Postaw mi kawę na buycoffee.to

Waldemar Szliserman wspomina stare Bojary

  Sąsiedzki karnawał zimą 1940 roku. Od lewej ja ze śnieżką, tata, moja chrzestna ciocia Ola Pacuk, sąsiad pan Lewandowski, bracia Malewicze, kuzyn Michał Kruczkowski, jego żona Wanda, mały Zbyszek Malewicz, a na sankach Bogdan Kruczkowski.

Sąsiedzki karnawał zimą 1940 roku. Od lewej ja ze śnieżką, tata, moja chrzestna ciocia Ola Pacuk, sąsiad pan Lewandowski, bracia Malewicze, kuzyn Michał Kruczkowski, jego żona Wanda, mały Zbyszek Malewicz, a na sankach Bogdan Kruczkowski.

Z Bojarami i ulicą Piasta jestem związany prawie od urodzenia. Spędziłem tutaj całe swoje dzieciństwo i młodość. Byłem chłopakiem z Bojar i chyba pozostanę nim już do końca życia,

chociaż od dawna już tam nie mieszkam. Mam ogromny sentyment do tej dzielnicy - mówi Waldemar Szliserman.

  Do podzielenia się wspomnieniami o ulicy Piasta skłonił mnie tekst Irka Bańkowskiego w Albumie Białostockim. - Irek to mój kolega, jest kilka lat starszy, znamy się od czasów przedwojennych, ponieważ mieszkał on trzy domy dalej. Odżyły w mojej pamięci na nowo obrazy z niezapomnianej ulicy Piasta. Jej urok, sąsiedzi, każda lipa czy jarzębina rosnące przy naszych domach - opowiada pan Waldemar. - Nie ma już prawie tej ulicy, stoją tam teraz bloki, pawilony handlowe i ciągnie się nowo wybudowana ulica Piastowska.

  Irek opisywał swój dom przy Piasta 85. Był to jeden z okazalszych drewnianych budynków, z dużą posesją. Ogród ciągnął się aż do równoległej ulicy Spacerowej. Na parterze domu od ulicy mieścił się sklep spożywczy, który prowadziły siostry Malinowskie. Mosiężny dzwonek na sprężynie zawieszony na oszklonych drzwiach oznajmiał pojawienie się klienta. Z głębi pomieszczeń wychodziła jedna z tych pań właścicielek i z miłym uśmiechem sprzedawała produkty. Mąka, cukier (nazywany przez białostoczan mączką) i różne kasze stały w wielkich płóciennych workach. Nasypywano je do papierowych torebek, blaszaną szufelką z drewnianą rączką i ważono na wadze szalkowej. Duże odważniki były żeliwne, mniejsze żółte mosiężne. A mleko znajdowało się w 50-litrowych bańkach, rozlewano je kupującym do konewek.

  Dla nas dzieciaków największą atrakcję stanowiły oczywiście słodycze: landrynki w blaszanych wielkich pudłach, czekoladowe wafelki zawijane w papierki z nadrukiem różnych egzotycznych zwierząt i ptaków - papierki te służyły nam potem do wymyślnych gier. Na Boże Narodzenie można było kupić słodkie Mikołaje oraz aniołki i baletnice jako ozdoby do zrobienia samemu na choinkę. Pani Malinowska zawsze szykowała specjalne paczki żywnościowe jako prezenty dla klientów. Z kolei akcentem świątecznym na Wielkanoc były zajączki zawijane w sreberka. U pani Malinowskiej zwykle kupowało się na zeszyt, to znaczy płacono dopiero w soboty. My, dzieci też tak kupowaliśmy.  

  W 1939 roku, kiedy zaczęła się wojna, w domu państwa Bańkowskich sklepu już nie było. Najpierw na górce Sowieci zasiedlili Ukraińców - matkę i syna. Ta kobieta nazywała się Iwanowskaja, mamy o niej niezbyt miłe wspomnienia. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka wszyscy Rosjanie uciekali z ustępującymi wojskami sowieckimi. Iwanowskaja nie chciała uciekać, ukryła się i pozostała w Białymstoku. Jej syn Borys zatrudnił się jako strażnik w więzieniu. W połowie 1942 roku, kiedy mój tata został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu, mama kilka razy prosiła ich o jakiekolwiek wieści od ojca i przekazanie mu paczek, dała za to zwoje biżuterii. Po wojnie, jak tata wrócił z obozu, dowiedzieliśmy się, że otrzymał tylko jedną czy dwie paczki.

  W lipcu 1944 roku, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Białegostoku, Borys uciekł z Niemcami. Iwanowskaja, nie doczekawszy się powrotu syna, też postanowiła uciec do Rosji. Bała się, że NKWD rozstrzela ją za współpracę z Niemcami. Za kilka litrów bimbru kupiła u żołnierzy małego konika i ukraińską chłopską furmankę. Przez parę dni pasłem tego konika na łąkach za naszymi domami i nawet jeździłem nim wierzchem. Po tygodniu załadowała na tę furkę swój dobytek i pojechała. I słuch po niej zaginął.

