Postaw mi kawę na buycoffee.to

Wielkanoc. Jajka w dużej dostawie, drogi chleb i tani cukier z Warszawy

 

   Przed świętami białostoczanie najbardziej czekali na dostawy żywności. Wielką radość wzbudził więc lakoniczny komunikat oznajmiający, że będą większe dostawy jaj. Z niepokojem jednak przyjęto wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła z kolei informacja o dużym transporcie taniego cukru z Warszawy.

W przedwojennym Białymstoku Wielkanoc była prawdziwie międzykulturowa. Świętowali katolicy, protestanci, zaraz po nich prawosławni, a w międzyczasie Żydzi. 

  W kwietniu 1922 roku tuż przed świętem Pesach zarząd białostockiej gminy żydowskiej zwrócił się do magistratu z prośbą o "wydanie 2000 kartek na bezpłatne kąpiele dla ludności żydowskiej przed świętami". Jak widać nasze żarciki o obowiązkowej kąpieli przed Wielkanocą to talmudyczne przykazanie.

  Na wysokości zadania stawały też władze wojskowe, które w tym wieloreligijnym tygielku pamiętały, że w wojsku służą i starozakonni. Ci więc na swoje uroczystości otrzymywali zwolnienie od służby. Gmina żydowska chcąc zapewnić wojskowym stosowne, zgodne z tradycją spędzenie świąt, w których głównym momentem była uczta sederowa, w 1922 roku zorganizowała bezpłatną kuchnię dla żołnierzy. Dokładnie obliczono, że wydanych zostanie 125 posiłków. Obecnie święta w Białymstoku pozbawione są już tych żydowskich klimatów.

  Tak jak dziś, tak i przed laty, pierwszym zwiastunem Wielkanocy była reklama handlowa. Jeszcze lud boży tkwił w mrokach Wielkiego Postu, a tu wokół niego marketing szalał. Ale właśnie w 1922 roku miał on swoje uzasadnienie. Białostocki handel ledwo podźwigał się z wojennej zapaści. Prasa zamieszczała więc specjalne zachęty informując, że ogłoszenia świąteczne białostockich firm będą premiowane 20-procentowym rabatem.

  Pierwszy na tę promocję zareagował miejscowy przedstawiciel renomowanego grodzieńskiego browaru Margolisa, polecający "na święta Białe Piwo Leżak".

Spróbował, skutecznie, na te wielkanocne procenty załapać się białostocki potentat tytoniowo-papierosowy Fajwel Janowski. Jego fabryka, założona w 1889 roku, po odzyskaniu niepodległości musiała walczyć z krajową konkurencją. Za cara miała tylko za przeciwnika Grodno. Musiał więc Janowski łapać każdą okazję. Podawał, że "produkuje wyroby z najlepszych tureckich, zagranicznych i rosyjskich tytoniów". Ale papierosy produkowane w fabryce przy Warszawskiej 39 w rzeczy samej czy były tureckie czy inne, różniły się głównie nazwami. 

  Były więc Nr 30, Dukat, Boy czy Salut. I właśnie tymi dwoma ostatnimi markami postanowił Janowski zdobyć wielkanocny rynek w 1922 roku. Przygotował prasową kampanię reklamową twierdząc, że "specjalnie na święta ukazała się w sprzedaży nowa partia papierosów wysokiego gatunku Boy i Salut". Jakże zdziwieni byli palacze, którzy poza reklamowym sloganem nie dostrzegli żadnej różnicy ze starszą partią Boyów i Salutów. No cóż, wiadomo, reklama dźwignią handlu.

  Świąteczną karierę tegoż roku miały zrobić papierowe ubranka dla dzieci. Reklamowano je jako niezwykle praktyczny produkt. Usiądzie bowiem taki bachor do świątecznego śniadania i już wytytła się ćwikłą, albo tłustymi paluchami się wysmaruje. Tymczasem papierowe ubranko to i łatwiej wyczyścić albo i nowe nałożyć. Mimo bezapelacyjnych korzyści ten amerykański wynalazek nie zyskał jednak uznania wśród białostoczan.

