Postaw mi kawę na buycoffee.to

Plaże wokół Białegostoku

  Białostoczanie od zawsze wiedzieli, że "prawdziwą atrakcją Wasilkowa jest przepływająca przez miasto i okalająca je swym pierścieniem rzeka Supraśl".

   W 1934 roku staraniem białostockiego oddziału Stowarzyszenia Byłych Więźniów Politycznych rozpoczęto w Wasilkowie budowę "porządnie urządzonej plaży". Już wkrótce powtarzano sobie opinię, że jest "ślicznie położona". Dodatkowym jej atutem był drewniany, może niezbyt ładny bo przypominający szopę, budynek w którym mieściło się "kasyno z salą dancingową". Amatorom czynnego wypoczynku przygotowano "liczne boiska do siatkówki".

    W 1935 roku pojawiła się kolejna atrakcja. Białostocki Związek Strzelecki wybudował przystań kajakową, która z miejsca "stała się prawdziwą ozdobą Wasilkowa". Rozpoczęto też miejscową produkcję kajaków. Strzelec w Wasilkowie budował je "tanio i praktycznie".  Ponadto kajaki te okazały się "nadzwyczaj trwałe". Ulubioną trasą kajakowiczów, jak powszechnie określano amatorów kajakowania, była "przejażdżka kajakiem w górę rzeki. Po przebyciu szeregu serpentyn, w odległości paru kilometrów leży miejscowość Święta Woda ze starą osłoniętą łańcuchem drzew kapliczką". Ona też stanowiła cel tej wyprawy.

   Z kolei "w dół rzeki popularne są wycieczki kajakowe do Jurowiec i Szelachowskich". Doceniając te walory krajobrazowe i rekreacyjne białostocki oddział Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego ogłosił, że właśnie Wasilków jest w okolicach Białegostoku "główną bazą dla wycieczek kajakowych".

    Przystań od samego startu cieszyła się wielką popularnością. Amatorów kajakowania przybywało. I właśnie z myślą o nich w 1935 roku na wasilkowskiej plaży zorganizowane zostały "stałe kursa stylowego pływania". Z przeciwległej strony Białegostoku amatorzy wodnych sportów mieli Dojlidy. Tu plaża i towarzyszące jej budynki kawiarni, szatni, powstały staraniem białostockiego magistratu. Ale inspiratorem wielu działań była Liga Morska i Kolonialna. Przed wojną, nie tak jak dziś, kult polskiego morza był wśród białostoczan ogromny i autentyczny. 

   Już w 1920 roku z okazji zaślubin Polski z morzem nad Białką powstawały marynistyczne rymy. Miejscowa poetka Rena Ruszczewska pisała:  " Nastał dla nas dzień swobody, Radują się wioski, grody, I śpiewają starcy, dzieci. Wzwyż ku słońcu pieśń ich leci. Zdarte już niewoli pęta. Opieka nad nami święta, Opieka błogosławiona ,Rozpostarła swe ramiona. Leci w niebo pieśń potężna ,

   Silna Polska i orężna. Pieśń wolności, pieśń swobody ,Grzmi - przebija prusie tamy, Czy słyszycie? - Póki żyjem ,Już Bałtyku nie oddamy! "  I właśnie z tej morskiej fascynacji w roku obchodów 10-lecia odzyskania niepodległości w Białymstoku zawiązała się Liga. Początkowo była tylko Morska i Rzeczna. 

  Było nie było to i naszą poczciwą Białką można było połączyć się z morzem. Wkrótce jednak wyobraźnią Polaków zawładnęły marzenia o zamorskich koloniach. Zmieniono więc w nazwie Ligi Rzeczną na Kolonialną. W jej siedzibie przy Sienkiewicza 28 odbywały się liczne spotkania. To tu omawiano kolejne organizowane w końcu czerwca coroczne Dni Morza.

   W 1933 roku uznano, że najlepszym symbolem łączności Białegostoku z Bałtykiem będzie ustawienie na Rynku Kościuszki wykonanej z dykty kilkumetrowej latarni morskiej. Liga działała w białostockich gimnazjach.   Organizowano wakacyjne wyjazdy do Gdyni, ale też prowadzono systematyczną działalność odczytową. W 1935 roku białostoczanie, zazdroszcząc wasilkowiakom zaczęli interesować się własnym "morzem" - Dojlidami.     

   Przy stawach, z których jeszcze kilka lat wcześniej odławiano nawet 50 ton ryb rocznie, postanowiono urządzić plażę. W 1936 roku wzorem wasilkowskim zbudowano przystań kajakową. W 1938 roku na jednym z zebrań Ligi w budynku przy Sienkiewicza postanowiono, że najlepszym pomysłem obchodów Dni Morza będzie połączenie ich z nocą świętojańską.

