Postaw mi kawę na buycoffee.to

Szkoła Powszechna 9 przy ulicy Sosnowej



  "Tyle lat minęło a ja pamiętam swoją szkołę. Jakże to inna była szkoła, jakże inne czasy. Jak miałem zaczynać czwartą klasę, to wybuchła wojna. Nastała okupacja i trzeba było myśleć każdego dnia jak przeżyć "- opowiadał Stanisław Bałdyga.

  Naukę w pierwszej klasie rozpocząłem w 1935 roku. Była to szkoła powszechna nr 9. Znajdowała się  przy soborze św. Mikołaja. Była to katolicka szkoła. Dawniej tu biegła ulica Sosnowa. Tuż za szkołą parę metrów dalej przy bramce znajdował się skład budowlany, gdzie sprzedawano cement i różne materiały do budowy. Naprzeciw parę kroków dalej wchodziło się w ulicę Mińską. Ludzie rzadko tu zaglądali, bo była to bardzo brzydka i zaniedbana ulica. Oficer nie poszedłby tam, honor mu nie pozwalał, ja rzecz jasna często tam biegałem.

  Samą szkołę niezbyt miło wspominam. Higienistka okropnie wredna była. Jak sprawdzała uszy i nie daj Boże, u kogo brudne zobaczyła, to tak zakręciła, że mogła oderwać. Włosy każdy chłopak musiał mieć ścięte na zapałkę. Kierownik też nieprzyjemny był. "Czy to możliwe, że syn stróża ma swój dom" - pytał zdziwiony. A to moja mama od swojej rodziny parę złotych dostała i przy ulicy Wołyńskiej w okolicach Angielskiej rodzice postawili mały domek - pokój i kuchnia, ale liczyło się, że na swoim jesteśmy.

  W szkole nie mieliśmy boiska. Toalety była na zewnątrz, że i z miasta przychodzili. Dzisiaj rodzice wożą dzieci, do szkoły, na basen, a my małe szkraby sami wszędzie chodziliśmy. I do tego od wiosny do jesieni na bosaka się biegało. Do szkoły już nie, nie wpuścili bez butów. Siostra w piętnastce przy Lipowej się uczyła, to do domu odesłali jak poszła bez mundurka.

  Szkołą rządził kierownik, ale zaraz po nim najważniejszy był woźny Mikołaj, on i w cerkwi dzwonił. Znał mego ojca, nieraz rozmawiali. Schody w szkole były, to wiadomo dzieciaki lubiły zjeżdżać, aby chwila wolna, już na strych i się śmigało. Raz woźny przyłapał nas na gorącym uczynku, zjeżdżamy, a on stoi z kijkiem. "Ano złaźcie". A my prosimy: "Panie Mikołaju, to ostatni raz, już więcej nie pójdziemy".Dyscyplinę trzymał ostro. Jak się chłopaki w bójkę wdali czy harmider urządzili, kijek w ruch szedł równo.

  Kiedy wybuchła wojna, to początkowo Niemcy zachowywali się jeszcze przyzwoicie. Przy Szosie Południowej stał tabor, żołnierze smarowali chleb masłem i częstowali. Zresztą długo nie byli w Białymstoku, bo zaraz po 17 września weszli Rosjanie. Żydzi witali ich szczególnie radośnie. Sowieci z Grodna tu jechali, byle jak ubrani, w obszarpanych szynelach. Urzędowali w koszarach przy ulicy Bema.

  Widziałem ten cały pochód, jak szli Niemcy i Rosjanie do Pałacu Branickich na wspólne posiedzenie, by potwierdzić okupację sowiecką. No i wtedy to się zaczęły ciężkie czasy. Sklepy bardzo szybko opustoszały, po chleb trzeba było stać całą noc. W hali przy ul. Skłodowskiej sprzedawali różne rzeczy, to się brało, żeby potem wymienić na co innego. Ale jak kogoś przyłapali, że dwa razy obrócił, to do aresztu zamykali. 

  Mnie też kiedyś przyłapali, ale ojciec znał Żyda policjanta, to wypuścili. Z tyłu hali stał samochód, jak nazbierali z 20 osób, to wywozili do Knyszyna i do domu trzeba było wracać piechotą. A koło bożnicy żydowskiej, którą później Niemcy spalili, znajdował się sklep z wódką, tam to dopiero ustawiały się kolejki, ścisk panował niemożebny, bo za wódkę można było wszystko dostać. Co sprytniejsi podsadzali kumpli, ci po głowach dosłownie szli i gdzieś tam się wciskali.

  Za okupacji niemieckiej handlowałem z kolegami papierosami na Rynku Siennym. Jak podjeżdżało gestapo, to mówiliśmy: woda, woda i na to hasło uciekaliśmy. Niemcy nie mieli litości. Romek, mój kumpel, sprzedawał słoninę, zatrzymali go. Jego mama uprosiła, żeby ją wzięli zamiast syna. No i tę biedną kobietę z grupą innych rozstrzelali w Grabówce.

   "Tematyka II wojny światowej nie jest młodzieży obca, jednak przekaz osoby, która przeżyła ten koszmar niewątpliwie wzbogaca tę wiedzę". 


Alicja Zielińska

Zakręt śmierci na wiadukcie ul. Dąbrowskiego

  Ulica Dąbrowskiego w Białymstoku to takie dwa równoległe byty. Jeden z nich to praktycznie nieuczęszczana wąska uliczka, przy której stoi kilka budynków. Są wśród nich budowle o całkiem niezłej historii, jak choćby ten pod 20 numerem. Należał on do Pisarów.

  Jedyny ocalały z Zagłady przedstawiciel tej rodziny, Samuel Pisar zrobił już po wojnie oszałamiającą karierę prawniczą. Był doradcą światowych gwiazd filmowych: Kirka Douglasa, Elizabeth Taylor czy Catherine Deneuve. Z dużym powodzeniem doradzał też czołowym politykom. O Białymstoku pamiętał, choć była to pamięć bolesna. Bo jak sam stwierdził, miasto po tym, co tu przeżył, znaczyło dla niego "tylko nieco więcej niż cmentarz bez grobów".

  Jest też przy Dąbrowskiego, pod trzydziestką, doskonały przykład białostockiego modernizmu, tak ostatnio, i słusznie promowanego i podziwianego. Jest też w perspektywie tej ulicy, stuletnia pamiątka Wielkiej Wojny. To przyczółki pierwszego wiaduktu wzniesionego nad torami linii kolejowej warszawsko-petersburskiej, uruchomionej w 1862 roku. W lipcu 1915 roku wycofujący się pod naporem Niemców Rosjanie wysadzili wiadukt, który w tym kształcie nigdy nie został już odbudowany.

  Ale wracając do lat budowy kolei i białostockiego dworca, to właśnie one przyczyniły się do powstania przyszłej ulicy Dąbrowskiego. Od 1825 roku, czyli od wybudowania nowej szosy łączącej Białystok z Warszawą (dzisiejsza ósemka), wjazd do Białegostoku prowadził dzisiejszą ulicą Kolejową i Świętego Rocha.

  Po 1862 roku trzeba było to zmienić. To wówczas powstał istniejący do dziś schemat układu komunikacyjnego. Odcięta od "warszawskiego traktu" ulica Świętego Rocha była już tylko dojściem do dworca. Nowa ulica (Dąbrowskiego) nabrała znaczenia arterii.

  Takim świadectwem starszeństwa poszczególnych ulic w tym rejonie, były obowiązujące do 1919 roku ich nazwy. Tak więc najstarsza - Świętego Rocha - nosiła nazwę Staroszosowej, Kolejowa była Szosową, a Dąbrowskiego Nowoszosową. Z nazwą ulicy Dąbrowskiego było też pewne zamieszanie polityczne, ale już w czasach II RP. Władze Białegostoku likwidując w 1919 roku rosyjskie nazwy, przemianowały Szosową na Kolejową, a Nowoszosową nazwano Kolejową II.

  W styczniu 1925 roku prezydent miasta Bolesław Szymański zaproponował, aby Kolejową II przemianować na 19 Lutego, dla upamiętnienia daty wkroczenia wojsk polskich do Białegostoku. Jednak skonfliktowana i nieprzychylna mu rada miejska nie poparła tej, skądinąd słusznej, inicjatywy i ku zaskoczeniu wnioskodawcy przegłosowała swoją propozycję.

  Tak to generał Jan Henryk Dąbrowski został patronem ulicy. Oczywiście za Sowieta i w latach niemieckiej okupacji Dąbrowski musiał zniknąć z tabliczek. Od 1940 do 1941 roku zastępował go Czapajew, a później do 1944 roku była to Könnigsberger Strasse. Ale w międzywojniu w odniesieniu do fragmentu ulicy Dąbrowskiego potocznie używano jeszcze innej nazwy - zakręt śmierci. Powstała ona na skutek zakrętów pod kątem 90 stopni z obu stron dojazdów do wiaduktu.

  Białostoccy kierowcy, czy to za sprawą brawury, czy nieumiejętności, mieli duży problem z pokonaniem tego drogowego zygzaka. Wypadki wraz z rozwojem motoryzacji mnożyły się. Jeden ze znamiennych wydarzył się w sierpniu 1932 roku. Oto kierowca taksówki Abram Mikołajewski wiózł do szpitala w Choroszczy pewnego umysłowo chorego. Traf chciał, że z naprzeciwka jechała inna taksówka. No i spotkały się na samym zakręcie śmierci. Na szczęście nic się nikomu nie stało, ale "obydwa samochody zostały ciężko uszkodzone".

  Mikołajewski tłumaczył się, że "wypadek spowodował chory, który rzucił się na niego i uniemożliwił mu kierowanie autem". Ale dociekliwi policjanci ustalili ponad wszelką wątpliwość, że to raczej Mikołajewski był chory umysłowo, bo w tak niebezpiecznym miejscu "zamiast objeżdżać zakręt łukiem, skrócił sobie drogę i wjechał na nadjeżdżający z przeciwnej strony samochód".

  Problem z zakrętem śmierci narastał, aż musiał zainteresować się nim sam wojewoda Marian Zyndram Kościałkowski. W listopadzie 1933 roku do Białegostoku przyjechał dyrektor wileńskiej dyrekcji PKP inżynier Kazimierz Falkowski. Kościałkowski zaprosił go na "konferencję w sprawie t.zw. zakrętu śmierci", gdzie "wskutek bardzo ostrego łuku dochodzi w tem miejscu często do katastrof".

