Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zestaw włamywacza: wytrych, klucz, łom, świder, piłka do metalu

  Podrobiony klucz czy pęk zgrabnych wytrychów to był sposób na otwarcie prawie każdych drzwi. Włamywacze jednak stosowali również inne metody. Nazwijmy je siłowymi. Pomagały w tym łom, świder czy piłka do metalu.

  Zacznijmy od rympała, albo rympałka. Były to łomy ze specjalnie wymodelowanym zakończeniem, które służyły do włamania. Dzięki nim złodzieje podnosili drzwi z zawiasów czy też korzystając z niewielkiej nawet szczeliny wyrywali zamek. Oczywiście następował przy tym nieunikniony hałas. Taka operacja mogła się zatem odbywać tam, gdzie nikt tego nie słyszał. Zwłaszcza nocną porą, w letnio-jesienne urlopy wielu mieszkańców Białegostoku. Dzięki rympałkom włamywacze dobierali się też skutecznie do miejscowych sklepów i innych, handlowych pomieszczeń.

  Wczesną wiosną 1919 roku, kiedy zmrok zapadał już dosyć wcześnie, złodzieje odwiedzili skład sukna Ameliana przy ul. Żydowskiej pod numerem 2. Wywalili bezczelnie frontowe drzwi od ulicy i wynieśli przez nikogo niepokojeni materiałów na ponad 40 tys. marek.

Na początku następnego roku specjaliści od rympała odwiedzili mieszkanie państwa Kosinowiczów na Nowym Świecie. Pora była również nocna. W tym lokalu odnajmował pokój pan Cydzik, komisarz rządu. Stracił on całkiem przyzwoite jeszcze futro, wartości 12 tys. marek, zaś jego sąsiedzi ponieśli również krzywdę w garderobie na kilka tysięcy. Jedyną stratą złodziei był łom i siekiera zgubione podczas ucieczki.

  Opryszki bardzo chętnie przy swoich akcjach korzystali z drzwi kuchennych, od podwórka, gdzie mieli dużo większą łatwość posługiwania się sposobnym rympałem. Tak było w 1921 roku, kiedy to włamali się do magazynu konfekcji damskiej pani Kotkowskiej przy Rynku Kościuszki. Zabrali tyle towaru, że mógł go wywieźć tylko solidny wóz albo dorożka. Po tej ostatniej aferze mocno dostało się w lokalnej prasie komendzie policji. Szczególnie oskarżano posterunkowych o niedbalstwo podczas pełnienia nocnej służby.

  Przygodę z włamywaczami posługującymi się specjalistycznym łomem przeżył też w 1926 roku Aron Buchbinder. Prowadził on sklep ze skórami przy Surażskiej 4. Kiedy przybył do swojego interesu w poniedziałkowy poranek, stwierdził, że ubyło mu towaru na ok. 3 tysiące złotych. No i oczywiście stratę powiększył koszt brutalnie wyłamanych drzwi.

  I jeszcze jedna historia na identyczny temat. W styczniu 1932 roku Władysław Sokołowski po powrocie do domu, a mieszkał przy Szosie Obwodowej, zastał drzwi na oścież otwarte, a po dokładnej penetracji, zauważył brak futra żony, własnych marynarek i spodni, tudzież srebrnego zegarka. Wywiadowcom z Wydziału Śledczego udało się tym razem wytropić sprawców kradzieży. Stanisław Żmudinow dostał rok więzienia, zaś jego paser, 43-letni Jan Bogdan, musiał spędzić w celi trzy miesiące.

  Inny sposób na otwarcie cudzych drzwi dawał bor, czyli świder i piłka do metalu lub drewna, zwana w żargonie złodziejskim bukfelem. Włamywacze wiercili po prostu otwory wokół zamku, a następnie przy pomocy piłki wycinali kawał drewna z drzwiowym zabezpieczeniem i już byli w środku. Ta metoda w światku przestępczym przedwojennego Białegostoku stała się popularna na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego stulecia. Wzór przyszedł z Niemiec, gdzie działali w ten sposób szczególnie kompetentni fachowcy.