  Pamiętam też smutną historię Niemca pana Klata. Ta rodzina od pokoleń była związana z Białymstokiem. Kiedy Hitler napadł na Polskę, on i wszyscy białostoccy Niemcy dostali rozkaz wyjazdu do Rzeszy. Z kilkoma walizkami i ze łzami w oczach musieli zostawić cały swój majątek. Bardzo ich wtedy żałowaliśmy, to byli dobrzy ludzie. W domu Klatów potem zakwaterował się kapitan Dziwlaszow, dowódca kozaków dońskich.

  24 czerwca, na odpust św. Jana, gdy Sowieci uciekali z Białegostoku przed Niemcami, rodzina Dziwlaszowa: żona w ciąży i z dwójką dzieci załadowali się na ciężarówkę. Ale niestety bomba trafiła w auto i wszyscy zginęli. Dowiedzieliśmy się o tym, kiedy Dziwlaszow, wracając po zakończeniu wojny z Berlina zajechał do nas i o tym opowiedział. Zawdzięczaliśmy mu ocalenie naszej rodziny od wywózki na Sybir, bo się wstawił za ojca na NKWD.

  Teraz coś weselszego, bo mimo wojny ludzie cieszyli się drobnymi rzeczami, odwiedzali nawzajem, bawili się na prywatkach, my zaś dzieciaki też mieliśmy swoje radości. W pierwszym roku okupacji niemieckiej, a była to śnieżna zima, Irek Bańkowski pożyczył mi swoje piękne narty z kijkami bambusowymi, rodzice przy okazji zrobili mi zdjęcie na tych nartach. Zdjęcia naszej rodzinie zwykle robił pan Zygmunt Tomczyński, jeszcze wówczas na negatywach szklanych wielkości pocztówki. Pan Zygmunt mieszkał za mostkiem na Dolistówce, domek ten uchował się do dziś.

  Bardzo lubiłem jeździć na nartach, więc potem tata odkupił od znajomej nauczycielki ładne jesionowe narty zakopiańskie, okucia trzymające buty były metalowe a wiązania wykonane z mocnej rymarskiej skóry. Drewno lakierowane jasną politurą. Kolega po sąsiedzku Janusz Czernik też miał narty z Zakopanego, jeszcze ładniejsze od moich, politurowane mahoniową barwą, błyszczały z daleka.

  Zjeżdżaliśmy z nasypu kolejowego na łąki przy Dolistówce (dziś tam jest nowa Piastowska) lub z pagórków w lesie w Pieczurkach. A gdy rzeczka wylała na łąkach powstawało wspaniałe lodowisko, ciągnące się od Piasta do Warszawskiej. Po gładkiej tafli ślizgaliśmy się na łyżwach, oczywiście kto je posiadał. Inni robili łyżwy własnym sumptem z kawałka drewna okutego stalowym drutem od spodu, przywiązywało się je sznurkiem do butów i jazda na lód.

  Dorośli, chcąc się spotkać wieczorami znaleźli sposób na godzinę policyjną. W płotach porobili tajemne furtki albo zostawili specjalnie sztachety na jednym gwoździu i tak nie wychodząc na ulicę mogli odwiedzać się nawzajem, a w razie zagrożenia uciekać wprost na pola.

  Jak patrzę na stare fotografie, to wspominam wiele takich miłych wspólnych spotkań, latem na prywatkach na podwórzach, czy przy zasłoniętych oknach na sylwestra. Przy patefonie i winylowych płytach tańczono, bawiono się, zapominając chociaż na chwilę o wojnie.


Alicja Zielińska 

Szantażowali, zastraszali i bili miejscowych sklepikarzy

   Szantażowali, zastraszali i bili miejscowych sklepikarzy oraz wszystkich, którzy wchodzili im w drogę. Na czele gangu stał Chaim Sarowski, który w 1925 roku powrócił zza oceanu. I szybko zyskał miano króla Chanajek. W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku z zachodnich terenów Imperium Rosyjskiego wyjechało do Ameryki wiele rodzin żydowskich. Było to spowodowane pogromami z inspiracji ochrany carskiej, a także powszechną biedą. 

  Żydzi trafiali zwłaszcza do Chicago i Nowego Jorku, gdzie były już znaczne ich skupiska. Wśród swoich było znacznie łatwiej przystosować się do amerykańskiej rzeczywistości. Me, żydowskie chojraki szybko zaczęły trafiać na ulicę i schodzić na drogę występku. Nie widzieli dla siebie innych, korzystnych możliwości.

  Do chicagowskich gangów trafiali też młodzieńcy z Białegostoku. Nie byli w nich liderami, ale zawsze mieli jakieś zajęcie. Zwłaszcza kiedy na początku lat 20. wprowadzono w Stanach Zjednoczonych prohibicję, czyli zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu, nawet niskoprocentowego piwa.