Obaj panowie uzgodnili, że konieczną jest budowa nowego wiaduktu "który pójdzie ponad torami kolejowymi w linii prostej, a więc skróci zarazem drogę do stacji i ogromnie ułatwi ruch kołowy". Obaj też wybrali się na Dąbrowskiego, aby naocznie stwierdzić, że budowa jest nieodzowna.

  Przez cały 1934 rok trwały prace przygotowawcze i dopiero w drugiej połowie 1935 zarząd miasta "przy poparciu wileńskich władz kolejowych" rozpoczął budowę. Jeszcze w tym samym roku wzniesiono przyczółki nowego wiaduktu na Dąbrowskiego.

Zakładano, że budowa zakończy się w 1936 roku, ale zabrakło niezbędnych funduszy. Prezydent miasta Seweryn Nowakowski wystarał się o dodatkowe pieniądze na roboty publiczne i w 1937 roku prace ruszyły pełną parą.

  Budowę w maju 1937 roku wizytował nawet premier generał Felicjan Sławoj Składkowski. Po spotkaniu w magistracie, w którym uczestniczył następca wojewody Kościałkowskiego, Stefan Kirkitlis, Nowakowski zaprezentował premierowi prace przy regulacji Białki, a na zakończenie wizytacji wszyscy pojechali na Dąbrowskiego.

Składkowski uważnie zlustrował likwidację zakrętu śmierci i wyraźnie zadowolony z tego, co mu pokazano, żegnając się z Nowakowskim stwierdził - "no, Białystok ostatnio mocno się podciągnął".


Andrzej Lechowski 

Wróżbita i chiromanta - astrolodzy dobrze zarobili

   Walentynki to obyczaj nowy, ale jakby już zakorzeniony w naszych realiach. Swoją drogą nic w nim zdrożnego, bo koncentruje naszą uwagę na tym, co w życiu bodaj najistotniejsze. Okazywanie uczuć, ciepła, czułości drugiej osobie jest przecież podstawą normalnego trwania naszego gatunku. Każdy z nas podświadomie czeka na takie permanentne walentynki. Tylko jak się dowiedzieć czy to już, czy jeszcze nie?! Najprostsze, ale jakże niepewne są wróżby. Stąd też i kariery rozmaitych wróżbitów i astrologów.

  Popularnością w przedwojennym Białymstoku cieszył się astrolog Wasilewski. Przyjeżdżał ów mag kilkakrotnie i zawsze zapowiadał, że będzie "czytał los każdego" i stosownie do odczytywania udzielał porad. Te najprostsze kosztowały zaledwie 1 zł. 

  W sierpniu 1932 r. zatrzymał się Wasilewski w hotelu Bristol przy Lipowej 17. Powodzenie miał gwarantowane, tak więc jego pobyt w Białymstoku przeciągnął się aż do końca roku. Tuż przed sylwestrem ogłosił, że przyjmuje ostatni dzień i nawoływał: "Człowiecze! Na dłoniach i twarzy masz wypisany horoskop całego życia". Niedowiarkom udzielał gwarancji, co było o tyle karkołomne, że "udzielał porad w różnych okolicznościach życiowych".

  Z kolei w hotelu Ostrowskiego przy Sienkiewicza 15 pod koniec 1932 r. zatrzymał się "ustalonej sławy chiromanta - astrolog" Ryszard Morawski-Kalwini. To była medialna sława z racji jego astrologicznych przepowiedzi transmitowanych przez radio. Ot, taki protoplasta Kaszpirowskiego. Morawski- Kalwini "przepowiadał przyszłość, odgadywał przeszłość i teraźniejszość z linii rąk, twarzy, a także z fotografii i pisma przy pomocy laski magicznej".

  Taka usługa i dziś na walentynki byłaby jak znalazł. Przynieść zdjęcie potencjalnej wybranki, a jeszcze lepiej z odręczną dedykacją typu "Drogiej Stasi niezapomniany Kazimierz" i już wszystko wiemy. Nic dziwnego, że wróżbita przyjmował codziennie przez 12 godzin, a pod pokojem hotelowym, stała ciągle spora kolejka.

  W hotelowych pokojach wróżbitów zapadały brzemienne w skutkach decyzje. Zgodnie z nimi przed ołtarze ciągnęły tłumy. Jednak gdyby wszyscy korzystali z porad magów, pewnie nie byłoby choćby takiego przypadku, jaki miał miejsce w Boże Narodzenie 1932 r. w Starosielcach. 

  Przed ołtarzem dozgonną miłość mieli sobie przysięgać znani w tej osadzie młodzi. Toteż przed kościołem w oczekiwaniu na ślubny orszak zjawił się tłumek starosielczan. Nastrój był beztroski i nic nie wskazywało gwałtownej zmiany ustalonego przebiegu uroczystości. "Kiedy bowiem ślubny orszak zajechał do kościoła, pomiędzy narzeczonym i rodzicami oblubienicy nastąpiła krótka lecz dobitna w doborze słów rozmowa, po której narzeczony nasunął energicznie na oczy ślubny melon i dał nura między przyglądających się szczęśliwej parze". Ci, co stali blisko, powtarzali, że przyczyną rejterady niedoszłego żonkosia był fakt "niedotrzymania umowy dotyczącej wypłaty posagu przed ślubem".

  Uczuć niby wycenić nie można, ale próbować nie zawadzi. Taką próbę podjęło pewne towarzystwo w lecie 1932 r. Ich historia była banalna. Otóż pewien mieszkaniec ulicy Sienkiewicza wiedziony gorącą miłością poślubił w karnawale, jak mu się zdawało, miłość jego życia. 

  Szybko jednak amory i wierność małżeńska wyparowały z głowy i serca małżonka, a że miłość to ślepy los, to uczucie z żony przeniósł na pewną urodziwą sąsiadkę. Sytuacja dla całej trójki stała się nieznośna, więc postanowili do całego ambarasu podejść pragmatycznie. Żona widząc, że półroczne pożycie małżeńskie niezbyt ją satysfakcjonuje, zgodziła się na rozwód, ale zażądała od sąsiadki odstępnego za swego ślubnego. Wzgardzone uczucia zbilansowane z wartością jurnego młodziana wycenione zostały na 300 zł. Białostocki rabinat przypieczętował tę transakcję i wszyscy byli zadowoleni.

   Wzgardzone uczucia bądź zazdrość, która z miłością często chadza w parze mogą czasem doprowadzić do radykalnych rozwiązań. Taka dramatyczna historia rozegrała się w lutym 1934 r. przed dworcem kolejowym. Zapadał już zmrok, gdy liczny o tej porze dnia tłum podróżnych i przechodniów zmroziło "kilka następujących po sobie wystrzałów rewolwerowych". Zaalarmowana nimi policja szybko ustaliła, że strzelającą była Olga Rudziakowa, żona urzędnika kolejowego Józefa Rudziaka. Celem zaś był właśnie on. A sprawa w szczegółach wyglądała tak.

  Rudziak pracował w magazynach kolejowych. Stosunki z żoną nie układały mu się. Za to idylliczne relacje połączyły go z pewną uroczą osóbką z Grodna. O tych niecnych poczynaniach małżonka dowiedziała się Rudziakowa. Wiedząc, że tego dnia spotka się z grodnianką, zaczaiła się przy głównym wejściu na dworzec. Gdy ujrzała swego ślubnego z kochanką, wystrzeliła kilkakrotnie, ale wszystkie strzały były niecelne. Na domiar rewolwer zaciął się. 

  Ale panika i tak wybuchła, bo kochanica pana Józefa z nadmiaru wrażeń zemdlała, co można było poczytać, że padła trupem. Amant rzucił się więc, aby ją ratować, ale na niego w tym samym momencie rzuciła się własna żona, która zaczęła wymierzać mu siarczyste policzki. Szczęściem dla Józefa interweniowała policja i tak Rudziakowa z zarzutem usiłowania zabójstwa trafiła do aresztu. Następnego dnia stanęła przed okręgowym sędzią śledczym, który "na podstawie złożonych przez oskarżoną do protokółu zeznań, w których podała co ją skłoniło do tego czynu i po zbadaniu całokształtu sprawy" zwolnił kobietę z aresztu.

  Rudziakowa jakby na to czekała i ogłosiła publicznie, z jakim to potworem przyszło jej żyć przez 15 lat i dochować się dwójki dzieci. Małżonek nie pozostał dłużny i do redakcji wysłał obszerny elaborat, w którym opisywał wszystkie niegodziwości, jakich doznał przez te same 15 lat od swojej małżonki. Obydwoje obrzucali się poważnymi oskarżeniami. Publicznie prali swoje prywatne brudy.

  Aby tego wszystkiego uniknąć wystarczyłoby wcześniej udać się do wróżbity, który być może za jedną złotówkę stwierdziłby, że walentynki to historia nie dla Rudziaków.


Andrzej Lechowski 

Przyczynek do historii białostockiej fotografiki

  Wraz ze zmianą pokoleniową zmieniała się też technika fotograficzna i upodobania klientów. Już nikt nie wykonywał pracochłonnych, pozowanych zdjęć w atelier dekorowanych kotarami, malowanymi landszaftami i meblami.

  Przed tygodniem Alicja Zielińska przypomniała w Albumie postać białostockiego fotografa Józefa Neuhüttlera. To fotograf niezwykły. Jemu zawdzięczamy unikalne zdjęcia zburzonego Białegostoku. Są świadectwem barbarzyństwa jakiego doświadczyło nasze miasto. Dalszą część tej dokumentacji wykonał Władysław Paszkowski, pierwszy powojenny wojewódzki konserwator zabytków. On pozostaje wciąż w pewnym zapomnieniu, gdy tymczasem pamięć o Neuhüttlerze jest kultywowana. Robi to w sposób wzorcowy jego córka - pani Danuta Dawdo. To dzięki jej aktywności, ale też i znakomitej znajomości rzeczy o tym białostockim fotografie wiemy dużo.

  Jednak po lekturze ostatniego Albumu postanowiłem dorzucić jeszcze takie małe coś. Nie jest moim zamiarem odbrązawianie bohatera artykułu. Myślę raczej o przytoczeniu mniej istotnych przyczynków, które obrazują, w jakich realiach obracali się przedwojenni fotografowie. Lata 30. XX wieku to zmiana generacji wśród białostockich mistrzów obiektywu. Nie ma już wśród nich bodaj najsłynniejszego, Józefa Sołowiejczyka. Nie ma też atelier Bubryka, którego zakład przy Kilińskiego cieszył się zasłużoną renomą.

