Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rynek Kościuszki to było jego podwórko


    Rocznik 1928, ulica Wilcza, w pobliżu hotelu Cristal, naprzeciw dawnej Kupieckiej, a dzisiejszej ul.  Malmeda. Moim cudownym podwórkiem był Rynek z ratuszem, bijące serce Białegostoku - wspomina Stanisław Bałdyga.

  O co mi chodzi? O to by, opowiedzieć o Stanisławie Bałdydze, czyli o sobie, ale z przedwojnia. Co wszystkim się interesował i wszędzie chciał wleźć. W domu się nie przelewało, żyłem za to ciekawie. Nie wiem, czym zajmowali się na ten przykład chłopaki z Księżyna, ale wieczorem baliby się przyjść pod ratusz. Oj, baliby się. A tu zawsze było rojno, można było wszystko kupić i dużo stracić, pogadać i dostać w ucho, albo jeszcze gorzej. Można było złapać szczęście jak kota za ogon, byle mieć oczy szeroko otwarte, no i ten dryg chłopaka z centrum.

  Jak się zadumam, to widzę więcej niż w największym telewizorze. Wszystko w kolorze, z zapachami i słyszę nawoływania, rżenie koni, kroki damulek, szurganie rozlazłych buciorów. Pan pytasz, czy zalatywało na Rynku śledziami? Jak kto się nachylił nad beczką z ulikami, to ma się rozumieć, że mu woniało. W mej pamięci pozostały miłe zapachy. I słyszę pędzącego gazeciarza: "Pięcioraczki urodziły się w Kanaaadzie!", "Straszna zbrodnia w Staroooosielcach!". "Wojna ...". Przepraszam, nie pamiętam, gdzie była to wojna. A na koniec urwis wołał: "Na środku podwórza zabito stróża". Fajnie, bo do rymu.

   Co widzę jeszcze? Dryndziarzy czekających na klientów. Wystrojeni jak stróż w Boże Ciało, lub pilszczyk na Wielkanoc. Kto to taki pilszczyk ? Siedzieli obok na fontannie z piłami i koziołkami do układania większych kawałków drzewa. Czekali na zmiłowanie, aż ich ktoś zamówi do przygotowania opału. Ci mogli tylko popatrzeć z uwielbieniem na konie zaprzęgnięte do dorożek, z uzdeczkami, klapkami na oczy, z pobłyskującą uprzężą, fest zadami i ogonami, jakby prosto po wyjściu od fryzjera. Czy taki piszczyk choć raz w życiu przejechał się dorożką? Może do ślubu, ale to też nie takie pewne. Wśród dorożkarzy był jeden nerwowy jakiś. Mógł świsnąć batem po karku, jak usłyszał: - Siergiej, ile weźmiesz za kurs dokoła słupa? 

   Obok, przy autobusach ceny obowiązywały stałe, a jak bagaż był większy, to go wciągali na dach i wiązali sznurami. Tu wszyscy byli równi, pchali się jak po obarzanki w odpust. Co innego dyskretny kurs dryndą. Jak dorożka jechała z zaciągniętą budą, a z nieba nie lało, to znaczyło, że pasażer albo podpił za dużo, albo był w potrzebie uczuciowej.

  Sensacje budzili ułani ze dziesiątego pułku, chwała armii polskiej, choć i piechurzy z Wygody mieli chwacki styl. Jeszcze większą atrakcją były wozy cyrkowe, a największą człowiek mucha, co chodził po ścianach domów. Na hasło cyrk Staniewskich powstawał rwetes powszechny, ożywiali się wszyscy, nieważne czy kto był urzędnik, czy roboczy, znaczy się szara masa. Byle mógł wyskrobać złotówki. Byłem i ja w cyrku "Korona", nad Białką. Udało się na gapę prześlizgnąć, bo kieszenie - można tak powiedzieć - miałem wiecznie dziurawe. Niczego się nie zląkłem, zadziwiły mnie tylko liliputki.

  Łatwiej było się dostać do kina. Po prawdzie, to w pierwszym rzędzie do "Polońci" ("Polonia"), zwanej bokówką i do "Gryfa" w hotelu "Ritz", co go Ruskie przechrzcili na "Czerwoną Zorkę". Tam było taniej i tłoczniej. Jak film był pierwszorzędny, to jeszcze po ciemnicy trzeba się było schować pod krzesła i przeczekać na początek następnego seansu. A na podłodze zalegały siemaszki, pestki od słonecznika, taki przedwojenny popcorn.

