Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ulica Sosnowa

 

  Nie mieszkało tu  dużo zamożnych osób. Zadzwonić można było m.in. do siedziby gminy żydowskiej, do Igły Borysa (sprzedawał cement i wapno), Mojżesza Gutmana - właściciela składu mąki, i spółki Gorosza i Suraskiego, którzy pod numerem 47 mieli fabrykę waty i watoliny.

   Sporo się działo przed wojną na Sosnowej. Pod numerem 1, niedaleko kirkutu, mieścił się budynek, w którym siedzibę miało kilku przedsiębiorców. Dzisiejsza galeria?

Nr 1 Estera Zabłudowska - obuwie , Nr 2 Chaja Pakciarz - sprzedaż wapna i cegieł (1928 r)Nr 3 - Ida Orlańska - meble kuchenne . Mirka Tykocka - towary łokciowe - nr 3, wyglada na to, ze posesja pod nr 3 często zmieniała wlasciciela, albo jest bład w księgach..? Rachela Dejon - produkty naftowe (nr 5), terpentyniarnia.Kupić można było terpentynę, smołę i przysłowiowy dziegieć. Zelik Birenbaum i Sztejnmarc sprzedawali skóry, Moszko Glejberg - szczotki, drzewo, Szmul - towary kolonialne, a Szarf - oleje.

  W tym samym budynku Lewin prowadził kawiarnie (po sąsiedzku, pod "trójką"? miał też herbaciarnię), przyjmowało też dwóch dentystów - niejaki Josem oraz Basza Strzebnołow-Niszt. Gretka Sibirska - galanteria (nr 17),

  Miała Sosnowa swoją przędzalnię : Szlachter Wolf i Salomon - pod nr 23. Obok Kulikowski i Amiel wyrabiali sukno i kołdry.Kto by pomyślał, że 60 lat temu na Sosnowej produkowano czekoladę? Słodką fabrykę miał Sofer Chaim i Syn. Nazywała się „ Wiedeńska”.

   Kagan - fabryka wody sodowej - nr 8, Rywka Wolker - sklep spożywczy (nr 15), Wiernik - gilz do papierosów - nr 13, nie jestem pewna numeru posesji. Dwa składy apteczne pod nr 18 prowadzili Broń oraz Rubin, Elektryczny młyn - Ostryński pod nr 21. Ronles - waty cukrowe - nr 23 ,Skup szmat Bekkera (nr 23) Lipa Goldberg - sklep spożywczy -nr 34. Sprzedaż szmat - Rozengarten i Bojarski - nr 66.

  Na Chajankach było sporo knajp, spelun i trzy piwiarnie na Sosnowej, z tego jedną prowadziła kobieta pod nr.74.

MR

Przedwojenny Białystok dziesiątkowała gruźlica

   Jednym z największych problemów międzywojennego Białegostoku był stan zdrowotny mieszkańców. Tragiczne pokłosie zbierała gruźlica. Walczono z tą chorobą. Jednak warunki, w których żyła duża część ludności miasta, niejednokrotnie niweczyły te poczynania. Niemniej mamy w naszej historii piękne przykłady prób zmiany tego stanu rzeczy.

  Już wkrótce po odzyskaniu niepodległości rozpoczęła się społeczna akcja zwalczania gruźlicy. W 1922 roku powstało żydowskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze Marpa. Mieściło się przy ulicy Polnej 4 (Waryńskiego). Jego pierwszym prezesem został Jowel Rubin. Do zarządu wybrani zostali inżynier Herc Neumark, Chaim Zabłudowski, Józef Bereziński oraz żony Henryka Weltmana i Mejera Prużańskiego. Wszyscy byli przedstawicielami sfer przemysłowo-handlowych.

  Już po kilku miesiącach działalności Marpa miała blisko 800 członków. Pracę zarządu wspierali lekarze. Konsultacji udzielał psychiatra dr Izydor Wolf i dr Mojżesz Gurewicz zajmujący się chorobami wewnętrznymi. Wkrótce towarzystwo "wynajęło letniska w Zwierzyńcu" i własnym staraniem zorganizowało tam "coś w rodzaju sanatorium".

  Dysponowało ono 40 łóżkami. Zakład funkcjonował wyłącznie w miesiącach letnich. Kuracjusze wymieniani byli tak, że w trakcie lata udawało się objąć opieką 80 chorych.

