Postaw mi kawę na buycoffee.to

" Deszcz ... w kinie Polana "

   Sierpień 1956 roku - pamiętam, bo niebawem idę do pierwszej klasy.

W kinie " Polana " grają film " Zakazane piosenki ". Bilety po 2 złote.

Jadę z tatą z końcowego przystanku " czwórki ". Zastępczo, podjeżdża samochód ciężarowy z plandeką.

Jeździły już po naszym mieście czerwone autobusy komunikacji miejskiej, ale widocznie tabor był jeszcze niewystarczający i awaryjnie zdarzały się i takie kwiatki.

Tłumek pasażerów wciąga mnie za ręce przez tylną burtę do środka i stoję dusząc się na pępku jakiejś pani. Tata wisi na trapie za burtą.

Szofer nie zatrzymuje się na żadnym przystanku, bo w niedzielny, ciepły wieczór wszyscy jadą do kina na pierwszy, nakręcony po wojnie polski film, do Polany.

Wysiadamy koło kościoła farnego.

W kinie, na drewnianych ławkach zajęliśmy miejsca.

Z chwilą rozpoczęcia Polskiej Kroniki Filmowej lunął rzęsisty deszcz. Tata okrył mnie marynarką, ale niewiele to pomogło. Niemal natychmiast sweterek wraz z koszulą przykleił się do ciała. Z krótkich spodenek na kancik okapywała do bucików deszczówka. Najgorsze to były te prążkowane pończochy na nogach, które najpierw dokładnie przyległy do nóg a potem wysychając powodowały niemiłe świerzbienie.

Równo z końcem Kroniki deszcz przestał padać i trzęsąc się z zimna mogłem pooglądać se film wraz z przeżywaniem rozkoszy schnących ... cholernych pończoszek.

Wyschłem do końca i rozgrzałem się podczas drogi powrotnej do domu, którą odbyliśmy z tatuśkiem na piechotę.

Tadeusz Wrona (RIP)

Włamywacze wybijali otwory w ścianach, suficie albo w podłodze

  W międzywojennym Białymstoku doświadczeni włamywacze często korzystali w swoich wyprawach po łupy z wybijanych otworów w ścianach, suficie czy podłodze. Skok

przygotowywali ostrożnie i cierpliwie.

  Wybrany obiekt - sklep komisowy, jubiler, kasa pożyczkowa czy wreszcie bank był obserwowany długo i fachowo. Poznawano jego nocne, a zwłaszcza słabsze strony. Szukano najlepszego podejścia. Również starannie wybierano czas roboty. Noc z soboty na niedzielę, albo dni świąteczne. Złodziejom niezbędny był spokój w ich ryzykownym przedsięwzięciu.

  Na początku II Rzeczypospolitej wśród białostockich speców od łomu i wytrycha było jeszcze sporo niezgrabiaszy. Potrafili oni spartolić całkiem łatwą fuchę. Oto w nocy sierpniowej 1919 roku szajka włamywaczy dostała się do restauracji Szmuklera przy ulicy Sienkiewicza, ażeby stąd przez otwór w ścianie trafić do sąsiedniego sklepu z zegarkami P. Niewiadomskiego. Dziura została zrobiona i na to konto opryszki wychyliły 15 butelek piwa z restauracyjnego bufetu. Hałasy libacji usłyszał czujny stróż nocny. Włamywacze musieli ratować się ucieczką bez narzędzi i łupu.

  Z kolei na początku 1922 roku p. Waltera, właściciela sklepu komisowego przy ul. Sienkiewicza 58 (ta ulica miała wyjątkowego pecha do złodziei różnych specjalności) obudziło o północy podejrzane stukanie w ścianę. Podniósł więc trwogę wśród lokatorów i razem z nimi zatrzymał na podwórzu jegomościa, który młotkiem i meslem próbował poszerzyć sporą już dziurę do wnętrza sklepu. Trafił oczywiście do Urzędu Śledczego.

  W latach późniejszych dziurawienie ścian przez włamywaczy było już zdecydowanie bardziej profesjonalne. Weźmy chociaż tylko rok 1932. Już na samym początku miała miejsce wizyta złodziei w sklepie Chaima Wajnsztadta przy ulicy Sienkiewicza 22. Handlował on galanterią skórzaną. Włamywacze dostali się najpierw do komórki przy sklepie, a stamtąd przez otwór w grubej ścianie do środka. Wynieśli dużo drogiego towaru. Część zostawili na następny rok, gdyż była świąteczna sobota i nie oczekiwali żadnych niespodzianek ze strony żydowskiego właściciela. Ten jednak przyszedł do sklepu po zostawioną tam korespondencję handlową. W ten sposób uratował resztki dobytku.

  Jesienią z kolei włamano się do magazynu z obuwiem Wolfa Węgrowskiego przy ul. Żydowskiej. Złodzieje dostali się najpierw do bilardowni Fejgina, a stamtąd, tradycyjnie przez dziurę w ścianie, po wcześniej upatrzony i dobrze oceniony towar. Zginęło wówczas wiele wartościowych skór i kilkadziesiąt par gotowych butów. Strata pechowego handlowca wyniosła 1200 zł. Być może ta sama szajka obsłużyła sklep kolonialny Eugeniusza Wojdyńskiego przy ul. Dąbrowskiego 20. Posłużono się identyczną jak wcześniej metodą. Remanent wykazał brak wódek i tytoniu na 2 tys. złotych.

  Wyższą szkołą jazdy, dosłownie i w przenośni, były włamania dokonywane przez dziurę w suficie. Tutaj potrzebne było szczególnie dokładne rozeznanie, co do powodzenia akcji. W październiku 1926 roku celem złodziei stał się sklep jubilerski Wolfa Niewiadomskiego przy ulicy Giełdowej 1. Ażeby dobrać się do złotych precjozów ich amatorzy zagospodarowali się najpierw w pustym mieszkaniu na pierwszym piętrze, stąd przez otwór w suficie opuścili się po sznurze do sklepu z czapkami Lejby Białostockiego, i dopiero wtedy zrobili dziurę w ścianie, prowadzącą wprost do wystawy sklepu jubilerskiego. A tam leżały liczne pierścionki, broszki i bransoletki. Jak później zeznawał przed sądem zrozpaczony Białostocki, jego strata wynosiła wiele setek dolarów. Sprytnych złodziejaszków nie udało się schwytać. Może byli to specjaliści z Warszawy, Łodzi, a może nawet z dalekiego Lwowa. Mogli mieć jednak miejscowych wspólników, którzy dali im odpowiedni cynk.


KWP Białystok

ZACZĘŁO SIĘ OD PRZYPADKU

 To są wspomnienia wojenne Władysława Gałasińskiego (po wojnie naukowca, profesora zwyczajnego, doktora honoris causa)

W końcówce lat 40 był znanym białostockim piłkarzem. Grał wraz ze swoim bratem Jerzym w klubie piłkarskim, dzisiejszej Jagiellonii. Jego brat Jerzy w wieku 19 lat w roku 1947 grał na stadionie piłkarskim (dzisiejszy Stadion Lekkoatletyczny BOSIR) 

 Nie chcę i nie muszę nikogo przekonywać, że bardzo trudno jest wracać pamięcią do tamtych dni. Minęło już 45 lat, prawie pół wieku, i nic dziwnego, że wspomnienia się zacierają, a powroty do nich są niepełne, często niespójne, a czasem nawet zniekształcone.

Stało się to 18 stycznia 1943 roku. U progu tego dnia nie przyszło mi nawet do głowy, że ta data może coś dla mnie znaczyć. Obudziłem się rześki, pełen młodzieńczych planów i chęci do życia. Minęła spokojnie jeszcze jedna okupacyjna noc.

  Byłem bardzo młody i miałem świadomość tego, że jestem potrzebny. Jako najstarszy z rodzeństwa czułem, że na mnie spoczywa obowiązek zapewnienia bytu materialnego owdowiałej W 1939 r. matce oraz młodszemu rodzeństwu i spełniałem ten obowiązek jak umiałem najlepiej. Aby utrzymać rodzinę, zajmowałem się handlem galanterią i szło mi to zupełnie nieźle. Zarabiałem nie tyle żeby się bogacić, bo nie o to mi chodziło, ale wystarczająco dużo, aby nakarmić i przyodziać rędzinę, a nawet trochę pomóc innym znajdującym się w potrzebie. Do tego byłem zakochany i to napełniało mnie radością życia.

  Nie zgłosiłem się do arbeitsamtu i pomimo zarządzeń władz okupacyjnych nie podjąłem pracy na rzecz Trzeciej Rzeszy. Pędziłem żywot człowieka wolnego na fałszywych papierach. Podobnie jak moi przyjaciele i przyjaciele moich przyjaciół byłem członkiem ZWZ, a po przemianowaniu — AK; było to dla nas tak oczywiste i niezbędne, jak oddychanie.

   Mieszkałem z rodziną w parterowym domu na przedmieściu Białegostoku. Sypiałem czujnie, jak zając na miedzy. Wyrobiłem sobie odruch ucieczki na każdy podejrzany dźwięk. Uciekałem przez okno, czasem sypiałem w ogrodzie, żeby było łatwiej uciec. Raz udało mi się przeczekać na poddaszu łapankę na roboty do Niemiec. Wielokrotnie dopisywało mi szczęście. Dzięki wyostrzonym zmysłom, a czasem dzięki ludziom udawało mi się w porę dostrzec zagrożenie.

  Nie wiem jak to się stało, że tego właśnie dnia nie usłyszałem warkotu gestapowskiej budy, zatrzymującej się przed naszym domem. Do moich uszu doszedł dopiero łomot do drzwi mieszkania sąsiadów. Podwójne okna uszczelnione na zimę odcinały tę drogę ucieczki. Odczekałem aż wejdą do środka. Gdy z za ściany dobiegły ich szczekliwe głosy, rzuciłem się do drzwi i wpadłem prosto w ręce obstawy. Była to grupa z Kriminalpolizei (Kripo), przyjechali zaaresztować mojego sąsiada, Zdziśka B, bardzo młodego chłopca, zajmującego się zarobkowo wymianą wschodnich marek na walutę obiegową Rzeszy.

Tym razem instynkt mnie zawiódł. Gdybym spokojnie przyczaił się w swoim mieszkaniu, moje życie potoczyłoby się innym torem. Skąd jednak mogłem wiedzieć, że przyjechali nie po mnie.

  Zawieziono nas obu pod nr 50 przy ul. Warszawskiej, gdzie mieściło się Kripo. Zdziśka zwolniono po dwóch tygodniach, mnie zatrzymano. Sprawdzono moje dokumenty i okazało się, że człowiek o moim nazwisku nie pracuje i nigdy nie pracował w wymienionej w nich instytucji. Rozpoczęły się przesłuchania: skąd mam „lewe" dokumenty, z kim się spotykałem, gdzie znajdują się punkty kontaktowe. Nie sypałem nikogo, toteż przesłuchania ciągnęły się w nieskończoność. W piwnicy przy ul. Warszawskiej przetrzymano mnie około 4 miesiące.

W połowie maja przewieziono mnie do więzienia przy Szosie Południowej. Z okna celi widziałem z oddali szczyt dachu mojego domu, a może tylko tak mi się wydawało, może tylko chciałem go widzieć. Na pewno jednak nie chciałem, lecz musiałem oglądać to, co działo się na terenie więzienia.