  I tak 22 czerwca na Dojlidy ruszył kto mógł. Zadbano o zabawę ludową, do której przygrywała orkiestra wojskowa. Bufet też był zaopatrzony. 

   Ku zadowoleniu zgromadzonej na brzegu stawu publiczności rozegrano zawody pływackie. Wszyscy jednak czekali na zapowiadaną największą atrakcję. Miał nią być "barwny korowód udekorowanych łodzi i kajaków".

   Gdy zrobiło się ciemno, to wzdłuż brzegu zaczęła płynąć malownicza świętojańska flotylla. Szczególny zachwyt publiczności zwracały kajaki przystrojone wiankami, sztucznymi ogniami oraz "całym szeregiem innych niespodzianek". Wszystkie pływające jednostki oceniane były przez komisję konkursową.


Andrzej Lechowski

Śmigus- dyngus: Lany poniedziałek

   Śmigus-dyngus: to Was może zadziwić, ale tradycja lanego poniedziałku, w ostatnich latach na bardzo bardzo mokro obchodzona jest częściej w miastach niż na wsi. Dlaczego? I o co chodzi w tym święcie? Skąd się wziął Śmigus-dyngus?

   To w miastach dzieci i młodzież biegają z wiadrami. Nie zawsze ta zabawa jest przyjemna i bezpieczna. Kiedy kubeł wody wylewany jest na szybę jadącego auta - grozi wypadkiem.

   Najlepszy opis śmigusa-dyngusa w I Rzeczpospolitej dał ksiądz Jędrzej Kitowicz w "Opisie obyczajów". Wtedy lany poniedziałek obchodzono hucznie we dworach. Lała się nie tylko woda, ale i wódka. A na wsi "Lud wiejski, dosyć wiernie trzymający się obyczaju starego, pocieszny wyprawia dyngus alias śmigus, a mianowicie koło studzien. Parobcy od rana gromadzą się, czatując na dziewki, idące czerpać wodę i tam, porwawszy między siebie jedną, leją na nią wodę wiadrami, albo zanurzają ją w stawie, a niekiedy w przerębli, jeżeli lód jeszcze trzyma".

   Do XV wieku dyngus i śmigus były dwoma odrębnymi zwyczajami. Z czasem tak się zlały ze sobą w jeden, że przestano rozróżniać, który na czym polega. Wyrazem tego było pojawienie się w Słowniku poprawnej polszczyzny Stanisława Szobera zbitki śmigus-dyngus. Lany poniedziałek to drugi dzień świąt wielkanocnych. W Polsce jest to dzień wolny od pracy. Sklepy też są zamknięte. Zwyczajowo katolicy w Polsce idą do kościoła, chociaż to nie jest święto obowiązkowe.

    Jako, że Wielkanoc jest świętem ruchomym (przypada po pierwszej, wiosennej pełni księżyca) Poniedziałek Wielkanocny może wypaść od 23 marca do 26 kwietnia.

    Jak wiele innych obyczajów, oblewanie wodą wywodzi się ze zwyczajów pogańskich. To czas budzenia się po zimie. Do dziś zwyczaj kropienia wodą święconą pól w poniedziałkowy ranek przez gospodarzy jest spotykany we wsiach na południu Polski.

   Jednym z najbardziej znanych obyczajów Poniedziałku Wielkanocnego jest tradycyjny Emaus na krakowskim Zwierzyńcu. Jest to odpust, odbywający się przy klasztorze Norbertanek na Zwierzyńcu, a właściwie już na Salwatorze na prawym brzegu Rudawy. Są więc. jak to na odpuście. kramy, strzelnice sportowe, karuzele, loterie fantowe itp. Na straganach można kupić plastikowe zabawki, pierścionki z kolorowymi oczkami, słodycze, w tym tradycyjne serca z piernika. 

   Osobliwością krakowskiego odpustu są drewniane figurki żydowskich grajków i Żydów studiujących Torę. Odpust i ulica wzięły nazwę od biblijnej wsi Emaus, do której podążał zmartwychwstały Chrystus. Po drodze spotkał dwóch swoich uczniów, przez których nie został rozpoznany.A w Wielkiej Brytanii nasi rodacy obchodzą Dyngus Day, choć dla Anglików to easter monday.

Janusz Strzelczyk 

Zgodnie z art. 51 § 1 Kodeksu Wykroczeń, osoba zakłócająca spokój, porządek publiczny - dopuszczająca się wybryku jakim jest polewanie wodą - podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny.

Napady w centrum Białegostoku to była norma

   Na spotkanie z bezczelnymi typkami, kryjącymi twarz pod mocno nasuniętą czapką w pierwszej kolejności narażone były samotne kobiety, powracające późno do swoich domów. Wśród międzywojennych, ulicznych bandziorów stało się modne pytanie przechodniów o czas na zegarku.

