Postaw mi kawę na buycoffee.to

W Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej uczyli się najlepsi

   Była to swoista selekcja. Wybrano najlepszych uczniów oraz aktywistów ZMP. Pozostali zamiast iść na studia mieli się uczyć zawodu. I to z góry określonych przez władze. Tak trafiłem do Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. Chociaż była to szkoła z przymusu, to bardzo miło ją wspominam. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli - opowiada Zdzisław Jachimowicz.

  Byliśmy w XI klasie w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 przy ul. Kościelnej. Po maturze większość wybierała się na studia. I raptem dowiadujemy się, że nie skończymy tu nauki. Był to rok 1950. Przeprowadzona wówczas reforma oświaty miała na celu redukcję klas XI. I tak w moim dawnym ogólniaku przy Kościelnej pozostawiono wtedy tylko jedną klasę - wspomina pan Zdzisław. - Była to swoista selekcja. Zostali jedynie najlepsi uczniowie oraz aktywiści ZMP, a reszta miała iść do liceów zawodowych na terenie województwa i kraju.

  Dla wielu to był szok. Ja na przykład z kilkoma kolegami otrzymałem przydział do Liceum Budowy Maszyn Włókienniczych w Pabianicach. W tym czasie rozpoczęto budowę kombinatu bawełnianego w Fastach i mieliśmy stanowić kadrę włókienników. Mama wpadła w rozpacz, byłem jedynakiem, gdzie tu wysyłać dziecko tak daleko. Powiedziała, że choćby nie wiem co, ona się nie zgadza.

Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej

  Jednak mój wyjazd nie doszedł do skutku. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat na wniosek Stowarzyszenia Geodetów Polskich oraz Biur Geodezyjnych utworzono w Białymstoku Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej. I my wszyscy, ci odrzuceni, poszliśmy do tego liceum. Dyrektorem był inż. Stefan Miśkiewicz, absolwent SGGW w Warszawie. Przygarnęła nas do swojej siedziby przy ul. Białej Wieczorowa Szkoła Inżynieryjna. Powstały dwie klasy. W "a" umieszczono młodzież z Białegostoku, natomiast w "b" z województwa.

  Nauka miała trwać rok, w tym miesiąc przewidziano na praktyki zawodowe w terenie. Program przewidywał wyłącznie przedmioty zawodowe oraz matematykę na poziomie szkół wyższych, humanistycznych w ogóle. A na zakończenie egzamin maturalny. Wykładowcami byli inżynierowie pracujący w biurach geodezyjnych. Geodezji uczył Rafał Rewkowski, instrumentoznawstwa Borecki, Blum-Kwiatkowski, Malinowski, przedmiot urządzenia rolne prowadził Stefan Smolski, gleboznawstwo Niewiński, sporządzanie mapy i kreślenia Jabłonowski. Wymiany gruntów uczył Erazm Stefański (wychowawca naszej klasy), budownictwa Henryk Smaczny, prawa mecenas Koszałkowski, matematyki Konstanty Kosiński.

Samotny biały żagiel na studniówce

   W lutym 1951 roku miała być studniówka. Klasa "b" jednak odmówiła w niej udziału ze względu na koszt. My zaś szykowaliśmy się bardzo starannie do naszego pierwszego balu. Komitet organizacyjny ustalił program. Przedstawił go najpierw dyrekcji szkoły a potem dyrekcji Okręgowej Szkolenia Zawodowego jako jednostce zwierzchniej. Program zawierał następujące punkty: przywitanie zaproszonych gości, wystąpienie szkolnego tercetu piosenkarskiego, recytacja utworów poetyckich i bal uczestników. Urzędniczka z wydziału opiniodawczego oczywiście zażądała wpisania tytułów wykonywanych utworów, ironicznie dodając, że może to będzie "Pierwsza brygada" lub "Czerwone maki na Monte Cassino".