  Niedaleko Rynku była moja szkoła, numer 9, ten dom stał przy cerkwi, służył prawosławnym. Porządku pilnował groźny woźny, miał bolesne sposoby, by zapanować nad nami. A w domu wisiała kozia pytka, nóżka z paseczkami. Ojciec uczciwie przestrzegał, że mi się zbiera i jak się nazbierało, to było trochę krzyku, a potem kłopotu z siedzeniem. Kiedyś oberwałem też od przechodnia. Za niewinność ma się rozumieć, bo za grosza kupiłem w kiosku papierosa i ledwie zdążyłem go wsadzić do ust, a ten mnie machnął czapką po głowie. 

  Nie wiedział, że był to lipny papieros, tutka wypełniona proszkiem czekoladowym. Można się było zaciągnąć z wielkim smakiem. Czasem to się i coś zarobiło, albo dostało cukierka. Za zapalenie ognia pod płytą (kuchnia) i w piecu u sąsiadów Żydów, bo wiara im w szabas tego zakazywała. Za odczytanie kobiecinie, która jest godzina na zegarze ratuszowym. Za podniesienie pakunku, celną podpowiedź, kurs z kwiatami pod adres wskazany przez zakochanego jejmościa. Zdarzało się i wygrać co nieco z kolegami w czyżyka, lub w guziki odbijane od ściany. Zaznaczyć musze, że każdy chciał mieć te błyszczące, oficerskie.

  Biegając można było więcej zobaczyć i jeszcze się zabawić. Ganialiśmy po Lipowej z kółkiem i patykiem. Często i na dworzec, by stanąć na kładce nad torami i czekać aż nadjedzie parowóz, a potem zanurzyć się w kłębach pary buchającej z komina. Fantazja! Po drodze mijaliśmy kuchnię dla bezrobotnych: daszek na czterech kołkach, wielki kocioł i zapach zupy. To było na końcu Lipowej, obok aresztu miejskiego i komisariatu policji. Mówię Lipowej, choć ją przemianowali na Marszałka Józefa Piłsudskiego, co nas wtedy mniej interesowało. Gorzej, jak po wojnie Lipowa zmieniła się w Józefa Stalina. Strach było splunąć, by nie posądzili o wrogość ustrojową.



  Najlepszym kolegą od tego biegania był Julek, którego ostatni raz widziałem za Niemców w getcie. Nie wadziły nam odmienne wiary, a języka żydowskiego trochę się poduczyłem. Bardziej dzieliła bieda, ta czaiła się wszędzie, najbardziej na zapleczu Rynku i Suraskiej, na Chanajkach, na strychach i w suterynach. 

   Żebrzący czekali na hojnych panów i pod "Ritzem", kobiety proszące siedziały pod farą i szeptały zdrowaśki. Czy pan wiesz, że żołnierze i oficerowie chodzili po swoich chodnikach, z lewej i prawej strony ulicy? Ci pierwsi oglądali się za kuchareczkami licząc nie tylko na schabowego, a ci drudzy paradowali dumnie. Przed "Polońcią" tęga i wysoka "szefowa" czekała na zamówienia względem płatnej miłości, a na "ćmy białostockie" wychodzące na ulice polowali policjanci.

  Jak biegałem z kółkiem, a obok biegł też chłopak z kółkiem, tyle że z kolorowym, to już wiedziałem - byliśmy różni. Czuło się tę różność w szkole, w magazynie (lepszym sklepie), w urzędzie i nawet w kościele. Może gorzej pachniałem, bo nie było w domu wanny. Nie jadłem frykasów, za to dobrze pamiętam okazyjne ciastka i bułeczki, lemoniadę, lody. Na szczęście Rynek był jeden dla wszystkich, można było tu używać wolności i przyjemności. Można było i pokazać klasę. Przepraszam, czy ktoś z żyjących białostoczan był na balkonie na wieży ratuszowej? A ja byłem, bo mnie znajomy ojca wprowadził.

  Rynek Kościuszki. Dobry na każdą okazję i każdą kieszeń. A dla wszystkich miał coś ciekawego. Dla wszystkich było to samo powietrze i to samo słońce. Białostockie!


Adam Czesław Dobroński   -  2013 r.