Pobyt w więzieniu dostarczył mi wielu wstrząsających przeżyć. Niektóre zatarły się już w mojej pamięci, ale jedno pamiętam bardzo wyraźne. Było to w połowie lipca. Do więzienia przywieziono około 500 kobiet z dziećmi w różnym wieku. Były to żony oficerów radzieckich, które wraz z dziećmi przybyły ze Związku Radzieckiego i zamieszkały w Białymstoku lub w jego okolicach. Niespodziewany wybuch wojny niemiecko-radzieckiej zaskoczył je, nie zdążyły się ewakuować. Nie wiem jak toczyły się ich losy, zanim zostały przez Niemców zgromadzone na więziennym placu. To ponure zawsze miejsce przeobraziło się na kilka dni jakby w plac zabaw. Dzieci biegały, bawiły się, śmiały się i ku naszemu zdumieniu nawet esesmani brali czasem udział w tych zabawach. Dziwny to był widok, jak na nasze więzienne warunki. Dochodziły do nas informacje, że te kobiety z dziećmi zostaną wywiezione do Rzeszy. Informacje te okazały się fałszywe, prawda zaś, która szybko do nas dotarła, była przerażająca. Wszystkie kobiety i dzieci zostały, wywiezione na miejsce straceń w Nowosiółkach pod Białymstokiem i tam wszystkich hitlerowcy zamordowali. W więzieniu zapanowała atmosfera przygnębienia i zaczął się nasilać lęk. Co będzie dalej, co zrobią z nami?

  W ostatnich dniach lipca, kiedy transporty na śmierć stały się coraz częstsze, znalazłem się w grupie około 150 więźniów wyselekcjonowanych do transportu. Byłem pewien, że to już koniec, że droga naszego transportu prowadzi też do piachu. Omyliłem się. Stłoczono nas, w trzech wagonach towarowych i przewieziono do Lublina.

 TRAFIŁEM DO OBOZU MASOWYCH MORDÓW

   Do rampy kolejowej w Lublinie dotarliśmy rankiem drugiego dnia. Gdy rozsunięto drzwi wagonów, nie mogliśmy się zorientować, gdzie się znajdujemy. Przed nami ukazał się koszmarny widok. Gdyby nie esesmańskie mundury, mogłoby się wydawać, że to jest obraz z innej epoki, kadr z jakiegoś filmu z życia niewolników. Półnadzy, wynędzniali więźniowie nosili kamienie i brukowali teren w pobliżu rampy, a miotający się pomiędzy nimi esesmani i kapo poganiali ich pejczami. Przeplatały się z sobą wrzaski poganiaczy i jęki ofiar. W tej atmosferze uformowano z nas kolumnę marszowa i popędzono w kierunku Chełma szosą, przy której znajdował się obóz koncentracyjny Majdanek -- cel naszego transportu.

  Gdy dotarliśmy w pobliże łaźni, polecono nam przebiec nago około 40 m, przepędzono pod prysznicami (niby w celu umycia się), wydano pasiaki i drewniaki (tzw. holce), uformowano ponownie kolumnę marszową i skierowano na tzw. IV pole.

  Koniec lipca i sierpień 1943 r. były upalne i bezdeszczowe. Pola obozowe, na których znajdowało się ponad 20 baraków, były usytuowane na piaszczystym gruncie. Brakowało wody i o jakiejkolwiek higienie nie było nawet mowy. Krwawa dyzenteria i zgorzel gazowa w ciągu tych kilku tygodni zdziesiątkowały więźniów. Zagęszczenie w blokach, które po naszym przybyciu dochodziło do kilkuset osób, zmniejszyło się do około 150 osób.

   Pierwszym miejscem pracy, do którego zostałem skierowany, była budowa strzelnicy treningowej przeznaczonej dla dowództwa obozu. Wspominam o tym nie tylko dlatego, że zetknąłem się tam po raz pierwszy bezpośrednio z niewolniczą, straszną pracą i okrucieństwem esesmanów (przeważnie młodych, wycofanych z frontu kalekich żołnierzy; ci odznaczali się szczególnym okrucieństwem), ale też dlatego, że tam właśnie powstał pierwszy mój zamysł ucieczki z obozu. Gdy nosiłem piach z 60-letnim partnerem, usłyszałem od niego historię ucieczki więźniów kanałami, która zdarzyła się gdzieś we Francji. Po skończeniu budowy strzelnicy nigdy już tego człowieka nie spotkałem, ale jego opowiadanie utkwiło mi głęboko w pamięci. W zagłębieniu poza strzelnicą, w odległości około 50 m od drutów otaczających teren robót, dostrzegłem studzienkę kanalizacyjną. Kilkakrotnie udało mi się do niej zbliżyć, zajrzeć i spostrzec przepływające ścieki. Zauważyłem, że kolejne studzienki, oddalone od siebie o około 50 m, są uszeregowane w kierunku drutów, za którymi znajdowało się przedmieście Lublina. Myśl o ucieczce nie dawała mi spokoju.

  Podczas budowy strzelnicy byłem świadkiem wielu tortur, ale jedno zdarzenie zapadło mi w pamięci najbardziej. W pracach tych brało udział wielu więźniów, wśród których przeważali Żydzi, głównie Żydzi greccy z ostatnich transportów. Bito ich brutalnie i torturowano tak skutecznie, że co najmniej pięciu było uśmiercanych na zmianie przedpołudniowej i tyluż na zmianie popołudniowej. W niedługim czasie wyniszczono większość Żydów przywiezionych z Grecji. Pewnego dnia do dwóch Żydów, niosących ładunek piachu, podbiegł esesman i zaczął z wściekłością okładać ich pejczem. Stary Żyd upadł i leżąc skatowany prosił, aby go zastrzelić. Esesman wyjął pistolet, wymierzył, ale nie strzelił, tylko roześmiał się szyderczo i butem zepchnął katowanego z urwiska. Człowiek ten stoczył się do przepływającego w dole strumienia, zachłysnął się wodą i próbował się z niej wydostać. Esesman zbiegł ze zbocza i nogą spychał biedaka do strumienia tak długo, aż tamten utonął. Całemu temu wydarzeniu przyglądała się esesmanka, strażniczka kobiet, która śmiała się przy tym hałaśliwie i zachęcała esesmana do dalszego popisywania się okrucieństwem.

  Pewnego razu i ja zostałem skatowany. Pracowałem wówczas jako palacz w komandzie Gartnerei (ogrodnictwo). Przebyłem właśnie trwającą dwa tygodnie wyniszczającą chorobę żołądkową i po jej ustaniu zacząłem odczuwać tak dotkliwy głód, że zaryzykowałem podbieranie ziemniaków z kopca, które następnie gotowałem sobie w kotłowni pod szklarnią. Podczas jednej z takich wypraw zostałem wyśledzony przez esesmana, znanego z sadyzmu folksdojcza z Chorwacji, zwanego przez nas „śliniawy". W obecności kobiet pracujących przy okopywaniu ziemniaków wymierzył mi 15 razów grubym, sękatym kijem z taką zajadłością, że po tej chłoście mój pasiak był cały w strzępach. Zsiniałe ciało goiło się przez dwa tygodnie, a ja w tym czasie nie mogłem ani usiąść, ani położyć się na plecach.

  Pewnego dnia byłem świadkiem wydarzenia, które napełniło nas smutkiem, poczuciem bezsilności i beznadziejności. Część komanda Gartnerei skierowano pod silną eskortą do magazynów, znajdujących się przy ul. Lipowej w śródmieściu Lublina. W piwnicach tych magazynów znajdowały się ziemniaki, które ładowaliśmy na ciężarówki, a te woziły je do gorzelni. W opróżnionej z ziemniaków piwnicy natknęliśmy się na dwóch Żydów, ojca i syna, którzy po likwidacji getta ukryli się w tej piwnicy i przetrwali żywi aż do dnia naszej wykonywanej tam roboty. Nie było żadnego sposobu na uratowanie ich. Esesmani zabrali obu do obozu i tam ich stracono.

  W dniu l listopada 1943 r. zostało utworzone olbrzymie komando, w którym ja także się znalazłem. Skierowano nas na teren znajdujący się za krematorium, gdzie rozpoczęliśmy kopanie trzech równoległych rowów o szerokości 2 m i głębokości 3 m, przypominających kształtem okopy. Byliśmy przekonani, że są to umocnienia, które Niemcy muszą sobie przygotować, gdyż nie wiedzie im się na froncie. Pracowaliśmy na zmiany po cztery godziny przez cały dzień, noc i następny dzień. Trzeciego dnia, tj. 3 listopada, odbyła się najohydniejsza egzekucja: wymordowano tam około 20 tysięcy Żydów, wyciągniętych z obozu i z getta lubelskiego. Ustawiano ich nad rowem szeregiem, strzelano do nich z karabinów maszynowych, po czym warstwę zabitych, a niekiedy jeszcze żyjących ludzi zalewano wapnem. Powtarzano te czynności aż do całkowitego wypełnienia rowów. Z trzech przygotowanych rowów dwa zapełniono w tym dniu, a trzeci pozostawiano dla skazańców przywożonych kilka razy w tygodniu z więzienia na Zamku w Lublinie.

  Zimę przetrwaliśmy w obozie w miarę spokojnie, co nie oznacza, że było lepiej. Panował głód nie do opisania. Komanda, które wychodziły do pracy poza własne pole, z ogromnym narażeniem zdobywały czasem coś do jedzenia. Najczęściej zdobycz taką stanowiły ziemniaki, buraki lub brukiew, czasem jednak zdarzało się, że zatrudnionym w obozie rzemieślnikom z miasta udało się podsunąć jakiemuś więźniowi małe zawiniątko z jedzeniem. Wracając po pracy komanda często rewidowano w bramie. Więźniowie przyłapani z jakąkolwiek zdobyczą byli karani chłostą podczas wieczornego apelu.

  Sprzątanie śniegu gołymi rękami bez użycia jakiegokolwiek sprzętu, przenoszenie różnych przedmiotów, np. rozmontowanych prycz z jednego końca pola na drugi, aby następnego dnia przenosić je z powrotem, albo wielogodzinne czyszczenie taboretów odłamkami szkła do bezgranicznej czystości, było na porządku dziennym. Kąpiele w łaźni, których brak odczuwaliśmy tak dotkliwie latem, stały się naszą śmiertelną udręką w okresie późnojesiennym i zimowym. O ile podczas letnich upałów i suszy brakowało nam wody nawet do picia, o tyle podczas zimna i słoty lub mrozu kąpiele w łaźni i dezynfekcje (tzw. kwarantanny) odbywały się, co dwa lub trzy tygodnie, a każda taka kwarantanna trwała 2-3 dni. Słabsi tego nie wytrzymywali, umierali przeważnie z powodu zapalenia płuc.