W 1926 roku Marpa przechodziła wyraźny kryzys organizacyjny. Jednak już wkrótce, gdy prezesem został Herc Neumark działalność towarzystwa znów nabrała dynamiki.

  Przeniesiono się do nowego lokalu przy ulicy Kupieckiej 34 (Malmeda). Naczelnym lekarzem organizacji został dr Abram Kahan. Wspomagał go zasiadający w zarządzie dr Aleksander Rajgrodzki. Nawiązana została współpraca z bliźniaczą organizacją w Warszawie. Ta zaś w Otwocku prowadziła znany na całą Polskę zakład leczniczy i sanatorium przeciwgruźlicze. Otwocka placówka zobowiązała się przyjmować 10-15 białostockich pensjonariuszy "za minimalną opłatą". Pacjenci po 2 - 3 miesięcznym pobycie "wracali do Białegostoku uleczeni z zasobem świeżych sił".

  W związku z powodzeniem akcji zaczęto snuć plany wybudowania w Otwocku białostockiego pawilonu na 25 łóżek. Niestety na początku 1927 roku białostocką Marpę "zaczęła dzielić intryga". Zniechęcony jałowymi sporami prezes Neumark ustąpił ze stanowiska. Wraz z jego odejściem upadły wszelkie otwockie plany. Po mieście rozeszła się wieść, że ster rządów w tak potrzebnej i mającej spore sukcesy organizacji przejęli "ludzie młodzi, niedoświadczeni i niezrównoważeni". Sytuacja jednak szybko została opanowana. W wyniku przeprowadzonych w maju 1927 roku wyborów prezesem Marpy został dr Józef Lewitt. Za jego kandydaturą przemawiało głównie doświadczenie.

  W 1925 roku Lewitt wraz z doktorami Piotrem Klamarzyńskim, Adamem Kozubowskim i Bohdanem Ostromęckim założyli Białostockie Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Jego głównym celem było "skoordynowanie pracy przeciwgruźliczej na terenie województwa". W marcu 1926 roku towarzystwo otworzyło "wzorcową poradnię przeciwgruźliczą". Mieściła się ona w budynku przy Warszawskiej 32. Zajmowała pięć pomieszczeń, w których urządzono poczekalnię, gabinet lekarski, gabinet do naświetlań lampą kwarcową, laboratorium i biuro rejestracyjne. W przychodni, którą kierował dr Lewitt pracowało 2 lekarzy i "pielęgniarka - wywiadowczyni". Przez niespełna rok działalności w poradni zostało zarejestrowanych 1803 pacjentów.

  Lewitt rozpoczął starania o zorganizowanie niezbędnej pracowni rtg. Niestety finanse towarzystwa były zbyt skromne. Przychodnia korzystała więc bezpłatnie z miejskiej pracowni radiologicznej. Do 1927 roku wykonano w niej 490 badań. Towarzystwo prowadziło też szeroko zakrojoną akcję propagandową. Wydrukowane zostały plakaty i ulotki w języku polskim i jidysz, w których informowano "co to jest gruźlica".

  W kwietniu 1926 roku zorganizowane zostały w Białymstoku dni przeciwgruźlicze. W ich trakcie prowadzone były zbiórki pieniężne. Towarzystwo nawiązało też współpracę z podobnymi jemu organizacjami w Grodnie, Augustowie, Łomży, Ciechanowcu i w Supraślu.

  W 1926 roku białostockie towarzystwo zrzeszało 279 członków. Kierujący nim zarząd stanowili wyłącznie lekarze. Prezesem był Lewitt. Jego zastępcą był dr Piotr Klamarzyński. Sekretarzem został dr Czesław Karwowski. Za finanse odpowiadali doktorzy Maria Halpern i Konstanty Alchimowicz. W Białymstoku z uznaniem podkreślano, że wszyscy lekarze w towarzystwie a doktor Lewitt również w poradni "pracują honorowo i bezkorzystnie".


Andrzej Lechowski 

Recydywa pod celą

  W okresie międzywojennym białostocki Sąd Okręgowy rozpatrywał różne sprawy. Stawali przed nim groźni przestępcy, jak zbójcy czy drogowi rabusie. A także drobni złodziejaszkowie, ale z kilkoma już wyrokami.