  Upływowi czasu oparli się tylko Rendel i Szymborscy. Zresztą zakład tych ostatnich istnieje i obecnie i ciągle na Lipowej! To w Białymstoku fenomen. Pojawiają się natomiast nowi fotografowie: Frydman, Konel, Koszycer, Łoźnicki, Malinowski, Polski, Sztark, Taliński. Z jeszcze młodszego pokolenia swoją karierę rozpoczyna Augustis. Dziś tylko on i właśnie Neuhüttler przywoływani są w publikacjach.

   Wraz ze zmianą pokoleniową zmieniała się też technika fotograficzna i upodobania klientów. Już nikt nie wykonywał pracochłonnych, pozowanych zdjęć w atelier dekorowanych kotarami, malowanymi landszaftami i meblami. Zaczęła się epoka szybkich zdjęć, często wykonywanych na ulicy.

   Mechanizm był prosty. Fotograf "czatował" na chodniku. Gdy miał sposobność - pstrykał, a klientowi wręczał stosowny firmowy kupon i po wywołaniu zdjęcia czekał na niego w swoim zakładzie. Oczywiście najlepszym terenem tych fotograficznych łowów były ulubione przez białostoczan miejsca spacerów - Rynek Kościuszki, Lipowa, Kilińskiego. Tam też było najwięcej zakładów fotograficznych.

   W sierpniu 1932 roku głośnym echem rozeszła się wiadomość, że w zakładzie Tarłowicza została rozbita wywieszona na zewnątrz szklana witryna reklamowa. Wszystkie wyeksponowane w niej fotografie zostały skradzione. Powiadomiona o tym zajściu policja wszczęła dochodzenie i ustaliła, że sprawcami byli dwaj fotografowie: Abram Freszter i właśnie Józef Neuhüttler. Incydent ten związany był z bezwzględną walką o klienta i tym jedynie, a nie bezmyślnym chuligaństwem można go wytłumaczyć.

  Musiał Tarłowicz zaleźć za skórę swoim kolegom po fachu, skoro dokonali oni tak desperackiego odwetu. Całkiem inny wypadek, którego bohaterem był Józef Neuhüttler wydarzył się w maju 1933 roku. Fotograf, co zaświadczają zachowane po nim zdjęcia i wspomnienia córki, nie ograniczał się do robienia wyłącznie ulicówek i zdjęć legitymacyjnych. Jego ambicje sięgały dalej. Zafascynowany możliwością utrwalenia na kliszy obrazu swojego miasta pojawiał się tam, gdzie było coś godnego uwagi lub też działo się.

   Po mieście jeździł rowerem. I pech chciał, że pędząc za jakimś tematem, na Sienkiewicza wpadł pod furmankę. Jak zanotowano "Nojhitler (tak czasem fonetycznie pisano jego nazwisko) został lekko poturbowany. Rower i aparat fotograficzny uległy uszkodzeniu".

  W historię białostockiej fotografii, którą możemy nazwać reporterską najlepiej wpisał się Bolesław Augustis. Ale przecież jego pierwszym miejscem pracy był właśnie zakład Józefa Neuhüttlera przy Rynku Kościuszki, w którym przybyły wraz z rodziną z Nowosybirska Augustis pracował od 1932 roku. Już jednak w 1935 roku usamodzielnił się i otworzył własny zakład przy Kilińskiego 12. Nazwał go Polonia - Film. Jego fotografie, to oprócz typowych portretów i ulicówek, są niezwykłym socjologicznym fotoreportażem.

   Augustis chyba jako pierwszy białostocki fotograf penetruje okoliczne podwórza. Rejestruje demonstracje. Fotografuje żydowską młodzież przygotowującą się w kibucach przy Pałacowej i Brukowej do wyjazdu do Palestyny. Jego zdjęcia fascynują i dziś.

   Lata trzydzieste to początek powszechności fotografii. Jej wykonanie staje się stosunkowo tanie, a więc i dostępne. W Białymstoku w uprawianie fotografiki angażowała się też młodzież. Przy Szkole Handlowej, która mieściła się przy ulicy Fabrycznej, powstała Sekcja Miłośników Fotografii. Założył ją i prowadził nauczyciel towaroznawstwa, arytmetyki handlowej i kaligrafii - Kazimierz Sawicki, który w 1937 roku został dyrektorem szkoły.

  To dzięki młodym fotografom z "ekonomika" mamy utrwalony Białystok z lat 1930 - 1931. Wykonane przez uczniów fotografie, w lutym 1932 roku mogli podziwiać wszyscy białostoczanie. Oto bowiem w miejscowych księgarniach Nauczycielskiej i Promień oraz w sklepie Przemysłu Ludowego - Krajan, ukazały się w sprzedaży "zdjęcia wykonane artystycznie". Jak donoszono "na specjalne wyróżnienie zasługuje fotografia - Rynek Kościuszki w nocy- przy oświetleniu lamp elektrycznych". I dziś ta właśnie fotografia robi duże wrażenie. Jest w niej i nastrój, jakaś ulotna tajemnicza aura, świetny kadr i mistrzowskie naświetlenie.

  Zdjęcia cieszyły się "w rozprzedaży dużem powodzeniem". Zachęceni tym członkowie Sekcji już w kwietniu tego samego roku przygotowali do sprzedaży kolejne fotografie tym razem przedstawiające nowe gmachy sądu okręgowego, izby skarbowej, iluminowany ratusz i Zwierzyniec zimą.

Szczęśliwie i one tak jak wiele fotografii wykonanych przez Józefa Neuhüttlera i Bolesława Augustisa zachowały się do naszych czasów.


Andrzej Lechowski 

Białostocki fotograf został złodziejem przez kobietę

  To, co sprowadziło Franciszka Więckowskiego, przystojnego młodzieńca z ul. św. Rocha na złą drogę, można określić jednym słowem - kobieta!

  Na początku lat 20. był on jeszcze przykładnym uczniem Liceum Handlowego i miał zadatki na solidnego urzędnika, ale niestety nie oparł się urokom pewnej panienki, która okazała się być nieco lekkich obyczajów i wymagała stałych inwestycji pieniężnych. Nie mogąc liczyć w tym względzie na pomoc rodziców, został Franio przedstawicielem znanej firmy fotograficznej z Warszawy i zaczął na ulicach miasta i w przyległych doń mniejszych osadach namawiać ludzi do wykonywania portretów i powiększonych zdjęć ślubnych.

  Miał całkiem wiarygodną aparycję, więc łatwo otrzymywał zaliczki, na które akuratnie wystawiał pokwitowania. Ponieważ prowizja przestała mu wystarczać, bo hulał radośnie ze swoją ukochaną po różnych restauracjach, przestał odsyłać pieniądze do centrali, czyli mówiąc krótko, dokonywał malwersacji. Sąd skazał Więckowskiego na pół roku więzienia. Po wyjściu na wolność na dobre związał się z półświatkiem. Najczęściej można go było spotkać w restauracji "Łącz" albo w sali bilardowej "Polonia". Były to miejsca szczególnie ulubione przez miejscowych letkiewiczów i niebieskich ptaków. Tutaj z pomocą szemranych znajomków już całkiem dorosły Franciszek nauczył się nowych oszukańczych, można rzec śmiało, złodziejskich sztuczek. Żeby nie zrywać całkowicie ze swoim fachem, zaczął pracować na tzw. fotografa.

  Metoda ta szczególnie skutkowała w chłodne dni. Posługujący się nią złodziejaszki wchodzili w marynarce do kawiarni, restauracji czy hoteli i korzystając z nieuwagi szatniarza, zdejmowali (niczym aparatem - stąd nazwa triku) wybrane futro lub palto na ciepłym podbiciu, i tak odziani opuszczali, jak gdyby nigdy nic, gościnny lokal.

  Franciszek Więckowski praktykował zdejmowanie cudzych okryć do 1927 r., kiedy to wpadł ze skradzionym futrem w domu zajezdnym Rybałtowskiego i trafił znowu na półroczny pobyt za kratkami. Po opuszczeniu więzienia, dzięki poczynionym tam znajomościom, Więckowski szybko wsiąkł w miejscowe środowisko złodziei mieszkaniowych. Nie zadawał się jednak ze zwykłymi włamywaczami, którzy chodzili na robotę z ordynarnym łomem, lecz jako szpagat (inteligent) preferował towarzystwo klawiszników z Chanajek. 

  Jego rodzinna ul. św. Rocha leżała na obrzeżach tej mocno kryminogennej dzielnicy. Różnica pomiędzy zwykłym włamywaczem a klawisznikiem polegała na tym, że ten ostatni gardził prymitywnymi sposobami grabieży. Klawisznicy bowiem, będący obok kasiarzy arystokracją złodziejskiego rzemiosła, forsowali drzwi do upatrzonych lokali za pomocą przemyślanych wytrychów i dorobionych kluczy (tzw. klawiszy). Przygotowanie odpowiednich klawiszy, inaczej szperaków, wymagało sporo umiejętności i zachodu. Najpierw trzeba było zrobić odcisk dziurki od klucza, najlepiej w mydle, później poprzez sondowanie tegoż otworu specjalnym drucikiem uzyskać informację co do nacięć na podrabianym kluczu. Takie, ostrożne zabiegi musiały nieco potrwać. Trzeba się było strzec dekonspiracji przed mieszkańcami wybranego obiektu oraz wzrokiem sąsiadów i ciekawskiego dozorcy.

  Klawisznicy pracowali zwykle w grupkach. Na początku lat 30. Więckowski znalazł się w jednej z nich. Jej liderem był doświadczony złodziej Icek Goldstein, z zawodu ślusarz i właściciel pięknej kolekcji najrozmaitszych wytrychów i podrobionych kluczy. Za głównego pomagiera miał mistrza w rzeźnickim fachu Nochima Abelewicza. Teraz do tej dwójki dołączył rokujący duże nadzieje Więckowski. I rzeczywiście! Były już fotograf szybko wyrobił się w nowej profesji. Przez kilka lat kradł całkiem bezkarnie. Dopiero w lutym 1934 r. powinęła mu się noga. Wpadł ze swoimi kompanami przy próbie ograbienia składów przedsiębiorstwa "Warrant".

  Ponieważ zdjęcie Więckowskiego pojawiło się w kartotece Wydziału Śledczego, policja miała go od tej pory na oku. Wpadł w 1936 r. Już z nowym wspólnikiem Kazimierzem Golińskim dokonał zuchwałej kradzieży biżuterii z mieszkania na Antoniuku. Jego styl włamania rozpoznał jednak ekspert z policji śledczej Karol Sznekangerg. Za Franciszkiem Więckowskim znów zamknęła się brama więzienna.