"Na świder", jak to określali dziennikarze prowadzący w miejscowych gazetach kroniki kryminalne, swoje mienie na kilka tysięcy złotych stracili m.in. Genia Goltfarb z ul. Polnej, aptekarz Arkin z ul. Sienkiewicza czy Dawid Klementynowski z Żelaznej.

   Policja niekiedy potrafiła ująć złodziei. Tak było zimą 1931 roku, kiedy włamywacze przewiercili się do składu win, wódek i tytoniu Józefa Wojtanowskiego przy ul. Mickiewicza. Byli nimi bracia Jan i Stefan Popławscy. Ten pierwszy zarobił rok odsiadki, ponieważ znaleziono jego odciski palców, drugi, bardziej ostrożny, wywinął się od kary.


Włodzimierz Jarmolik

Ulica Sosnowa

 

  Nie mieszkało tu  dużo zamożnych osób. Zadzwonić można było m.in. do siedziby gminy żydowskiej, do Igły Borysa (sprzedawał cement i wapno), Mojżesza Gutmana - właściciela składu mąki, i spółki Gorosza i Suraskiego, którzy pod numerem 47 mieli fabrykę waty i watoliny.

   Sporo się działo przed wojną na Sosnowej. Pod numerem 1, niedaleko kirkutu, mieścił się budynek, w którym siedzibę miało kilku przedsiębiorców. Dzisiejsza galeria?

Nr 1 Estera Zabłudowska - obuwie , Nr 2 Chaja Pakciarz - sprzedaż wapna i cegieł (1928 r)Nr 3 - Ida Orlańska - meble kuchenne . Mirka Tykocka - towary łokciowe - nr 3, wyglada na to, ze posesja pod nr 3 często zmieniała wlasciciela, albo jest bład w księgach..? Rachela Dejon - produkty naftowe (nr 5), terpentyniarnia.Kupić można było terpentynę, smołę i przysłowiowy dziegieć. Zelik Birenbaum i Sztejnmarc sprzedawali skóry, Moszko Glejberg - szczotki, drzewo, Szmul - towary kolonialne, a Szarf - oleje.

  W tym samym budynku Lewin prowadził kawiarnie (po sąsiedzku, pod "trójką"? miał też herbaciarnię), przyjmowało też dwóch dentystów - niejaki Josem oraz Basza Strzebnołow-Niszt. Gretka Sibirska - galanteria (nr 17),

  Miała Sosnowa swoją przędzalnię : Szlachter Wolf i Salomon - pod nr 23. Obok Kulikowski i Amiel wyrabiali sukno i kołdry.Kto by pomyślał, że 60 lat temu na Sosnowej produkowano czekoladę? Słodką fabrykę miał Sofer Chaim i Syn. Nazywała się „ Wiedeńska”.

   Kagan - fabryka wody sodowej - nr 8, Rywka Wolker - sklep spożywczy (nr 15), Wiernik - gilz do papierosów - nr 13, nie jestem pewna numeru posesji. Dwa składy apteczne pod nr 18 prowadzili Broń oraz Rubin, Elektryczny młyn - Ostryński pod nr 21. Ronles - waty cukrowe - nr 23 ,Skup szmat Bekkera (nr 23) Lipa Goldberg - sklep spożywczy -nr 34. Sprzedaż szmat - Rozengarten i Bojarski - nr 66.

  Na Chajankach było sporo knajp, spelun i trzy piwiarnie na Sosnowej, z tego jedną prowadziła kobieta pod nr.74.

MR

Przedwojenny Białystok dziesiątkowała gruźlica

   Jednym z największych problemów międzywojennego Białegostoku był stan zdrowotny mieszkańców. Tragiczne pokłosie zbierała gruźlica. Walczono z tą chorobą. Jednak warunki, w których żyła duża część ludności miasta, niejednokrotnie niweczyły te poczynania. Niemniej mamy w naszej historii piękne przykłady prób zmiany tego stanu rzeczy.