UCIECZKA RURAMI KANALIZACYJNYMI Z MAJDANKA

 Z nadejściem marca 1944 r. wróciły moje marzenia o ucieczce. Pracowałem wtedy w grupie ,,kompost", należącej do komanda Gartnerei. Przez teren, na którym pracowaliśmy, przebiegała kanalizacja. Nie budząc nadmiernych podejrzeń mogłem się zbliżać do jej studzienek. Z pomocą kolegów pracujących w magazynach zdobyłem cywilne ubranie, piłkę do cięcia żelaza i młotek. Byłem zdecydowany na ucieczkę kanałami, ale nie mogłem tego zrobić sam. Pewnego dnia zauważyłem, że dwaj pracujący ze mną koledzy Robert Skrzypczak i Stefan Drozd są bardzo zmęczeni i jakby niewyspani. Udało mi się podsłuchać ich rozmowę, z której wynikało, że próbują ucieczki. Po pewnym czasie zdobyłem ich zaufanie i wtajemniczyli mnie w swoje plany. Właśnie w nocy, po której wydawali mi się niewyspani, próbowali uciec przez druty podczas zawiei śnieżnej, ale zostali ostrzelani. Podzieliłem się z nimi swoją tajemnicą. Na mój plan ucieczki obaj przystali bez najmniejszego wahania.

  Praktycznie byłem już przygotowany do ucieczki. Zdecydowaliśmy się, że w poniedziałek, tj. za dwa dni, wyruszamy po przerwie obiadowej. W międzyczasie Robert przyznał się, że zdradził nasz plan więźniowi Janowi Szarzyńskiemu, nazywanemu przez nas „dziadkiem". Przeraziłem się, bo „rozszerzenie kręgu wtajemniczonych stwarzało możliwość dekonspiracji, a ta organizatorowi ucieczki groziła szubienicą. Jednak znałem i szanowałem „dziadka", toteż zgodziłem się na jego współudział, ale postawiłem warunek, że wyruszamy nieodwołalnie we wtorek. Wieczorem spotkaliśmy się z „dziadkiem" i okazało się, że nasz krąg jeszcze nie jest zamknięty, bo zostali wtajemniczeni dodatkowo Stefan Iwanek i Mikołaj Caban. We wtorek rano zebraliśmy się na naradę u „dziadka" w cieplarni gertneraju. Było nas sześciu, a wszyscy, z wyjątkiem mnie, należeli do grupy tzw. „fluk punktów". Byli to dodatkowo oznakowani dwoma czerwonobiałymi kółkami rzekomo niebezpieczni przestępcy, znajdujący się pod wzmożoną obserwacją; zostali oni skazani na śmierć już w więzieniu na Zamku w Lubinie, a obóz był dla nich jakby przejściową celą śmierci.

„Dziadek", jako najstarszy wiekiem i bardziej doświadczony, zgodził się pełnić rolę dowódcy (był zresztą zawodowym podoficerem kawalerii). Podzielił nas na trzy dwuosobowe grupy. Ja z Kolą Cabanem miałem iść przodem, za nami Robert Skrzypczak ze Stefanem Drozdem, a na końcu Stefan Iwanek z „dziadkiem".

  Potrzebny był rekonesans. Kola, zaopatrzony w młot owinięty w szmaty celu wygłuszenia uderzeń i piłkę do cięcia metalu, wszedł do środka pierwszej studzienki (tej za strzelnicą), a ja zostałem na zewnątrz, aby obserwować otoczenie, nasłuchiwać, czy Kola nie hałasuje zbytnio i ostrzegać go w razie potrzeby. Po około 3 minutach Kola wrócił i z zadowoleniem oświadczył, że poszło dobrze, że pierwszą kratę przepiłował bez trudu, narzędzia zostawił w studzience, a najchętniej poszedłby dalej i w ogóle żal mu było wychodzić.

  Po przerwie obiadowej zawołano mnie do blokowej szrajbsztuby (biura), gdzie oprócz nas sześciu byli obecni jeszcze Henryk Srebrzycki (prawdziwe nazwisko Zilberszpic), Tadeusz Czajka i Witek Piątkowski. Byłem tym zaskoczony, ale jednocześnie zdeterminowany — co ma być, to będzie. Okazało się jednak, że koledzy ci nie tylko nie mieli chęci do udziału w ucieczce, ale nawet wyrażali swoje wątpliwości co do szans powodzenia naszego planu. Widząc naszą zdecydowaną postawę życzyli nam szczęścia przy pożegnaniu.

  Jako pierwsi ruszyli Kola i Robert, z zadaniem przecinania krat w rurach kanalizacyjnych. Stefan Drozd i ja pilnowaliśmy trzeciej studzienki, znajdującej się na bardzo uczęszczanej drodze w pobliżu szklarni. Gdy usłyszeliśmy, że koledzy są już w tej studzience, daliśmy sygnał „można piłować". Po usłyszeniu od nich odpowiedzi „idziemy dalej" pobiegliśmy do pierwszej studzienki i ruszyliśmy za pierwszą dwójką. Przy trzeciej studzience zostali na czatach „dziadek" Jan Szarzyński i Stefan Iwanek.

  Rura, do której dostaliśmy się, miała średnicę zaledwie 60 cm i była wypełniona do połowy, a miejscami nawet wyżej, ściekami z obozowych sanitariatów. Czołgając się w tej cuchnącej mazi zaklinowałem się w połowie pierwszego odcinka i nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą. Ogarnęło mnie przerażenie, że nie mogę posuwać się dalej i równocześnie zagradzam drogę pozostałym. Myślałem, że to już koniec. Modliłem się gorączkowo i mocowałem ze swoim ciałem, nie myślałem jednak o poddaniu się bez walki. Wreszcie udało mi się -ruszyłem. Im dalej brnąłem, tym bardziej adaptowałem się do warunków i zacząłem wierzyć, że plan się powiedzie.

  W studzience znajdującej się tuż przy drutach obozowych natknęliśmy się na Kolę i Roberta, którzy czekali na nas zamiast posuwać się do przodu. Dlaczego - czyżby nowa przeszkoda? Okazało się, że ta studzienka miała hermetyczną metalową pokrywę w przeciwieństwie do poprzednich, które były luźno przykryte betonowymi płytami. Panowała w niej absolutna ciemność. Nad nią natomiast byli esesmani na straży, rozstawieni co 50 m. Po krótkiej naradzie Robert spróbował unieść pokrywę i udało się, a on z przerażeniem zobaczył buty chodzącego obok strażnika. Szybko ruszyliśmy dalej, do następnej studzienki, która znajdowała się już poza obozem w odległości około 50 m od drutów i około 30 m od zabudowań dzielnicy „Dziesiąta". Tam czekaliśmy na pozostałych uczestników ucieczki, aby razem ustalić plan wyjścia z kanałów i przedostania się do pobliskich domów. Gdy cała nasza szóstka znalazła się już w studzience, okazało się, że z rury wydostają się następni: siódmy, ósmy i dziewiąty uciekinier. Byli to Tadek, Witek i Heniek, ci, którzy mieli wątpliwości i pożegnali nas życząc szczęścia. Dziś wydaje mi się, że może już wtedy życzyli szczęścia również sobie. Byli przezorni. Jako funkcyjni - pisarze (szreiberzy) zdobyli przepustki na teren prac komanda gertneraj, tam obserwowali naszą akcje i zdecydowali się pójść w nasze ślady.

  Iwanek, zobaczywszy niespodziewanych gości w studzience, powiedział: ,,Kiedy jako ostatni ruszyłem z pierwszej studzienki, przeraziłem się, gdyż usłyszałem za sobą jakiś ruch, plusk, a potem słowa: „Ale śmierdzi, och jak zimno". Były to słowa jednego z tej trójki, która dołączyła do nas w ostatniej chwili.

PRZEŻYCIA PO UCIECZCE

Ze studzienki wychodziliśmy pojedynczo, w pewnych odstępach, bez pośpiechu, aby nie zwrócić uwagi esesmanów, którzy obserwowali okolicę ogrodzenia, zwracając jednak uwagę bardziej na strefę wewnętrzną, niż na teren poza drutami. Udało się!

  Gdy dotarliśmy do najbliższego domu, przemoczeni, pokryci krzepnącym na mrozie szlamem, z otwartymi, krwawiącymi ranami na kolanach i łokciach, wzbudziliśmy litość i przerażenie. Ludzie nie mieli wątpliwości, że jesteśmy stamtąd; radzi byli pomóc, ale bali się Niemców; prosili, żeby iść dalej, jak najszybciej. Poszliśmy. Przemarznięci do szpiku kości, zesztywniali na mrozie, ostatkiem sił dotarliśmy do wsi Dąbrowa Leśna i wtedy usłyszeliśmy ryk syren obozowych, Zrozumieliśmy, że już wiedzą o naszej ucieczce, że wyrusza pogoń.

  We wsi nakarmiono nas, oczyszczono nasze rany za pomocą samogonu, założono opatrunki z ligniny i jakoś odziano, po czym wyruszyliśmy dalej. Droga prowadziła przez las. Szliśmy wśród zamieci śnieżnej na nogach usztywnionych przez ligninę, przyschniętą do głęboko startych ran na kolanach. Do Dąbrowy przewodził nam Witek Piątkowski, który znał teren i wiedział, gdzie szukać kontaktów z podziemiem. O świcie doprowadził nas do wsi, w której otrzymaliśmy gorącą strawę. Zmożeni ciepłem zapadliśmy w głęboki sen, ale nie na długo; po kilku godzinach gwałtownie nas obudzono, zbliżała się bowiem obława obozowa z psami, których ujadanie było już słychać w oddali. Rozespani, półprzytomni rzuciliśmy się do ucieczki w kierunku najbliższych lasów. O zmroku dopiero osiągnęliśmy brzeg lasu, a po godzinie dotarliśmy do leśniczówki.


Leśniczy zgodził się nas przenocować, ale uprzedził, że często nachodzą go w nocy żandarmi. Nie mieliśmy już jednak sił ani żadnego innego wyboru, więc zostaliśmy. Witek z synem leśniczego udał się do najbliższej wioski na zwiady, a żona leśniczego w tym czasie przygotowała nam pachnącą apetycznie kartoflankę. Po powrocie Witka zasiedliśmy do jedzenia, ale nie zdążyliśmy jeszcze sięgnąć po łyżki, gdy zaczęło się dobijanie do drzwi i okien. Gospodyni trzymająca dziecko na rękach zbladła, a leśniczy wypowiedział tylko słowa: ,,A jednak", po czym otworzył drzwi. Do chaty wpadli jeden za drugim trzej mężczyźni w mundurach niemieckich oficerów, z pistoletami w rękach i okrzykiem: „Ręce do góry". Za nimi weszli następni, ale już w ubraniach cywilnych z białoczerwonymi opaskami. Na widok tych opasek opadło przerażenie, które nas w pierwszej chwili sparaliżowało; z radosnym okrzykiem „To nasi, to partyzanci!" opuściliśmy ręce. Oni natomiast, jakby nie dostrzegając naszej radości, ostro zakomenderowali: „Ręce do góry, jesteście aresztowani!" Dopiero po zrewidowaniu pozwolili nam zjeść zupę.

  Po kolacji ulokowano nas na saniach i ruszyliśmy leśną drogą w cudną, gwiaździstą i mroźną noc. Była to dla mnie najpiękniejsza podróż. Leżąc wsłuchiwałem się w ślizg sań i wojskowe komendy, które padały od czasu do czasu, gdy przejeżdżaliśmy przez wsie. Serce łomotało mi z radości. Jeszcze Polska nie zginęła!

  Po kilku godzinach nasz konwój zatrzymał się w Żukowie przed jedną z wiejskich chat, strzeżoną przez wartownika z białoczerwoną opaską. Wprowadzono nas do obszernej izby, w której na grochowinach leżał, lekko ranny podczas potyczki, jeniec niemiecki. Jak się dowiedzieliśmy, był Ślązakiem, wcielonym pod przymusem do wermachtu; na imię mu było Stefan.