Włodzimierz Jarmolik

Tajemnice kobiecego Sfinksa

   Tamten przedwojenny Białystok miał więcej fantazji, lekkości, zaskoczenia. I wielokrotnie rytm tamtego życia wyznaczały właśnie panie.

 Stać nas przecież na chwilę zastanowienia nad zagadnieniem niezgłębionym - Kobieta. 16 listopada 1925 r. białostoccy dżentelmeni mieli okazję przeanalizować ten zawiły problem. Stało się to za przyczyną niejakiego M. Mastry, który w teatrze Palace wygłosił odczyt o kobietach.

  Szczęściem zanotowano główne tezy tej prelekcji tak, że po 90 latach mogę je zaprezentować. Wywody znawcy kobiecej problematyki M. Mastrego obracały się wokół następujących problemów: "1) Dawniej, a dzisiaj. 2) Emancypacja kobiet. 3) Miłość, a złoto. 4) Moda, a pożycie małżeńskie. 5) Dawniej kobieta niewolnicą mężczyzny, dziś mężczyzna niewolnikiem kobiety. 6) Walka z nierządem. 7) Czy nierządnica może być uczciwą żoną. 8) Wpływ kobiet na ustrój społeczny i polityczny państwa. 9) Polityka w małżeństwie. 10) Stosunek duchowy kobiety średniowiecza, a współczesnej do mężczyzny. 11) Odwieczna walka mężczyzny o prawo pierwszeństwa. 12) Małżeństwo przyszłości." No cóż. Kilka z tych punktów polecam Państwu i dziś do takiej małżeńskiej psychozabawy. Ale wówczas do Palace intrygujący odczyt ściągnął "liczne rzesze żądnych rozwikłania tych zagadek, nieobojętnych … nawet starym kawalerom". Reklamowano występ prelegenta znamiennym anonsem, pisząc że "zagadka kobiecego Sfinksa niejednego z nas nęci sama przez się".

   No właśnie, owa tajemniczość kobiecego Sfinksa przybierała często dość zaskakujące formy. Ot choćby w grudniu 1930 r. Na białostockim dworcu, konduktorowi pociągu relacji Białystok-Łapy wpadła w oko "pewna piękna brunetka". Rzecz normalna, konduktor też człowiek. Zauważył więc, że pasażerka wsiadła do wagonu trzeciej klasy i gdy pociąg ruszył, udał się tam niezwłocznie. Może liczył na rozmowę, a może tylko chciał nasycić oko. Jednak gdy wszedł do wagonu, to ze zdziwieniem stwierdził, że nieznajomej piękności ani widu ani słychu. Zaniepokojony zaczął przeszukiwanie wagonu i znalazł dziewczę ukryte pod ławką. Oczywiście bez biletu. Na nic pomogło tłumaczenie, które strapiona panna złożyła, że "jadę do Łapów, do narzeczonego. Ja się pod ławką trochę zdrzemnęłam". Konduktor, w którym obudził się nagle służbista, odstawił panienkę do Białegostoku, a sam pozostał z roztrząsaniem kobiecego dylematu, którego męski (konduktorski) umysł pojąć nie mógł. "Po co narażała się dla narzeczonego, jadąc taki szmat drogi pod ławką. Mogła przecież spotkać się z narzeczonym w Białymstoku". Niby racja, drogi, przedwojenny konduktorze, ale przecież jest jeszcze na świecie miłość. To ona pcha kobiety do tak wielkich poświęceń, że nawet szmat drogi z Białegostoku do Łap gotowe są przebyć, poddając się wszelkim niedogodnościom losu.

   Tamten przedwojenny Białystok w ogóle miał więcej fantazji, lekkości, zaskoczenia. I wielokrotnie rytm tamtego życia wyznaczały właśnie panie. Weźmy ot taką historyjkę, która wydarzyła się w lutym 1931 r. Akurat był wówczas prawdziwy luty, czyli mróz i śnieg. Patrolujący późnym wieczorem ulicę Lipową policjant stanął nagle jak wryty. Ze zdumienia, ale chyba też i z zachwytu. Oto w jego stronę "ulicą szły, trzymając się za ręce i śmiejąc się serdecznie dwie rozbawione niewiasty ubrane jak do rosołu". Gdy posterunkowy zmiarkował, że to jawa nie sen, szybko odzyskał rezon i siląc się na wyszukaną galanterię zwrócił się do golusieńkich dam z pytaniem: - "Czy paniom tak gorąco?" Na co usłyszał: -"Chodź pan z nami. Będzie weselej". W szarmanckim policjancie górę jednak wzięło poczucie odpowiedzialności i służbowa postawa. Odprowadził rozbawione panny na komisariat. Tam dopiero musiało być zdumienie.

  Ale białostockie niewiasty wzbudzały też sensacje na ulicach z całkiem innych powodów. Przy Lipowej 2 funkcjonowała firma Mozesa Seroka zajmująca się sprzedażą papieru i waty. Aby zwiększyć obroty pomysłowy właściciel jesienią 1935 r. kupił furmankę i konia i postanowił, że towar ze sklepu będzie dostarczany bezpośrednio do klienta. Jednak, aby nie mnożyć kosztów obsługę furmanki zlecił "17-letniej pannie sklepowej". Wkrótce cały Białystok o tym mówił. "Młoda i ładna dziewczyna była sensacją wśród zawodowych furmanów i sędziwych dorożkarzy, nawet przechodnie zwracali uwagę na takiego furmana". Wszyscy odnosili się do niej z sympatią. Gdy zdarzyło się, że w trakcie kursu na ulicę Kilińskiego koń się spłoszył, to wystarczył jeden krzyk dziewczyny, aby przypadkowi przechodnie zatrzymali i uspokoili wystraszone zwierzę.

  Przywołując wspomniane tezy odczytu teoretyka kobiecości M. Mastry, przytoczę też jako ilustrację punktu 12 historyjkę, która wydarzyła się w sierpniu 1933 r. Zbliżała się północ, gdy personel i pacjentów szpitala Św. Łazarza przy ulicy Św. Rocha na nogi postawił hałas dochodzący od drzwi wejściowych. "Dzwonek brzęczał jak na alarm; w szpitalu aż huczało od uderzeń nogą w drzwi". Jedna z dyżurujących pielęgniarek zobaczyła przez okno dobijającego się do szpitala "jakiegoś osobnika, którego strój i wygląd zdradzały, że jest pod gazem". Do pertraktacji z awanturnikiem wezwano naczelnego lekarza dr. Jana Walewskiego, skądinąd niezwykle zasłużonego dla białostockiej dermatologii. Oto rozmowa, którą obydwaj panowie przeprowadzili: " - Ja chcem do szpitala - wrzeszczał jegomość. - W jakiej sprawie? - spytał rzeczowo Walewski. - Panienka i basta - padła odpowiedź.

- Jak pan śmie, czego się pan tutaj awanturuje?-ripostował doktor. - Panie doktorze, ja chcem panienkę"- upierał się natręt.

  Z dalszej rozmowy okazało się, że delikwent z racji swojego alkoholowego stanu nie został wpuszczony do rodzinnego domu. Wobec powyższego postanowił pójść do szpitala, nic to, że jak to wówczas określano wenerycznego, "aby wybrać sobie nową żonę". Matrymonialne plany tak zdeterminowały jegomościa, że przybyły pod szpital policjant nie dał sobie z nim rady. Dopiero czterech funkcjonariuszy z trudem zaprowadziło go na komisariat. Następnego dnia oskarżono amatora panienek o opilstwo, zakłócanie spokoju publicznego i stawianie oporu władzy. I tak nici wyszły z białostockiej wersji "małżeństwa przyszłości". Ot i taka to garstka może niezbyt poważnych historycznych przyczynków.


Andrzej Lechowski 

Emocje. Inne oblicze białostockiego sportu

    Złote karty białostockiego sportu. Co oczywiste, każde zawody wywołują niezwykłe emocje, ale gdy one zaczynają grać główną rolę, to o szlachetnej rywalizacji, sprawdzaniu własnych możliwości czy wyniku szybko się zapomina.

  Inauguracja ligowych walk bokserskich w Białymstoku 7 lutego 1932 roku już na starcie zapisała się skandalicznym wydarzeniem. Turniej przebiegał spokojnie aż do walki w wadze lekkiej, do której stanęli reprezentujący Jagiellonię Rozenblum i bokser Żydowskiego Klubu Sportowego Kobryński. W ringu sędziował wspominany już Gorączko.

  Walka była dynamiczna. Jej ton nadawał Kobryński. Był jednak słabiej wyszkolony od przeciwnika, wobec czego postanowił zastosować starą metodę, że najlepszą obroną jest atak. W jego wykonaniu strategia ta "przypominała raczej skradanie się koło, lub też pląs taneczny plemion afrykańskich - aniżeli walkę prowadzoną przy pomocy systemu przemyślnych środków technicznych i faktycznych". Na jego tle Rozenblum walczył "inteligentnie, spokojnie dysponując niezawodnym narzędziem obrony, lub też niebezpiecznego natarcia".

  Publiczność nieobeznana w zasadach walki była wyraźnie po stronie Kobryńskiego. Dodatkowych emocji całego turnieju dostarczała konfrontacja jagiellońsko - żydowska. Nic więc dziwnego, że gdy Gorączko ogłosił jednogłośne zwycięstwo Rozenbluma, to pod swoim adresem usłyszał dolatujące wyzwiska i wrzaski: "hańba", "precz z nim".

  Za chwilę część publiczności zaczęła wznosić okrzyki: "niech żyje sport żydowski". Jednym słowem boks stał się jedynie pretekstem do eksponowania innych, pozasportowych emocji. Udzieliły się też one kierownictwu ŻKS-u, które postanowiło na znak protestu wycofać swoich zawodników z dalszych rozgrywek.

 

    Zajście to komentowano szeroko, pisząc że "w boksie, tym najbardziej bojowym może sporcie, psychiczny udział widzów w walce zawodników, jest bardzo intensywny. Trzeba też dlatego dużego opanowania siebie i wyrobienia sportowego kierownika sekcji bokserskiej, ażeby przez zły przykład nie wprowadzał w sferę wzruszeń sportowych podnieconej publiczności czynnika anarchii".