  Już wkrótce po odzyskaniu niepodległości rozpoczęła się społeczna akcja zwalczania gruźlicy. W 1922 roku powstało żydowskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze Marpa. Mieściło się przy ulicy Polnej 4 (Waryńskiego). Jego pierwszym prezesem został Jowel Rubin. Do zarządu wybrani zostali inżynier Herc Neumark, Chaim Zabłudowski, Józef Bereziński oraz żony Henryka Weltmana i Mejera Prużańskiego. Wszyscy byli przedstawicielami sfer przemysłowo-handlowych.

  Już po kilku miesiącach działalności Marpa miała blisko 800 członków. Pracę zarządu wspierali lekarze. Konsultacji udzielał psychiatra dr Izydor Wolf i dr Mojżesz Gurewicz zajmujący się chorobami wewnętrznymi. Wkrótce towarzystwo "wynajęło letniska w Zwierzyńcu" i własnym staraniem zorganizowało tam "coś w rodzaju sanatorium".

  Dysponowało ono 40 łóżkami. Zakład funkcjonował wyłącznie w miesiącach letnich. Kuracjusze wymieniani byli tak, że w trakcie lata udawało się objąć opieką 80 chorych.

W 1926 roku Marpa przechodziła wyraźny kryzys organizacyjny. Jednak już wkrótce, gdy prezesem został Herc Neumark działalność towarzystwa znów nabrała dynamiki.

  Przeniesiono się do nowego lokalu przy ulicy Kupieckiej 34 (Malmeda). Naczelnym lekarzem organizacji został dr Abram Kahan. Wspomagał go zasiadający w zarządzie dr Aleksander Rajgrodzki. Nawiązana została współpraca z bliźniaczą organizacją w Warszawie. Ta zaś w Otwocku prowadziła znany na całą Polskę zakład leczniczy i sanatorium przeciwgruźlicze. Otwocka placówka zobowiązała się przyjmować 10-15 białostockich pensjonariuszy "za minimalną opłatą". Pacjenci po 2 - 3 miesięcznym pobycie "wracali do Białegostoku uleczeni z zasobem świeżych sił".

  W związku z powodzeniem akcji zaczęto snuć plany wybudowania w Otwocku białostockiego pawilonu na 25 łóżek. Niestety na początku 1927 roku białostocką Marpę "zaczęła dzielić intryga". Zniechęcony jałowymi sporami prezes Neumark ustąpił ze stanowiska. Wraz z jego odejściem upadły wszelkie otwockie plany. Po mieście rozeszła się wieść, że ster rządów w tak potrzebnej i mającej spore sukcesy organizacji przejęli "ludzie młodzi, niedoświadczeni i niezrównoważeni". Sytuacja jednak szybko została opanowana. W wyniku przeprowadzonych w maju 1927 roku wyborów prezesem Marpy został dr Józef Lewitt. Za jego kandydaturą przemawiało głównie doświadczenie.

  W 1925 roku Lewitt wraz z doktorami Piotrem Klamarzyńskim, Adamem Kozubowskim i Bohdanem Ostromęckim założyli Białostockie Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Jego głównym celem było "skoordynowanie pracy przeciwgruźliczej na terenie województwa". W marcu 1926 roku towarzystwo otworzyło "wzorcową poradnię przeciwgruźliczą". Mieściła się ona w budynku przy Warszawskiej 32. Zajmowała pięć pomieszczeń, w których urządzono poczekalnię, gabinet lekarski, gabinet do naświetlań lampą kwarcową, laboratorium i biuro rejestracyjne. W przychodni, którą kierował dr Lewitt pracowało 2 lekarzy i "pielęgniarka - wywiadowczyni". Przez niespełna rok działalności w poradni zostało zarejestrowanych 1803 pacjentów.

  Lewitt rozpoczął starania o zorganizowanie niezbędnej pracowni rtg. Niestety finanse towarzystwa były zbyt skromne. Przychodnia korzystała więc bezpłatnie z miejskiej pracowni radiologicznej. Do 1927 roku wykonano w niej 490 badań. Towarzystwo prowadziło też szeroko zakrojoną akcję propagandową. Wydrukowane zostały plakaty i ulotki w języku polskim i jidysz, w których informowano "co to jest gruźlica".