  Wtedy to zawrotną karierę zaczął robić gangster al Capone i wielu innych wytwórców i przemytników zakazanych trunków. W połowie lat 20 banda al Capone walczyła o wpływy w Chicago z irlandzko-żydowskim gangiem Diona O'Baniona. Po obu stronach ginęli zarówno zwykli cyngle, jak też ich bossowie. Ofiarą porachunków gangsterów padali też niewinni ludzie.

  Niektórzy przestępcy, którzy nieco się dorobili, albo nie chcieli ryzykować życia w dalszej wojnie bimbrowników, uciekali do swoich europejskich krajów. Tak postanowiło również zrobić dwóch mało znaczących, ale wciąż bojowych gangsterów z Białegostoku. 

  Pierwszy powrócił w 1925 roku Chaim Sarowski, który był za oceanem na tyle długo, że dorobił się amerykańskiego obywatelstwa. Na bruku białostockim szybko zyskał sobie miano króla Chanajek, gdyż w tej biednej, żydowskiej dzielnicy założył swoją kwaterę. Dobrał sobie na towarzysza Jankiela Kapickiego, chanajkowskiego zakapiora i razem grasowali po ulicach i zakamarkach Chanajek. Stosowali praktyki iście gangsterskie. Szantażowali, zastraszali i bili miejscowych sklepikarzy i wszystkich tych, którzy wchodzili im w drogę. Nie ustępowali nawet stróżom prawa.

  22 września 1926 roku Sarowski i Kapicki stanęli przed obliczem sędziego Rybałtowskiego, przewodniczącego Sądu Okręgowego. Oskarżenie wynikało z artykułu 142 kodeksu karnego, mówiącego o stawianiu oporu policji. Szczególnie wyróżniał się w tym samozwańczy król Chanajek. M.in. poobrywał on przodownikowi Zadrożnemu dystynkcje, wyrwał szablę oraz chwycił go za gardło i zaczął dusić. Kapicki starał się mu pomagać.

  Chaim Sarowski nie skorzystał z pomocy adwokata. Bronił się sam. Za walki z policjantami sędzia skazał go na dwa miesiące bezwzględnego aresztu. Kapicki, którego bronił z urzędu mecenas Lipko (ten sam, którego niegdyś reprezentował Urke Nachalnika, oskarżonego o napad bandycki), wywalczył dla swojego klienta jeden miesiąc. Nim Chaim Sarowski znalazł się za kratkami, w kilka dni po wyroku wdał się w bójkę nożową z niejakim Wacławem Cieślukiem i został mocno pokłuty. Wylądował więc w szpitalu, a jego pogromca w areszcie.

  Innym powracającym w rodzinne strony gangsterem był Josel Gelberg. Było to na początku 1927 roku. Przed dwudziestu laty wyruszył wraz ze starszym bratem Szymonem do amerykańskiej ziemi obiecanej. Wrócił w rodzinne strony, czyli Chanajki, ze sporą ilością dolarów. Część przeznaczył na zakup domu przy ul. Pieszej, nieco chciał zainwestować w jakiś bezpieczny interes, a resztę schował na czarną godzinę. 

  Oczywiście bogatym sąsiadem zaraz zainteresowali się chanajkowscy złodzieje. Nie zważali na jego gangsterską biografię. Zaczęły się sprytne podchody. W końcu znany włamywacz i szuler Szmul Gorfinkiel trafił Gelberga na tysiąc dolarów i złoty zegarek. Poszkodowany nie darował. Sam odszukał złodzieja i zgłosił to policji. Gorfinkiel poszedł na dwa lata do celi.

W 1932 roku Josela Gelberga doszła wiadomość, że w porachunkach bandyckich zginął w Nowym Jorku jego brat Szymon. Cały swój majątek, 90 tys. dolarów, zapisał młodszemu bratu. Ten natychmiast wysłał do Stanów Zjednoczonych plenipotencję do przeprowadzenia sprawy spadkowej.


Włodzimierz Jarmolik

Na nartach najlepiej zjeżdżało się w Ogrodniczkach

  W latach 50. studenci Akademii Medycznej, pochodzący z południa Polski, zimą tak tęsknili za nartami, że w czynie społecznym wybudowali skocznię narciarską. Znajdowała się ona po lewej stronie szosy, jadąc w kierunku Supraśla. Można było na niej skoczyć na odległość około 20 metrów. Któregoś razu jeżdżąc na nartach po okolicy z kolegami wytropiliśmy tę skocznię - wspomina Jerzy Szóstko.

  Wiadomo od dawna, że Białostocczyzna to polska Syberia. Zawsze zimą było u nas mroźno, dużo śniegu. Dla tych, którzy lubili aktywnie wypoczywać była to frajda - mówi Jerzy Szóstko. - A już zwłaszcza dla młodych. Gorzej było ze sprzętem. Za mojej młodości mało kto miał porządne narty. Te zwykle pochodziły z czasów przedwojennych, bądź z okresu wojny - rosyjskie (miały wiązania z paskami) no i niemieckie już wysokiej klasy.