  Rano zrobił się ruch koło chaty i do izby wszedł dowódca lotnego oddziału AK, który spojrzawszy na nas. wykrzyknął od drzwi: „Witek! co za spotkanie!" Był to „Jastrząb", który znał Witka z więzienia na Zamku w Lublinie. Udało mu się wcześniej zbiec z transportu do Oświęcimia, po czym dostał się do partyzantki. „Jastrząb" odprawił wartownika i od tej chwili byliśmy już naprawdę wolni. Nakarmiono nas szczodrze, ale nie wyszło to nam na dobre; rozchorowaliśmy się, a szczególnie ciężko chorował Kola.

  Następnego dnia nowa niespodzianka. Odwiedził nas Paweł Dąbek. Znałem go z obozu, pracowaliśmy razem w komandzie gertneraj. Pawłowi wraz z Malińskim i Osińskim udało się zbiec z Majdanka kilka tygodni przed nami. Gdy się z nami spotkał, był już komendantem obwodu AL. Po wojnie został wojewodą lubelskim oraz pierwszym organizatorem i inicjatorem dorocznych spotkań byłych więźniów Majdanka.

  Po kilku dniach oddział „Jastrzębia" musiał opuścić Żuków, a nas odtransportowano do Krzczonowa, gdzie było duże zgrupowanie AK, w tym również podchorążówka. Przebywaliśmy tam kilka dni w naprędce zorganizowanym szpitaliku, gdzie pod troskliwą opieką sanitariuszek leczyliśmy nasze poranione kolana. Gdy trochę nas podleczono, zostaliśmy przydzieleni do wiejskich rodzin. Ja znalazłem się u państwa Mamczarzów, z którymi zaprzyjaźniłem się bardzo, a przyjaźń ta trwa do dzisiaj.

   W Krzczonowie przeżyliśmy niemiecką obławę. Oddziały żandarmów, SS i wermachtu otoczyły tę olbrzymią wieś o świcie. Zaskoczeni kryliśmy się, gdzie kto mógł. Ja znalazłem schronienie pod podłogą w stodole. Ze swojej kryjówki słyszałem strzały. Jak się później dowiedziałem, jeden z podchorążaków, przebywający w sąsiednim gospodarstwie, nie wytrzymał. Wyszedł z kryjówki i natknąwszy się na Niemców strzelił, po czym sam został przez nich wielokrotnie zraniony. Dopadli go jeszcze żywego, owinęli bandażami, położyli na metalowym łóżku i podpalili. Kiedy po odejściu Niemców wygasiliśmy pożar, znaleźliśmy na łóżku zwęglone już zwłoki.

WĘDRÓWKA DO WARSZAWY

 Było nam w Krzczonowie bardzo dobrze, otoczono nas gromną życzliwością i wspaniałą opieką, ale nadszedł czas, w którym obaj z Robertem zdecydowaliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Robert do Puław, ja do Warszawy. Nauczyciel miejscowej szkoły, działacz AK Skwarzyński, zaopatrzył nas w fałszywe dokumenty. Na mojej „kenkarcie" figurowało nazwisko Kowalski; imię zachowałem własne. Tym fałszywym dokumentem posługiwałem się do końca wojny, mam go do dzisiaj, zostawiłem go sobie na pamiątkę. Oprócz kenkarty otrzymaliśmy tzw. glejty na drogę. Dzięki nim, pod wskazanymi adresami na trasie naszej wędrówki, spotykaliśmy się z życzliwym przyjęciem oraz znajdowaliśmy nocleg i pożywienie.

  Wyruszyliśmy w połowie maja 1944 r. Podróż była bardzo trudna i niebezpieczna z powodu licznych posterunków niemieckich, które musieliśmy omijać. Gdy dotarliśmy do Wisły, postanowiliśmy przespać noc w pustej poczekalni na przystani. Niewiele brakowało, a. odkryłby nas tam patrol niemiecki. Jednakże i tym razem szczęście nam sprzyjało, gdyż Niemcy obeszli tylko dookoła pomost i nie zaglądając do poczekalni oddalili się. Rano zabrał nas statek rzeczny, którym dopłynęliśmy do Kazimierza, a stamtąd ruszyliśmy piechotą w kierunku Puław.

  Zatrzymaliśmy się kilkaset metrów przed miejscowością Góra Puławska, w której mieszkał stryj Roberta. Robert obawiał się, że może być przez kogoś rozpoznany, więc pozostał w tym miejscu, a ja poszedłem zawiadomić pana Urbanka, że jego krewny znajduje się na wolności i chce się z nim spotkać. Robert dobrze opisał mi drogę, toteż trafiłem bez żadnych trudności. Przyniesiona przeze mnie wiadomość sprawiła ogromną radość rodzinie Roberta, ale jednocześnie wywołała panikę. Dom Urbanków znajdował się w pobliżu mostu na Wiśle, a sąsiedztwo to było bardzo niebezpieczne, ponieważ most był mocno strzeżony przez straże niemieckie. Pan Urbanek polecił żonie i córce, aby zajęły się mną, a sam udał się we wskazanym przeze mnie kierunku, by odszukać Roberta. Wystraszone kobiety nakarmiły mnie i ulokowały na noc w jakimś składziku, skąd w razie potrzeby łatwiej było uciekać. Wczesnym rankiem, bocznymi drogami ruszyłem w kierunku Dęblina.

W ten sposób niespodziewanie rozstałem się z Robertem bez pożegnania i jak się później okazało, na bardzo długo, bo aż do jednego z pierwszych spotkań po wojnie z okazji Dni Majdanka.

  Miałem przed sobą trudne zadanie przedostania się przez most na prawą stronę Wisły. Na obu końcach mostu stały straże, przeważnie żołdacy mongolscy, zwerbowani do armii niemieckiej na okupowanych terenach ZSRR. Z pomocą przyszły mi dwie kobiety wracające z koszar niemieckich, gdzie prały bieliznę. Na moją prośbę, nie pytając nawet kim jestem i dlaczego tam się znajduję, wzięły mnie między siebie, kazały ująć się pod ręce, po czym wesoło pozdrawiając i zagadując Mongołów przeprowadziły przez most.

  Uradowany skierowałem się w stronę linii kolejowej, prowadzącej do Warszawy. Po kilku godzinach oczekiwania na jednym z opustoszałych przystanków udało mi się wskoczyć do zwalniającego w tym miejscu pociągu towarowego, załadowanego zniszczonym sprzętem wojennym z frontu.

  Była godzina 9 wieczorem, kiedy wyskoczyłem z pociągu na Targówku w Warszawie. Udałem się na znaną mi pętlę tramwajową i zupełnie pustym tramwajem, czym byłem niemile zaskoczony, dojechałem do ul. Grochowskiej. Dążyłem do ul. Tarczowej. Ostatni odcinek drogi trzeba było pokonać piechota. Ulica Grochowska była zupełnie pusta, instynktownie ruszyłem więc środkiem, wzdłuż torów tramwajowych. Przyznam się, że bardzo się bałem. 

  Minąłem szczęśliwie kilka posterunków niemieckich przy jakichś zakładach przemysłowych i dotarłem wreszcie do mieszkania mojego przyrodniego brata. Zastałem tylko bratową, bowiem brat został rozstrzelany przez Niemców akurat w dniu, w którym ja zostałem wywieziony do obozu na Majdanku. Powitanie było dziwne. Zaskoczona moim widokiem, zdumiona i zdenerwowana bratowa zarzuciła mnie potokiem słów: „Wariat! Co ty wyprawiasz? Przecież jest godzina policyjna! Jak ty w ogóle tu dotarłeś, że cię nie zatrzymali lub w ogóle nie sprzątnęli? Rozumiałem jej niepokój, ale czy miałem do wyboru coś mniej ryzykownego?

Do wybuchu Powstania Warszawskiego mieszkałem przy ul. Tarczowej na Pradze. Posługiwałem się nadal fałszywą kenkartą i żeby nie kusić losu, nie oddalałem się zbyt często ani daleko od domu. W okresie tym przeżyłem także chwile radości. Pewnego dnia przyjechał z Białegostoku, narażając życie przez „zieloną granicę", mój brat Tadek tylko po to, aby mnie zobaczyć, żeby się upewnić, że naprawdę żyję i że udało mi się uciec z obozu. Żaden opis nie jest w stanie wyrazić radości tego spotkania.

Moje kontakty z AK w Warszawie były dość luźne, a ja zajmowałem się przez czerwiec i lipiec uprawą ogórków i pomidorów w niewielkim ogródku mojej bratowej i pracowałem dorywczo w zakonspirowanej prywatnej wytwórni papierosów.

 W SZEREGACH „ZGRUPOWANIA KAMPINOS"

 W dniu wybuchu Powstania Warszawskiego znajdowałem się na Grochowie, w domu przy ul. Tarczowej. Przez Grochów wiodła droga odwrotu Niemców z frontu wschodniego. Była tam duża koncentracja wojska i sprzętu bojowego. Przednie straże i czołgi radzieckie docierały wprawdzie nawet do Placu Szembeka i dalej, front radziecki nie posuwał się jednak do przodu. W tej sytuacji Niemcy szybko, bo w ciąga paru godzin, opanowali Grochów, potem Pragę i skierowali duże siły przeciwko Warszawie lewobrzeżnej.

  Po trzech dniach postanowiłem przedostać się do walczącej Warszawy. Wyruszyłem trasą na Bródno w kierunku Choszczówki, aby już poza granicami miasta przekroczyć Wisłę. Na trasie dołączyłem do grupy porucznika „Junoszy", która podążała do tego samego celu. Z członkami tej grupy byłem odtąd ściśle związany przez cały okres Powstania i później, aż do ofensywy styczniowej. Występowałem pod pseudonimem „Duch". Przylgnął on do mnie tak trwale, że teraz kampinosiacy, z którymi spotykam się lub koresponduję do dziś, nie zwracając się do mnie inaczej jak „Duch" lub „Duszek". Przyjaźń między nami przetrwała i każde spotkanie, chociaż w stale zmniejszającym się gronie, jest dla nas wielką uroczystością i przeżyciem.

  Z Choszczówki skierowaliśmy się do Burakowa, gdzie w niewielkiej odległości od bardzo silnie strzeżonego mostu przepłynęliśmy łódkami na drugą stronę Wisły. Wkroczyliśmy w głąb Puszczy Kampinoskiej. Po około 500 m marszu zostaliśmy zatrzymani przez jedną z wart partyzantki AK „Zgrupowanie Kampinos". Skierowano nas do wsi Pociecha, a stamtąd do wsi Wiersze, gdzie dowództwo batalionu oddało nas pod rozkazy porucznika „Olszy", dowódcy kompanii ckm. Jednostka nasza, tzn. pluton wyposażony w trzy cekaemy, stacjonowała w stodole. Z sentymentem wspominam wieczory, kiedy zbieraliśmy się przed stodołą, wokół kieratu i do późnej nocy śpiewaliśmy partyzanckie pieśni, a wśród nich najbliższą sercu:

„O Panie, któryś jest na niebie,, wyciągnij sprawiedliwą dłoń. Wołamy z puszczy dziś do Ciebie o polski dach, o polską broń ..."