  Swoistym chwytem reklamowym było też poinformowanie klientów o zaprzestaniu działalności. Tak koniunkturalnie postąpili właściciele białostockich kin, którymi byli wyłącznie Żydzi. To, że chrześcijanie w wielkim tygodniu nie będą przesiadywać w kinie łatwo można było przewidzieć. Ale prawdziwego marketingowca można poznać po tym , że poinformuje o tym swoich klientów. Tak też i postąpili kiniarze ogłaszając, że w tych szczególnych dniach kina będą zamknięte.

  Białostoczanie oczekiwali jednak całkiem innych wiadomości. Co tam kina i papierosy. Naprawdę to czekano na świąteczne dostawy żywności. Wielką radość wzbudził wśród mieszkańców lakoniczny komunikat oznajmiający, że "do naszego miasta zwiększył się dowóz jaj". Z niepokojem przyjęto jednak wiadomość o znaczącej podwyżce cen chleba. Te gorzkie chwile osłodziła informacja, że kooperatywa Zjednoczenie zamówiła w Warszawie duży transport taniego cukru, który miał "nadejść w krótkim czasie".

  Nie lada kłopotów nastręczał też świąteczny ubiór. Każdy chciał wyglądać elegancko, a tu tymczasem białostoccy krawcy "przeciążeni zamówieniami" podyktowali zaporowe ceny. Za uszycie garnituru śpiewali 18 tysięcy marek. W Warszawie za takie samo ubranie brano zaledwie 12 tysięcy.

  Nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata. Święta kosztowały i kosztują. Jedni oszczędzali, a ci bogaci nie. Bardziej przezorni kupowali czekoladę "Drastin - Lubelski". Była w specjalnej świątecznej ofercie białostockiej apteki Nachuma Zelkina. Nie była to bynajmniej czekolada deserowa tylko "idealny środek przeczyszczający dla dorosłych i dzieci". Niejednemu przydała się w poświąteczny wtorek.


Andrzej Lechowski

Przemyt spirytusu, eteru, materiałów i pieprzu

 

   Białystok i przedwojenne województwo białostockie także miały swoją przemytniczą historię. Już onegdaj pisałem o przemycie sacharyny w naszych stronach. Teraz będzie o innych towarach, które omijały wszelkie podatki, opłaty celne czy akcyzy. Ich sprawdzaniem i dystrybucją trudnili się zarówno rekiny miejscowego, czarnego rynku, jak też mało przemytnicze płotki.

  Sąsiadem naszego regionu były w okresie międzywojennym Litwa i Prusy Wschodnie. Właśnie stamtąd szła do Białegostoku i całego województwa moc zakazanych prawem produktów. Bogacili się na tym przemytnicy z Augustowa, Grajewa, Suwałk czy Szczuczyna. Ot choćby taki S. Hepner, grajewianin, którzy jeszcze przed I wojną światową pomagał ojcu w skupowaniu po wsiach warzyw, zaś od roku 1919 rozpoczął, dzięki zaangażowaniu się w przemytnicze machinacje, żywot zamożnego przedsiębiorcy. Finansował szajki kontrabandzistów i zarabiał na tym setki tysięcy złotych.

  Ze względu na różnicę w cenach warto było szmuglować z Prus materiały tekstylne, np. jedwabie czy koronki, nową odzież, a zwłaszcza futra. Przez miejscowości Raczki czy Wiżajny przechodziły, zakazane transporty. Niektóre z nich według śledztwa prowadzonego w 1930 roku warte były nawet 25 tysięcy dolarów.

  Przemycane z Prus towary były w Białymstoku rozdzielane na potrzeby miejscowych odbiorców, jak też opychano dalej. Chłonna była zwłaszcza Warszawa, której żydowscy kupcy przyjmowali każdą ilość nawet najbardziej trefnych materiałów czy osobistej garderoby.