  W większości radzono sobie domowymi sposobami. Byli tacy spece, którzy sami robili sobie narty, na przykład mój starszy kolega Mirek Gajewski czy syn państwa Krachów z naszej ulicy Kapralskiej. Początkowo jeździliśmy po płaskim terenie albo zjeżdżaliśmy z małych górek przy cmentarzu ewangelickim, w pobliżu cmentarza prawosławnego. W starszym wieku, kiedy chłopaki nabierali już odwagi, no i więcej już umieli, to wypuszczali się dalej, na inne trasy. Na Pieczurki, Pietrasze, Jaroszówkę, Ogrodniczki. Właśnie w Ogrodniczkach były najlepsze górki do zjeżdżania na nartach.

  W latach 50. studenci Akademii Medycznej, pochodzący z południa Polski, tak tęsknili za nartami, że w czynie społecznym wybudowali skocznię narciarską. Znajdowała się ona po lewej stronie szosy, jadąc w kierunku Supraśla. Można było na niej skoczyć na odległość około 20 metrów. No i ci studenci osiągali te odległości, gdyż mieli narty przystosowane do takich skoków. Te narty były szersze i dłuższe od normalnych.

  Nasza grupa chłopaków przypadkowo odnalazła tę skocznię. Z ciekawością obserwowaliśmy skoki medyków z gór. A oni widząc nasze zainteresowanie krzyknęli do nas, byśmy też zjeżdżali. Mieliśmy trochę pietra, bo co innego skakać z progu terenowego około czterech, pięciu metrów, a tu rozbieg duży, stromy, i ten zeskok.

Ale co tam, raz kozie śmierć. Pierwszy ruszył Konrad Suska, skok był udany około dziesięciu metrów. Drugi skoczył Jurek Gerdo, potem ja i pozostali. Wszyscy w granicach dziesięciu metrów. Bez upadku! Skakaliśmy bez odbicia, spokojnie i z rozwagą. Ale kolejne skoki z lekkim odbiciem już były dłuższe o dwa metry. Byliśmy zadowoleni z naszego chrztu bojowego.

  Pewnego razu profesor Matysiewicz z Liceum nr 1 przy ul. Kościelnej zebrał chłopaków, którzy jeździli na nartach zaproponował, abyśmy spróbowali swoich sił w biegach narciarskich. Organizowano właśnie eliminacje szkół średnich z Białegostoku, a następnie wyjazd do Ełku na spartakiadę zimową.

  Kwalifikacje odbyły się na Nowym Mieście. Udało mi się, wygrałem, drugi był uczeń z Liceum Pedagogicznego przy ul. Mickiewicza. Pojechaliśmy do Ełku. Pierwszy dzień zawodów był nieudany, gdyż połowa zawodników pomyliła trasę. Po południu, po dokładnym zapoznaniu się z jej przebiegiem, byliśmy już dobrej myśli. Na drugi dzień miały się odbyć zawody. Wystartowaliśmy. Dobrze mi się jechało, na punktach kontrolnych plasowałem się w czołówce (byłem drugi, trzeci). No i w połowie trasy pech. Wiązania nie wytrzymują, pęka klamra - dla mnie to koniec zawodów.

  Wygrał uczeń z Ełku, okazał się bezkonkurencyjny. Miał świetne narty - oryginalne biegówki, dobry smar, ale przede wszystkim sam był świetny. Kolega z białostockiego Liceum Pedagogicznego otrzymał dyplom i nagrodę. Musiał być drugi albo trzeci, nie pamiętam dokładnie.

  Zwolenników białego szaleństwa w Białymstoku przybywało. Odbywały się różne turnieje. Mój przyjaciel Czesław Oracz podczas jednych z takich zawodów (skoki plus biegi) zajął pierwsze miejsce. Mnie biegi nie interesowały, gdyż były męczące, natomiast zjazdy uwielbiałem. Lubiłem szybkość. Przez wiele jeździłem w góry z rodziną. Tą pasją zaraziłem też syna.

  W późniejszym czasie zabrakło zapaleńców, którzy by zajęli się rozwojem narciarstwa na Białostocczyźnie. Na Nowym Mieście wybudowano skocznię, ale nie zastąpiła ona stoku w Ogrodniczkach.


Alicja Zielińska 

Tu zaczynała się dawna dzielnica Piaski

 

  Chanajki i Piaski - te dwie nazwy nieodmiennie kojarzą się z nieistniejącymi dzielnicami żydowskimi. Rozciągały się one niegdyś na południe od Rynku Kościuszki.

