Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kościół św. Rocha. Złodzieje okradali wiernych

   To była bardzo dobrana parka. Siostra i brat, Mina i Milek Wintermanowie. W 1936 roku ona miała lat szesnaście, a on tylko dwanaście. Wychowała ich ulica Piesza na Chanajkach. Kradli przeważnie w kościele św. Rocha, z kieszeni wiernych.

  Kościół parafialny pod wezwaniem św. Rocha bardzo chętnie odwiedzali międzywojenni złodzieje. Zarówno miejscowi, jak i przyjezdni. Pod koniec września 1922 roku weszła do niego młoda kobieta i zatrzymała się przed ołtarzem Matki Boskiej Częstochowskiej. Wokół nie było nikogo. Wzięła więc pręt przeznaczony do gaszenia świec i zaczęła nim zdejmować wota wiszące koło ołtarza. Zobaczył to jednak szklarz, który wymieniał właśnie szybę w jednej z bocznych naw. Zszedł z drabiny i zatrzymał złodziejkę. Na komisariacie okazało się, że nosi ona nazwisko Nowak i przyjechała na gościnne występy aż z Sosnowca.

  Było wielu złodziei, którzy tak samo jak i dzisiaj nie obawiali się zbytnio gniewu Bożego i często szukali łupu w religijnych przybytkach. Byli tacy, co wręcz specjalizowali się w obrabianiu kościołów, cerkwi czy synagog.

  Na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku należał do nich poznaniak Józef Dakowski. Jego występy kościelne znała cała Polska. Na początku 1923 roku zawitał on również do Białegostoku. Oto relacja z tego pobytu zamieszczona w lokalnej prasie: "W nocy z 25 na 26 stycznia dokonano w kościele parafialnym kradzieży za pomocą podrobionego klucza do drzwi zakrystii. Niewiadomy świętokradca wtargnął do świątyni i zabrał z cyberium szczerozłoty kielich (z którego wysypał komunikanty) oraz parę innych cennych przedmiotów, łącznej wartości 2 miliony marek".

  Ekspozytura Urzędu Śledczego szybko schwytała bezczelnego złodziejaszka. Okazał się nim oczywiście Dakowski. Być może policji pomogły informacje z miejscowego światka przestępczego, który nie pragnął mieć na swoim terenie obcych rzezimieszków.

  Jesienią 1926 roku kościół św. Rocha znowu odwiedził bezbożny złodziejaszek. Tym razem nie był to jednak doświadczony klawisznik, ale zwykły włamywacz, któremu wystarczył łom, żeby wyrwać z zawiasów drzwi do zakrystii. Łupem złodzieja padły liczne wota z bocznych ołtarzy. Były to m. in. złote obrączki i, kolczyki, sznury korali czy złoty zegarek.

  Policja znowu miała robotę. Poszukiwania przestępcy trwały raptem dziesięć dni. Okazał się nim młodzieniec o nazwisku Władysław Prago, pochodzący z pobliskiego Grodna, który zapragnął odwiedzić, niebezinteresownie, stolicę województwa. Wkrótce za swój występek skazany został przez białostocki sąd pokoju na pół roku więzienia.

  Zbyt łagodny wyrok wydany na Prago nie usatysfakcjonował prokuratora. Wniósł natychmiast apelację do Sądu Okręgowego. Dowodził, że winowajca już trzy razy wcześniej popełnił podobne przestępstwo. Poza tym nie jest to jakiś zwykły, biedny wieśniak, kradnący dla przeżycia, ale całkiem dobrze wykształcony synalek z mieszczańskiej rodziny. Wiosną 1927 roku Sąd Okręgowy uznał racje prokuratora i podwyższył wyrok do dwóch lat.

  Ktoś może odnieść wrażenie, że białostocki kościół parafialny odwiedzali tylko złodzieje zamiejscowi. Rzeczywiście tak były częste. Podobnie jak specjaliści od dewocjonaliów wyprawiali się do Brześcia, Grodna czy Łomży. Ci ostatni potrafili jednak też popracować u siebie. Lepiej przygotowywali robotę, stąd też rzadziej wpadali.

  Oto jeden z przykładów na działalność miejscowych świętokradców. W roku 1928 z kościoła św. Rocha zginęła skarbonka z zawartością około 300 zł. Wywiad w miejscowym światku przestępczym nic nie dał. Nawet najbardziej pracowici donosiciele nie puszczali pary z gęby. Bardziej bali się swoich kolesiów niż policyjnej niełaski. I tak autor skoku na zasobną skarbonkę nie został odkryty.

Jeszcze częściej niż kościół św. Rocha okradane były białostockie synagogi. Tutaj też działali specjaliści spoza miasta.