  Od razu więc podaliśmy, żeby nie było wątpliwości i nie posądzono nas o fałszerstwo, gdy dopiszemy to odręcznie. Pamiętam były to utwory: "Wieczorny dzwon", "Mały biały domek", "Oda do młodości" i "Samotny biały żagiel" (po rosyjsku). Ale na tym nie koniec. Urzędniczka zapytała oczywiście o przedstawiciela ZMP z Zarządu Miejskiego, bez których to działaczy nie mogła się odbyć żadna impreza. Odpowiedzieliśmy, że przewodniczący jest uczniem klasy "b" i będzie reprezentował zarząd miejski ZMP. Program został zaopiniowany pozytywnie i mogliśmy spokojnie bawić się na studniówce.

  Po półroczu szkołę przeniesiono do budynku Liceum Budowlanego przy ul. Lipowej 41 e. Tam w suterynie zostały wyremontowane pomieszczenia i do końca roku trwała nauka. W sierpniu 1951 roku po miesięcznej praktyce odbył się egzamin maturalny.

Zawodu geodety uczyły się też dziewczęta. W naszej klasie rozpoczęło naukę dziesięć dziewcząt, w klasie "b" trzy. W sumie dyplom otrzymało 11.

To była dobra szkoła

  Mimo trudnej politycznie atmosfery wspominam bardzo dobrze ten czas. Szedłem do tej szkoły z przymusu, bałem się przedmiotów zawodowych, należałem do humanistów. Ale nauczyciele byli wspaniali. Bardzo lubiłem prawo, byłem jednym z najlepszych z tego przedmiotu. Potem zdałem na studia zaoczne na Uniwersytet Warszawski.

  Mogliśmy też rozwijać się sportowo. Istniały drużyny siatkówki i koszykówki, które odnosiły sukcesy. Siatkarze zdobyli wicemistrzostwo Białegostoku w rozgrywkach szkół zawodowych, a drużyna koszykówki mistrzostwo i, wzmocniona kilkoma zawodnikami z innych szkół, została mistrzem okręgu na spartakiadzie szkół zawodowych w Olecku.

  W następnym roku szkolnym 1951/52 liceum geodezji przeniosło się do budynku po liceum chemicznym przy Lipowej 41 c. Nabór do nowych klas odbywał się po gimnazjum, a nauka trwała dwa lata. I tak Liceum Geodezji Rolnej i Leśnej stało się początkiem Technikum Geodezyjnego a później Budowlano-Geodezyjnego.

  Szkoła od razu zyskała wielką renomę. Absolwenci byli rozchwytywani. Przyjeżdżali urzędnicy z całej Polski i proponowali dobrą pensję, mieszkanie. A i w samym Białymstoku oraz w województwie czekało na geodetów zatrudnienie. W tym czasie przeprowadzano klasyfikację gruntów. Lubiłem swój zawód. Jako pierwsi w Polsce zakończyliśmy prace. Dostaliśmy za to sztandar. Wynajmowano nas w całej Polsce. Pracowałem w Kieleckiem, Rzeszowskiem, w Bieszczadach. Zjechałem kawał kraju. Była to przygoda i ciekawe życie.

Alicja Zielińska

Wśród przedwojennej dorożkarskiej braci

  Zawód dorożkarza przechodził często z ojca na syna. Powstawały wręcz pokoleniowe klany rodzinne parające się tą profesją. Najsławniejszym z nich byli oczywiście Sybirscy, z wiekowym patriarchą rodu Hone Sybirskim na czele.

Wszyscy Sybirscy mieszkali przy ul. Orlańskiej pod numerem 10, w sąsiedztwie znanych, chanajkowskich bandziorów i złodziejaszków. Oprócz starego ojca, dorożkarstwem trudnili się wszyscy jego czterej synowie: Abram, Chaim, Jankiel i Judel.

  Furmanem mającym własną platformę i parę koni był także młodszy brat Hone, Mojżesz. Ten zajmował się przede wszystkim wożeniem mięsa dla okolicznych rzeźników i drewna do zakładów opałowych.

   Inną żydowską rodziną z dużymi tradycjami dorożkarskimi byli na białostockim bruku Podryccy. Pięciu dorosłych braci, wszyscy żonaci i z licznym potomstwem, miało swój dom przy ul. Brukowej. Podryckich znano w mieście z tego, że nikomu nie schodzili (ani nie zjeżdżali) z drogi. Walczyli zawsze twardo o miejsce na postoju, jeździli nieprzepisowo po ulicach, kiedy zaś zatrzymywała ich policja, nie chcieli płacić kary, lecz woleli iść na kilka dni do aresztu miejskiego. Tam też potrafili tęgo narozrabiać.