Głos z Ultry


   Same początki związane z ruchem kibicowskim na Jagiellonii sięgają połowy lat siedemdziesiątych, a konkretnie lat 1973 – 1975 kiedy to kibice Jagiellonii udawali się na mecze wyjazdowe do Warszawy na Polonię, do Płocka na Wisłę i Suwałk na Wigry. Co warte podkreślenia nie były to masówki, na które jechały ,,zakłady pracy”, a spontaniczne wyjazdy kibiców, którzy na meczach w Warszawie czy Płocku wyposażeni w barwy i doping zagrzewali swoich ulubieńców do boju. Ten doping szczególnie w Płocku bardzo się przydał, bo Jagiellończycy wygrali w mieście dzisiejszych ,,Nafciarzy” i po zwycięstwie w Białymstoku nad kolejną Wisłą, tym razem z Tczewa awansowali do II ligi!

   Był to spory sukces tym bardziej, że Jagiellonia była pierwszym klubem z Białegostoku, który awansował do II ligi na boisku, a nie przy zielonym stoliku jak to miało miejsce w przypadku Gwardii czy Włókniarza. Popularność ,,żółto-czerwonych” była spora na meczach II ligowej Jagiellonii (mecze rozgrywane na stadionie Gwardii). 

   W pierwszych dwóch sezonach notowano bardzo wysoką frekwencję. Wystarczy wspomnieć, że kibice Jagiellonii ustępowali jedynie Lechii Gdańsk i Arce Gdynia. Duża frekwencja nie oznaczała wcale, że atmosfera na stadionie była ,,gorąca” ( najwierniejsi kibice ginęli w tłumie). Co ciekawe sami zawodnicy i prasa podkreślali, że lepiej kibice Jagiellonii prezentują się w meczach wyjazdowych gdzie choć nieliczni potrafili stworzyć doping i bardzo fajną atmosferę. Wyjazdów w II lidze nie było za wiele, ale kibice z Białegostoku zaliczyli ich kilka, głównie do Warszawy na mecze z Polonią i Gwardią. Wyjazdy te odbywały się na własną rękę pociągiem gdyż klub nie próbował pomagać fanom, za ,karę”, iż ci nie chcieli zorganizować się w ,,Klub Kibica” podległy władzom klubu.    Tworzenie tego ,,tworu” szło bardzo opornie i upadło w momencie gdy Jagiellonia w swoim trzecim sezonie II ligowym spisywała się coraz gorzej i spadła do III ligi. Można powiedzieć, że od 1978 roku zaczął się ,,kryzys”, ale nie potrwał długo…

PIERWSI SZALIKOWCY

   W sezonie 1978/1979 w życiu kibicowskim Jagiellonii nastąpił ogromny przełom, otóż to właśnie wtedy na meczach ,,budowlanych” pojawią się ,,szalikowcy”. Pomysłodawcą i osobą, która na nowo ,,rozkręciła” życie kibicowskie był właśnie Artur. 

   Wraz z kumplami z ogólniaka postanowił działać. Ciekawa jest geneza tego wszystkie, otóż bodźcem dla młodych kibiców okazał się reklama papierosów, na której w tle widnieli fani Liverpoolu wyposażeni we wspaniałe szale. Oglądając taką reklamę padło pytanie ,,kiedy do nas dotrą szaliki?” i tak się zaczęło. Pierwszym posiadaczem szala był właśnie Artur, który zamówił kilka sztuk w jakimś zakładzie na Grochowej. Pada tutaj mit, że pierwsze szale robione były na drutach przez babcie, ciocie lub mamy. 

   Ich wygląd był zupełnie inny niż tych znanych nam z początku i drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Były to szaliki oczywiście w barwach ,,żółto – czerwonych” w równe cieniutkie paski (patrz zdjęcia). Końcówki owych szalików były zakończone kolorem czerwonym i tak jest do dzisiaj. Wielu jednak sobie zadaje pytanie dlaczego akurat zakończone czerwienią? Jak twierdzi Artur nie ma w tym żadnej filozofii: ,,a no dlatego, że na czerwonych końcówkach mniej było widać zabrudzenia” – mówi. 

   Zapytaliśmy też Artura o inne akcesoria kibicowskie np. o flagi. Twierdzi, że wtedy w Polsce raczej nikt nie posiadał flag wieszanych na płot, podobnie było w Białymstoku. Przypomina zaś sobie, iż w 1974 roku kiedy zaczynał przygodę z Jagiellonią na stadionie można było zaobserwować kibiców z flagami, ale na kijach. Pierwsze flagi wieszane na płot na Jagiellonii pojawią się w latach osiemdziesiątych, zresztą tak jak w całej Polsce.