  W kwietniu 1926 roku zorganizowane zostały w Białymstoku dni przeciwgruźlicze. W ich trakcie prowadzone były zbiórki pieniężne. Towarzystwo nawiązało też współpracę z podobnymi jemu organizacjami w Grodnie, Augustowie, Łomży, Ciechanowcu i w Supraślu.

  W 1926 roku białostockie towarzystwo zrzeszało 279 członków. Kierujący nim zarząd stanowili wyłącznie lekarze. Prezesem był Lewitt. Jego zastępcą był dr Piotr Klamarzyński. Sekretarzem został dr Czesław Karwowski. Za finanse odpowiadali doktorzy Maria Halpern i Konstanty Alchimowicz. W Białymstoku z uznaniem podkreślano, że wszyscy lekarze w towarzystwie a doktor Lewitt również w poradni "pracują honorowo i bezkorzystnie".


Andrzej Lechowski 

Recydywa pod celą

  W okresie międzywojennym białostocki Sąd Okręgowy rozpatrywał różne sprawy. Stawali przed nim groźni przestępcy, jak zbójcy czy drogowi rabusie. A także drobni złodziejaszkowie, ale z kilkoma już wyrokami.

  Niepoprawnym amatorem cudzej własności był w Białymstoku w latach 20. niejaki Michał Wiediernikow, co zabawne z zawodu felczer. Siedział dotąd w więzieniu już cztery razy. Wyroki były niezbyt wysokie. Kiedy jednak latem 1925 roku zwędził w jatce Niedziemyckiego na Siennym Rynku dwa pęta białej kiełbasy, a do tego dodał jeszcze chustkę wartości 3 zł, zabraną z torebki Symy Tchór, sąd nie zawahał się nad karą półtora roku więzienia. Przy okazji tego procesu wyszły na jaw jeszcze drobne sprawki Wiediernikowa popełnione w innych miastach - Częstochowie, Piotrkowie i Radomsku.

  Po przewrocie majowym Józefa Piłsudskiego pomniejszym recydywistom brakowało miejsca w więzieniu białostockim, Czerwoniaku łomżyńskim, a także w tiurmie grodzieńskiej. Miejsca w celach przeznaczone były przede wszystkim dla przestępców z wieloletnimi wyrokami i oczywiście dla więźniów politycznych.

  Białostocki szary dom przy ul. Baranowickiej kwaterował ich dwustu kilkudziesięciu. Więcej niż warszawski Mokotów, Łódź czy Lublin. Pisała o tym w swojej wyjątkowej książce "W więzieniach", wybitna, przedwojenna działaczka społeczna, Stefania Sempołowska.

Pomniejszych kryminalistów przyjmowały inne, lokalne ośrodki penitencjarne. Na przykład w Baranowiczach. Wysłany do Baranowicz na odsiadkę białostocki recydywista Wiediernikow nie mógł gorzej trafić. 

  Warunki w więzieniu były, mówiąc oględnie, bardzo mizerne. Już samo jego usytuowanie kilka kilometrów za miastem, w szczerym polu, sprawiało smutne wrażenie. Świeżo przybyłych więźniów już od początku czekały szykany ze strony starych, uprzywilejowanych bywalców więziennego przybytku. Pełnili oni funkcje pomocnicze, wysługiwali się strażnikom, szpiegowali. Nowym zabierali bezwzględnie cenniejsze części odzieży, tytoń czy mydło. Te ostatnie pełniły w celach więziennych rolę monety obiegowej.

  Cele w Baranowiczach były dosłownie przepełnione. Przeznaczone dla dwunastu osób, potrafiły pomieścić trzy razy więcej. W takich warunkach trudno było zachować minimum higieny. Według regulaminu zmiana bielizny miała odbywać się co tydzień. Faktycznie działo się to co kilka tygodni. Więźniowie spali na workach ze słomą imitujących sienniki. Pościel była najczęściej brudna i wilgotna. Na szczęście w celach nie było kibli, czyli dużego fetoru. Więźniowie co rano, po kolei chodzili do ustępu.