  Otrzymaliśmy cekaemy, polskie „trzydziestki". Ja w swojej drużynie pełniłem funkcję amunicyjnego, później taśmowego; celowniczym był Tadek „Skowron" (Skowroński), z którym zaprzyjaźniłem się najbardziej.

  Dnie w Wierszach mijały według ustalonego rozkładu. Co drugą dobę nasza drużyna ckm pełniła służbę ubezpieczającą jedną z trzech placówek na zmianę. W dniach wolnych od służby odbywały się szkolenia bojowe, treningi na strzelnicy i budowa umocnień.

  Od dłuższego czasu nękały nas pociski armatnie wystrzeliwane ze wsi Truskaw. Powodowały one stale rosnące straty wśród partyzantów i wśród ludności wiejskiej. Zdecydowaliśmy się na akcję odwetowa, która zakończyła się wyparciem hitlerowców (wśród których znaczną część stanowili Ukraińcy) oraz zdobyciem nękającej nas armaty i sprzętu bojowego. Niestety, w boju ponieśliśmy także straty. Z naszej grupy zginął „Żbik", a „Motyl" (Marian Affek) został ranny.

  Dziesięć dni później brałem udział w akcji na majątek Pilaszków, gdzie zaskoczyliśmy oddział wermachtu z taborami i 150 sztukami bydła, zabranego od gospodarzy z różnych wsi. Podczas tej akcji zabarykadowani Niemcy poddali się, a cały ich dobytek przeszedł w nasze ręce. Odzyskane krowy zostały rozdzielone pomiędzy gospodarzy puszczańskich.

  Do ważnych zadań „Zgrupowania Kampinos" należało odbieranie zrzutów, które odbywały się niemal w każdą pogodną noc. Lubiliśmy późnymi wieczorami, wśród opowiadań, gawęd i partyzanckich piosenek, wyczekiwać na angielskie samoloty. Gdy się zbliżały, z podnieceniem wsłuchiwaliśmy się w ich warkot dochodzący do nas nawet z dużych wysokości. Broń i amunicja, pochodzące ze zrzutów, były przekazywane przez specjalnie wyszkolone kompanie oddziałom powstańczym walczącym w Warszawie. „Zgrupowanie Kampinos" odegrało ważną rolę w Powstaniu Warszawskim i zostało uznane za integralny składnik bojowy Powstania.

  Gdy pewnego dnia rankiem kończyliśmy służbę na placówce we wsi Brzozówka, ułyszeliśmy strzelaninę na drugim końcu tej wsi. Okazała się, że nasze przednie patrole zostały zaatakowane przez oddział piechoty niemieckiej wspierany czołgami. Pierwszy atak został odparty i wydawało się, że na tym się skończyło. Był to jednak tylko początek generalnego ataku na oddziały w puszczy. Po około dwóch godzinach pojawił się dwukadłubowy samolot wywiadowczy, który przez długi czas krążył nad Wierszami. Utworzyliśmy gniazdo cekaemów i zaczęliśmy strzelać zmasowanym ogniem. 

  Bez celowników przeciwlotniczych nie udało się nam go trafić, ale mieliśmy złudzenie, że przynajmniej wystraszyliśmy go, bo odleciał. Okazało się jednak, że nie na długo. W porze obiadowej zerwał nas na nogi alarm. Ze strony Warszawy zbliżała się eskadra bombardujących meserszmitów, prowadzona przez ten sam samolot zwiadowczy. Zaledwie zdążyliśmy wycofać się rowem poza zabudowania, gdy trzy trójki bombowców zaczęły pikować i zrzucać bomby, przesuwając się systematycznie wzdłuż wioski. Bombardowanie i kanonada z działek samolotowych trwały około 15 minut. Wieś płonęła, na drodze leżały zabite zwierzęta, a pomiędzy ścianami ognia miotały się w najwyższym przerażeniu te z nich, które jeszcze zachowały się przy życiu. Gdy bombardowanie ustało, wszyscy rzucili się do ratowania płonącej wsi, ale pomimo wielkiego wysiłku i ofiarności o zmroku pozostały już tylko zgliszcza.

  Dowództwo zarządziło utworzenie kolumn ewakuacyjnych. Całe zgrupowanie składało się z jednego pułku piechoty i trzech szwadronów kawalerii, Kolumna marszowa rozwinęła się na odcinku długości około 7 km wraz z taborami i szpitalem. Marsz przez puszczę trwał całą noc i cały dzień. W ciągu następnej nocy mieliśmy przebyć około 37 km otwartą przestrzenią, co stwarzało możliwości dotarcia do Borów Tucholskich. Niestety, Niemcy śledzili nasze ruchy i postanowili pokrzyżować te plany. Atakowali przez całą noc ze wszystkich stron, używając do ataków również czołgów. Odcięli nam znaczną część taborów i szpital, palili stogi na polach i zabudowania, co wraz z rakietami oświetlało całą naszą kolumnę. Te wszystkie akcje opóźniały nasz marsz, skutkiem czego o świcie dotarliśmy zaledwie do Baranowa. 

  Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej, lecz wkrótce ponownie musieliśmy się zatrzymać w Budach Zosinych, w pobliżu Jaktorowa. Tam bowiem za torami kolejowymi doszło do potyczki między naszym oddziałem zwiadowczym a Niemcami, którzy wcześniej okopali się i oczekiwali nas. Ponadto zajechał nam drogę pociąg pancerny, który siekł pociskami, siejąc spustoszenie w naszych szeregach. Spłoszone konie spowodowały duże zamieszanie w kolumnie marszowej. Byliśmy zmuszeni wycofać się w kierunku zadrzewionych miejsc. W pewnym momencie zauważyłem, że „Motyl" został trafiony w szyję. Chcąc go ratować podczołgałem się do niego, ale on przytrzymując jedną ręką buchającą z rany krew, drugą wyciągnął dokumenty, z których wypadła fotografia jego dziewczyny. Uważając, że z nim już koniec, chciał, abym te dokumenty zabrał ze sobą. W tym momencie jednak silny ostrzał zmusił mnie do zsunięca się w rów i wyczołgania się za stodołę. Gdy ostrzał drogi ustał, sanitariuszki ściągnęły ,,Motyla" za stodołę i opatrzyły mu ranę. Miał szczęście, że dokumenty zostały przy nim, gdyż bez nich miałby duże trudności w dostaniu się do szpitala.

  Ja i „Skowron" dotarliśmy do jednej z chat, gdzie gospodyni dała nam coś do zjedzenia, po czym krańcowo wyczerpani ukryliśmy się za stodołą i zapadliśmy w głęboki sen. Nie wiem czy spaliśmy pół godziny czy całą godzinę, gdy ta sama kobieta gwałtownie nas obudziła i wskazała na niemiecką tyralierę, zbliżającą się polami w naszym kierunku. Opuściliśmy kryjówkę i czołgając się przez kartoflisko zbliżyliśmy się do drogi. Nasze oddziały były otoczone. Drogą ciągnęły niemieckie samochody pancerne i czołgi w około stumetrowych odstępach. Obaj ze „Skowronem", wykorzystując luki pomiędzy nimi i zapadający zmrok, z determinacją przeskoczyliśmy przez drogę. Skierowaliśmy się do najbliższych wsi. Przenocowaliśmy we wsi Duninopol-Skrzelew, gdzie następnego dnia, przy pomocy sołtysa, udało się nam znaleźć schronienie u miejscowych gospodarzy, którzy zatrudnili nas u siebie jako parobków.

  Nasze oddziały zostały rozbite przez Niemców. Wielu naszych zginęło, część dostała się do niewoli, części, podobnie jak nam, udało się wydostać z okrążenia. Ci z naszej „Grochowskiej" grupy, którzy się uratowali, rozproszyli się po terenie od Żyrardowa aż poza Sochaczew.

  Odnaleźliśmy w Żyrardowie naszego dowódcę „Junoszę" (Borkowskiego). Dzięki temu kontaktowi uzyskaliśmy pewne wsparcie, które dotarło do nas w zrzutach z Anglii. Zrzuty przyjmował oddział kawalerii dowodzony przez porucznika „Dolinę". Oddział ten, któremu prawie w całości udało się wymknąć z okrążenia, próbował odtworzyć strukturę rozbitej partyzantki. Odszukałem także „Motyla" w szpitalu w Szymanowie i „Perełkę" (Ludwika Osieckiego) w szpitalu w Sochaczewie. Obaj przeżyli.

  Ofensywa styczniowa zastała mnie we wsi Duninopol-Skrzelew, skąd piechotą wróciłem do Warszawy, a po kilku dniach wyruszyłem do domu do Białegostoku.

  Tak skończyły się moje burzliwe wojenne przeżycia, które zaczęły się od przypadkowego aresztowania, a których przetrwanie zawdzięczam chyba odrobinie szczęścia.

  Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami , Krzyżem Partyzanckim, Krzyżem Powstania Warszawskiego, Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Oświęcimskim oraz Medalem Komisji Edukacji Narodowej.

Rynek Kościuszki: Ratusz w remoncie

  Decyzja o odbudowie rozebranego przez Sowietów ratusza zapadła w 1952 roku. Rok później zaczęto stawiać ratusz od nowa i już w 1958 roku przeniosła się do niego główna siedziba Muzeum Okręgowego (dziś Podlaskiego). Wcześniej mieściła się w pałacyku gościnnym przy ul. Kilińskiego, a jeszcze wcześniej, bo od 1949 roku w samym Pałacu Branickich.

  Odbudowę ratusza zawdzięczamy Władysławowi Paszkowskiemu, wojewódzkiemu konserwatorowi zabytków. To stare dobre czasy, gdy konserwacja zabytków i muzealnictwo były jednością. Drugim zasłużonym był Stanisław Bukowski, który zaprojektował wnętrza przeznaczone na muzealne ekspozycje. Ogólny kształt architektoniczny nowego ratusza, różniącego się nieco od historycznego pierwowzoru, zaprojektowała Zofia Chojnacka. To dzięki nim Rynek Kościuszki znów miał swój charakterystyczny, utrwalony w pamięci pokoleń, wizerunek.

  Ratusz, który przecież nigdy nie był ratuszem, zawsze znajdował się w centrum uwagi białostoczan. Miasto żywo komentowało wszelkie nowinki z nim związane. Pod koniec 1920 roku do znajdującej się na ratuszowej wieży strażnicy Białostockiej Ochotniczej Straży Ogniowej zaczął przychodzić pewien "nieszkodliwy i cichy wariat". Jego "wariackim pomysłem" było pomalowanie wieży. Zbywany przez strażaków pod byle pretekstem, w styczniu 1921 roku pojawił się z "pismem z Województwa, nakazującym pomalowanie wieży". Niestety annały milczą, na jaki kolor miała według owego osobnika być ona pomalowana. Niemniej wiemy, że pismo zostało potraktowane z całą powagą. Sprawdzono w kancelarii wojewódzkiej czy rzeczywiście sam wojewoda stał się sprzymierzeńcem "cichego wariata". Okazało się, że był to jedynie "żart łobuzerski".

