nie miał łyżew, to sam je strugał z drewna, a płozę robił z grubego drutu i do butów (albo do papuci) mocował je sznurkiem.

  - W tych łyżwach, na tym lodowisku graliśmy w hokeja - wspomina pan Waldemar. - Natomiast na ulicach, gdzie śnieg zalegał do wiosny urządzaliśmy sobie jazdy, czepiając się sani. Furmani oganiali się, kropili batem, bo to niebezpieczne było. Robiliśmy więc długą pętlę z drutu i zaczepialiśmy ją o kłonicę sań, wówczas furman nie mógł już dosięgnąć łyżwiarza. Pewnego razu, kiedy tak jechałem za saniami moja łyżwa zatrzymała się na nawozie końskim. Wylądowałem w śniegu, jednak nie puściłem swojej taśmy, ale przeciąłem trzy palce prawie do kości.

  Z nastaniem wiosny zaczynała się gra w noża. Każdy chłopak z Bojar pragnął mieć prawdziwy scyzoryk z wieloma ostrzami, żaden tam kozik oprawiony w drewienko. Rzucaliśmy tym nożem na różne sposoby: z paluszków, z łokcia, kolana, zębów i z główki. Niektórzy doszli do wielkiej wprawy w celowaniu. Jesienią na łąkach paliliśmy ogniska, piekąc ziemniaki (dziś jest tam duże osiedle).

  Dużo frajdy sprawiało kręcenie banerek (blaszane puszki po konserwach, świetnie do tego nadawały się takie półkilogramowe po amerykańskiej tuszonce). Robiło się w tej puszce gwoździem otwory, do krawędzi przyczepiano drut jako rączkę, a do środka wkładało się rozżarzone węgle, kawałki drewna lub badyle. I takimi pochodniami kręciliśmy wokół siebie aż ogień dobrze się rozpalał. Wieczorem pięknie wyglądały.

  W chowanego oraz w policjantów i w złodziei bawiliśmy się na terenach składu opałowego, który znajdował się na trójkątnym placu ulic Spacerowej, Granicznej i torów kolejowych (dziś tam ulica Towarowa i garaże). Mogliśmy godzinami się tam ukrywać. Kiedy Hitler napadł na Związek Radziecki w czerwcu 1941 r. i Sowieci w popłochu uciekali z miasta, białostoczanie korzystając z zamieszania ruszyli na plac, ze składu zniknęły hałdy drewna i skończyły się tam nasze zabawy.

  Zaczęła się okupacja niemiecka. Mieszkaliśmy przy torach kolejowych, niedaleko Dworca Poleskiego, to umożliwiało nam zaopatrzenie w opał, czyli w węgiel. Zajmowały się tym dzieci 12-, 14-letnie. Węgiel podkradaliśmy z wagonów, narażając życie, w każdej chwili policja kolejowa, nazywana "czarnymi", mogła każdego postrzelić.

  Mimo trudnych czasów, i po wojnie, bawiliśmy się w najlepsze. Nasze ulice: Spacerowa, Graniczna, Okopowa, Grzybowa, Wiktoria, Gliniana i wiele innych nie posiadały nawierzchni brukowanej ani chodników, a tylko utwardzoną nawierzchnię z piasku. Graliśmy więc w piłkę i w dwa ognie wprost na ulicy, samochody wówczas rzadko jeździły. Natomiast na ul. Piasta, która była wybrukowana i po stronie numerów parzystych miała chodnik, jeździliśmy na hulajnogach.

  Były to przeważnie samodziałki wykonane z dwóch desek i łożysk kulkowych zamiast kółek. Deski do zrobienia hulajnogi dało się skombinować z upatrzonej sztachety w płocie, gorzej było z łożyskami. Ale na polach po wojnie stały zniszczone czołgi sowieckie lub niemieckie, które miały w kołach łożyska kulkowe. Wystarczyło dobrze pomajsterkować z odpowiednim kluczem i porządnym młotkiem. Hulajnoga na takich kołach z łożysk bardzo hałasowała, sąsiedzi narzekali.

  Do spokojniejszych należała gra w guziki. Polegała na tym, że odbijało się guzik o płot tak, aby upadł najbliżej guzika kolegi. Mierzyliśmy odległość na szpany, tj. od kciuka do palca wskazującego i guzik przechodził na własność zwycięzcy. Najwyżej ceniono guziki oficerskie z orłem w koronie, mosiężne, błyszczące.

  Zwykłe żołnierskie - cynowe matowe - były mniej wartościowe. Były też w obiegu guziki Poczty Polskiej - mosiężne, z wytłoczoną trąbką pocztową lub kolejarskie z kołem wagonowym i dwoma skrzydełkami na osi koła. Niemieckie guziki z szarego metalu w drobne groszki na powierzchni nie cieszyły się uznaniem.