  Emocje publiczności często przenoszą się poza sportowe areny. Niestety ten naganny obyczaj i dziś nie jest nam obcy. Tak było też w Białymstoku w kwietniu 1924 roku, gdy po, jak to wówczas pisano, "matschu footballowym", który rozgrywano na boisku 42 pułku piechoty przy ulicy Traugutta "na powracających widzów napadli ulicznicy z Wygody i obrzucili ich kamieniami, raniąc parę osób dotkliwie".

  Miłośnicy piłki nożnej skarżyli się, że nie był to odosobniony incydent. Bywało też, że obiektem nienawiści byli sami sportowcy. W czerwcu 1931 roku do Grodna na mecz piłkarski z tamtejszym Kraftem wyjechała drużyna białostockiego ŻKS-u. Białostoczanie wygrali, czym narazili się miejscowej publiczności. Gdy po meczu piłkarze wsiedli do autobusu, którym mieli odjechać do Białegostoku, to wówczas "rozwydrzona grupa wyrostków z pośród publiczności obrzuciła auto kamieniami, tłukąc dwie szyby i raniąc szofera".

  Wracajmy jednak do boksu. Dramatyczne wydarzenia nie były tylko domeną kibiców. To, co zdarzyło się w grudniu 1932 roku wstrząsnęło całym Białymstokiem. Białostocki Związek Bokserski w dniach 16-18 grudnia organizował mistrzostwa okręgu.

  "Zawody zapowiadały się bardzo ciekawie ze względu na udział wszystkich czołowych zawodników naszego okręgu". Ustalono, że walki będą trwały przez dwie trzyminutowe rundy i rozstrzygającą trzecią czterominutową. Odbywały się w sali Ośrodka Wychowania Fizycznego, czyli w świeżo wybudowanej szkole powszechnej nr 1 (obecnie gmach III LO).

  W drugim dniu turnieju wydarzyła się tragedia. Jedną z walk, która rozgrzała całą widownię stoczyli niejaki Brzeziński i reprezentujący Łapy Czesław Zdanowicz. Brzeziński wygrał, a pokonany Zdanowicz po zejściu z ringu, idąc korytarzem do szatni nagle stracił przytomność. Obecny na sali lekarz polecił natychmiast przewieźć go do pobliskiego szpitala żydowskiego.

  Niestety Zdanowicz nie odzyskawszy przytomności zmarł. Za wstępną przyczynę zgonu uznano, że bokser "był chory na wątrobę i nie powinien był stawać na ringu".

  Wiadomość o tym wypadku wywołała "tumult wśród obecnych na sali widzów". Twierdzono, że Zdanowicz otrzymał nieprzepisowe ciosy. Zaprzeczali temu gwałtownie sędziowie oraz "obecni na widowni podczas walk wyżsi oficerowie i przedstawiciele władz". Pomimo ich zdecydowanej postawy awantura trwała. Turniej przerwano i poproszono o interwencję policji, która przywróciła spokój.

  W sprawie śmierci Zdanowicza rozpoczęło się śledztwo, a Brzezińskiego zatrzymano w areszcie do wyjaśnienia sprawy. Aby opanować emocje i ukrócić spekulacje jeszcze tej samej nocy w szpitalu żydowskim przeprowadzono sekcję zwłok. Wzięli w niej udział aż trzej lekarze, felczer i sędzia śledczy. W jej wyniku wykluczono jakiekolwiek choroby i uznano że przyczyną śmierci był "uraz znajdującego się w górnej części brzucha splotu słonecznego". W świadectwie zgonu zapisano: "zabójstwo na skutek urazu w walce bokserskiej". Sędzia śledczy wobec powyższego uznał, że śmierć nastąpiła na skutek nieszczęśliwego wypadku i zwolnił Brzezińskiego z aresztu.

  20 grudnia 1932 roku ze szpitala na dworzec Poleski wyruszył kondukt pogrzebowy. Na jego czele szła orkiestra kolejarska z Łap, a za nią "rodzina zmarłego, przedstawiciele organizacji sportowych i liczne grono sportowców". Trumnę przewieziono do Nowej Wilejki, skąd Zdanowicz pochodził.

  Ale i tak pomimo tych dramatycznych wydarzeń boks zawładnął wyobraźnią białostoczan. Ośrodek Wychowania Fizycznego w sali przy Pałacowej 2 organizował wobec tego "kursy bokserskie dla początkujących". W poniedziałki i w czwartki od godziny 21 adepci zgłębiali tajniki walki. 


Andrzej Lechowski 

Historia białostockiego sportu. Okiem przedwojennego kibica

  Walka bokserska to może być dramat w trzech aktach. Może właśnie dlatego pierwsze białostockie turnieje bokserskie rozgrywano w teatrze Palace.

Walka bokserska to może być dramat w trzech aktach. Może właśnie dlatego pierwsze białostockie turnieje bokserskie rozgrywano w teatrze Palace. Ze zbiorów Muzeum Podlaskiego

Przedwojenny Białystok mógł się pochwalić wynikami w sporcie. Lekkoatleci, kolarze, szachiści czy pięściarze to była nasza chluba. Pierwsze walki bokserskie odbyły się w naszym mieście w niedzielę 15 listopada 1931 roku.

Reklama

  No i mamy kolejne mistrzostwa świata z medalowymi nadziejami Polaków. Kamil Stoch, jak nie zdobędzie tytułu mistrzowskiego, sprawi zawód, ale Justyna Kowalczyk, jak stanie na medalowym podium po raz kolejny, zostanie bohaterką.

  Sport nieodmiennie wywołuje w nas emocje. Nie jest ważne, czy na co dzień śledzimy tabele, wyniki, analizujemy składy drużyn. Ważne jest, gdy Nasi walczą i wygrywają. To przedziwna sytuacja, gdy utożsamiamy się w małyszo -stochomanii ze skoczkami narciarskimi. Przecież nikt z nas nawet na pupie nie zjechał z rozbiegu narciarskiej skoczni, ale gdy widzimy Kamila, to czujemy jakbyśmy to my lecieli i klasycznym Telemarkiem przypieczętowywali zwycięstwo.

  To właśnie cała magia sportu. Białostoczanie poddawali się jej wielokrotnie. Sam pamiętam, gdy przez Białystok trzykrotnie w 1967, 1968 i w 1975 roku przejeżdżali uczestnicy rajdu Monte Carlo. Tak, tak, to wcale nie żart, tylko ówczesna organizacja tej legendarnej imprezy, która była wtedy gwieździstym zlotem automobilistów z całej Europy, aby w Monte Carlo rozegrać finał.

  Start białostocko- warszawskiego etapu odbywał się na ulicy Lenina (obecnie Branickiego). Włodzimierz Ilicz i Monte Carlo? To już było sensacyjne. Jeszcze bardziej sensacyjne było to, że tłumy białostoczan, które marzyły co najwyżej o dwusuwach marki Syrenka, a w latach 70. XX wieku o licencyjnych Fiatach, z podziwu godnym znawstwem patrzyli na oblepione kolorowymi napisami maszyny śmiałków, którzy w styczniową noc wyruszali gdzieś tam hen, hen do mitycznej stolicy księstwa Monaco.

  Ale i sam Białystok miał się czym pochwalić. O motorowych sportach to może jeszcze kiedyś napiszę, ale przedwojenni lekkoatleci, kolarze czy szachiści, to była nasza chluba. Jedną z dyscyplin, która wywołuje i dziś spore emocje jest boks. Jak pisze historyk białostockiego sportu Jerzy Górko, pierwsze walki bokserskie w Białymstoku, które odbyły się na zgodnym z przepisami ringu, rozegrano w naszym mieście w niedzielę 15 listopada 1931 roku.

  Organizatorem tej imprezy był Okręgowy Ośrodek Wychowania Fizycznego, który "dużym nakładem kosztów" w teatrze Palace wybudował ring. Turniej rozpoczynał się o godzinie 13.30. Z zapowiedzianych w nim "10 par zawodników polskich i żydowskich" ostatecznie wystartowało 9 par.

  Zanim walki rozpoczęły się, to komendant Ośrodka, Gorączko (jak na emocje sportowe nazwisko wyśmienite) "zaznajomił pokrótce widzów z boksem i systemem zaprawy". Ta zaprawa to zapewne trening, a nie sposób na przeciwnika, choć i to drugie brzmiałoby ekscytująco.

  Gdy wreszcie rozpoczęły się walki, publiczność oszalała. Już w drugiej walce, gdy w wadze koguciej zmierzyli się ułan z 10 pułku ułanów Dawidowicz ze strzelcem z 42 pułku piechoty Jankowskim, emocje zawładnęły salą. "Większą agresywność przez cały czas wykazywał Dawidowicz", ale został przez sędziego zdyskwalifikowany, co publiczność przyjęła z niezadowoleniem. Sukces pierwszego turnieju był pełen. Gorączko zapowiedział więc, że w kolejną niedzielę odbędzie się mecz Białystok - Wilno.

  Komentowano to zbliżające się wydarzenie, że "jesteśmy w przededniu nowego w Białymstoku sportu i to sportu niezmiernie ważnego w naszym kraju, albowiem stającego się niemal sportem czołowym".

  Ozdobą zbliżającego się międzymiastowego turnieju, który ponownie miał odbyć się w Palace, był zapowiedziany udział boksera wagi średniej "słynnego Pilnika z Wileńskiego Klubu Sportowego".

  Nastroje wśród białostockich kibiców były umiarkowane. Stwierdzano obiektywnie, że "wynik tego spotkania jest chyba przesądzony. Wilno uprawia sport pięściarski od 5-ciu lat - Białystok od 4 miesięcy".

  No i stało się tak jak przewidywano. Wilno wygrało 12:2. Ale bohaterem tego niedzielnego meczu i tak był białostocki bokser Jastrzębski, który "zwyciężył po emocjonującej walce Bujaka" i zdobył jedyne dla reprezentacji Białegostoku punkty. Pilnik nie miał szansy zaprezentowania siły swojego ciosu, gdyż jego przeciwnik ze względu na nadwagę nie został dopuszczony do walki. Mimo niekorzystnego wyniku i dwóch nokautów uważano, że "pierwszy występ bokserów białostockich w zawodach międzymiastowych, a drugi w ogóle na ringu uważać należy za udany. Białostoczanie prezentowali się dobrze i są dobrym materiałem na bokserów".

  Rosnąca popularność boksu zdopingowała Gorączkę do dalszej działalności. W piątek 15 stycznia 1932 roku do siedziby Okręgowego Ośrodka Wychowania Fizycznego zaprosił przedstawicieli miejscowych klubów, w których trenowali bokserzy. Stawili się delegaci: Strzelca, Plutonu Żandarmerii, Żydowskiego Klubu Sportowego, Sparty, Ogniska i Makabi. Było to założycielskie zebranie Okręgowego Związku Bokserskiego, który swoją działalnością objął całe województwo białostockie.