  Kres ich istnienia nastąpił w czasie II wojny światowej, a dzieła zniszczenia dopełniły późniejsze urbanistyczne przekształcenia miasta. Znacznie więcej starej zabudowy przetrwało na terenie dzielnicy Piaski. Trudno dziś wskazać jednoznacznie przebieg granicy między dwiema dzielnicami. Nie ulega jednak wątpliwości, że zabytkowe domy przy ul. Młynowej, począwszy od jej zbiegu z ul. Suraską i Piękną, stały niegdyś "na Piaskach".

  Skąd ta nazwa? Nie będzie żadnym odkryciem stwierdzenie, że pochodzi ona od topograficznej charakterystyki terenów położonych tuż przy zachodniej i południowej granicy Białegostoku. Co ciekawe, już w XVIII w. zanotowano, że za bramą suraską droga w kierunku wsi Słoboda przebiegała "otwartym polem piaskami po prawej stronie browarów". 

  W kolejnych dziesięcioleciach często w źródłach historycznych notowano "piaski" lub domy "na piaskach". W ciągu XIX stulecia cały ten obszar zabudowali sprowadzający się do miasta Żydzi. Najszybciej, bo już w połowie tego wieku, powstały parcele miejskie w okolicy nieistniejącego już cmentarza rabinackiego (dziś obszar ten zajmuje w znacznej części Park Centralny). Pozostałością rozwoju tej części miasta, a zarazem symbolicznym punktem granicznym dzielnicy Piaski, jest dom przy ul. Młynowej 2.

  Działka, na której dziś stoi omawiany zabytek, powstała już na przełomie XVIII i XIX w., bezpośrednio przy cmentarzu rabinackim. Na przełomie lat 70. i 80. XIX w. grunta te przynależały do Peszy Rożańskiej oraz Benjamina Szustera. Przed 1884 r. omawianą posesję, powstałą z fragmentów działek należących uprzednio do Rożańskiej i Szustera, nabyli Mordchel i Dwora Zawadzcy.

  Mordchel zmarł pod koniec 1891 lub na początku 1892 r. Pozostawił nieruchomość obciążoną niespłaconymi długami. W ramach egzekucji należności wobec wierzycieli została ona zlicytowana 12 kwietnia 1893 r. Nabyła ją Szosza Zawadzka, żona Gdala, wnuka Mordchela. Z Szoszą, córką Wolfa Szmerkesa (właściciel domu przy ul. Mostowej 6) Gdal ożenił się w 1888 r.

  Nabyta przez Szoszę nieruchomość, położona wówczas przy ul. Błotnistej, składała się z dwóch domów, z których jeden był stary, a drugi nowy. Wszystkie budynki, wzniesione z drewna i pokryte dachówką, powstały pomiędzy 1884 a 1892 r. 24 kwietnia 1895 r. Szosza odsprzedała Gdalowi Zawadzkiemu prawa do połowy majątku kupionego w 1893 r. W kolejnym roku zadłużyła się w Petersbursko-Tulskim Banku Ziemskim na kwotę 6000 rubli. Pieniądze przeznaczyła na budowę zachowanego do dziś domu przy ul. Młynowej 2. Wzniesiono go prawdopodobnie na przełomie 1896 i 1897 r., a na pewno przed 1899 r. W tym roku mija więc 115 lat jego istnienia.

  Z 1915 r. pochodzi najwcześniejszy znany spis mieszkańców omawianego domu. Żyły w nim wówczas cztery rodziny. Największy lokal na piętrze zajmowali Zawadzcy z dziećmi: Lwem (w latach 30. XX w. pracował wówczas jako blacharz), Mejerem, Małką, Szyfrą i Szymonem.

  Pozostałe lokale wynajmowali wyłącznie Żydzi. W 1915 r. byli to Rakowszczykowie, Gierginowie i Percowscy. Rakowszczykowie pod tym adresem mieszkali najdłużej. Głową rodziny był Aron, który ok. 1913 r. założył w parterze domu przy ul. Młynowej 2 skład apteczny i kosmetyczny. W 1935 r. Rakowszczykowie sprzedali aptekę Józefowi Epelbaumowi, on zaś jeszcze tego samego roku odstąpił ją Benjaminowi Gutmanowi. Z kolei w 1932 r. pod adresem ul. Młynowa 2 wymieniono dwóch lekarzy-dentystów: Arona Rakowszczyka i M. Rakowszczyk-Cytron. Funkcjonowanie zarówno apteki, jak i gabinetu dentystycznego, znacząco podwyższyło prestiż domu Zawadzkich.

  Oprócz firmy Rakowszczyka w parterze działał wymieniony w 1914 r. sklep galanteryjny S. Lewina. W latach ok. 1928-1935 jedno z mieszkań wynajmował jego potomek - Michel Lewin, prowadzący w kamienicy przy ul. Dąbrowskiego 14 sprzedaż mięsa. W 1921 r. zarejestrowano działającą przy ul. Młynowej 2 sprzedaż wyrobów galanteryjnych Mordki Warona, a w 1922 r. sklep spożywczy Mojżesza Boczkowskiego.