  Najmniej się liczyły guziki z rosyjskich mundurów, blaszane i puste w środku z wytłoczoną gwiazdą oraz sierpem i młotem. Nazywaliśmy je dęciakami.

  Najwięcej emocji dostarczała gra w pieniążki. Pieniążek należało położyć na utwardzonej ziemi i uderzając spreparowaną kopką przewrócić na drugą stronę, zabierając zdobycz, o ile moneta obróciła się na reszkę. Kopka to była metalowa okrągła blaszka specjalnie wyklepana na szynie kolejowej lub kowadle.

  Urządzaliśmy też teatrzyki. Latem u mojej koleżanki z Piasta, Halinki Waleszczuk, córki znanego na Bojarach ogrodnika, organizowaliśmy przedstawienia dla dzieciaków z okolicy. Na podwórzu na drucie umocowanym między budynkami gospodarczymi a płotem zawieszaliśmy koc, który służył za kurtynę.

  Przebieraliśmy się w ubrania rodziców i odgrywaliśmy różne scenki. Śmiechu przy tym było co niemiara. Pamiętam, że Halinka sprzedawała bilety po 2 grosze. Za zebraną kwotę kupowaliśmy landrynki w sklepiku pani Malinowskiej.

  Kiedy skończyła się wojna i pod koniec lipca 1944 roku wojska sowieckie wkroczyły do Białegostoku wypierając Niemców, miałem 13 lat. Czułem się już prawie dorosły. Przeżyłem przecież tyle strasznych rzeczy: bombardowania, wycie syren, wywózki sąsiadów i kolegów na Sybir, aresztowanie przez Gestapo mego taty i sąsiadów, stanie z mamą godzinami przed więzieniem na Kopernika, aby podać paczkę ojcu. 

  Zabawy w złodziei i policjantów czy chowanego już nas nie zadawalały, chcieliśmy być jak wojsko. Podglądaliśmy ćwiczących na skorupskich łąkach żołnierzy sowieckich, niemieckich czy w końcu polskich. Postanowiliśmy ich naśladować. Ja, z racji na swoje umiejętności, byłem głównym zbrojmistrzem.

  Robiłem z desek lub sztachet z parkanu wymyślne karabiny. Miałem po tacie trochę narzędzi: piłę stolarską, hebel, raszpel do wygładzania drewna i papier ścierny. Guma z ruskiej maski przeciwgazowej, zamknięcie pałąkowe z drutu od butelki od piwa - stanowiły doskonały materiał do zamka spustowego karabinu.

  Okrągłe płaskie pudełko po cukierkach nadawało się do pistoletu maszynowego, nazywanego z ruskiego "pepeszą" - stanowiło ładownicę na kule. Tak wyposażeni rozgrywaliśmy swoje boje na ogrodach sąsiadów i okolicznych uliczkach. 

  Od strzelania i pokrzykiwania dostawaliśmy chrypki. Na polu obsianym żytem z lewej strony Dolistówki, gdzie dziś jest zbudowane osiedle, znajdował się zniszczony niemiecki czołg Tygrys. Uznaliśmy go za swój. Były w nim wystrzelone pociski armatnie i wiele różnych zegarów i urządzeń. Kręciliśmy wieżyczką we wszystkie strony, udając walczących czołgistów. Najbardziej podobała się nam karuzela na lufie.

  Na Towarowej w lipcu 1944 roku wojska sowieckie na środku tej wówczas niepozornej przytorowej uliczki zorganizowały polowy skład zbrojeniowy. Trzymano tam pociski artyleryjskie, skrzynie pełne prochu artyleryjskiego (długie żółte rurki 30-40 cm w białych płóciennych woreczkach), kule karabinowe i do automatów, granaty i zapalniki do min. Arsenału tego pilnował bojec z karabinem. 

  Miał do nadzoru około 70-100 m długości placu. Gdy był na końcu magazynu, my podkradaliśmy z drugiej strony ze skrzyń laski prochu artyleryjskiego, zapalniki do min, a nawet kule do pistoletów. To uzbrojenie przydawało się dla naszej dziecięcej armii. Podpalone długie laski prochu przydeptywało się obcasem i wówczas taki makaron dymiąc, podskakiwał wysoko, kręcąc się w powietrzu.

  Takie zabawy to oczywiście była straszna głupota, bardzo niebezpieczne. Nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, wspominam to teraz z trwogą. Na szczęście nie doszło do żadnej tragedii. Nasi rodzice rzecz jasna o tym nie wiedzieli. Mieli poważniejsze troski na głowie. Musieli przede wszystkim myśleć jak przeżyć i zapewnić rodzinie jedzenie oraz ubrania.


Alicja Zielińska 

Ach, jak ta Ambia grała !

  Studenci i taki zespół? Dziś trudno w to uwierzyć. Ale to fakt. Akademia Medyczna miała zespół muzyczny, który był konkurencją dla Radia Białystok. Rozgłośnia chciała go nawet przekształcić we własną orkiestrę rozrywkową.