Włodzimierz Jarmolik

Rynek Sienny w czasie okupacji nazywał się Neue Markt

 

   Eugeniusz Cudowski wychował się przy Siennym Rynku. Pamięta dobrze wartkie życie w rejonie ulic Suchej, Pięknej, Młyńskiej, Śledziowej, Sportowej (dawna Malinowskiego), Targowej (Rabinackiej), Mińskiej i oczywiście arterii Mazowieckiej. Zachował się także prawdziwy skarb - zdjęcia Siennego Rynku z czasów okupacji.

  Senior rodu Bronisław Jachimowicz (dziadek pana Eugeniusza) miał pod swoją pieczą piętro i częściowo parter w rogowej kamienicy Zaleskiego, z adresem Sienny Rynek 7, ale z wyjściem i na ul. Malinowskiego. Mówiło się, że to kamienica rogowa, z poddaszem, zabudowanym podwórzem, dobrze utrzymana. Bronisław był znanym białostockim szewcem, zatrudniał kilku pomocników, w czasie obu okupacji również z grona osób "spalonych", maskujących swą prawdziwą tożsamość.

  Było wśród nich nawet dwóch Żydów. Ignacy Kotłowski po wojnie profesorował na jednej z uczelni warszawskich i w 1968 roku został zmuszony do opuszczenia Polski, osiadł wraz z rodziną w USA. Raz pojawił się w wolnym już Białymstoku, zachował wdzięczność dla wybawcy.

  W opisywanej kamienicy mieszkali: dziadek Jachimowicz z żoną (i jej mamą), dwie córki (Janina wyszła za Cudowskiego, a jej siostra za Maszewskiego) oraz syn. Rodzina się powiększyła wraz z narodzinami wnucząt do 13 osób. Ponadto z gościnności Jachimowiczów korzystali przybywający na jarmarki, przed św. Jana spali pokotem w salonie.

   Za "pierwszego Sowieta" wprowadzili się oficerowie, tu jedli i pili samogon. Pan Bronisław wyposażył ich w buty, czym zaskarbił sobie wdzięczność komandirów i zyskał ochronę.

  Pewnego dnia do zakładu wtargnęli prości sołdaci, jeden z nich przymierzył buty z cholewami i uciekł zadowolony z nabytku. Dziadek ruszył w pogoń, krzyki usłyszał jeden z oficerów, ten po schwytaniu złodzieja tak energicznie zaczął wymierzać mu wyciorem sprawiedliwość, że dziadek Jachimowicz ledwie uratował złodzieja od niechybnej śmierci. Za Niemca przy Neue Markt 7 zamieszkało też dwóch oficerów. I ci zagustowali w samogonie. Mieli radio, więc gospodarze słuchali (z głową pod kocem) wiadomości z Londynu. Niemcy wyjechali, radio zostało, co umożliwiało i po wojnie łapanie zakazanych fal.

  Bronisław Jachimowicz chyba opacznie zrozumiał założenia nowego ustroju. Zaczął z nową energią rozwijać po wyzwoleniu prywatną inicjatywę, otworzył nawet sklep ze sprzętem techniczno-radiowym, zamieniony w pierwszy w Białymstoku komis. A w zakładzie szewskim zatrudnił aż dziesięciu robotników.

  Takich burżuazyjnych zwyczajów władza, nazywająca się ludową, nie zamierza tolerować i doprowadziła do powołania przy Siennym Rynku 7 Spółdzielni "Współpraca", przeniesionej następnie na Antoniuk. Urzędnicy dobili i mniejsze zakłady Bronisława Jachimowicza przy ul. Suchej (potem Warszawskiej) oraz Żelaznej. Ich właściciel przeżył rewizję funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, kilka tygodni śledztwa na powiatówce przy ul. Wołodyjowskiego i trzy miesiące w więzieniu przy ul. Kopernika. Do spółdzielni nie wrócił, zmarł w 1956 roku nie doczekawszy się pomyślniejszych wiatrów historii.

  Młody Eugeniusz chodził do przedszkola przy ul. Grottgera (po drodze można było wygrzebać z ziemi granat) i Szkoły Podstawowej nr 9 przy ul. Kijowskiej. Teorii uczył się z książek, życia na Siennym Rynku. To były właściwie trzy rynki: główny przy ul. Suchej (tu stały furmanki z galanterią gospodarczą i produktami żywnościowymi, a o postępie cywilizacyjnym zaświadczała duża ubikacja zwana po swojemu sraczem), poboczny przy ul. Młynowej (konie, bydło) i bardziej ekskluzywny przy ul. Pięknej (królowały ciuchy).  