  Zawadzcy pozostawali właścicielami domu przy ul. Młynowej 2 do 1941 r. Holokaust przeżył tylko wnuk Gdala i Szoszy Zawadzkich - Mejer. W 1948 r. odzyskał sądownie prawa do swojej nieruchomości, po czym odsprzedał ją miastu, w posiadaniu którego pozostaje do dnia dzisiejszego. W 1952 r. budynek podzielony był na osiem lokali mieszkalnych, w których żyło łącznie 41 lokatorów. Na parterze, w lokalu po prawej stronie od bramy wjazdowej, działał wówczas uspołeczniony zakład fryzjerski. Aż do końca XX w. budynek pełnił funkcje mieszkaniowe, połączone z drobnymi usługami w dolnej kondygnacji. 


Wiesław Wróbel 

Irena Białówna - taka właśnie była

   Całe szczęście, że nie zgodziła się zostać na Uniwersytecie Warszawskim i sama się zesłała na prowincję. Prawdopodobnie bez takiej decyzji setki białostoczan w ogóle by nie przeżyły.   Dziś o Doktor Irenie śpiewa nawet białostocki hiphopowiec. A Białystok zawdzięcza jej zbudowanie po wojnie niemal od podstaw lecznictwa pediatrycznego.

  Dla młodszych białostoczan Białówna to tylko patronka ulicy, na której leczą połamańców (chyba każdy w swoim życiu odwiedził ulokowaną na tej ulicy miejską poradnię ortopedyczno-urazową).

  Ale dla starszych mieszkańców Białegostoku to cicha bohaterka. Miejska Siłaczka. Albo – jak kto woli – Doktor Judym w spódnicy. By przeforsować wiele spraw, musiała być jednocześnie delikatna, twarda jak stal i kompetentna. I choć słowo „niezłomna” przez lata stało się jednym z tych wyświechtanych frazesów, które trącą patosem, to jednak nie da się od tego określenia uciec: Irena Białówna taka właśnie była.

  Czy to przed wojną w bolszewickiej Rosji, czy w piwnicach białostockiego gestapo w czasie okupacji, czy w kilku obozach koncentracyjnych, czy wreszcie znów w powojennym Białymstoku, który podnosił się z ruin i wszystko w nim trzeba organizować od podstaw. M.in. położnictwo, system opieki nad umierającymi niemowlętami, dziećmi i matkami.

  Ale nim Irena na swoje miejsce na ziemi wybierze Białystok, 27 lat wcześniej, w 1900 roku, przychodzi na świat kilka tysięcy dalej kilometrów na Wschód – w Carycynie (obecnie Wołgograd). Rodzice to polscy inteligenci, którzy zdecydowali się wyjechać aż tam w poszukiwaniu pracy. Ojciec, Józef Biały, jest inżynierem kolejnictwa, matka – Kazimiera z Kobylińskich – nauczycielką i społeczniczką. Irena rodzi się jako jedno z pięciorga dzieci.

  Gdy w Europie kończy się pierwsza wojna światowa, Irena pisze maturę w Jelcu (ówczesna gubernia orłowska) i zaczyna pracę jako przedszkolanka. Gdy na Kresach zaczyna się wojna polsko-bolszewicka, a Polacy bronią niepodległości, w 1920 roku Irena wstępuje na Wydział Lekarski Uniwersytetu w Woroneżu. Ale rodzina Białych się decyduje: wracamy do Polski. I wracają – w sierpniu 1921 roku.

  Irena postanawia zamieszkać w Warszawie. Zaczyna studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego i właściwie od początku wie (może bycie przedszkolanką przez półtora roku miało znaczenie?): chce się skupić na pediatrii. Jest tak chłonna wiedzy, zaangażowana i nieustająco pewna swojej decyzji, że jeszcze będąc na studiach, na IV roku, prowadzi studenckie koło pediatryczne w klinice kierowanej przez prof. Mieczysława Michałowicza.

  Nic dziwnego, że taką studentkę na uczelni zapamiętano. I miano co do niej plany. A jednak Białówna, już z dyplomem doktora wszech nauk lekarskich, uzyskanym w 1927 roku, wie, co chce dalej robić. Decyduje się zamieszkać w Białymstoku.

– Nie skorzystała z propozycji pracy na uczelni – podkreślają Mieczysław Sopek i Magdalena Szkudlarek, doktorzy nauk medycznych związani z Uniwersytetem Medycznym w Białymstoku, którzy przypominali Irenę Białównę w Medyku Białostockim z kwietnia 2012.Lekarka mogła zostać w stolicy, wybrała jednak pracę w prowincjonalnym mieście. I pozostała mu wierna do końca życia.