  Zespół tworzyli studenci medycyny. Jednym z jego liderów był Jerzy Tomzik, muzyk, pedagog, twórca Białostockiego Studia Piosenki, a w latach 50. student medycyny. Najpierw zespół prowadził Jerzy Kurpios, późniejszy pediatra. Po nim przejął go Witek Koczyński,  Jerzy Tomzik. A grali Mirek Zdanowicz na saksofonie, na gitarze Andrzej Nowiński, zmarły urolog, na drugiej gitarze Tadeusz Jóźwik (pracował potem w Zakładzie Medycyny Sądowej), na kontrabasie Jerzy Głowacz, który przez wiele lat był radiologiem w Zambrowie, a na perkusji Jurek Danilewski. Ach, jak ta Ambia grała!

  Był to pierwszy zespół jazzowy na Białostocczyźnie. Ambia grała na sylwestrach i na balach. Słynne Bale Medyka, kostiumowe, odbywały się w Pałacu Branickich, a organizował je między innymi prof. Jan Stasiewicz, wtedy aktywny student medycyny.

- Ćwiczyliśmy w akademiku, uczelnia przyznała nam specjalnie do tego celu pokój. Kosztem nauki, oj tak - uśmiecha się Jerzy Tomzik - bo gdyby nie zespół, to zostałby lekarzem. Zatracił się w muzyce kompletnie.

  Grali między innymi w Klubie Siedmiu, gdzie działał młodzieżowy kabaret Koliber, w którym śpiewała Łucja Prus. Lucynka, jak ją nazywali, była wówczas uczennicą liceum na Kościelnej. Uczyła się także grać na skrzypcach w szkole muzycznej przy Sienkiewicza, prowadzonej przez siostry Frankiewiczówny. Teraz jest tam Akademia Teatralna. Miła, skromna, ostrzyżona na Polę Negri. Pierwszą piosenką, jaką śpiewała, była "Alabama" Ludmiły Jakubczak. Nawet dostała taki przydomek - "Alabama".

  Jerzy Tomzik przyjechał do Białegostoku w 1955 roku. Z Częstochowy. Miał kontynuować tradycje rodzinne, ojciec był lekarzem dentystą. Ambicją więc rodziców było, by syn skończył medycynę. On jednak został muzykiem. Jak mówi, trochę z przypadku.

- Moja mama była utalentowana muzycznie i bardzo chciała, abym ja grał. W latach 50., kiedy nie było jeszcze szkół muzycznych, rodzice zorganizowali mi lekcje prywatne. Więc ciągnęło mnie i później do muzyki. Pamiętam, u profesora Popowicza, w sali, gdzie odbywały się wykłady z chemii ogólnej, stał fortepian Bechsteina. I ja tam grałem Beethovena, Chopina.

  Był piątym rocznikiem studentów medycyny. Uczelnia działała już pięć lat. Kwitło życie studenckie. Akademik w parku cieszył się dużym powodzeniem, bo znajdowała się tam stołówka. Stołowali się prawie wszyscy, także asystenci i profesorowie.

- Mieliśmy swój radiowęzeł Supeł. To była jedna z najlepszych studenckich rozgłośni radiowych w Polsce. Robiliśmy audycje, puszczaliśmy na akademik muzykę jazzową, a podczas wypadków węgierskich w 1956 roku leciało nawet Radio Wolna Europa. Aż dziw, że nie zwinęli nas ubecy - opowiada Jerzy Tomzik.

  Może dlatego, że nadchodziła odwilż polityczna. Do władzy doszedł Gomułka. Ludzie mieli nadzieję na zmiany. W czasie wydarzeń październikowych przed Pałacem Branickich odbyła się wielka manifestacja. Brali w niej udział także studenci.   Pochód ruszył pod farę, a potem się rozlał na całą Lipową i poszedł aż do kościoła św. Rocha. Krzyczano: "Grodno, Wilno do Polski", "Rokossowski do domu". Studenci zorganizowali kwestę na Węgry, oddawali krew. Wtedy powstał taki dowcip: Po co Charles de Gaulle przyjechał do Polski? Żeby francuskim kluczem odkręcać rosyjską śrubę.

  A jaki był wtedy Białystok? - Dźwignął się z ruin, ale był bardzo okrojony. Kończył się już przy hotelu Turkus, dalej rozciągały się pola - wspomina Jerzy Tomzik. - Nie było jeszcze alei 1 maja. Zapamiętałem charakterystyczny język ze wschodnim zaśpiewem, jakim tu się posługiwali ludzie, to słynne śledzikowanie. Na cukier mówiono "mączka", na padaczkę "przypadek".

  A co z Ambią? Istniała aż do 1963 roku.


Alicja Zielińska

Translate