  W stosunku do wożonych klientów Podryccy również nie zawsze byli w porządku. Żądali za kurs, zresztą prawie jak wszyscy białostoccy dorożkarze, znacznie więcej niż się należało, nie wydawali reszty, niekiedy niby przez nieuwagę zapominali wyładować z dorożki przewożony bagaż.

Jeden z braci, Mejer Podrycki, w końcu się doigrał. W 1936 roku zastrzelił go pijany sierżant. Tę historię opowiedziałem jednak dokładnie przed dwoma tygodniami.

  W odróżnieniu od Sybirskich i Podryckich nie miał natomiast szczęścia w zakładaniu dorożkarskiej dynastii stary wozak Boruch Rabinowicz. Pod koniec XIX wieku przybył on do Białegostoku z Odessy i zamieszkał na Chanajkach.

  Niemal od razu został dorożkarzem. Choć żona, Rachela urodziła mu trzech dorodnych synów, to jednak żaden z nich nie kwapił się zostać zmiennikiem ojca, przejąć dorożkarski bat i wdrapać się na kozła. Dwóch starszych synów Rabinowicza jeszcze w 1919 roku wyjechało nielegalnie do Ameryki i słuch po nich zaginął.

  Z kolei najmłodszy, Gabriel, choć pozostał nad Białką, to też nie kwapił się wcale, aby pomóc ojcu w pracy. Twierdził wszem i wobec, że jest uczulony na końskie włosie, żeby nie powiedzieć na co jeszcze. Pape Rabinowicz musiał wstydzić się za swojego syna przed innymi dorożkarzami.

  Gdy tylko rodzic zamknął oczy i trafił z należytą oprawą na żydowski cmentarz przy ul. Sosnowej, Gabryś natychmiast sprzedał odziedziczoną dorożkę, a sam zajął się na dobre pokątnym handlem i podejrzanymi interesami. Teraz można było go spotkać niemal codziennie na białostockim Kercelaku, czyli placu targowym, który mieścił się u wylotu ul. Mazowieckiej, tuż obok hal.

  Wśród licznych handlarzy starzyzną synalek Rabinowicza wyróżniał się wysokim wzrostem i jaskrawozielonym kapeluszem, widocznym ze wszystkich stron.

  Ten niby uczulony na konie syn dorożkarza miał także donośny głos. Na całym placu słychać było jego: handel, handel - tu u mnie! W ten sposób zachęcał Gabriel Rabinowicz do kupowania swojego towaru. Niekiedy składały się nań spinki, krawaty, mankiety, ślubne kołnierzyki pamiętające jeszcze czasy cara Mikołaja, innym razem były to sprzedawane ukradkiem zapalniczki lub niepewnego pochodzenia zegarki. Dorożkarz Rabinowicz musiał przewracać się w grobie.


Włodzimierz Jarmolik

Młynowa 44. Wszyscy żyli jak w jednej rodzinie

 

   Posesja przy Młynowej 44 była okazała. Duży murowany dom stał od frontu, w głębi podwórza znajdowały się dwa mniejsze drewniane, a od ulicy brama zamykana na klucz. Dziadkowie wynajmowali mieszkania lokatorom, ale wszyscy żyliśmy tam jak w rodzinie. Dzieci razem się bawiły, dorośli odwiedzali się nawzajem - opowiada Krystyna Lipska.

  Mój dziadek ze strony mamy, Antoni Jaroszewicz w młodości wyemigrował do Stanów. Był tam 17 lat, pracował jako murarz - opowiada pani Krystyna. - Wrócił, kiedy Polska odzyskała niepodległość. Postanowił zamieszkać przy ul. Młynowej, bo tam się wychował. Kupił działkę pod numerem 44 i postawił dom. W stylu amerykańskim, taki, jakie widział za oceanem. Bryła budynku została wydłużona o dodatkowy mur, były dwa wejścia oraz duże okna, znacznie odbiegające wielkością od znajdujących się w domach po sąsiedzku. Do tego ganek z kolorowymi szybkami.