   Z czasem zwierzęta wyprowadzono na Wygodę (za cmentarz prawosławny), a w rejonie Siennego Rynku przybyło sklepików i kramów, pojawiła się mała gastronomia. Rynki stanowiły wygodę dla białostoczan po przystępnej cenie i raj dla żulików, wydrwigroszów, meneli, marzących o sielankowym życiu na kredyt, z pomocą frajerów.

   Przy ul. Młyńskiej władze miejskie zamierzały postawić coś większego, ale podczas wykopów natrafiono na trumny. Mój rozmówca zapamiętał otwartą trumnę ze zwłokami dziewczynki ubranej w białą sukienkę.

  Pamięta i galerię typków z Siennego Rynku. Chyba najbardziej charakterystyczny był sprzedawca terpentyny, oliwy, smarów i gwoździ, regularnie szlifujący bruki. Od tego biznesu podupadł na psychice, szewcy dla zgrywu ubierali go od czasu do czasu w dziwne czapki z piórami.

  Z kolei Wacuś grał namiętnie na mandolinie, a że nie szkodził nikomu, to karmiono go, podtrzymywano przy życiu. Pewnego razu wybuchła wielka afera. Przy ul. Targowej stał murowany kiosk ze smarami i olejami, taka namiastka CPN-u. Ktoś zapowiedział na ścianie wielkimi literami z użyciem czarnej farby: Stalinowi oberwiemy wąsy i utniemy uszy (proszę o potwierdzenie lub zweryfikowanie napisu!).

  Ale się zakotłowało, rynek wypełnili ubecy i milicjanci. Sprawca chyba nie został schwytany, zbrodniczy wódz ocalił wąsy i uszy, ale wkrótce uwolnił świat od swej podłej osoby.

  I ostatnie na dziś wspomnienie pana Eugeniusza. O psie Szariku. Nie z czołgu 102, ale zostawionego przez "wyzwolicieli" latem 1944 roku. Zasłużył się dla Armii Czerwonej, wyciągając z pola walk rannych żołnierzy. Duży, silny, a spokojnej natury. Kiedy berbeć Genio wypełzł na czworakach z pokoju na betonową klatkę schodową i zmierzał do samozagłady (strach pomyśleć, co by się stało, gdyby pokoziołkował w dół), to Szarik położył się na drodze i zablokował dalszy marsz. Tak do poprzednich wyczynów dodał i uratowanie mego rozmówcy.


Adam Czesław Dobroński 

W Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej uczyli się najlepsi

   Była to swoista selekcja. Wybrano najlepszych uczniów oraz aktywistów ZMP. Pozostali zamiast iść na studia mieli się uczyć zawodu. I to z góry określonych przez władze. Tak trafiłem do Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. Chociaż była to szkoła z przymusu, to bardzo miło ją wspominam. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli - opowiada Zdzisław Jachimowicz.

  Byliśmy w XI klasie w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 przy ul. Kościelnej. Po maturze większość wybierała się na studia. I raptem dowiadujemy się, że nie skończymy tu nauki. Był to rok 1950. Przeprowadzona wówczas reforma oświaty miała na celu redukcję klas XI. I tak w moim dawnym ogólniaku przy Kościelnej pozostawiono wtedy tylko jedną klasę - wspomina pan Zdzisław. - Była to swoista selekcja. Zostali jedynie najlepsi uczniowie oraz aktywiści ZMP, a reszta miała iść do liceów zawodowych na terenie województwa i kraju.

  Dla wielu to był szok. Ja na przykład z kilkoma kolegami otrzymałem przydział do Liceum Budowy Maszyn Włókienniczych w Pabianicach. W tym czasie rozpoczęto budowę kombinatu bawełnianego w Fastach i mieliśmy stanowić kadrę włókienników. Mama wpadła w rozpacz, byłem jedynakiem, gdzie tu wysyłać dziecko tak daleko. Powiedziała, że choćby nie wiem co, ona się nie zgadza.

Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej

  Jednak mój wyjazd nie doszedł do skutku. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat na wniosek Stowarzyszenia Geodetów Polskich oraz Biur Geodezyjnych utworzono w Białymstoku Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. I my wszyscy, ci odrzuceni, poszliśmy do tego liceum. Dyrektorem był inż. Stefan Miśkiewicz, absolwent SGGW w Warszawie. Przygarnęła nas do swojej siedziby przy ul. Białej Wieczorowa Szkoła Inżynieryjna. Powstały dwie klasy. W "a" umieszczono młodzież z Białegostoku, natomiast w "b" z województwa.