   Podobnie sprawa wygląda z szalikami z tego co twierdzi Andrzej w powszechnym użyciu były wtedy nie szaliki, a trójkątne chusty, które zarzucano na plecy. Tak przystrojona do Białegostoku zawitała ekipa kibiców Lechii w 1976 roku.

MŁYN POD BUDKĄ

   Uzbrojeni w szaliki młodzi kibice postanowili rozpocząć zorganizowany doping na meczach Jagiellonii. Znaleźli oni bardzo szybko swoje miejsce na stadionie Hetmana (Jagiellonia nie grała wtedy na Jurowieckiej), była to centralna trybuna, ale nie ta, gdzie dzisiaj zbierają się fani Jagi gdy ta gra na obiekcie przy ul. Słonecznej.    Była to dzisiejsza honorowa trybuna, znajdująca się pod metalową konstrukcją, w której znajdują się głównie pomieszczenia dla przedstawicieli prasy. Ówcześni kibice nazwali to miejsce pod ,,Budką”. Dzisiaj oczywiście młyn znajduje się w innym miejscu jednak została pieśń, która przypomina, iż sektor szalikowców znajdował się pod ,,Budką”:

W empekach jest tłok,

W empekach jest tłok,

Kibice na MKSB jadą,

Pod budką jest szał,

Żółto-Czerwonych barw,

Śpiewamy całą Wiarą:

Hej MKSB!

Do boju hej Jagiellonio!

Gdy strzela nasz Andrzej,

To nikt nie obroni,

Bo rządzą Żółto-Czerwoni!

    Początkowo młyn wyglądał skromnie, ale z meczu na mecz było coraz lepiej. Coraz więcej też osób można było spotkać przy odzianych w żółto-czerwone szaliki i flagi na kijach. Zapytany o repertuar dopingu Artur stwierdził, że ,,menu pieśni” było zbliżone do obecnego, w tej dziedzinie niewiele się w Białymstoku i Polsce zmieniło – no chyba, że na gorsze.

WYJAZDY

   Kibice Jagi na wyjazdowym meczu z Mazurem Ełk – rok 1979Szybki przyrost kibiców w młynie doprowadził do tego, że przyszedł czas na pierwsze wyjazdy nowej generacji. W 1979 roku szalikowcy Jagiellonii stawili się w pokaźnych liczbach po kilkaset osób w Suwałkach i Ełku. Właśnie z tego drugiego wyjazdy pochodzą fotki, na których widać grupę kibiców Jagiellonii zaopatrzonych w szaliki, czapeczki zimowe w barwach klubowych i dużą ilość flag na kijach. 

   Jak wspomina Artur w Ełku i Suwałkach ubrania na ,,żółto-czerwonych” fani budzili ogromne zdziwienie miejscowych ,,patrzyli na nas jak na kosmitów” – mówi Artur. W tamtym okresie w trakcie takich spotkań na stadionie nie było milicji dlatego podczas meczu dochodziło do utarczek słownych, a po gwizdku sędziego do drobnych przepychanek z miejscowymi. 

   Nie wymienialiśmy do tej pory oprócz Artura innych osób, które wtedy uczestniczyły w życiu ,,Fan Clubu”, nasz rozmówca wymienił znanych pewnie do dzisiaj kibiców: Kraja, Tara, Baran. Co ciekawe w Ełku działała grupa kibiców zorganizowana przez znanego sympatyka Mazura i Legii – Makarewicza. Organizacja kibiców w Ełku wzorowana była na idei Aleksandrowicza i głównie polegała na organizowaniu wyjazdów (z czasem na Legię) pracownikom ,,Zakładów Mięsnych” w Ełku.

   Gdy Jagiellonia w sezonie 1980/1981 ponownie awansowała do II ligi wyjazdy również się odbywały, ale jeżdżono w mniejszych liczbach, a czasami nawet tylko w kilka osób. Na frekwencję na stadionie jak i na wyjazdy wpływ miała na pewno słaba postawa piłkarzy Jagiellonii.