    Budynek rzeczywiście się wyróżniał. Na działce, którą dziadek kupił, stały też dwa drewniane domy, które wynajmowano lokatorom - opowiada pani Krystyna. - Młynowa i okoliczne ulice nie cieszyły się dobrą sławą, ale obok pospolitych niebieskich ptaków o podejrzanej reputacji, żyło tam wielu porządnych ludzi. Nasza posesja stanowiła oazę spokoju i wzajemnej życzliwości - podkreśla. - Mieszkały tam jeszcze trzy inne rodziny, które zajmowały się cukiernictwem. Pan Michał Poznański na Boże Narodzenie sypał mi zawsze w fartuszek cukierki zawinięte w kolorowe papierki. Niosłam je do domu, mama wieszała na choinkę, ależ to była radość.

Jego żona, pani Anna uwielbiała czytać, zaraziła nas tą pasją. Pamiętam, ugotowała obiad, posprzątała i zwoływała swoją gromadkę oraz inne dzieciaki z podwórza, siadaliśmy wkoło stołu. Czytała codziennie, a my słuchaliśmy z wielkim zainteresowaniem. Dzięki temu w wieku siedmiu lat znałam już Quo vadis, Emancypantki, Faraon, Potop. A potem my dzieciaki sami urządzaliśmy przedstawienia na podstawie tych lektur, nawet bilety sprzedawaliśmy.

  Poznańscy mieli czterech synów i dwie córki, przyjaźniłam się z jedną z nich, Wandą - to mama aktorki Agnieszki Maciąg i matka chrzestna mego syna.

  Druga rodzina cukierników, państwo Liszewscy robili landrynki i lizaki, które sprzedawali na swoim straganie; mieli czterech synów. A trzeci cukiernik to był pan Grodzki, on handlował gotowymi słodyczami. Nie miał dzieci. Pani Grodzka czasem prosiła nas, by zanieść jakieś pismo, zawsze wtedy dawała cukierki. Chętnie się zgłaszaliśmy z taką przysługą.

  Było nas, dzieci jedenaścioro w sumie, tylko ja jedynaczka. Pamiętam zbieraliśmy się wieczorami w gromadce na opowiadanie o duchach. Starsi wymyślali straszne historie, bałam się potem wracać do domu, ale bardzo mnie ciągnęło do tych opowieści.

  Żyliśmy niczym jedna zgodna rodzina. Jak ktoś piekł kiszkę, czy ciasto, to zajadali się wszyscy. Jak ktoś nie miał pieniędzy, to zawsze mógł liczyć, że sąsiad mu pożyczy. W Wielkanoc wychodziliśmy i taczaliśmy jajka w dachówce. Bywało, że mama musiała odrywać się od świątecznego stołu i malować mi pisanki, bo wszystkie wybiłam i nie miałam czym się bawić.

  Po zimie nasze podwórze wyglądało nie najlepiej, kanalizacji przecież nie było, nieczystości wylewano wprost do rynsztoka. Ale ledwie mróz puścił i śnieg stopniał, wszyscy wychodzili i robili porządki. Kopano jamę i wrzucano brudy, obejścia posypywano piaskiem, domy przystrajano gałązkami brzozy. Zakwitły drzewa, kwiaty i robiło się pięknie wkoło. Posesja była duża, około 1000 metrów, to i każdy miał swoje parę zagonków, uprawiał pomidory, marchewkę, pietruszkę.

  Pamiętam dwie duże kaliny - obsypane białymi bukietami dodawały szczególnego uroku. Babcia opowiadała, że w czasie wojny szedł ulicą Niemiec, zobaczył te kaliny i kazał nałamać gałązek, bo tak mu się spodobały. Babcia zrobiła duży bukiet, on następnego dnia przyniósł skórę na buty. Po 17 września mieszkali u nas Sowieci z żonami. Te Rosjanki, poczciwe kobiety, zanim się zorientowały, kupowały nocne koszule i chodziły w nich po mieście, bo myślały, że to sukienki, takie ładne i z koronkami. Mama kiedyś zrobiła chrzan, jedna z nich przyszła do nas, tak jej posmakował, że na drugi dzień swemu mężowi podała z samym chlebem, jak masło.