  Wrześniowym półmroczem 1921 roku wracała do domu panna Bekerminówna. W pewnym momencie podszedł do niej nieznany młodzieniec i zapytał grzecznie, która może być aktualnie godzina? Ponieważ było już ciemnawo, zapóźniona panienka nie mogła właściwie odpowiedzieć. Zakłopotany chłopak poświecił jej wydobytą z kieszeni małą latarką. Nie patrząc na wskazówki zerwał szybko z ręki zegarek ze złotą bransoletką i zbiegł. Wartość utraconego czasomierza wynosiła 40 tys. marek.

  Zegarkowych przygód nie brakowało też w tym czasie i mężczyznom. Ot na przykład w nocy z 4 na 5 maja 1922 roku na ul. Kraszewskiego zatrzymany został Jakub Fajens. Pytanie brzmiało krótko: która godzina? Gdy ten sięgnął do kieszeni po swoją cymę, poczuł cudzą rękę, która starała się wyrwać zegarek. Całe szczęście, że pojawili się inni przechodnie, którzy spłoszyli napastnika.

   Miesiąc później na ul. Kraszewskiego, być może ten sam złodziejaszek próbował ukraść zegarek z ręki R. Bernera. O godzinę zapytał po niemiecku. Podstęp się nie udał dzięki refleksowi towarzyszącego Bernerowi kolegi. Opryszek musiał wziąć nogi za pas.

  Innym sposobem miejskich rabusiów na dokonanie prostej kradzieży, było zaczepianie przechodniów z prośbą o papierosa lub zapałki. Jeśli te słowa wypowiedziane były w sposób kulturalny a powierzchowność zafrasowanego palacza nie wzbudzała podejrzeń, zagadnięty zamożny - sądząc po odzieniu - obywatel przystawał. Wyciągał srebrną papierośnicę czy też pozłacaną zapalniczkę. O to przecież szło! Zwinny złodziejaszek wyrywał z ręki dobrodusznego białostoczanina cenny przedmiot i znikał w najbliższej bramie.

  Kiedy w sierpniu 1921 roku na ul. Szkolnej zaczepiony został w ten sposób niepalący muzyk F. Fidler, także nie obyło się bez straty. Nachalny drab sięgnął po prostu po tkwiące pod pachą muzykanta skrzypce. Do tego nastąpiło jeszcze silne uderzenie pięścią w głowę ofiary.

   Szczególnie niebezpiecznie było spacerować nocą po ul. św. Rocha. Była to najkrótsza droga prowadząca z dworca kolejowego do centrum miasta, gęsto uczęszczana przez przyjezdnych z nocnych pociągów, którzy nie chcieli wykosztowywać się na dorożkę. Tutaj padały zwykle z ust wyłaniającego się z mroku dużego typa dwa proste słowa: dawaj portfel! Typ ów miał zwykle w ręku solidną pałkę, czy też gazrurkę.

  W ten sposób w maju 1923 roku straciła blisko 200 tys. marek Halina Derfasztejn, w październiku tegoż roku teczkę z 5 mln marek postradał Bronisław Ciechowski, zaś nieco później napadnięta została uboga przyjezdna z Ostrołęki, Apolinia Napiórkowska, którą opryszek pozbawił torebki z sześcioma złotymi. Tego akurat amatora łatwego zarobku udało się policji schwytać. Okazał się nim Chil Malsowicz, znany w tym rejonie złodziej i zabijaka.

   Na możliwość ulicznego rabunku narażone były również dzieci. Szczególnie wtedy kiedy rano szły do szkoły. Wiosną 1922 roku policja białostocka zlikwidowała szajkę wyrostków, którzy zaczepiali uczniów pytaniem: co dostałeś na śniadanie? Jeśli któryś był oporny, sami przetrząsali tornister i zabierali co im się podobało.

  Uliczne rabunki odbywały się nagminnie i w dalszych latach międzywojnia. Niektóre z nich były wręcz kuriozalne, ale równie niebezpieczne.

  Oto przykładowo zimą 1927 roku na ul. Fabrycznej dwóch oprychów, Paweł Gertner i Konstanty Sacharke, mający za sobą bogatą przeszłość kryminalną, a aktualnie czujący nieprzepartą chęć wypicia kolejnej butelki wódki, zabrali przygodnemu przechodniowi tylko tyle, ile było im potrzeba na alkohol i zakąskę - 2 zł i 50 groszy.  Sąd jednak nie uznał tego minimalizmu i skazał obu z art. 51 i 589 kodeksu karnego na cały rok więzienia.


Włodzimierz Jarmolik

Translate