Dwie odważne kobiety

  Jest rok 1927, Białówna ma lat 27. I powoli, mozolnie, wręcz od podstaw zaczyna swoją pracę lekarza w mieście. Pracuje w szkołach podstawowych. W tzw. stacjach opieki nad niemowlętami. Jako wolontariuszka w szpitalu miejskim im. św. Rocha. Jako organizatorka letnich kolonii dla dzieci z rodzin biednych i patologicznych. Sprawdza, w jakich warunkach żyją, stara się pomóc. Największą biedotę leczy za darmo, dając jeszcze pieniądze na wykupienie leków.

  Na 9 miesięcy przed wybuchem II wojny światowej zaczyna pracować jako lekarz pediatra w Ubezpieczalni Społecznej w Białymstoku. Zawsze we właściwym miejscu, zawsze na posterunku. Właściwie to nigdy z niego nie zeszła.

Kampania wrześniowa: to pod jej opieką w Białymstoku i okolicach funkcjonują punkty opatrunkowe PCK dla rannych mieszkańców i żołnierzy.

Wkroczenie Sowietów i ich „porządki” w mieście: Białówna prowadzi oddział dziecięcy w szpitalu przy ul. Fabrycznej.

  AKCJA „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Białystok zajmują Niemcy i tworzą getto: Białówna wraz z innymi lekarzami ewakuuje chore dzieci na ul. Warszawską – szpital przy Fabrycznej znalazł się na terenie getta.

Okupacja niemiecka: Białówna wraz dr Anną Ellert starają się jak mogą, by zapewnić opiekę i leczenie wszystkim dzieciom, które tam trafią: polskim, żydowskim, i dzieciom obywateli ZSRR, które zgubiły się podczas wojennej zawieruchy.

  Obie kobiety wykazują się wielką odwagą: przy szpitalu nielegalnie tworzą zakład opiekuńczy dla maluchów, w którym ukrywają dzieci żydowskie. Dla dzieci powyżej trzech lat tworzą drugi, przy Sitarskiej. Jak dają radę? Nie wiadomo.

Pomaga wszędzie

  Ale Białównej to nie wystarcza. Angażuje się w konspirację, współpracuje z AK. Przyjmuje pseudonim „Bronka”. Tu też korzystają z jej zdolności przywódczych – jest szefową Wojskowej Służby Kobiet w Sztabie Obwodu AK w Białymstoku.

  Niestety, gestapo wpada na trop siatki w marcu 1942 roku. Jak szacuje Eugeniusz Bernacki w „Białostocczyźnie” z 1994 roku – aresztowano wówczas kilkadziesiąt osób, z których rozstrzelano około 60 osób. Białówna znalazła się wśród nielicznych, którym udało przeżyć. Siedzi pięć miesięcy w piwnicach białostockiego gestapo, potem trafia do miejscowego więzienia.

  I tu też działa. Razem z innymi osadzonymi lekarzami leczy, na ile może, chorych współwięźniów. Nie wiadomo, jak to robi – bez środków, w kiepskich warunkach – ale opanuje epidemię duru plamistego. Sama będąc chorą.

Najgorsze jednak przed nią – lekarkę wywożą do obozu koncentracyjnego. Najpierw Brzezinka. Potem Ravensbrück, Gross Rosen i Neunbrandenburg.

  Nie załamuje się, pomaga współwięźniom, szczególnie matkom z małymi dziećmi. I znów działa. To m.in. dzięki jej staraniom w Birkenau wydzielony zostaje barak szpitalny dla chorych dzieci, które dostają dodatkowe porcje żywnościowe.

  Hart i dobroć

W publikacji „Lekarze – więźniowie w Auschwitz-Birkenau” Zdzisław Ryn wylicza kilkanaście lekarek więźniarek, które „w historii lecznictwa polskiego zapisały się złotymi zgłoskami”. Wśród nich – Irenę Białównę.

– Wszystkie z narażaniem życia zmieniały dokumentację lekarską, fałszowały rozpoznania, zmieniały daty przybycia do obozu i na rewir, przenosiły lżej chore z bloku na blok, by w ten sposób zamaskować długi pobyt w szpitalu, a wszystko po to, by chronić więźniarki przed selekcją. Wykazywały przy tym odwagę i pomysłowość – pisze Ryn.

  A o białostockiej lekarce dopowiada jeszcze: – Irenie Białównie udało się wyreklamować od selekcji wiele więźniarek, wśród nich Żydówkę, dentystkę o nazwisku Mazo. Bez reszty poświęciła się chorym, szczególnie dzieciom, wykazała niezwykły hart, niezłomny charakter, imponującą postawę, odwagę, zaradność, dobroć. W ratowaniu chorych uciekała się do najwymyślniejszych wybiegów.

  Białównie wyleczenie i życie zawdzięcza m.in. Tamara Faszczewska z podlaskich Folwarków Tylwickich, która do obozu w Birkenau trafiła wraz z matką Olgą Repnik i siostrą Lidką. O ich przeżyciach córka pani Tamary Irena Rożko opowiedziała dziennikarce „Przeglądu Prawosławnego”.