W głębi podwórza leżał wielki kamień, tam koncentrowało się nasze życie towarzyskie. Któryś z chłopaków grał na gitarze, mój wujek miał mandolinę, reszta śpiewała. Wesoło było, miło. Podwórze było zamykane na bramę. Dziadek nosił klucz, wieczorem przed dziesiątą pobrzękiwał, dając znać obcym, że czas opuścić posesję.       

  Z biegiem lat zmieniali się mieszkańcy przy Młynowej. Moi rodzice przenieśli się do bloku przy Grottgera, ja z mężem zostałam tam do 1973 roku a następnie przeszliśmy na osiedle Piasta. Przez jakiś czas posesją zarządzało Zrzeszenie Prywatnych Właścicieli Nieruchomości. Wyremontowano dachy, postawiono chlewki, brano komorne. Ale potem zrzeszenie zrzekło się administrowania i te obowiązki spadły na nas. Mieliśmy kłopoty z utrzymaniem porządku, a dochody z wynajmu były nieduże, więc 15 lat temu posesję sprzedaliśmy.

  Nowy właściciel wymówił mieszkania lokatorom. Znikły drewniane dwa domy, w murowanym, który ostał się najdłużej, ostatnio był klub. Konserwator zabytków zapowiadał, że nie pozwoli go rozebrać ze względu na ciekawą elewację. Ale, widać były to tylko obietnice. W ubiegłym tygodniu przechodziłam tamtędy z mężem i z przykrością zobaczyliśmy, że dom został zburzony.

   Z Młynową 44 i rodziną Krystyny Lipskiej związana była przez wiele lat także Tekla Sidorowicz. Pisaliśmy o niej przed tygodniem. To Polka z Grodna i wyjątkowa osoba, która doświadczyła tragicznych przeżyć. W czasie wojny została wywieziona z matką i braćmi do obozu w Ravensbruck, ale ocalała tylko ona. Zaprzyjaźniona z rodzicami pani Krystyny wróciła do Białegostoku i mieszkała razem. A kiedy wyjechała do Stanów, to z kolei ona gościła wszystkich z rodziny, którzy przyjeżdżali do Bostonu.

  Pozostały po niej piękne wspomnienia - mówi Krystyna Lipska. - Jest także pamiątka strasznych przeżyć okupacyjnych, którą chciałabym przekazać do muzeum. To opaska z numerem obozowym w Ravensbruck: 30682 oraz przepustka z 1946 roku, którą dostała po wyzwoleniu. Jest w niej prośba o pomoc w przemieszczaniu się środkami transportu z Niemiec do miejsca, w którym chciałaby się zatrzymać.


Alicja Zielińska

Mazowiecka 7 i historia białostockich podwórek

    Rosły na podwórkach drzewa , krzewy bzu oraz jaśminu. Podwórka z tamtych lat, to i rabaty z kwiatkami, grządki z warzywami (trafiały się altanki w ogrodzie), studnia lub pompa , wszelaki bajzel, jak powszechnie wtedy się mówiło. To był raj dla dzieciaków, wygoda dla gospodarzy, dla każdego coś pożytecznego. Tu więc westchnę i powtórzę z nutą pieszczotliwą w głosie - białostockie podwórka, sam cud.

 Eugeniusz Cudowski snuł opowieść o kamienicy przy Siennym Rynku numer 3, z drugim wejściem od ul. Sportowej (przedwojenna Malinowskiego). Teraz przyniósł kolekcję zdjęć albumowych. Na jednym widać podwórze, tak dobrze wpisane w dzieciństwo i lata młodości mojego rozmówcy. Proszę się więc dobrze przyglądać.

  To normalne, że wejście wewnętrzne do kamienicy prezentowało się mniej okazale niż to od ulicy, z drzwiami, które dawno nie widziały farby. Lepiej miało się za to okno z malowanymi okiennicami i kwiatami w doniczkach (prymulki?). Wielobarwne liszaje pokryły tynk, licho też wygląda bruk, drobne kamienie, udeptana ziemia ze żwirem, może i kawałki tandetnego betonu. Ze sprzętów niezbędnych widać trudny do określenia pojemnik, bardziej skobelek niż wiadro. Dlaczego tak spieszyła się widoczna na zdjęciu kobieta? Może zostawiła w domu małe dziecko i usłyszała jak wiszczy (krzyczy), a może palił się ogień pod płytą i zupie groziło przypalenie?