  W 1924 roku ratusz odnowiono. Wyglądał reprezentacyjnie, ale już wkrótce zaczęły się kłopoty właśnie z dachem. Zgodnie z zaleceniem ówczesnego konserwatora zabytków, księdza Piotra Śledziewskiego, z części dachu i z hełmu wież, pokrytych blachą miedzianą, zdarto farbę. Miedź szybko pokryła się zieloną patyną, ta zaś pod wpływem deszczów zabarwiła ściany, tworząc szpecące smugi. W prasie komentowano to łacińską sentencją, wygłoszoną przez Pliniusza Starszego: "nec sutor ultra crepidam". 

  Niebywałe, ale nie tłumaczono tego na język polski, uważając że przeciętny czytelnik i tak wie o co chodzi! W gazecie! Dziś nie do pomyślenia, więc podaję, że znaczy to tyle co: "jeśliś szewc, patrz swojego kopyta". W luźnym rozumieniu odnosi się to do fachowości wykonywanych prac i kompetencji. Aktualne po dziś dzień, tylko nikt już nie zna łaciny, że o Pliniuszu Starszym nie wspomnę.

  W 1921 roku niejeden białostoczanin, spoglądając na ratuszową wieżę, mógł zgodnie z obowiązującym klasycznym wykształceniem mruknąć pod nosem, że tempus fugit, czyli że czas ucieka. Namacalnym tego dowodem było to, że każda strona ratuszowego zegara wskazywała inną godzinę. Utyskiwano, że "we wszystkich miastach według zegaru miejskiego są regulowane zegarki kieszonkowe, omyli się srodze ten, kto zechce uczynić to w Białymstoku".

  15 stycznia 1921 roku "magistrat miasta wojewódzkiego Białegostoku niniejszym ogłosił konkurs na regulację zegara ratuszowego". Jedynym kryterium wygrania była, skąd my to znamy, najniższa cena. Nic przeto dziwnego, że zegar chodził jak chciał, a białostoczanie żartowali, że "w mieście naszem czas idzie według humoru zegarmistrza nastawiającego zegar na ratuszu". Można by nawet dojść do wniosku, że źle chodzący zegar poprawiał samopoczucie. Nie będę już przytaczał stosownych łacińskich sentencji, bo samo życie podpowiadało, że to prawda.

  W lipcu 1922 roku Białystok nawiedziły wielkie ulewy. Przez nieszczelny dach wieży woda zalała cały mechanizm zegara, który zaczął "bardzo niepunktualnie wskazywać godziny". Białostoczanie ze stoickim spokojem i z iście angielskim humorem mówili sobie, że "zegar prawdopodobnie zaziębił się". No cóż, dziś możemy stwierdzić, że dachówka, dobijając sześćdziesiątki, idzie na emeryturę. 


Andrzej Lechowski

Zestaw włamywacza: wytrych, klucz, łom, świder, piłka do metalu

  Podrobiony klucz czy pęk zgrabnych wytrychów to był sposób na otwarcie prawie każdych drzwi. Włamywacze jednak stosowali również inne metody. Nazwijmy je siłowymi. Pomagały w tym łom, świder czy piłka do metalu.

  Zacznijmy od rympała, albo rympałka. Były to łomy ze specjalnie wymodelowanym zakończeniem, które służyły do włamania. Dzięki nim złodzieje podnosili drzwi z zawiasów czy też korzystając z niewielkiej nawet szczeliny wyrywali zamek. Oczywiście następował przy tym nieunikniony hałas. Taka operacja mogła się zatem odbywać tam, gdzie nikt tego nie słyszał. Zwłaszcza nocną porą, w letnio-jesienne urlopy wielu mieszkańców Białegostoku. Dzięki rympałkom włamywacze dobierali się też skutecznie do miejscowych sklepów i innych, handlowych pomieszczeń.

  Wczesną wiosną 1919 roku, kiedy zmrok zapadał już dosyć wcześnie, złodzieje odwiedzili skład sukna Ameliana przy ul. Żydowskiej pod numerem 2. Wywalili bezczelnie frontowe drzwi od ulicy i wynieśli przez nikogo niepokojeni materiałów na ponad 40 tys. marek.

Na początku następnego roku specjaliści od rympała odwiedzili mieszkanie państwa Kosinowiczów na Nowym Świecie. Pora była również nocna. W tym lokalu odnajmował pokój pan Cydzik, komisarz rządu. Stracił on całkiem przyzwoite jeszcze futro, wartości 12 tys. marek, zaś jego sąsiedzi ponieśli również krzywdę w garderobie na kilka tysięcy. Jedyną stratą złodziei był łom i siekiera zgubione podczas ucieczki.

  Opryszki bardzo chętnie przy swoich akcjach korzystali z drzwi kuchennych, od podwórka, gdzie mieli dużo większą łatwość posługiwania się sposobnym rympałem. Tak było w 1921 roku, kiedy to włamali się do magazynu konfekcji damskiej pani Kotkowskiej przy Rynku Kościuszki. Zabrali tyle towaru, że mógł go wywieźć tylko solidny wóz albo dorożka. Po tej ostatniej aferze mocno dostało się w lokalnej prasie komendzie policji. Szczególnie oskarżano posterunkowych o niedbalstwo podczas pełnienia nocnej służby.

  Przygodę z włamywaczami posługującymi się specjalistycznym łomem przeżył też w 1926 roku Aron Buchbinder. Prowadził on sklep ze skórami przy Surażskiej 4. Kiedy przybył do swojego interesu w poniedziałkowy poranek, stwierdził, że ubyło mu towaru na ok. 3 tysiące złotych. No i oczywiście stratę powiększył koszt brutalnie wyłamanych drzwi.

  I jeszcze jedna historia na identyczny temat. W styczniu 1932 roku Władysław Sokołowski po powrocie do domu, a mieszkał przy Szosie Obwodowej, zastał drzwi na oścież otwarte, a po dokładnej penetracji, zauważył brak futra żony, własnych marynarek i spodni, tudzież srebrnego zegarka. Wywiadowcom z Wydziału Śledczego udało się tym razem wytropić sprawców kradzieży. Stanisław Żmudinow dostał rok więzienia, zaś jego paser, 43-letni Jan Bogdan, musiał spędzić w celi trzy miesiące.

  Inny sposób na otwarcie cudzych drzwi dawał bor, czyli świder i piłka do metalu lub drewna, zwana w żargonie złodziejskim bukfelem. Włamywacze wiercili po prostu otwory wokół zamku, a następnie przy pomocy piłki wycinali kawał drewna z drzwiowym zabezpieczeniem i już byli w środku. Ta metoda w światku przestępczym przedwojennego Białegostoku stała się popularna na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego stulecia. Wzór przyszedł z Niemiec, gdzie działali w ten sposób szczególnie kompetentni fachowcy.

"Na świder", jak to określali dziennikarze prowadzący w miejscowych gazetach kroniki kryminalne, swoje mienie na kilka tysięcy złotych stracili m.in. Genia Goltfarb z ul. Polnej, aptekarz Arkin z ul. Sienkiewicza czy Dawid Klementynowski z Żelaznej.

   Policja niekiedy potrafiła ująć złodziei. Tak było zimą 1931 roku, kiedy włamywacze przewiercili się do składu win, wódek i tytoniu Józefa Wojtanowskiego przy ul. Mickiewicza. Byli nimi bracia Jan i Stefan Popławscy. Ten pierwszy zarobił rok odsiadki, ponieważ znaleziono jego odciski palców, drugi, bardziej ostrożny, wywinął się od kary.


Włodzimierz Jarmolik

Ulica Sosnowa

 

  Nie mieszkało tu  dużo zamożnych osób. Zadzwonić można było m.in. do siedziby gminy żydowskiej, do Igły Borysa (sprzedawał cement i wapno), Mojżesza Gutmana - właściciela składu mąki, i spółki Gorosza i Suraskiego, którzy pod numerem 47 mieli fabrykę waty i watoliny.

   Sporo się działo przed wojną na Sosnowej. Pod numerem 1, niedaleko kirkutu, mieścił się budynek, w którym siedzibę miało kilku przedsiębiorców. Dzisiejsza galeria?

Nr 1 Estera Zabłudowska - obuwie , Nr 2 Chaja Pakciarz - sprzedaż wapna i cegieł (1928 r)Nr 3 - Ida Orlańska - meble kuchenne . Mirka Tykocka - towary łokciowe - nr 3, wyglada na to, ze posesja pod nr 3 często zmieniała wlasciciela, albo jest bład w księgach..? Rachela Dejon - produkty naftowe (nr 5), terpentyniarnia.Kupić można było terpentynę, smołę i przysłowiowy dziegieć. Zelik Birenbaum i Sztejnmarc sprzedawali skóry, Moszko Glejberg - szczotki, drzewo, Szmul - towary kolonialne, a Szarf - oleje.

  W tym samym budynku Lewin prowadził kawiarnie (po sąsiedzku, pod "trójką"? miał też herbaciarnię), przyjmowało też dwóch dentystów - niejaki Josem oraz Basza Strzebnołow-Niszt. Gretka Sibirska - galanteria (nr 17),

  Miała Sosnowa swoją przędzalnię : Szlachter Wolf i Salomon - pod nr 23. Obok Kulikowski i Amiel wyrabiali sukno i kołdry.Kto by pomyślał, że 60 lat temu na Sosnowej produkowano czekoladę? Słodką fabrykę miał Sofer Chaim i Syn. Nazywała się „ Wiedeńska”.

   Kagan - fabryka wody sodowej - nr 8, Rywka Wolker - sklep spożywczy (nr 15), Wiernik - gilz do papierosów - nr 13, nie jestem pewna numeru posesji. Dwa składy apteczne pod nr 18 prowadzili Broń oraz Rubin, Elektryczny młyn - Ostryński pod nr 21. Ronles - waty cukrowe - nr 23 ,Skup szmat Bekkera (nr 23) Lipa Goldberg - sklep spożywczy -nr 34. Sprzedaż szmat - Rozengarten i Bojarski - nr 66.

  Na Chajankach było sporo knajp, spelun i trzy piwiarnie na Sosnowej, z tego jedną prowadziła kobieta pod nr.74.

MR

Przedwojenny Białystok dziesiątkowała gruźlica

   Jednym z największych problemów międzywojennego Białegostoku był stan zdrowotny mieszkańców. Tragiczne pokłosie zbierała gruźlica. Walczono z tą chorobą. Jednak warunki, w których żyła duża część ludności miasta, niejednokrotnie niweczyły te poczynania. Niemniej mamy w naszej historii piękne przykłady prób zmiany tego stanu rzeczy.

  Już wkrótce po odzyskaniu niepodległości rozpoczęła się społeczna akcja zwalczania gruźlicy. W 1922 roku powstało żydowskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze Marpa. Mieściło się przy ulicy Polnej 4 (Waryńskiego). Jego pierwszym prezesem został Jowel Rubin. Do zarządu wybrani zostali inżynier Herc Neumark, Chaim Zabłudowski, Józef Bereziński oraz żony Henryka Weltmana i Mejera Prużańskiego. Wszyscy byli przedstawicielami sfer przemysłowo-handlowych.

  Już po kilku miesiącach działalności Marpa miała blisko 800 członków. Pracę zarządu wspierali lekarze. Konsultacji udzielał psychiatra dr Izydor Wolf i dr Mojżesz Gurewicz zajmujący się chorobami wewnętrznymi. Wkrótce towarzystwo "wynajęło letniska w Zwierzyńcu" i własnym staraniem zorganizowało tam "coś w rodzaju sanatorium".