  Najważniejszą sprawą, którą założyciele ustalili, było rozpoczęcie rozgrywek międzyklubowych, czyli powstanie okręgowej ligi bokserskiej. Rozgrywki ruszyły 7 lutego 1932 roku.

  W mieście pojawiły się afisze zapowiadające, że "w niedzielę w teatrze Palace odbędą się mistrzostwa okręgowe w boksie. Ceny biletów od 2 złotych do 50 gr". Zmierzyć się miały Jagiellonia z Żydowskim Klubem Sportowym. Zapowiedziano też start kilku zawodników Makabi. Wszystkie walki sędziować miał Gorączko.

  Ale prawdziwe emocje wywołać miał, przypuszczam, że i dziś byłyby nie mniejsze, międzymiastowy mecz Białystok - Łomża. Odbył się 21 lutego 1932 roku. Oczywiście w Palace. Szczęśliwie dla obu stron, chodzi mi w tym przypadku o współczesność, wyniku nie udało mi się znaleźć.

  O dalszych bokserskich wyczynach napiszę za tydzień, a dla złagodzenia obyczaju zapraszam w niedzielę do ratusza na kolejny koncert z historią.


Andrzej Lechowski

Ulica Marmurowa 9 - Rodzina Zasztowt


  Po raz pierwszy udało się uchwycić rys w źródłach historycznych adresu obejmujący dopiero  1918 r. 

  18 lipca tego roku, we wciąż okupowanym przez Niemców Białymstoku, liczący 38 lat Mieczysław  Malinowski stanął na ślubnym kobiercu w kościele farnym i zawarł związek małżeński z młodszą od siebie o prawie dekadę Zofią Zasztowt. Świadkami proszonymi do ślubu byli starszy brat Zygmunt Malinowski i Józef Mroczek.

  Zofia była urodzoną około 1889 r. córką szlachcica Mariana Zasztowta h. Ostoja i Józefy z Jedlińskich

  Jedlińscy wywodzili się z Białegostoku, gdzie ojciec Józefy, Jan Jedliński, posiadał własną nieruchomość przy ul. Zamiejskiej (później przy ul. Stołecznej) Po nim dziedziczyła Józefa z siostrami, ale w 1894 r. z powodu zadłużenia majątek zlicytowano. 

  Wykupił go brat Józefy, Michał, a dopiero w 1909 r. odkupił Marian Zasztowt, mąż Józefy .Po tej dacie powstał–zachowany do dziś niewielki murowany dom przy ul. Marmurowej, gdzie Zofia mieszkała z rodzicami. 

  Dzięki ocalałemu w prywatnych zbiorach zdjęciu Zosi Zasztowt wiemy, że od 1900 r. uczyła się w otwartym ledwie trzy lata wcześniej żeńskim gimnazjum Mikołajewsko-Aleksandrowskim, działającym w tym czasie jeszcze przy ul. Polnej w miejskim domu (dziś ul. Ludwika Waryńskiego 8). 

  Jej bratem był Henryk Zasztowt, z wykształcenia inżynier, pracujący od 1924 r. jako mierniczy przysięgły .


 Jednocześnie zasiadał w radzie nadzorczej Społecznego Banku Spółdzielczego w Białymstoku, której prezesem był jego szwagier inż. Mieczysław Malinowski.


Wiesław  Wróbel

Bitwa o Białystok była kluczowym momentem w ofensywie Cud nad Wisłą

 

   21 sierpnia 1920 roku rozpoczęła się bitwa o Białystok. Była największą w dziejach miasta. Była bitwą nie tylko

o Białystok. Stała się kluczowym momentem polskiej ofensywy określonej jako Cud nad Wisłą.

  Historia każdego miasta ma swoje zawiłości. Często czytelne są one tylko dla jego mieszkańców. W Białymstoku powiedzenie "za pierwszego sowieta", bądź "drugiego", to taki właśnie nasz lokalny kod. Ale i w tym wyliczaniu pobytów sowietów w naszym mieście mamy jeszcze bardziej skomplikowaną wyliczankę.

  Pamiętać bowiem trzeba o 1920 roku. I znowu Białystok dramatycznie różnić się będzie od innych polskich miast. W Białymstoku ulokował się bowiem Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski. Gdy, jak to wówczas określano, "hordy bolszewickie" parły na Warszawę, to my mieliśmy blisko miesięczny przedsmak tego, co by się stało gdyby rewolucja bolszewicka rozpełzła się na Europę.

  Komitet powstał 30 lipca. Jego skład był "doborowy". Na czele był Julian Marchlewski, a jego współpracownikami byli: Feliks Dzierżyński, Feliks Kon, Edward Próchnik i Józef Unszlicht. Miasto zostało sterroryzowane. Bolszewickie patrole wyłapywały ukrywających się polskich żołnierzy, a towarzysze gorączkowo wprowadzali "reformy". Przygotowywano nacjonalizację, nowe szkolnictwo itd. To były zaledwie trzy, ale jakże straszne tygodnie w historii miasta.

  Przecież dopiero półtora roku wcześniej cieszono się z odzyskania niepodległości, a tu znów powróciła niewola. 21 sierpnia rozpoczęła się bitwa o Białystok. Była największą w dziejach miasta. Była bitwą nie tylko o Białystok. Stała się kluczowym momentem polskiej ofensywy określonej jako Cud nad Wisłą. Mamy w mieście wiele śladów, pamiątek po tamtych wydarzeniach. 

  Są takie, które wpisują się w czarne karty historii, że przypomnę tylko wiece, na które spędzano białostoczan na dziedziniec pałacu Branickich. Mamy budynek w którym urzędował Komitet Rewolucyjny - to dzisiejsze Centrum Zamenhofa. Mamy więzienie na rogu Ogrodowej i Sienkiewicza i te na Kopernika. Do 1989 roku na pałacowej bramie wisiały dwie tablice. Na jednej mylnie informowano, że to właśnie w pałacu była siedziba TKRP, a druga obwieszczała, że białostocka Akademia Medyczna na pamiątkę tamtych "chlubnych" trzech tygodni ma za patrona Juliana Marchlewskiego.


  Symbolicznym monumentem upamiętniającym 1920 rok jest pomnik Ofiar mordu bolszewickiego stojący przy ulicy gen. Stanisława Maczka. Wzniesiony został w 1931 roku, a zburzony przez "pierwszego sowieta" w 1939 roku. Odbudowano go w 1990 roku. Upamiętnia on 16 aresztantów, których bolszewicy rozstrzelali 21 sierpnia 1920 roku.

Mamy też w mieście pamiątki po samej białostockiej bitwie. Te wpisują się w kartę chwały polskiego oręża. Jest ulica nosząca imię bohaterskiego kapitana Józefa Marjańskiego. Jest pomnik - krzyż przy ulicy Zwycięstwa. Są też kwatery żołnierskie na białostockich cmentarzach. 

  Jest też tak zwana Wesoła Górka na Wygodzie, przy której w zbiorowej mogile pochowano polskich żołnierzy poległych w walkach. Bitwa miała swą niezwykłą dramaturgię. Determinacja obu walczących stron była tak wielka, że szala zwycięstwa wahała się przez cały jej przebieg.

  Polecam lekturę świetnej książki Marka Gajewskiego, Największa bitwa w dziejach miasta, Białystok 22. VIII. 1920. Dzięki tej pracy możemy sobie dziś wyobrazić zmagania zbrojne w centrum miasta, na Rynku Kościuszki, przy Warszawskiej, walki na przedmieściach, zdobywanie sowieckiego pociągu pancernego na dworcu Poleskim. W niej też odnajdziemy wątek z Wygody i w jego konsekwencji powstanie mogiły na - o ironio - Wesołej Górce. Epilog tej historii wydarzył się w 1926 roku, kiedy to ekshumowano pochowanych tu żołnierzy.

  1 sierpnia tegoż roku Białystok uroczyście oddawał hołd swoim wyzwolicielom. Ceremonia rozpoczęła się na Wygodzie o godzinie 16. Jak zwykle przy takich uroczystościach uformowano kondukt. Było wojsko, był wojewoda Marian Rembowski, było duchowieństwo i tłumy mieszkańców. Ale najważniejsze były dwie lawety "przybrane suto zielenią", na których spoczęły trumny ze szczątkami poległych. Kondukt przeszedł przez Sienkiewicza, Rynek Kościuszki, Kilińskiego, Mickiewicza, Świętojańską na cmentarz wojskowy w Zwierzyńcu. Wzdłuż całej trasy stały nieprzebrane tłumy. Gdy przemierzał ulicę Mickiewicza to po obu jej stronach stał szpaler utworzony przez członków białostockiego Sokoła.

  Na cmentarzu przed złożeniem trumien do wspólnej mogiły kapelan wojskowy mówił, że "Ci, których szczątki tu grzebiemy, nie wiedzą o tem, że my im hołd oddajemy. Nie wiedzą o tem i ich bliscy, którzy wypłakali swe oczy z bólu". Kończąc wzruszającą, podniosłą mowę wezwał wszystkich obecnych do złożenia przysięgi. Po chwili cały tłum powtarzał jego słowa: "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, tak nam dopomóż Bóg".

  Ledwo przebrzmiały te słowa to ciszę zwierzynieckiego cmentarza rozerwała salwa honorowa. Pomimo zbliżającego się wieczoru tłum nadal stał wokół świeżej mogiły. Zmierzchało gdy "rozległ się śpiew - Anioł Pański. Na twarzach wielu z obecnych pojawiły się łzy".


Andrzej Lechowski 

"Cud nad Wisłą"

  W dniach 12-25 sierpnia 1920 roku Wojsko Polskie stoczyło jedną z największych  i zarazem najważniejszych bitew w historii swojego oręża. Było to jednocześnie decydujące starcie w wojnie polsko-rosyjskiej 1920 r.

   Od 14 lutego 1919 r. rozpoczęła się tzw. niewypowiedziana wojna polsko-rosyjska, kiedy to w rejonie miasteczka Mosty nad Niemnem nawiązano pierwszy kontakt bojowy z oddziałami Armii Czerwonej. Zamiarem obu stron było przejęcie kontroli nad obszarem opuszczanym przez wojska niemieckie Naczelnego Dowódcy Wojsk na Wschodzie (Ober-Ost). Strona polska występując w obronie obszarów kresowych, wysuwała racje historyczne, kulturowe i etniczne, gdyż sporne terytoria w przeważającej części zamieszkiwali Polacy. Poza tym chodziło również o zabezpieczenie suwerenności odrodzonego państwa polskiego i ustroju opartego na systemie demokracji parlamentarnej.