  Natomiast niewiasta z ondulacją na głowie trzyma w palcach szczypce drewniane, takie do mocowania prania na sznurach. Trzy sztuki (intymne?) już wiszą. Zapachniało na podwórzu mydlinami (nie były to aromaty nadto przyjemne), krople wody kapały na klepisko podwórza. Duże pranie to święto w domu, z balią i tarą, kotłem do gotowania. Mąż przezornie znikał na cały dzień, żona zaganiała do pracy resztę rodziny. Lubiłem pomagać mamie w przeciąganiu wyschniętej już (wysuszonej) pościeli i ręczników. Dwie osoby brały na ten przykład prześcieradło za rogi, odsuwały się od siebie i rolowały je w dłoniach, a potem przeciągały z lewa w prawo i z prawa w lewo. Trzeba było stać mocno na nogach, naprężać mięśnie rąk, a tułów przechylać na boki. Chętnie to mogę pokazać, bo opis pewnie nie wypadł zbyt klarownie. W tym czasie maluchy (berbecie) mogły się chować pod spód opisywanego prześcieradła, które łaskotało ich główki. Sama radość!

  A teraz podnieśmy głowy do góry i popatrzmy na balkony. Ten drewniany od strony podwórka był w tej samej klasie, co wcześniej opisane drzwi wejściowe. Cud, że rynna cała, za to szyby - normalnie - popękane, choć szklarzy w okolicy było, jak za przeproszeniem burków (psów) we wsi. Trochę strach stać na takim balkonie, a jeszcze większe ryzyko stawało się udziałem osób opierających się o balustradę. Co tam jednak strach, gentelman (NN) w obecności dwóch dam oparł się na łokciu i marzycielsko patrzył ku górze. Pewnie akurat niebo nad Siennym Rynkiem było pogodne i to nie tylko dla bogaczy. A jowialny chłopczyk na kolejnym zdjęciu to mój rozmówca w fazie maleńkości, czyli Genio Cudowski. Proszę popatrzeć na urok tego balkonu, z widokiem na rynek. Co za subtelny ornament metalowy! Takie stareńkie kraty jeszcze niedawno spotkać można było m.in. przy ul. Młynowej. I chociaż to wręcz dzieła sztuki białostockich kowali, to giną marnie.

  Wakacje sprzyjają nastrojom sentymentalnym. Zapraszam do opisu podwórek z lat dawnych. Dobrze byłoby dodać i fotografie, ale jak ich nie ma, to jakoś sobie poradzimy. Prawda jest i taka, że podwórka kryją tajemnice. Znam takie w Białymstoku, gdzie jest mogiła z 1920 roku. Prezydent Kaczorowski wspominał mi o ukryciu dokumentacji harcerskiej na jednym z podwórek przy ul. Piasta. Na wypadek nalotów kopano koło domów małe schrony i rowy, w piwnicach pędzono bimber, w chlewkach ukrywano nielegalne świnki, a mało gdzie nie trzymano królików. I tak dalej, i tak dalej. Zatem niech się potoczą opowieści.


Adam Czesław Dobroński 

2012 r

Ulica Cicha inna niż inne

 


   Po przedwojennej uliczce Cichej nie ma dzisiaj ani śladu. Leżała ona w samym centrum żydowskich Chanajek i liczyła zaledwie cztery numery. Z jednej strony łączyła się z ulicą

Krakowską, z drugiej zaś z nieistniejącą również Orlańską

  Ulica Cicha wcale nie była cichą. Wręcz odwrotnie. Panował na niej bardzo duży harmider, wywoływany tak przez stałych jej mieszkańców, jak i przybywających tam w różnych sprawach gości. Odwiedzali ją ciągle też policjanci z IV posterunku, któremu podlegała. Cztery domy a tyle hałasu. Złodziejska melina, pokoiki z prostytutkami, szulerka, paserstwo, nielegalny handel wódką, a wszystko to na kilkudziesięciu metrach.