  Jedzenie też pozostawiało wiele do życzenia. Na śniadanie kubek kawy i pajda chleba, a na obiad kasza, krupnik albo kartoflanka, kolacja to cienka zupka z zaoszczędzonym ze śniadania chlebem.

  Osobny pawilon w więzieniu przeznaczony był dla kobiet. Nie było ich dużo. Kilkanaście prostytutek, służące ukarane za kradzieże, pokątne akuszerki. Jak relacjonował w prasie bywalec tego przybytku, najsmutniejszy widok stanowiły niemowlęta, które wraz z matką odsiadywały karę. Były wśród nich też takie, które urodziły się w więzieniu.

  Czas więźniom w Baranowiczach wypełniały w warsztatach nieustające rozmowy o złodziejskich wyczynach, spodziewanej paczce z domu czy przewidywanej z nadzieją amnestii. Rozmawianie też było jednak reglamentowane. Nie można było porozumiewać się w porze obiadowej i po wieczornym apelu.

  Szczególne wrażenie, zarówno na więźniach, jak też na ludności miejscowej robiły wykonywane od czasu do czasu wyroki śmierci. Pod szubienicą gromadziły się władze więzienne, oddział policji, duchowny, no i oczywiście kat ze swoimi pomocnikami. Baranowicz, rzecz jasna nie zaszczycał sławny, przedwojenny kat Maciejewski. Tutaj swą powinność wykonywali wykształceni przez niego uczniowie. Zza murów więziennych ów ponury spektakl, z dachów domów, drzew, a nawet słupów telegraficznych obserwowała ciekawa gawiedź.

  Wiediernikowa nie spotkała oczywiście ta najgorsza kara. Odsiedział swoje i mocno wymizerowany powrócił do Białegostoku. Zajął się zapewne swoimi różnymi drobnymi aferkami. Prasowe kroniki kryminalne jednak o tym milczą.

Włodzimierz Jarmolik

W Białymstoku zginęły płoty. Ludzie bezczelnie kradli na opał

 

  Dawała się we znaki zima i naszym przodkom, mroziła drzewa w sadach (pękały z hukiem), wyniszczała zwierzynę w lasach i zasiewy na polach, zaspy na całe tygodnie blokowały drogi i uniemożliwiały dostawy żywności. Dochodziło do tego, że zamarzały studnie, po podwórzach chodziło się jak w tunelach, a dziatwa mogła staczać się lub zjeżdżać z dachów jak z górek.

  Bywało jednak i zupełnie na odwrót, Podlasiak Zygmunt Gloger odnotował, że 26 stycznia 1552 roku zaczęto pod Gdańskiem orać pola, a w 1702 roku w lutym kiełkowały z ziemi wiosenne kwiaty. 5 lutego 1831 roku wojska rosyjskie ruszyły z okolic Białegostoku (feldmarszałek Iwan Dubicz kwaterował w pałacu Branickich), by poskromić powstańczą Warszawę, ale po dojściu do rzeki Bug okazało się, że zapanowała odwilż. Trzeba więc było budować tratwy dla przeprawienia dział i wozów, a piechota zdołała przejść po słomie kładzionej na pękający lód.

Ze wspomnień dziadkowych i własnych

  Z opowieści dziadka Antoniego wynikało, że przed wojną wszystko było lepsze, większe, ładniejsze. Podkręcał wąsa, gdy wspominał tamte panny i ja mu coraz bardziej wierzę, bo - za przeproszeniem obecnych dzierlatek - nasze szkolne dziewczyny były jak maliny i zalotnie się do nas uśmiechały. Nie to, co dzisiejsze, odwracające głowy gdy się staruszek pojawi w autobusie. Skoro jednak ma być o zimie, to młodych kolegów z IPN proszę o odnotowanie, że w najgorszych latach PRL, kładąc się na wznak na śniegu, robiliśmy orły. Trudno tylko było się zorientować, czy z koroną, czy raczej "wronę". Dużo zależało od koegzystencji śniegu i fantazji uczniaków, a zresztą kto by sobie w ten czas i w taki mróz głowę zawracał ideologią.