  Prowadzone działania bojowe przyniosły początkowo sukcesy odrodzonemu Wojsku Polskiemu, które w toku prowadzonych działań zajęło duże obszary litewsko-białoruskie. Jesienią 1919 r. Józef Piłsudski wstrzymał ofensywę, aby nie wspierać „białych generałów” w wojnie domowej z bolszewikami, gdyż nie uznawali oni odrodzonej Polski w granicach byłego zaboru rosyjskiego. Po klęsce wojsk kontrrewolucyjnych na przełomie 1919/1920 r. powróciła sprawa konfrontacji polskiej z bolszewikami. Józef Piłsudski zmienił swój plan idei federacyjnej na inkorporację ziem, które znajdowały się niegdyś w granicach I Rzeczypospolitej.

 

  Działania bojowe poprzedziły jeszcze rokowania polsko-ukraińskie, zakończone w dniu 21 kwietnia 1920 r. układem politycznym i konwencją wojskową, z przywódcą Ukrainy – atamanem Semenem Petlurą, który zgodził się na polskie roszczenia terytorialne na wschód po rzekę Zbrucz. Podjęte decyzje polityczne zapoczątkowały wielkie operacje polskie na wschodzie, które w historii są znane jako „wyprawa kijowska”.

  W dniu 25 kwietnia 1920 r. rozpoczęła się polska ofensywa na wschód. Celem uderzenia wyprzedzającego było zdobycie jak największych obszarów przed Armią Czerwoną. W wyniku działań bojowych siły polskie: 6. Armia gen. Wacława Iwaszkiewicza, 2. Armia gen. Antoniego Listowskiego i 3. Armia gen. Edwarda Rydza-Śmigłego, opanowały duże obszary prawobrzeżnej Ukrainy łącznie z Kijowem (7 maja).

  Armia Czerwona, znajdująca się dotąd w odwrocie po przeprowadzonej reorganizacji wzmocniła siłę uderzeniową swoich wojsk i od dnia 29 maja 1920 r. przeszła do kontruderzenia na Ukrainie, a następnie na całym polsko-rosyjskim froncie. Szczególnie Polakom dała się we znaki Armia Konna Siemiona Budionnego, która 5 czerwca po przełamaniu frontu polskiego doprowadziła do generalnego odwrotu wojsk polskich.

   Konnica S. Budionnego została zatrzymana dopiero w bitwie pod Brodami w dniach 29 lipca do 2 sierpnia 1920 r. Wojska Frontu Północnego pod dowództwem Michaiła Tuchaczewskiego parły zaś na Warszawę z myślą przewodnią przeniesienia rewolucji na Zachód przez terytorium Polski. Rozciągnięte wojska bolszewickie podjęły próbę forsowania Wisły pod Włocławkiem oraz w Płocku, by starym rosyjskim zwyczajem zaatakować Warszawę od Zachodu.

  Na tym też obszarze miały miejsce najcięższe walki, które stoczyły wojska polskie. Pierwsza armia gen. Franciszka Latinika walczyła pod Radzyminem, a 5. Armia gen. Władysława Sikorskiego pod Modlinem i nad Wkrą. Zadaniem głównym wojsk obu polskich armii było związanie jak największych sił rosyjskich w celu stworzenia korzystnych warunków do wykonania manewru okrążającego przez formującą się Grupę Manewrową, która miała rozciąć rosyjski Front Północny Michaiła Tuchaczewskiego.

  W dniu 12 sierpnia siły rosyjskie na głównym, tj. warszawsko-modlińskim kierunku działań, liczyły 19 dywizji strzelców, 2 brygady strzelców, 2 dywizje kawalerii i oddział zbiorczy Grupy Mozyrskiej.

  Siłom rosyjskim Polacy przeciwstawili 15 dywizji piechoty, 2 dywizje kawalerii i 2 brygady piechoty. Niestety, nie było żadnych odwodów. Polskie Naczelne Dowództwo opracowało plan bitwy, którego szczegóły dopracował Piłsudski z gen. Tadeuszem Rozwadowskim. Zdecydowano o koncentracji ponad sześciu dywizji polskich nad Wieprzem w rejonie Puław. Na siły polskie  złożyło się w sumie 29 dywizji piechoty i 3 dywizje kawalerii, tj. około 190 000 żołnierzy.

  Pomiędzy Dęblinem a Kockiem, za Wieprzem, zgrupowane zostały siły Grupy Manewrowej z 4. Armii. Koncentracja wojsk polskich przebiegła bez większych przeszkód. Położenie sił polskich dla całości planu bitwy było korzystne, ponieważ wojska nieprzyjaciela były rozrzucenie na dużej przestrzeni.

  W dniu 13 sierpnia 1920 r. rozpoczęła się wielka Bitwa Warszawska, która składała się z trzech faz: walk obronnych na przedmościu warszawskim na przedpolach Radzymina; bitwy obronnej i manewru zaczepnego 5. Armii gen. W. Sikorskiego nad Wkrą; uderzenia w dniu 16 sierpnia Grupy Manewrowej znad Wieprza i pościg.

  14 sierpnia wojska działania zaczepne na linii Wkry rozpoczęła 5. Armia gen. W. Sikorskiego mając przed sobą siły sowieckich 4 i 15 Armii. W zażartej walce pod Modlinem wyróżniła się m.in. 18. DP gen. Franciszka Krajowskiego. Następnego dnia 17. Dywizja Piechoty wyruszyła z Modlina i wzdłuż osi na Nasielsk zaszła nieprzyjaciela od flanki. Rosjanie zostali wyrzuceni po ciężkiej walce za Wkrę. W dniu 16 sierpnia 5. Armia kontynuując natarcie zdobyła Nasielsk, Serock, Pułtusk, Ciechanów, Przasnysz oraz Mławę. Pobita 15. Armia wycofała się ku Narwi, zagrażając odcięciem wojsk bolszewickich, które zagalopowały się już nad Wisłę. Wielkim sukcesem polskim okazało się zdobycie Ciechanowa gdzie zdobyto sowiecką radiostację. Spowodowało to utratę łączności 4. Armii Sowieckiej z M. Tuchaczewskim, którego stanowisko dowodzenia znajdowało się w Mińsku Białoruskim.

  O świcie 16 sierpnia 1920 r. zgodnie z planami, Grupa Manewrowa składająca się ze związków taktycznych 3. i 4. Armii pod dowództwem J. Piłsudskiego rozpoczęła natarcie znad Wieprza na rozciągniętą w marszu z Brześcia nad Bugiem ku Wiśle na wysokości Maciejowic – Grupę Mozyrską. Nagłe i zdecydowane uderzenie było zupełnym zaskoczeniem dla Rosjan, mimo wszystko nie do końca pojmowali grozę zaistniałej sytuacji. Armia polska przechodziła do następnej fazy, okrążenia i zniszczenia sowieckich armii Frontu Północnego. Sukces zależał od szybkości piechoty polskiej. Od 16 do 25 sierpnia czołowe jednostki 2. Armii przeszły ok. 300 km.  

    Bitwa na przedpolach Warszawy była operacją krótką, której efektem było rozbicie wojsk Tuchaczewskiego, atakujących stolicę Polski. Wojska bolszewickie zostały pokonane, jednak Północny Front rosyjski nie został do końca rozbity. Straty rosyjskie wyniosły 25 tysięcy zabitych i rannych oraz 66 tys. wziętych do niewoli. 45 tysięcy czerwonoarmistów zostało internowanych po przekroczeniu granicy niemieckiej. Zdobyto też 231 dział i 1023 ciężkie karabiny maszynowe oraz wiele innego sprzętu.

  Z polskich szeregów ubyło 4,5 tys. zabitych, 22 tys. rannych i ok. 10 tys. zaginionych. Przyczyn klęski Rosjan pod Warszawą należy upatrywać w braku koordynacji dowodzenia strony rosyjskiej, jednak zasadniczo męstwo oręża polskiego oraz zasada ekonomii sił sprawiły, że „płomień rewolucji” zatrzymał się na przedpolach Warszawy. Bolszewicy mimo klęski pod Warszawą, byli jeszcze groźni i należało się z nimi liczyć. Jeszcze Siemion Budionny dowodzący 1. Armią Konną pod koniec sierpnia wdarł się na Zamojszczyznę próbując przyjść z odsieczą wojskom Tuchaczewskiego. W dniu 31 sierpnia pod Komarowem doszło do największej bitwy kawaleryjskiej. Pomimo posiadanej przewagi, 1. Armia Konna została zmuszona do odwrotu. Ostatecznie Bitwa Niemeńska i bitwy na południowo-wschodnich rubieżach odrodzonego państwa przesądziły o zwycięskim zakończeniu wojny o polską granicę wschodnią.

  Bitwa Warszawska stworzyła Polakom szansę doprowadzenia wojny do zwycięskiego końca i ocaliła niepodległy byt Rzeczypospolitej. Zwycięstwo nad Rosją Sowiecką, niezależnie od korzyści politycznych i terytorialnych, miało dla Polski ogromne znaczenie moralne. Było to pierwsze od zmierzchu I Rzeczypospolitej wielkie zwycięstwo odniesione samodzielnie przez Wojsko Polsko nad siłami zbrojnymi potężnego do niedawna zaborcy, który krwawo stłumił trzy powstania narodowe. Umożliwiło ono II Rzeczypospolitej prowadzenie samodzielnej polityki wewnętrznej i zagranicznej niezależnej od interesów obcych mocarstw. Pozwoliło wychować młode pokolenie Polaków w polskiej tradycji i polskim patriotyzmie.

  Bitwa Warszawska wniosła również cenne doświadczenia do planowania i prowadzenia wielkich bitew. Zwycięstwo w tej wojnie zależało nie tylko od przewagi liczebnej i materiałowej, ale od umiejętnie stosowanej sztuki wojennej, a w szczególności od śmiałych manewrów na skrzydła i tyły przeciwnika.


 Autor: ppłk. Ryszard Najczuk

Ciemna strona miasta -1923 r

    Międzywojenny Białystok w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości był miastem jeszcze podniszczonym wojną i mocno zubożałym. Jednak dla bandytów i złodziei, których grasowały tutaj całe tabuny, zawsze znalazło się coś do roboty. Wystarczy choćby przejrzeć kronikę kryminalną w ówczesnych miejscowych gazetach, żeby stwierdzić, że np. taki rok 1923 był szczególnie obfity w nocne kradzieże mieszkaniowe.