  Dysponowało ono 40 łóżkami. Zakład funkcjonował wyłącznie w miesiącach letnich. Kuracjusze wymieniani byli tak, że w trakcie lata udawało się objąć opieką 80 chorych.

W 1926 roku Marpa przechodziła wyraźny kryzys organizacyjny. Jednak już wkrótce, gdy prezesem został Herc Neumark działalność towarzystwa znów nabrała dynamiki.

  Przeniesiono się do nowego lokalu przy ulicy Kupieckiej 34 (Malmeda). Naczelnym lekarzem organizacji został dr Abram Kahan. Wspomagał go zasiadający w zarządzie dr Aleksander Rajgrodzki. Nawiązana została współpraca z bliźniaczą organizacją w Warszawie. Ta zaś w Otwocku prowadziła znany na całą Polskę zakład leczniczy i sanatorium przeciwgruźlicze. Otwocka placówka zobowiązała się przyjmować 10-15 białostockich pensjonariuszy "za minimalną opłatą". Pacjenci po 2 - 3 miesięcznym pobycie "wracali do Białegostoku uleczeni z zasobem świeżych sił".

  W związku z powodzeniem akcji zaczęto snuć plany wybudowania w Otwocku białostockiego pawilonu na 25 łóżek. Niestety na początku 1927 roku białostocką Marpę "zaczęła dzielić intryga". Zniechęcony jałowymi sporami prezes Neumark ustąpił ze stanowiska. Wraz z jego odejściem upadły wszelkie otwockie plany. Po mieście rozeszła się wieść, że ster rządów w tak potrzebnej i mającej spore sukcesy organizacji przejęli "ludzie młodzi, niedoświadczeni i niezrównoważeni". Sytuacja jednak szybko została opanowana. W wyniku przeprowadzonych w maju 1927 roku wyborów prezesem Marpy został dr Józef Lewitt. Za jego kandydaturą przemawiało głównie doświadczenie.

  W 1925 roku Lewitt wraz z doktorami Piotrem Klamarzyńskim, Adamem Kozubowskim i Bohdanem Ostromęckim założyli Białostockie Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Jego głównym celem było "skoordynowanie pracy przeciwgruźliczej na terenie województwa". W marcu 1926 roku towarzystwo otworzyło "wzorcową poradnię przeciwgruźliczą". Mieściła się ona w budynku przy Warszawskiej 32. Zajmowała pięć pomieszczeń, w których urządzono poczekalnię, gabinet lekarski, gabinet do naświetlań lampą kwarcową, laboratorium i biuro rejestracyjne. W przychodni, którą kierował dr Lewitt pracowało 2 lekarzy i "pielęgniarka - wywiadowczyni". Przez niespełna rok działalności w poradni zostało zarejestrowanych 1803 pacjentów.

  Lewitt rozpoczął starania o zorganizowanie niezbędnej pracowni rtg. Niestety finanse towarzystwa były zbyt skromne. Przychodnia korzystała więc bezpłatnie z miejskiej pracowni radiologicznej. Do 1927 roku wykonano w niej 490 badań. Towarzystwo prowadziło też szeroko zakrojoną akcję propagandową. Wydrukowane zostały plakaty i ulotki w języku polskim i jidysz, w których informowano "co to jest gruźlica".

  W kwietniu 1926 roku zorganizowane zostały w Białymstoku dni przeciwgruźlicze. W ich trakcie prowadzone były zbiórki pieniężne. Towarzystwo nawiązało też współpracę z podobnymi jemu organizacjami w Grodnie, Augustowie, Łomży, Ciechanowcu i w Supraślu.

  W 1926 roku białostockie towarzystwo zrzeszało 279 członków. Kierujący nim zarząd stanowili wyłącznie lekarze. Prezesem był Lewitt. Jego zastępcą był dr Piotr Klamarzyński. Sekretarzem został dr Czesław Karwowski. Za finanse odpowiadali doktorzy Maria Halpern i Konstanty Alchimowicz. W Białymstoku z uznaniem podkreślano, że wszyscy lekarze w towarzystwie a doktor Lewitt również w poradni "pracują honorowo i bezkorzystnie".


Andrzej Lechowski 

Recydywa pod celą

  W okresie międzywojennym białostocki Sąd Okręgowy rozpatrywał różne sprawy. Stawali przed nim groźni przestępcy, jak zbójcy czy drogowi rabusie. A także drobni złodziejaszkowie, ale z kilkoma już wyrokami.

  Niepoprawnym amatorem cudzej własności był w Białymstoku w latach 20. niejaki Michał Wiediernikow, co zabawne z zawodu felczer. Siedział dotąd w więzieniu już cztery razy. Wyroki były niezbyt wysokie. Kiedy jednak latem 1925 roku zwędził w jatce Niedziemyckiego na Siennym Rynku dwa pęta białej kiełbasy, a do tego dodał jeszcze chustkę wartości 3 zł, zabraną z torebki Symy Tchór, sąd nie zawahał się nad karą półtora roku więzienia. Przy okazji tego procesu wyszły na jaw jeszcze drobne sprawki Wiediernikowa popełnione w innych miastach - Częstochowie, Piotrkowie i Radomsku.

  Po przewrocie majowym Józefa Piłsudskiego pomniejszym recydywistom brakowało miejsca w więzieniu białostockim, Czerwoniaku łomżyńskim, a także w tiurmie grodzieńskiej. Miejsca w celach przeznaczone były przede wszystkim dla przestępców z wieloletnimi wyrokami i oczywiście dla więźniów politycznych.

  Białostocki szary dom przy ul. Baranowickiej kwaterował ich dwustu kilkudziesięciu. Więcej niż warszawski Mokotów, Łódź czy Lublin. Pisała o tym w swojej wyjątkowej książce "W więzieniach", wybitna, przedwojenna działaczka społeczna, Stefania Sempołowska.

Pomniejszych kryminalistów przyjmowały inne, lokalne ośrodki penitencjarne. Na przykład w Baranowiczach. Wysłany do Baranowicz na odsiadkę białostocki recydywista Wiediernikow nie mógł gorzej trafić. 

  Warunki w więzieniu były, mówiąc oględnie, bardzo mizerne. Już samo jego usytuowanie kilka kilometrów za miastem, w szczerym polu, sprawiało smutne wrażenie. Świeżo przybyłych więźniów już od początku czekały szykany ze strony starych, uprzywilejowanych bywalców więziennego przybytku. Pełnili oni funkcje pomocnicze, wysługiwali się strażnikom, szpiegowali. Nowym zabierali bezwzględnie cenniejsze części odzieży, tytoń czy mydło. Te ostatnie pełniły w celach więziennych rolę monety obiegowej.

  Cele w Baranowiczach były dosłownie przepełnione. Przeznaczone dla dwunastu osób, potrafiły pomieścić trzy razy więcej. W takich warunkach trudno było zachować minimum higieny. Według regulaminu zmiana bielizny miała odbywać się co tydzień. Faktycznie działo się to co kilka tygodni. Więźniowie spali na workach ze słomą imitujących sienniki. Pościel była najczęściej brudna i wilgotna. Na szczęście w celach nie było kibli, czyli dużego fetoru. Więźniowie co rano, po kolei chodzili do ustępu.

  Jedzenie też pozostawiało wiele do życzenia. Na śniadanie kubek kawy i pajda chleba, a na obiad kasza, krupnik albo kartoflanka, kolacja to cienka zupka z zaoszczędzonym ze śniadania chlebem.

  Osobny pawilon w więzieniu przeznaczony był dla kobiet. Nie było ich dużo. Kilkanaście prostytutek, służące ukarane za kradzieże, pokątne akuszerki. Jak relacjonował w prasie bywalec tego przybytku, najsmutniejszy widok stanowiły niemowlęta, które wraz z matką odsiadywały karę. Były wśród nich też takie, które urodziły się w więzieniu.

  Czas więźniom w Baranowiczach wypełniały w warsztatach nieustające rozmowy o złodziejskich wyczynach, spodziewanej paczce z domu czy przewidywanej z nadzieją amnestii. Rozmawianie też było jednak reglamentowane. Nie można było porozumiewać się w porze obiadowej i po wieczornym apelu.

  Szczególne wrażenie, zarówno na więźniach, jak też na ludności miejscowej robiły wykonywane od czasu do czasu wyroki śmierci. Pod szubienicą gromadziły się władze więzienne, oddział policji, duchowny, no i oczywiście kat ze swoimi pomocnikami. Baranowicz, rzecz jasna nie zaszczycał sławny, przedwojenny kat Maciejewski. Tutaj swą powinność wykonywali wykształceni przez niego uczniowie. Zza murów więziennych ów ponury spektakl, z dachów domów, drzew, a nawet słupów telegraficznych obserwowała ciekawa gawiedź.

  Wiediernikowa nie spotkała oczywiście ta najgorsza kara. Odsiedział swoje i mocno wymizerowany powrócił do Białegostoku. Zajął się zapewne swoimi różnymi drobnymi aferkami. Prasowe kroniki kryminalne jednak o tym milczą.

Włodzimierz Jarmolik

W Białymstoku zginęły płoty. Ludzie bezczelnie kradli na opał

 

  Dawała się we znaki zima i naszym przodkom, mroziła drzewa w sadach (pękały z hukiem), wyniszczała zwierzynę w lasach i zasiewy na polach, zaspy na całe tygodnie blokowały drogi i uniemożliwiały dostawy żywności. Dochodziło do tego, że zamarzały studnie, po podwórzach chodziło się jak w tunelach, a dziatwa mogła staczać się lub zjeżdżać z dachów jak z górek.

  Bywało jednak i zupełnie na odwrót, Podlasiak Zygmunt Gloger odnotował, że 26 stycznia 1552 roku zaczęto pod Gdańskiem orać pola, a w 1702 roku w lutym kiełkowały z ziemi wiosenne kwiaty. 5 lutego 1831 roku wojska rosyjskie ruszyły z okolic Białegostoku (feldmarszałek Iwan Dubicz kwaterował w pałacu Branickich), by poskromić powstańczą Warszawę, ale po dojściu do rzeki Bug okazało się, że zapanowała odwilż. Trzeba więc było budować tratwy dla przeprawienia dział i wozów, a piechota zdołała przejść po słomie kładzionej na pękający lód.

Ze wspomnień dziadkowych i własnych

  Z opowieści dziadka Antoniego wynikało, że przed wojną wszystko było lepsze, większe, ładniejsze. Podkręcał wąsa, gdy wspominał tamte panny i ja mu coraz bardziej wierzę, bo - za przeproszeniem obecnych dzierlatek - nasze szkolne dziewczyny były jak maliny i zalotnie się do nas uśmiechały. Nie to, co dzisiejsze, odwracające głowy gdy się staruszek pojawi w autobusie. Skoro jednak ma być o zimie, to młodych kolegów z IPN proszę o odnotowanie, że w najgorszych latach PRL, kładąc się na wznak na śniegu, robiliśmy orły. Trudno tylko było się zorientować, czy z koroną, czy raczej "wronę". Dużo zależało od koegzystencji śniegu i fantazji uczniaków, a zresztą kto by sobie w ten czas i w taki mróz głowę zawracał ideologią.