GOŚCIE W BIAŁYMSTOKU

  Pierwsi kibice przyjezdni zaczęli się pojawiać w momencie gdy piłkarze Jagiellonii zaczęli liczyć się na arenie krajowej. Jako debiutanci w Białymstoku w 1974 roku zjawili się kibice Polonii Warszawa, z którą Jagiellonia walczyła w barażu o II ligę. Fani ,,czarnych koszul” bywali praktycznie za każdym razem w Białymstoku gdy ich zespół spotykała się z Jagiellonią. Arturowi w pamięci zapadła jedna z wizyt około 60 kibiców Polonii Warszawa prezentującej się bardzo efektownie pod względem wizualnym.

   Na kolejne wizyty trzeba było czekać do zdobycia upragnionej II ligi. W 1976 roku w Białymstoku zjawili się fani Lechii Gdańsk i podobno dziesięcioosobowa grupa kibiców Arki Gdynia. Później już różnie z tym bywało na pewno w sezonie 1980/1981 (II liga) do Białegostoku zawitało 5 fanów Poloni Bydgoszcz.

   W 1981 w Białegostoku zjawiła się Legia Warszawa, która to spotkała się z Jagiellonią w ramach PP. Mecz ten wzbudził spore zainteresowanie i pojedynek III ligowca z I ligowcem przyszło obejrzeć 8 tyś ludzi, w tym na stadionie była obecna 100 osobowa grupa kibiców z Warszawy, która na stadion dotarła w eskorcie milicji. Trasa przemarszu legionistów wiodła przez jedną z alejek leśnych w kierunku Słonecznej. 

  Wtedy to z lasu jak pod ,,Grunwaldem” wytoczyli się Jagiellończycy w dużej sile. Próba starcia zakończyła się niepowodzeniem (Artur przyznaje, że legioniści zachowali ,,fason”) i skończyło się tylko na obopólnych ,,uprzejmościach”.

  W 1982 w Białymstoku wizytę złożyli kibice ełckiego Mazura, który przyjechał na ,,świętą wojnę” kilkoma autokarami, po meczu zostały one doszczętnie zdemolowane przez fanów Jagiellonii, którzy zaatakowali siedzących w nich ełczan. Atak był spowodowany zaszłościami, o których doskonale pamiętali ,,żółto-czerwoni”. Moment ataku nie był przypadkowy, czekano tylko kiedy podpici ,,pracownicy Zakładów Mięsnych” wsiądą do swoich pojazdów. W innym wypadku konfrontacja z gośćmi, których średnia wieku przekraczała grubo trzydzieści mogła się skończyć zupełnie inaczej.

  Bójki różnego rodzaje, akcje zdarzały się w tamtych czasach jednak jak twierdzi Artur więcej w tym wszystkim plotek niż prawdziwych faktów (skąd my to znamy?). Drobne wręcz czasami incydenty w relacjach rozrastają się do olbrzymich rozmiarów i z czasem stają się powszechnie funkcjonującymi mitami.

ZGODY

   W latach siedemdziesiątych Jagiellonia nie posiadała żadnej ,,zgody” z innymi kibicami. Taką pierwszą poważną zgodą była przyjaźń z Widzewem, który w 1983 rozgrywał w Białymstoku swoje mecze pucharu UEFA. Od tego się wszystko zaczęło. Często bywało tak, że zgody były zawierane przez kibiców, którzy utrzymywali z sobą zażyłe kontakty osobiste.

    Tekst powstał dzięki Zygmuntowi, Piotrkowi JB którzy spisali wspomnienia i Drzefkowi , który wyłowił Artura.

Wspomnienia z ulicy Nowej i dzielnicy Nowe Miasto

    Nazwa ulicy do dziś pozostała. Ale jak pisze Jan Skowroński, na Nowej z lat jego dzieciństwa i młodości pozostało już tylko kilka osób. I jakże to inna ulica niż kiedyś. Doktor Jan Skowroński... przyniósł fotografie, opowiedział o swojej rodzinie, o ul. Nowej i Nowym Mieście - dzielnicy, w której się urodził i gdzie mieszka do dzisiaj, chociaż już nieco dalej.  

  Przez wiele lat po wojnie była nieutwardzona. Piaszczysta latem, jesienią rozmokła i błotnista. Ludzie, którzy tu mieszkali byli biedni. Domy były niewielkie. Drewniane, otoczone ogródkami. Większość mieszkańców hodowała kury, a często w chlewiku świniaka. 