   Teraz ledwie poprószy śnieg i zaczerwienią się nosy (czy na pewno od mrozu?), już słychać, że mamy zimę stulecia. Hola panie i panowie! Dziadek Antoni wspominał luty 1929 roku z temperaturą poniżej minus 40 stopni, białostoccy sybiracy (pozdrawiam ciepło) będą do końca życia pamiętać zimę z 1939 na 1940 rok, a ja mógłbym opowiadać długo o ratowaniu się przed zamarznięciem w początkach 1963 roku w Domu Studenta Uniwersytetu Warszawskiego przy ul. Kickiego. Ratowaliśmy się "pożyczając" cegły z zamkniętej zresztą budowy, wbijając w nie gwoździe, na których rozpinaliśmy spiralki od kuchenki elektrycznej lub żelazka. Całość podłączało się do gniazdka i tylko niestety często elektrownia wyłączała prąd, bo węgla ze Śląska do stolicy nie dowieźli. Wtedy pozostawały mniej wymyślne sposoby walki z mrozem, ale o nich zamilczę.

  O zimie, która dobiła towarzysza Edwarda Gierka i jego ekipę pamięta już wielu naszych. Dramatycznie brzmiały wówczas relacje profesorów dojeżdżających w semestrze iście zimowym 1978/1979 z Warszawy na białostocką Filię UW. Nawet czołgi nie mogły sobie poradzić z lodem na drogach i torach. Ale były i akcenty radosne, bo pamiętam taki sylwester - który to był rok? - że z powodu gołoledzi tylko nieliczne pary dotarły na sale balowe, więc można było jeść i pić za trzech.

Prasa białostocka donosiła

  Zajrzyjmy do niedocenianego "Echa". W 1933 roku jeszcze trwał wielki kryzys ekonomiczny, a już w połowie listopada straszono, że w okolicach Białegostoku pokazały się wilki i to "koniarze", rzucające się na konie. Takie bestie miału stanowić zwiastun wyjątkowo mroźnych tygodni. Miesiąc później znaleziono na jednej z białostockich ulic zamarzniętego mężczyznę i groziła mu amputacja nogi. Z myślą o "bezdomnych nędzarzach" otwarto dom noclegowy przy ul. Wesołej 9, zwiększono również ilość porcji wydawanych przez tanie kuchnie. Urzędników zaś zmroziła okrutnie wiadomość, że stolica województwa zostanie przeniesiona do Grodna. Pod koniec grudnia nastroje się uspokoiły, szykowano się na bale, na Nowym Mieście wykryto gorzelnię, ale tylko z 10 litrami zacieru (próba generalna?).

  W końcu 1934 roku o zimie jakby zapomniano, widać nie dokuczała, za to około 10 stycznia następnego roku złapał siarczysty mróz, a szacowano, że w Białymstoku mieszka pół tysiąca dzieci bez palt i niewiele mniej bez butów. Szybko jednak, bo po dwóch tygodniach zaczęła się odwilż, staw na Marczuku wystąpił z brzegów i zalał ulice oraz bliżej położone domy. Narzekano powszechnie na kłopoty z opałem, węgiel był za drogi, a drewno za mokre. W tej sytuacji co biedniejsi nie szukali daleko ratunku.

  Dziennikarz skomentował szpetny proceder następująco: "Białystok stanowczo różni się od wielu innych miast. W Warszawie np. giną dziewczęta, w Psiej Wólce klacze ze stajen, w Paryżu akta MSZ, w Nowym Jorku samochody, a w Białymstoku - płoty". Niewiele mógł w tej mierze zrobić Miejski Komitet Pomocy Zimowej mieszczący się przy Alei Józefa Piłsudskiego (ul. Lipowa) 54. Był takowy i na szczeblu wojewódzkim, wspierało go również wojsko, do zbiórek włączali się harcerze i młodzież szkolna, o potrzebujących starano się pamiętać w parafiach.