  W drewniaku pod numerem 1, od frontu mieszkała rodzina Chazanów. Ważni byli przede wszystkim ojciec - Szmul i dwaj jego synkowie - Chaim i Chone. Szmul stanowił przykład twardego sutenera, który wątpliwą profesją zajął się jeszcze przed I wojną światową. Swoje podopieczne trzymał twardą ręką. Zabierał im połowę zarobków, a w razie nieposłuszeństwa potrafił mocno poturbować.

  W 1934 roku przed białostockim sądem okręgowym miała miejsce głośna rozprawa o wykorzystywanie kobiet trudniących się nierządem. Głównym bohaterem był oczywiście Szmul Chazan. Jeszcze przed wejściem do sali sądowej wezwane kobiety twierdziły głośno, że nie powiedzą prawdy o swoim traktowaniu. Synowie Chazana grozili bowiem im śmiercią za prawdziwe zeznania, a ich koleżanka po fachu, niejaka Helena Szadurska namawiała też do kłamania. Chanajkowski alfons wywinął się więc od kary.

  Synowie Chazana, choć dopiero dwudziestoparoletni byli już zatwardziałymi złodziejami. Szczególnie wyróżniał się Chone. Kradł przy każdej nadarzającej się okazji. W 1932 roku opróżnił ze złotych zegarków kieszenie bywalców zakładu kąpielowego przy ul. Warszawskiej. Z kolei trzy lata później wpadł na gorącym uczynku, kiedy ze swoim pomagierem, Szlomą Kukawką polewał skobel kwasem solnym przy kłódce sklepu mleczarskiego przy Żwirki i Wigury, i z ogromnym zacięciem ciął go piłką do metalu.

  W drugiej części domu przy Cichej 1 swój nieduży przybytek płatnej miłości prowadziło małżeństwo Mendla i Zlaty Wasilkowskich. Mąż był poza tym znanym awanturnikiem, który w pijanym widzie sięgał często po nóż fiński i w ten sposób uświadamiał swoje racje.

Pod numerem 2 mieszkała też wcale niezła parka. Był to Mordko Lis, równie wielki amator rozmaitych rozrób. Kręcił się on po ul. Brukowej, Krakowskiej czy Marmurowej i wymuszał od przechodniów dwa złotych na flaszkę wódki.

  Z kolei Tauba Wolfson, prostytutka, znana była z sympatii do kolejarzy. Niektórzy miłośnicy jej wdzięków nawet szli na ostre. W 1927 roku niejaki Michał Potocki, pracownik warsztatów kolejowych w Łapach tak przyłożył koledze Aleksandrowi Matulisowi w głowę butelką z piwem, że aż pękła czaszka. Sąd wycenił tę zazdrość o pannę Wolfasównę na sześć miesięcy więzienia.

  W domu nr 3 urzędowała z dużym powodzeniem Bejla Kleinsztejn. Była to znana w całych Chanajkach paserka i handlarka nielegalnym alkoholem. Specjalizowała się zwłaszcza w skupowaniu kradzionej garderoby i pościeli. Drogę do niej znali niemal wszyscy pajęczarze (złodzieje strychowi). Szczególnie gorliwym dostarczycielem łupów był Abram Kukawka, którego "Dziennik Białostocki" mianował nawet królem strychów.

  No i wreszcie domek z numerem 4. Tu gwiazdą występku była Maria Szczerbek ze złodziejskiej rodziny Ejsmontów. Jej brat Antoni należał do czołówki włamywaczy. Kradł sam, a także do spółki z innymi amatorami cudzej własności. Sprzedawaniem zdobytych łupów zajmowały się jego liczne siostry.

  Maria trudniła się też najstarszą profesją świata. W swoim mieszkaniu przyjmowała zarówno żydowskich klientów, jak też chętnych na jej wdzięki gojów. Latem 1932 roku złożyła jej wizytę także policja. Niejaki Jankiel Kapicki z Marmurowej po pobycie na Cichej 4 nie mógł doliczyć się w swoim portfelu aż 200 dolarów. Można zrozumieć, że nie miał zaufania do banków, cóż czasy kryzysu, ale żeby chodzić po Chanajkach z taką forsą, to już bezmyślność.


Włodzimierz Jarmolik

Translate