   Teraz ledwie poprószy śnieg i zaczerwienią się nosy (czy na pewno od mrozu?), już słychać, że mamy zimę stulecia. Hola panie i panowie! Dziadek Antoni wspominał luty 1929 roku z temperaturą poniżej minus 40 stopni, białostoccy sybiracy (pozdrawiam ciepło) będą do końca życia pamiętać zimę z 1939 na 1940 rok, a ja mógłbym opowiadać długo o ratowaniu się przed zamarznięciem w początkach 1963 roku w Domu Studenta Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Kickiego. Ratowaliśmy się "pożyczając" cegły z zamkniętej zresztą budowy, wbijając w nie gwoździe, na których rozpinaliśmy spiralki od kuchenki elektrycznej lub żelazka. Całość podłączało się do gniazdka i tylko niestety często elektrownia wyłączała prąd, bo węgla ze Śląska do stolicy nie dowieźli. Wtedy pozostawały mniej wymyślne sposoby walki z mrozem, ale o nich zamilczę.

  O zimie, która dobiła towarzysza Edwarda Gierka i jego ekipę pamięta już wielu naszych. Dramatycznie brzmiały wówczas relacje profesorów dojeżdżających w semestrze iście zimowym 1978/1979 z Warszawy na białostocką Filię UW. Nawet czołgi nie mogły sobie poradzić z lodem na drogach i torach. Ale były i akcenty radosne, bo pamiętam taki sylwester - który to był rok? - że z powodu gołoledzi tylko nieliczne pary dotarły na sale balowe, więc można było jeść i pić za trzech.

Prasa białostocka donosiła

  Zajrzyjmy do niedocenianego "Echa". W 1933 roku jeszcze trwał wielki kryzys ekonomiczny, a już w połowie listopada straszono, że w okolicach Białegostoku pokazały się wilki i to "koniarze", rzucające się na konie. Takie bestie miału stanowić zwiastun wyjątkowo mroźnych tygodni. Miesiąc później znaleziono na jednej z białostockich ulic zamarzniętego mężczyznę i groziła mu amputacja nogi. Z myślą o "bezdomnych nędzarzach" otwarto dom noclegowy przy ul. Wesołej 9, zwiększono również ilość porcji wydawanych przez tanie kuchnie. Urzędników zaś zmroziła okrutnie wiadomość, że stolica województwa zostanie przeniesiona do Grodna. Pod koniec grudnia nastroje się uspokoiły, szykowano się na bale, na Nowym Mieście wykryto gorzelnię, ale tylko z 10 litrami zacieru (próba generalna?).

  W końcu 1934 roku o zimie jakby zapomniano, widać nie dokuczała, za to około 10 stycznia następnego roku złapał siarczysty mróz, a szacowano, że w Białymstoku mieszka pół tysiąca dzieci bez palt i niewiele mniej bez butów. Szybko jednak, bo po dwóch tygodniach zaczęła się odwilż, staw na Marczuku wystąpił z brzegów i zalał ulice oraz bliżej położone domy. Narzekano powszechnie na kłopoty z opałem, węgiel był za drogi, a drewno za mokre. W tej sytuacji co biedniejsi nie szukali daleko ratunku.

  Dziennikarz skomentował szpetny proceder następująco: "Białystok stanowczo różni się od wielu innych miast. W Warszawie np. giną dziewczęta, w Psiej Wólce klacze ze stajen, w Paryżu akta MSZ, w Nowym Jorku samochody, a w Białymstoku - płoty". Niewiele mógł w tej mierze zrobić Miejski Komitet Pomocy Zimowej mieszczący się przy Alei Józefa Piłsudskiego (ul. Lipowa) 54. Był takowy i na szczeblu wojewódzkim, wspierało go również wojsko, do zbiórek włączali się harcerze i młodzież szkolna, o potrzebujących starano się pamiętać w parafiach.

Komentarz do zdjęć

  Fotografia główna jest nieco zagadkowa. Na pewno autobus PKS utknął w śniegu, którego wcale nie spadło tak dużo. Można się domyślać, że opony były łyse, pojazd starawy, na posypanie drogi piaskiem się nie zanosiło. Panowie mieli więc okazję, by wysiąść, odetchnąć świeżym i mroźnym powietrzem, zapalić, a co bardziej uspołecznieni udzielili pomocy szoferowi. Zadziwia jednak skład pasażerów, sami chłopi w szykowanych ubiorach, tylko jedno dziecko w pompach, płaczące lub raczej zasłaniające oczy na widok aparatu fotograficznego. A gdzie kobiety? Darły w tym czasie pióra w ciepełku domowym? Nie bardzo wierzę, wygląda mi to na eskurs specjalny, a pan Marek Jankowski (dziękuję za dostarczone zdjęcia) sugeruję, że może chodziło o wyjazd do Ośrodka Postępu Rolniczego w Szepietowie. Prosimy PT Czytelników jak zwykle o pomoc.

  Zdjęcie drugie pokazuje uroki zimy z akcentem religijnym, wszak jak trwoga, to do Boga! Kościół w Sokółce w bieli, jeszcze z drewnianymi budynkami przed wejściem, bo to ładna pocztówka sprzed wojny. Niestety, w ówczesnych świątyniach zimno też dokuczało okrutnie, od świeczek wysokie nawy się nie mogły ogrzać. Chyba, że modlono się wyjątkowo gorąco.

Adam Czesław Dobroński 

Cmentarz prawosławny i wystająca z ziemi ludzka stopa


  Historia, która wydarzyła się ponad 100 lat temu na przedwiośniu, wstrząsnęła Białymstokiem. Na polu za cmentarzem prawosławnym znaleziono wystającą z ziemi ludzką stopę.

Był już wieczór 2 marca 1913 roku. Na polu za cmentarzem prawosławnym na Wygodzie kilku chłopców z okolicznych domów kończyło swoje zabawy. Gdy szli w kierunku zabudowań, to z przerażeniem "ujrzeli wystającą z ziemi ludzką stopę". Zdjęci strachem pobiegli ulicą Wasilkowską, gdzie pierwszemu napotkanemu stójkowemu opowiedzieli o wszystkim.

  Policjant niezwłocznie powiadomił o tym komendanta I  przy ulicy Botanicznej. Gdy chłopcy w towarzystwie mundurowych przybyli z powrotem na pole, było już ciemno. Komendant wystawił więc przy makabrycznym znalezisku wartę i dopiero następnego dnia rano przystąpiono do czynności śledczych. Po kilkunastu minutach odkopano fragmenty ludzkiego ciała zawinięte w fartuch. Po kilku godzinach dalszych poszukiwań w odległości 150 metrów odnaleziono pozostałe szczątki.

  Przyglądający się pracy policjantów okoliczni mieszkańcy rozpoznali, że są to zwłoki Jana Godlewskiego, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął w listopadzie 1912 roku. Zwłoki przewiezione zostały do szpitala miejskiego. Tu doktor Batumi stwierdził, że Godlewski zginął podczas snu od ciosów zadanych siekierą. Pozostało pytanie, kto był mordercą. Prokurator Antoni Szafałowicz dość szybko zainteresował się synem ofiary, 17-letnim Antonim. To on w listopadzie zgłosił policji zaginięcie ojca. Zeznał wówczas, że Godlewski wyszedł rano z domu z nieznanym mężczyzną. Antoni uznał, że obaj najęli się do jakiejś pracy budowlanej w którejś z pobliskich wsi. Gdy jednak ojciec nie wracał przez kilka dni zaniepokojony syn powiadomił o tym policję.

  Kilka tygodni później, pod Wasilkowem, na podmokłych rozlewiskach Supraśli znaleziono zwłoki mężczyzny. Antoni zidentyfikował je, twierdząc, że to właśnie jest jego ojciec. Odbył się więc pogrzeb rzekomego Jana Godlewskiego i sprawa ucichła, aż do marcowych wypadków. Podejrzenie prokuratora wzbudziło nerwowe zachowanie Antoniego, które zaobserwował przy wykopywaniu szczątków. Młodzieniec wzięty w krzyżowy ogień pytań przyznał się, że to on jest zabójcą.

  We wrześniu 1913 roku Antoni Godlewski stanął przed białostockim sądem. Już od rana przed gmachem sądu przy ulicy Gimnazjalnej (Kościelna) gromadził się tłum gapiów. Na salę rozpraw publiczność mogła wejść po wykupieniu biletów. Wreszcie o godzinie 15 rozpoczął się proces. Jako pierwszy zeznawał Godlewski, który poprosił sędziego "o wydalenie z sali publiczności". Ku jej rozczarowaniu sędzia przychylił się do jego prośby. Ojcobójca przez następne półtorej godziny opowiadał o dramatycznych wydarzeniach sprzed blisko roku.

  Gdy skończył, publiczność została wpuszczona na salę. Rozpoczęło się przesłuchiwanie 11 świadków. Z ich zeznań wynikało, że nieboszczyk był "człowiekiem dobrym, dbającym o los swoich dzieci".

  Podkreślano, że finansował naukę syna w Warszawie. Ba, kupił mu nawet fortepian, gdy ten powrócił ze szkół do rodzinnego domu. Niektórzy ze świadków zeznali, że był Godlewski skąpcem, ale była to "raczej mądra oszczędność niż sknerstwo". Emocje wypełniły salę, gdy zeznawał młodszy brat Antoniego, Janek. Wstrząśnięta publiczność usłyszała, że "byliśmy z bratem w kościele. Wróciliśmy do domu wcześniej niż zwykle za co ojciec począł krzyczeć na brata, a później wybił go. Na drugi dzień już ojca nie było". Janek opowiadał o srogich metodach wychowawczych, których ofiarą był najczęściej Antoni.

  Zgrozą powiało, gdy o przedstawienie ekspertyzy sąd oprosił przeprowadzającego oględziny i sekcję zwłok doktora Batumi. Po nim głos zabrał broniący oskarżonego mecenas Aleksander Bomasz. Próbował udowodnić, że jego klient jest pozbawiony "normalnego stanu umysłowego". Srogie wychowanie tylko pogłębiało ten stan. Wnosił o ponowne rozpatrzenie sprawy, dostrzegając w niej wiele niejasności.

  Był już wieczór gdy swoją półtoragodzinną mowę rozpoczął prokurator Szafałowicz. W ówczesnej Rosji nie stosowano kary śmierci, przeto oskarżyciel żądał kary dożywotniej katorgi, kończąc swoją tyradę efektowną frazą. "Wy panowie sędziowie, pójdźcie za głosem narodu i zakujcie w kajdany tego wyrodka".

  Po tych wystąpieniach sąd udał się na naradę. Publiczność nie opuszczała sali. Po 20 minutach - dochodziła już godzina 22 - ogłoszono wyrok. Antoni Godlewski skazany został na "pozbawienie wszystkich praw i zsyłkę na 8 lat robót ciężkich". Niezadowolony z wyroku tłum, który na ulicy czekał na finał rozprawy wykrzykiwał: "tylko 8 lat? Mało! Można zabijać!"

  Emocje związane z tą sprawą szybko przygasły. Zbliżała się wojna i ona zatarła pamięć o tej tragedii. Jakąż więc sensacją była wiadomość, która w maju 1919 roku dotarła do Białegostoku z Moskwy. Przywiózł ją "pewien jegomość", który opowiadał, że Antoni Godlewski "zajmuje wysokie stanowisko w rządzie bolszewickim". Dodawał też, że jest on "w stosunku do ludności wprost okrutnym".

Andrzej Lechowski 

Translate