Komentarz do zdjęć

  Fotografia główna jest nieco zagadkowa. Na pewno autobus PKS utknął w śniegu, którego wcale nie spadło tak dużo. Można się domyślać, że opony były łyse, pojazd starawy, na posypanie drogi piaskiem się nie zanosiło. Panowie mieli więc okazję, by wysiąść, odetchnąć świeżym i mroźnym powietrzem, zapalić, a co bardziej uspołecznieni udzielili pomocy szoferowi. Zadziwia jednak skład pasażerów, sami chłopi w szykowanych ubiorach, tylko jedno dziecko w pompach, płaczące lub raczej zasłaniające oczy na widok aparatu fotograficznego. A gdzie kobiety? Darły w tym czasie pióra w ciepełku domowym? Nie bardzo wierzę, wygląda mi to na eskurs specjalny, a pan Marek Jankowski (dziękuję za dostarczone zdjęcia) sugeruję, że może chodziło o wyjazd do Ośrodka Postępu Rolniczego w Szepietowie. Prosimy PT Czytelników jak zwykle o pomoc.

  Zdjęcie drugie pokazuje uroki zimy z akcentem religijnym, wszak jak trwoga, to do Boga! Kościół w Sokółce w bieli, jeszcze z drewnianymi budynkami przed wejściem, bo to ładna pocztówka sprzed wojny. Niestety, w ówczesnych świątyniach zimno też dokuczało okrutnie, od świeczek wysokie nawy się nie mogły ogrzać. Chyba, że modlono się wyjątkowo gorąco.

Adam Czesław Dobroński 

Cmentarz prawosławny i wystająca z ziemi ludzka stopa


  Historia, która wydarzyła się ponad 100 lat temu na przedwiośniu, wstrząsnęła Białymstokiem. Na polu za cmentarzem prawosławnym znaleziono wystającą z ziemi ludzką stopę.

Był już wieczór 2 marca 1913 roku. Na polu za cmentarzem prawosławnym na Wygodzie kilku chłopców z okolicznych domów kończyło swoje zabawy. Gdy szli w kierunku zabudowań, to z przerażeniem "ujrzeli wystającą z ziemi ludzką stopę". Zdjęci strachem pobiegli ulicą Wasilkowską, gdzie pierwszemu napotkanemu stójkowemu opowiedzieli o wszystkim.

  Policjant niezwłocznie powiadomił o tym komendanta I  przy ulicy Botanicznej. Gdy chłopcy w towarzystwie mundurowych przybyli z powrotem na pole, było już ciemno. Komendant wystawił więc przy makabrycznym znalezisku wartę i dopiero następnego dnia rano przystąpiono do czynności śledczych. Po kilkunastu minutach odkopano fragmenty ludzkiego ciała zawinięte w fartuch. Po kilku godzinach dalszych poszukiwań w odległości 150 metrów odnaleziono pozostałe szczątki.

  Przyglądający się pracy policjantów okoliczni mieszkańcy rozpoznali, że są to zwłoki Jana Godlewskiego, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął w listopadzie 1912 roku. Zwłoki przewiezione zostały do szpitala miejskiego. Tu doktor Batumi stwierdził, że Godlewski zginął podczas snu od ciosów zadanych siekierą. Pozostało pytanie, kto był mordercą. Prokurator Antoni Szafałowicz dość szybko zainteresował się synem ofiary, 17-letnim Antonim. To on w listopadzie zgłosił policji zaginięcie ojca. Zeznał wówczas, że Godlewski wyszedł rano z domu z nieznanym mężczyzną. Antoni uznał, że obaj najęli się do jakiejś pracy budowlanej w którejś z pobliskich wsi. Gdy jednak ojciec nie wracał przez kilka dni zaniepokojony syn powiadomił o tym policję.