  Niepoprawnym amatorem cudzej własności był w Białymstoku w latach 20. niejaki Michał Wiediernikow, co zabawne z zawodu felczer. Siedział dotąd w więzieniu już cztery razy. Wyroki były niezbyt wysokie. Kiedy jednak latem 1925 roku zwędził w jatce Niedziemyckiego na Siennym Rynku dwa pęta białej kiełbasy, a do tego dodał jeszcze chustkę wartości 3 zł, zabraną z torebki Symy Tchór, sąd nie zawahał się nad karą półtora roku więzienia. Przy okazji tego procesu wyszły na jaw jeszcze drobne sprawki Wiediernikowa popełnione w innych miastach - Częstochowie, Piotrkowie i Radomsku.

  Po przewrocie majowym Józefa Piłsudskiego pomniejszym recydywistom brakowało miejsca w więzieniu białostockim, Czerwoniaku łomżyńskim, a także w tiurmie grodzieńskiej. Miejsca w celach przeznaczone były przede wszystkim dla przestępców z wieloletnimi wyrokami i oczywiście dla więźniów politycznych.

  Białostocki szary dom przy ul. Baranowickiej kwaterował ich dwustu kilkudziesięciu. Więcej niż warszawski Mokotów, Łódź czy Lublin. Pisała o tym w swojej wyjątkowej książce "W więzieniach", wybitna, przedwojenna działaczka społeczna, Stefania Sempołowska.

Pomniejszych kryminalistów przyjmowały inne, lokalne ośrodki penitencjarne. Na przykład w Baranowiczach. Wysłany do Baranowicz na odsiadkę białostocki recydywista Wiediernikow nie mógł gorzej trafić. 

  Warunki w więzieniu były, mówiąc oględnie, bardzo mizerne. Już samo jego usytuowanie kilka kilometrów za miastem, w szczerym polu, sprawiało smutne wrażenie. Świeżo przybyłych więźniów już od początku czekały szykany ze strony starych, uprzywilejowanych bywalców więziennego przybytku. Pełnili oni funkcje pomocnicze, wysługiwali się strażnikom, szpiegowali. Nowym zabierali bezwzględnie cenniejsze części odzieży, tytoń czy mydło. Te ostatnie pełniły w celach więziennych rolę monety obiegowej.

  Cele w Baranowiczach były dosłownie przepełnione. Przeznaczone dla dwunastu osób, potrafiły pomieścić trzy razy więcej. W takich warunkach trudno było zachować minimum higieny. Według regulaminu zmiana bielizny miała odbywać się co tydzień. Faktycznie działo się to co kilka tygodni. Więźniowie spali na workach ze słomą imitujących sienniki. Pościel była najczęściej brudna i wilgotna. Na szczęście w celach nie było kibli, czyli dużego fetoru. Więźniowie co rano, po kolei chodzili do ustępu.

  Jedzenie też pozostawiało wiele do życzenia. Na śniadanie kubek kawy i pajda chleba, a na obiad kasza, krupnik albo kartoflanka, kolacja to cienka zupka z zaoszczędzonym ze śniadania chlebem.

  Osobny pawilon w więzieniu przeznaczony był dla kobiet. Nie było ich dużo. Kilkanaście prostytutek, służące ukarane za kradzieże, pokątne akuszerki. Jak relacjonował w prasie bywalec tego przybytku, najsmutniejszy widok stanowiły niemowlęta, które wraz z matką odsiadywały karę. Były wśród nich też takie, które urodziły się w więzieniu.

  Czas więźniom w Baranowiczach wypełniały w warsztatach nieustające rozmowy o złodziejskich wyczynach, spodziewanej paczce z domu czy przewidywanej z nadzieją amnestii. Rozmawianie też było jednak reglamentowane. Nie można było porozumiewać się w porze obiadowej i po wieczornym apelu.

  Szczególne wrażenie, zarówno na więźniach, jak też na ludności miejscowej robiły wykonywane od czasu do czasu wyroki śmierci. Pod szubienicą gromadziły się władze więzienne, oddział policji, duchowny, no i oczywiście kat ze swoimi pomocnikami. Baranowicz, rzecz jasna nie zaszczycał sławny, przedwojenny kat Maciejewski. Tutaj swą powinność wykonywali wykształceni przez niego uczniowie. Zza murów więziennych ów ponury spektakl, z dachów domów, drzew, a nawet słupów telegraficznych obserwowała ciekawa gawiedź.

  Wiediernikowa nie spotkała oczywiście ta najgorsza kara. Odsiedział swoje i mocno wymizerowany powrócił do Białegostoku. Zajął się zapewne swoimi różnymi drobnymi aferkami. Prasowe kroniki kryminalne jednak o tym milczą.

Włodzimierz Jarmolik

Translate