   Przez granicę z Prusami Wschodnimi przewożone po kryjomu w różnych schowkach takie towary objęte granicznym embargiem, jak tytoń, gotowe papierosy, kamienie do zapalniczek, mydło, a nawet narkotyki. Te ostatnie w latach 30. ubiegłego wieku poszukiwane nie tylko w sferach artystycznych czy urzędniczych Warszawy lub Krakowa. Również w samym Białymstoku znajdowali się spragnieni kokainy nabywcy. Oczywiście rozprowadzanie narkotyków było ryzykowne, w razie wpadki można było zainkasować nawet pięcioletni wyrok.

  Przemytnicy, którzy operowali na granicy z Litwą, swoje majątki zawdzięczali przede wszystkim przepędowi do Polski stad bydła. Proceder ten rozpoczął się już w 1919 roku. Ówczesna niestabilna sytuacja, jeszcze prawie wojenna, pozwalała sprytnym oszustem udawać dostawców wojskowych mających pliki papierów poświadczających ich rzekomo legalną działalność. Tą drogą, oprócz bydła, szły w nasze strony także całe tabuny koni. Potrzebowała ich mocno zdewastowana wieś, a i Białystok też miał z tego korzyść, zwłaszcza miejscowi transportowcy i dorożkarzy.

  Zawodowi przemytnicy nie ograniczali się oczywiście tylko do sprowadzonych towarów. Szukali braków na rynku i natychmiast na nie reagowali. Było to widać zwłaszcza w kryzysowych w latach 30. W 1932 roku lotna brygada kontroli przy Izbie Skarbowej w Białymstoku rozpracowała szajkę sprowadzającą z Niemiec duże ilości spirytusu i eteru. W latach następnych wpadali w Białymstoku cwaniacy z tonami przemycanych z Gdańska szprotek, wielkiego transportu igieł z Prus czy masy pieprzu z Litwy. Tą ostatnią kontrabandą kierował fryzjer Lejb Miller.

   Jeśli istniał tak szeroko rozwinięty przemyt, trzeba było jakoś jemu przeciwdziałać. W pierwszych latach niepodległości brak było wyspecjalizowanych do tego celu służb policyjnych i granicznych. Udawało się jednak od czasu do czasu unieszkodliwić grubszego aferzystę. We wrześniu 1919 roku w pociągu z Białegostoku do Brześcia, dzięki spostrzegawczości konduktora, wpadli dwaj osobnicy ze 125 kg tytoniu.

  Oczywiście tam, gdzie sprawa dotyczyła nielegalnych interesów, nie mogło obyć się bez korumpowania policjantów i urzędników odpowiadających za przestrzeganie obowiązującego prawa. Łapówki były czymś nagminnym. Jedynie żołnierze z Korpusu Ochrony Pogranicza okazywali się niepodatni na pokusę złożoną z grubego pliku banknotów, często zielonych.


Włodzimierz Jarmolik

Chanajki - bandycka dzielnica Białegostoku

  Mnie nazywają Złoty Kaziuk, mam talent pewny, po fachu Złotej Rączki wnuk, po szansach dalszy krewny. Tak śpiewał niegdyś o środowisku warszawskich doliniarzy piosenkarz Jarema Stępowski. Białystok miał także swoją Złotą Rączkę.

Miano wszechstronnego kieszonkowca w międzywojennym Białymstoku zyskał niejaki Szmul Zawiński, mieszkaniec Chanajek. Zawiński rozpoczął złodziejską karierę jeszcze przed I wojną światową, jako 16-letni chłopak. 

  W czasie wojny stracił w niewyjaśnionych okolicznościach lewą rękę. Pozostała mu prawa, ale za to jakże sprawna. Miał swoją wspomagającą ekipę i kradł z powodzeniem przez cały okres międzywojenny. Od czasu do czasu szedł za kratki, jednak to jeszcze bardziej gruntowało jego autorytet wśród chanajkowskiej ferajny.