  Kilka tygodni później, pod Wasilkowem, na podmokłych rozlewiskach Supraśli znaleziono zwłoki mężczyzny. Antoni zidentyfikował je, twierdząc, że to właśnie jest jego ojciec. Odbył się więc pogrzeb rzekomego Jana Godlewskiego i sprawa ucichła, aż do marcowych wypadków. Podejrzenie prokuratora wzbudziło nerwowe zachowanie Antoniego, które zaobserwował przy wykopywaniu szczątków. Młodzieniec wzięty w krzyżowy ogień pytań przyznał się, że to on jest zabójcą.

  We wrześniu 1913 roku Antoni Godlewski stanął przed białostockim sądem. Już od rana przed gmachem sądu przy ulicy Gimnazjalnej (Kościelna) gromadził się tłum gapiów. Na salę rozpraw publiczność mogła wejść po wykupieniu biletów. Wreszcie o godzinie 15 rozpoczął się proces. Jako pierwszy zeznawał Godlewski, który poprosił sędziego "o wydalenie z sali publiczności". Ku jej rozczarowaniu sędzia przychylił się do jego prośby. Ojcobójca przez następne półtorej godziny opowiadał o dramatycznych wydarzeniach sprzed blisko roku.

  Gdy skończył, publiczność została wpuszczona na salę. Rozpoczęło się przesłuchiwanie 11 świadków. Z ich zeznań wynikało, że nieboszczyk był "człowiekiem dobrym, dbającym o los swoich dzieci".

  Podkreślano, że finansował naukę syna w Warszawie. Ba, kupił mu nawet fortepian, gdy ten powrócił ze szkół do rodzinnego domu. Niektórzy ze świadków zeznali, że był Godlewski skąpcem, ale była to "raczej mądra oszczędność niż sknerstwo". Emocje wypełniły salę, gdy zeznawał młodszy brat Antoniego, Janek. Wstrząśnięta publiczność usłyszała, że "byliśmy z bratem w kościele. Wróciliśmy do domu wcześniej niż zwykle za co ojciec począł krzyczeć na brata, a później wybił go. Na drugi dzień już ojca nie było". Janek opowiadał o srogich metodach wychowawczych, których ofiarą był najczęściej Antoni.

  Zgrozą powiało, gdy o przedstawienie ekspertyzy sąd oprosił przeprowadzającego oględziny i sekcję zwłok doktora Batumi. Po nim głos zabrał broniący oskarżonego mecenas Aleksander Bomasz. Próbował udowodnić, że jego klient jest pozbawiony "normalnego stanu umysłowego". Srogie wychowanie tylko pogłębiało ten stan. Wnosił o ponowne rozpatrzenie sprawy, dostrzegając w niej wiele niejasności.

  Był już wieczór gdy swoją półtoragodzinną mowę rozpoczął prokurator Szafałowicz. W ówczesnej Rosji nie stosowano kary śmierci, przeto oskarżyciel żądał kary dożywotniej katorgi, kończąc swoją tyradę efektowną frazą. "Wy panowie sędziowie, pójdźcie za głosem narodu i zakujcie w kajdany tego wyrodka".

  Po tych wystąpieniach sąd udał się na naradę. Publiczność nie opuszczała sali. Po 20 minutach - dochodziła już godzina 22 - ogłoszono wyrok. Antoni Godlewski skazany został na "pozbawienie wszystkich praw i zsyłkę na 8 lat robót ciężkich". Niezadowolony z wyroku tłum, który na ulicy czekał na finał rozprawy wykrzykiwał: "tylko 8 lat? Mało! Można zabijać!"

  Emocje związane z tą sprawą szybko przygasły. Zbliżała się wojna i ona zatarła pamięć o tej tragedii. Jakąż więc sensacją była wiadomość, która w maju 1919 roku dotarła do Białegostoku z Moskwy. Przywiózł ją "pewien jegomość", który opowiadał, że Antoni Godlewski "zajmuje wysokie stanowisko w rządzie bolszewickim". Dodawał też, że jest on "w stosunku do ludności wprost okrutnym".

Andrzej Lechowski 

Translate