  Nauka miała trwać rok, w tym miesiąc przewidziano na praktyki zawodowe w terenie. Program przewidywał wyłącznie przedmioty zawodowe oraz matematykę na poziomie szkół wyższych, humanistycznych w ogóle. A na zakończenie egzamin maturalny. Wykładowcami byli inżynierowie pracujący w biurach geodezyjnych. Geodezji uczył Rafał Rewkowski, instrumentoznawstwa Borecki, Blum-Kwiatkowski, Malinowski, przedmiot urządzenia rolne prowadził Stefan Smolski, gleboznawstwo Niewiński, sporządzanie mapy i kreślenia Jabłonowski. Wymiany gruntów uczył Erazm Stefański (wychowawca naszej klasy), budownictwa Henryk Smaczny, prawa mecenas Koszałkowski, matematyki Konstanty Kosiński.

Samotny biały żagiel na studniówce

   W lutym 1951 roku miała być studniówka. Klasa "b" jednak odmówiła w niej udziału ze względu na koszt. My zaś szykowaliśmy się bardzo starannie do naszego pierwszego balu. Komitet organizacyjny ustalił program. Przedstawił go najpierw dyrekcji szkoły a potem dyrekcji Okręgowej Szkolenia Zawodowego jako jednostce zwierzchniej. Program zawierał następujące punkty: przywitanie zaproszonych gości, wystąpienie szkolnego tercetu piosenkarskiego, recytacja utworów poetyckich i bal uczestników. Urzędniczka z wydziału opiniodawczego oczywiście zażądała wpisania tytułów wykonywanych utworów, ironicznie dodając, że może to będzie "Pierwsza brygada" lub "Czerwone maki na Monte Cassino".

  Od razu więc podaliśmy, żeby nie było wątpliwości i nie posądzono nas o fałszerstwo, gdy dopiszemy to odręcznie. Pamiętam były to utwory: "Wieczorny dzwon", "Mały biały domek", "Oda do młodości" i "Samotny biały żagiel" (po rosyjsku). Ale na tym nie koniec. Urzędniczka zapytała oczywiście o przedstawiciela ZMP z Zarządu Miejskiego, bez których to działaczy nie mogła się odbyć żadna impreza. Odpowiedzieliśmy, że przewodniczący jest uczniem klasy "b" i będzie reprezentował zarząd miejski ZMP. Program został zaopiniowany pozytywnie i mogliśmy spokojnie bawić się na studniówce.

  Po półroczu szkołę przeniesiono do budynku Liceum Budowlanego przy ul. Lipowej 41 e. Tam w suterynie zostały wyremontowane pomieszczenia i do końca roku trwała nauka. W sierpniu 1951 roku po miesięcznej praktyce odbył się egzamin maturalny.

Zawodu geodety uczyły się też dziewczęta. W naszej klasie rozpoczęło naukę dziesięć dziewcząt, w klasie "b" trzy. W sumie dyplom otrzymało 11.

To była dobra szkoła

  Mimo trudnej politycznie atmosfery wspominam bardzo dobrze ten czas. Szedłem do tej szkoły z przymusu, bałem się przedmiotów zawodowych, należałem do humanistów. Ale nauczyciele byli wspaniali. Bardzo lubiłem prawo, byłem jednym z najlepszych z tego przedmiotu. Potem zdałem na studia zaoczne na Uniwersytet Warszawski.

  Mogliśmy też rozwijać się sportowo. Istniały drużyny siatkówki i koszykówki, które odnosiły sukcesy. Siatkarze zdobyli wicemistrzostwo Białegostoku w rozgrywkach szkół zawodowych, a drużyna koszykówki mistrzostwo i, wzmocniona kilkoma zawodnikami z innych szkół, została mistrzem okręgu na spartakiadzie szkół zawodowych w Olecku.

  W następnym roku szkolnym 1951/52 liceum geodezji przeniosło się do budynku po liceum chemicznym przy Lipowej 41 c. Nabór do nowych klas odbywał się po gimnazjum, a nauka trwała dwa lata. I tak Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej stało się początkiem Technikum Geodezyjnego a później Budowlano-Geodezyjnego.

  Szkoła od razu zyskała wielką renomę. Absolwenci byli rozchwytywani. Przyjeżdżali urzędnicy z całej Polski i proponowali dobrą pensję, mieszkanie. A i w samym Białymstoku oraz w województwie czekało na geodetów zatrudnienie. W tym czasie przeprowadzano klasyfikację gruntów. Lubiłem swój zawód. Jako pierwsi w Polsce zakończyliśmy prace. Dostaliśmy za to sztandar. Wynajmowano nas w całej Polsce. Pracowałem w Kieleckiem, Rzeszowskiem, w Bieszczadach. Zjechałem kawał kraju. Była to przygoda i ciekawe życie.

Alicja Zielińska

Translate