  Żeby zostać sprawnym szniferem, czyli kimiarzem (nocny złodziej mieszkaniowy), trzeba było mieć dużą sprawność fizyczną do wspinania po krzywych murach budynków, różnych gzymsach, rynnach i balkonach, ażeby dostać się do upatrzonego na wyższych piętrach mieszkania.

  Latem, okno - cel złodzieja - pozostawiano zwykle otwarte. W środku pomieszczenia sznifer musiał także wykazać się dużym opanowaniem i kocią zręcznością, by nie budząc śpiących domowników, sięgnąć nie tylko do szaf, biurek i innych schowków, ale i do kieszeni ubrań wiszących na krzesłach przy łóżkach, a nawet pod poduszki. Aż prosi się przypomnienie tu opisu sznifera z realistycznej książki Sergiusza Piaseckiego pt. "Jabłuszko", ukazującego właśnie złodzieja pracującego na tzw. ślam (podczas snu) ze światka przestępczego Mińska białoruskiego zaraz po I wojnie światowej.

  Glista - sznifierz "był niewątpliwie najlepszym złodziejem w mieście. Długi, patykowaty, kościsty. W marszu groteskowo przechylał się na boki, w tył i w przód. Wyglądał jak chodzący, składany metr. Spojrzysz na niego: zdawało się nie przejdzie przez mieszkanie, aby nie przewrócić krzesła, stołu, szafy, a nawet pieca, nie mówiąc już o drobnych sprzętach. I jak taki może być nocnym mieszkaniowym złodziejem. Lecz było to złudzenie. Gdy nadchodziła noc Glista się przeistaczał. Chód jego nabierał pewności i elastyczności, ruchy robiły się pewne, celowe, z oczu znikał wyraz ospałości. A na robocie w ciemności poruszał się, w nieznanym sobie mieszkaniu, wśród śpiących ludzi, z takim spokojem, pewnością i sprytem, że nikt by mu w tym nie dorównał. Znany był z czystego wyrabiania najtrudniejszych interesów".

  Szniferzy pracowali głównie latem. Była to więc robota jak najbardziej sezonowa. Nawet zamknięte okna nie stanowiły dla nich problemu. Do ich sforsowania mieli niezawodne przyrządy. Były to przede wszystkim dłuto, diament do cięcia szkła, a zwłaszcza tzw. plaster złodziejski, czyli specjalna gumowa uszczelka do wysysania fragmentów nadrysowanej szyby. Taką metodą dokonano w letnie miesiące 1923 r. kilkunastu włamań do zaspanych, białostockich mieszczuchów. Wreszcie wpadli.

  Najkorzystniejszą porą roku do skoku "na ślam" były godziny 2 - 3 po północy. Wówczas sen był najtwardszy. Złodzieje wiedzieli o tym znakomicie. Właśnie tą porą, w marcu, okradziony został Chaim Rozenberg z ul. Czystej 5. Nocnych gości zainteresowała posiadana przez niego biżuteria. Znaleźli ją w szufladzie nocnego stolika. Wartość całego kuszu (łupu) była spora - 5 milionów marek polskich. Sytuacja powtórzyła się na początku maja również na ul. Czystej, ale tym razem pod jedynką. Z mieszkania Lejby Gorfinkiela szniferzy wynieśli przez okno garderobę o przybliżonej wartości 5 mln marek. Nikt z kimających mieszkańców nic nie słyszał.

  Prawdziwy festiwal nocnych odwiedzin nastąpił w czerwcu - sierpniu 1923 r. Miało miejsce kilkanaście włamań dokonanych zawsze tym samym sposobem. W środku nocy, do środka mieszkania i z powrotem na ulicę. Szniferzy trafili m.in. na ul. Kupiecką, Suraską i Dąbrowskiego. Nie udała się natomiast wizyta na ul. Mazowieckiej u Abrama Birbauma. Hałasu narobił pies z sąsiedztwa. Jak skwitował to miejscowy reporter na łamach Dziennika Białostockiego - "nerwowi złodzieje bez łupu opuścili teren pracy".

  Szalejąca inflacja powodowała, że i łupy drożały. Sięgały już 50 - 300 milionów marek. Takie straty zanotowano przy ul. Botanicznej w domu Ignacego Jabłońskiego czy w mieszkaniu Rywki Chajert przy Bożniczej, skąd sprawcy wynieśli odzież i bieliznę wartą 300 mln marek. Szajką szniferów, która w końcu trafiła za kratki kierował niejaki Jan Rafalski, rutynowy złodziej warszawski.


Włodzimierz Jarmolik

Ulica Kilińskiego 16. Dom rodziny Kempnerów

   Domu przy ul. Kilińskiego 16. , w 1826 r. nieruchomość nabył jeden z najbogatszych białostockich Żydów - Kopel Halpern, przedsiębiorca budowlany i szwagier potentata w handlu drewnem, Icka Zabłudowskiego. Po śmierci Kopela Halperna i jego żony, Fejgi majątek podzielono w 1872 r. między ich dzieci i wnuki. Dom pruskiego sekretarza Hoenigkego, wraz z posesją, oficyną i zabudową gospodarczą stał się własnością jedynej córki, Szejny Małki Halpern, żony Dawida Kempnera.

  Od 1844 r. Kempner prowadził fabrykę włókienniczą z Markusem Rubinsztejnem. Porzucił jednak to zajęcie i założył z żoną przedsiębiorstwo dostarczające żywność dla wojska rosyjskiego, stacjonującego na terenie guberni grodzieńskiej i Królestwa Polskiego. Każdorazowo zlecenia dostaw były zabezpieczane zastawem domu Kempnerów w Białymstoku. Małżonkowie z powodzeniem kontynuowali intratny biznes aż do lat 90. XIX w. Dawid zmarł w 1892 r., a Szejna Małka kilka lat później.

 


  W lipcu 1872 r. na potrzeby nowych właścicieli domu grodzieński sąd wydał specjalne świadectwo opisujące stan prawny nieruchomości. Dzięki niemu mamy wyjątkową możliwość zajrzeć do wnętrza domu przy ul. Kilińskiego 16 w tym czasie. Wówczas dawna "loża masońska" miała 32,5 m długości, ok. 22 m szerokości, a wysokości 8,5 m. Od frontu w narożnikach domu znajdowały się 2 murowane ganki. W parterze funkcjonowały 2 wielkie sale, 7 pokoi, 2 kuchnie i 3 korytarze, natomiast na drugim piętrze - jedna wielka sala, 11 pokoi, 3 kuchnie i 3 korytarze. Poddasze składało się z 3 pokoi. Ważny element budynku stanowiło podpiwniczenie, pełniące zarówno funkcje mieszkalne, jak i gospodarcze.

  W suterynie wyliczano w 1872 r. 7 pokoi, 2 kuchnie oraz 3 korytarze. Natomiast część gospodarcza dzieliła się na 3 większe pomieszczenia z murowanymi sklepieniami. Warto wspomnieć, że w drugim tomie Pinkos Bialystok (Nowy Jork 1950) autor A. Herszberg zanotował, że Kopel Halpern, w jednej z wielkich sal na parterze z oknami wychodzącymi na ulicę, urządził jeden z pierwszych prywatnych domów modlitwy w mieście. 

  Po śmierci Dawida i Szejny Małki Kempnerów majątek przy ówczesnej ul. Niemieckiej przeszedł na szóstkę ich dzieci - piątkę córek i jedynego syna, Falka, urodzonego ok. 1852 r. W 1897 r. spadkobiercy zawarli porozumienie w kwestii praw własnościowych. Piątka sióstr Falka odstąpiła mu je w całości, ale za sowitym wynagrodzeniem pieniężnym. Od tego momentu aż do 1930 r., właścicielem domu był Falk Kempner.



  Żonaty z Bejlą Goldą (zm. w 1903 r.) miał 3 dzieci: Esterę, Lejbę i Icka. Nie był kupcem tak jak rodzice, ale korzystając z rodzinnej fortuny został finansistą zajmującym się ubezpieczeniami. Co najmniej od 1897 r. prowadził działający do 1915 r. białostocki oddział Petersburskiego Towarzystwa Ubezpieczeń, a od 1913 r. był członkiem zarządu Handlowo-Przemysłowego Towarzystwa Wzajemnego Kredytu.

  W wolnej Polsce Kempner kontynuował swą działalność. W 1922 r. założył działające z powodzeniem przez całe międzywojnie Białostockie Towarzystwo Wzajemnych Ubezpieczeń. Rok później został prezesem zarządu nowego Banku Przemysłowo-Handlowego z siedzibą przy Kilińskiego 23 i funkcję tę pełnił nadal w 1932 r. Pod koniec życia był prezesem oddziału Towarzystwa Ubezpieczeń "Orzeł". Interesował się kwestiami edukacji i dobroczynności: działał w szkole handlowej, w Towarzystwie Upowszechniania Wiedzy Handlowej, w Talmud-Torze przy Lipowej, przy której w tym czasie była szkoła rzemieślnicza. Z kolei w 1908 r. zaczął pełnić funkcję zastępcy prezesa Towarzystwa Dobroczynności "Linas Chejlim".

  Jego działalność filantropijna zaznaczyła się także poprzez uczestnictwo w organizacji kuchni polowej dla Żydów. Należy do tego dodać szeroką działalność polityczną (startował do Dumy Państwowej w 1905 r.), samorządową (był członkiem Tymczasowego Komitetu Miejskiego, który w imieniu gminy żydowskiej witał w 1919 r. marszałka Piłsudskiego, a także radnym miejskim w latach 1925-1927) i kulturalną (w jego domu działała szkoła oraz biblioteka, popierał ruch esperancki).

  Nie bez przesady zapisano w jego nekrologu w 1938 r., że była to "postać dobrze znana mieszkańcom miasta, zarówno ze względu na piastowane w swoim czasie przez Kempnera stanowiska, jak i na jego niestrudzoną pracę społeczną". W latach 1930-1941 właścicielką domu przy Kilińskiego 16 była Bejla Socher, o której jednak niewiele mogę powiedzieć. W każdym razie w czasie II wojny światowej została wywłaszczona, zaś dawny dom gościnny Hoenigkego został zniszczony w czasie działań wojennych - z pierwotnego budynku ocalały tylko wypalone ściany zewnętrzne. Trud odbudowy zabytkowego budynku podjęto po 1944 r.


Wiesław Wróbel 

Translate