  Byli też i inni wyróżniający się specjaliści od cudzych kieszeni, ot choćby Abram Duczyński, niezrównany w robotach autobusowych. Wspomagała go w tym żona Rachela. Był elegancki przybysz z Petersburga, Szmul Chajtowicz, którego interesowali zwłaszcza klienci poczt i banków. No i jeszcze warto wymienić Mońka Złoto, pochodzącego z Białegostoku absolwenta paryskiej szkoły doliniarzy, który działał zwłaszcza w Warszawie i był sprawcą dziesiątek, jeśli nie setek kradzieży portfeli, zegarków czy papierośnic z kieszeni gości wszystkich, luksusowych hoteli stołecznych. To arystokracja fachu doliniarskiego.

  Jednak jeśli przyjrzeć się bardzo licznym wzmiankom zamieszczonym w kronikach kryminalnych białostockich gazet między rokiem 1919 a 1939, okazuje się, że większość doliniarskich występów była po stronie najczęściej bezimiennego, złodziejskiego proletariatu. Ta wielka grupa osobników z lepkimi palcami działała niemal wszędzie. Pracowali w pojedynkę i w zespołach. W mieście i na prowincji. Wobec pojedynczej ofiary, jak i w tłoku. Oczywiście nie były to banki, hotele czy eleganckie restauracje. Na ich obecność tam zwrócono by zaraz uwagę. No, ale były też inne, interesujące miejsca, gdzie czuli się jak w domu.

  Głównym miejscem urzędowania tych złodziejaszków były głównie ul. Lipowa, Rynek Kościuszki i Kilińskiego. Tutaj potrafili dokonywać bardzo sprytnych kradzieży, snuli się w pobliżu sklepów, pod oknami, obok ratusza i obserwowali. Ich ofiarami padali najczęściej gapowaci przyjezdni z prowincji, rozkojarzeni atrakcjami dużego miasta.

  Oto kilka przykładów kieszonkowych historii w powyższym stylu. W lutym 1922 roku pewna wieśniaczka spod Białegostoku z ogromnym zaciekawieniem oglądała fotosy pod kinem Modern, w kieszeni palta miała w chusteczce kilkaset marek, została popchnięta przez jakiegoś młodzieniaszka i pieniądze zniknęły.

  Z kolei włościanin Górasinowicz z okolic Zabłudowa stracił w 1923 roku na Rynku Kościuszki portfel z 15 mln marek. Nie zapiął kurtki i to wystarczyło dla sprytnego doliniarza.

  W maju 1925 roku tuż po południu, również Rynkiem Kościuszki promenował Józef Jędrych przybyły z majątku Garbowo. Nie upilnował kieszeni marynarki, stracił więc portfel z dokumentami i 43 zł gotówki.

  W 1931 roku Konstanty Perkowski, gość z Gdańska, postanowił zrelaksować się na wieczornym seansie w kinie "Apollo". Przed wejściem do przybytku X muzy, w sztucznym tłoku, postradał portmonetkę z blisko 40 złotymi. Najlepszym pomocnikiem kieszonkowców był tłum i ścisk ludzi. Wtedy działali niemal na pewniaka. Podczas pogrzebów na białostockich cmentarzach, na meczach piłkarskich klubów Jagiellonii czy Makabi, w tłumie ludzi na jarmarku św. Jana kieszonkowcy operowali bardzo gorliwie i plon był zawsze obfity.   Potrafili wykorzystać np. tłumy zgromadzone w sierpniu 1921 roku witające w Białymstoku marszałka Józefa Piłsudskiego, defiladę odbywającą się rok rocznie dla uczczenia święta 3 Maja, czy nawet, jak to było w 1928 roku, nabożeństwo w synagodze przy ul. Szkolnej z udziałem słynnego kantora Nowego Jorku Rozenblatta. W tym ostatnim tłumie swój portfel utracił bezpowrotnie Abram Bereziński z ul. Rabińskiej. Było w nim 8 dolarów i 120 złotych.


Włodzimierz Jarmolik

Translate