  Przed Bożym Narodzeniem sąsiedzi pomagali sobie przy uboju. Najbliższy sklep spożywczy znajdował się w domu Pastuszków na ul. Pułaskiego, naprzeciwko szkoły podstawowej nr 14. Do centrum miasta było około 5 km, trochę bliżej na Sienny Rynek. Komunikacja miejska zaczynała stawiać pierwsze kroki po 1949 roku. Zakupów więc rodzice dokonywali na ulicy Kawaleryjskiej. 

  Ulicą tą szczególnie w czwartki, kiedy odbywał się targ na Siennym Rynku, ciągnęły furmanki, wypełnione po brzegi artykułami rolnymi. Można było potargować się i kupić wszystko. Ziemniaki, owoce, warzywa, jaja, mleko, kury, a nawet świeże ryby. Chłopi (określenie rolnik wtedy nie funkcjonowało) sprzedawali świeże mięso wieprzowe, wołowinę, baraninę, słoninę oraz cielęcinę. Oferowali mąkę, kaszę, mąkę, miód. Zakupy na ulicy robili wszyscy okoliczni mieszkańcy. 


  Wozy poruszały się na drewnianych kołach, a ciągnęły je poczciwe jeden lub dwa konie. Gospodarze często zatrzymywali się na dłużej, by skorzystać z usług kowala. Kowal, pan Bronek Matusiak miał kuźnię na ul. Kawaleryjskiej. Znajdowała się ona naprzeciw kamienia, w miejscu obecnego hotelu dla handlowców ze wschodu. Kuźnia była oblegana, gdyż gospodarze podkuwali konie i dorabiali zużyte części do furmanek. 

  Bywało, że godzinami gapiłem się na palenisko i miech kowalski oraz na kucie na wielkim kowadle podków dla koni, a potem na przymocowywanie ich do końskiego kopyta. Po wojnie pozostało wiele niewypałów, walała się naokoło amunicja. Zdarzały się nieszczęśliwe wypadki i tragiczne zdarzenia przy manipulowaniu bronią. Jeden ze starszych kolegów zginął podczas zabawy z niewybuchem przez ciekawość, inny stracił nogę. Moja pierwsza klasa mieściła się na ul. Mazowieckiej. 

  Była to szkoła podstawowa nr 11, znajdowała się trzy kilometry od domu. Chodziłem do szkoły oczywiście pieszo, jak wszystkie dzieci z dzielnicy. W 1949 roku przeniesiono nas do nowo powstałej szkoły nr 14 na Nowym Mieście. 

  Budynek był drewniany, bez łazienek i ubikacji, opalany węglem w piecach kaflowych. Podłogi z drewnianych desek, ławki mocno zniszczone, okna nieszczelne z dziurami, przez które zimą mocno wiało. Ogółem były cztery sale lekcyjne, a nauka odbywała się na dwie zmiany. W części korytarza, prowizorycznie odgrodzony, znajdował się pokoik nauczycielski. Urzędował tu również kierownik szkoły. Na poddaszu mieszkała woźna, pani Mickiewicz z rodziną. Warunki do nauki były bardzo trudne. 

  Młodzież na przerwach tłoczyła się na wąskim korytarzu lub przebywała na podwórzu, na dziedzińcu szkolnym. Najgorsze do przetrzymania były zimy, które w tamtych latach obfitowały w śnieg i były bardzo mroźne. Podczas większych mrozów uczniowie nie chodzili do szkoły, naukę zawieszano. Sala gimnastyczna została dobudowana do starego budynku dopiero w 1952 r. Ja już nie miałem przyjemności z niej korzystać (obecnie w pomieszczeniu tym znajduje się sklep spożywczy). 

  Mimo trudnych warunków lata nauki w w tej szkole wspominam bardzo ciepło. Atmosfera była prawie rodzinna, nauczyciele uprzejmi i wyrozumiali. W latach 70. bywałem w szkole nr 14 na wywiadówkach moich dzieci, syna Krzysztofa i córki Małgorzaty. Była to już całkiem inna szkoła. Okazały budynek, obszerne korytarze, duża sale lekcyjne z wyposażeniem nie przypominającym tamtych powojennych lat, piękna sala sportowa. Szkoła wybudowana została na naszym dawnym boisku szkolnym, na którym spędziłem wiele godzin.


Dr. Jan Skowroński

Alicja Zielińska

Translate