  „Praca ponad siły, niedożywienie, chłód zrobiły swoje. Tamara zachorowała. Wysoka gorączka, dreszcze. – Tyfus – Irena Białówna, znana białostocka lekarka pediatra, więźniarka, która pracowała w obozowym szpitalu, nie miała wątpliwości. A to oznaczało śmierć. Chorych na tyfus Niemcy od razu kierowali do komór. Białówna wystawiła błędną diagnozę – ocaliła Tamarę. Ta wciąż zamartwiała się o swoje dzieci. (…) [Po wojnie] Olga Repnik po raz kolejny brała się z życiem za bary. Wystarała się o pomoc z UNRR-y, uzyskała prawo do opuszczonego domu, podjęła pracę w gminie w Zabłudowie. Nie było sprawy, której nie potrafiłaby załatwić. Często odwiedzała doktor Białówną w Białymstoku – obozowa przyjaźń wytrzymała próbę czasu” – pisała Ałła Matreńczyk.

  Doktor Irena zakasuje rękawy

  Białówna obozowy koszmar przeżyje, dotrwa do wyzwolenia ostatniego obozu przez aliantów. Zaraz potem trafia do Szwecji, gdzie wycieńczone więźniarki poddawano kuracji i pomagano dojść do siebie. Po kilku miesiącach decyduje, że wraca do domu. Był wrzesień 1945 roku. A Białówna już 15 października przystępuje do pracy – jako pediatra w Ubezpieczalni Społecznej.

  Białystok podnosi się z ruin, wszystko zaczyna od nowa. Od nowa trzeba było organizować też opiekę medyczną i szpitalnictwo. Doktor Irena, nie zważając na własne zdrowie, zakasuje rękawy i zajmuje się innymi. Łatwo nie jest. Jak zbudować system opieki medycznej, skoro nie ma nic, medycyna białostocka w szczątkowej postaci, problem ze środkami, lekami i przede wszystkim lekarzami?

Eugeniusz Bernacki przypomina: – Aż do lat 50. w Białymstoku było tylko trzech pediatrów, zaś choroby wieku dziecięcego były podówczas znacznie groźniejsze niż dziś.

Dopiero w 1950 roku, gdy powstaje Akademia Medyczna, do Białegostoku przyjedzie wielu lekarzy z Wilna i innych części Polski.

  Nim do tego dojdzie, Białówna leczy setki dzieci, w szpitalu, i prowadząc prywatną praktykę. Dzieci z ubogich rodzin – znów, jak przed wojną, leczy za darmo, znów nieraz oddając swoje pieniądze na wykupienie lekarstw.

Już w kwietniu 1946 roku zostaje powołana na dyrektora w Centralnej Wojewódzkiej Poradni Matki i Dziecka oraz Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej nad Matką, Dzieckiem i Młodzieżą. Funkcję tę sprawuje przez prawie 30 lat.

  Robi specjalizację z pediatrii II stopnia i w zakresie ochrony zdrowia. Zostaje ordynatorem oddziału dziecięcego Wojewódzkiego Szpitala im. Śniadeckiego. Organizuje Państwowy Dom dla Małych Dzieci, oddziały noworodków i pediatryczne w szpitalach. Tworzy (i mu prezesuje) oddział Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego i działa w międzynarodowym; działa też w rozmaitych radach naukowych przy różnych instytucjach.

W międzyczasie (1957-61) zostaje posłem na Sejm. I nieustannie szkoli innych.

  Dar ze Szwecji

Tak mocno angażuje się w edukowanie, że w końcu tworzy do takich działań konkretne miejsce. To Ośrodek Szkoleniowy Społecznej Pediatrii i Położnictwa – dla lekarzy i pielęgniarek. Zwany nieprzypadkowo „domkiem szwedzkim”. Kontakty z czasu pobytu w Szwecji procentują – domek był darem szwedzkiego towarzystwa Radda Barnen, współdziałającego z UNICEF-em. Kosztował podobno co najmniej 100 tys. dolarów. Drewniany budynek, w typie długiego baraku przyjechał w częściach, wraz z wyposażeniem ze Szwecji i tu został zmontowany przez monterów, którzy wraz z darem przybyli do Białegostoku.

W 1959 roku domek stanął przy ul. Wołodyjowskiego, i jak na owe czasy był nowoczesny i innowacyjny. Poza salami szkoleniowymi znalazła się tam biblioteka, kuchnia i 36 miejsc noclegowych. Niestety, budynek niedawno został rozebrany.

Szkolenia sprzed ponad pół wieku i doktor Białównę dobrze zapamiętała dr Franceska Michalska, lekarz pediatra I I II stopnia, ordynatorka oddziału dziecięcego szpitala w Siemiatyczach.

– W latach 1957-61 dr Białówna była posłem na Sejm i w Białymstoku po wojnie bardzo dużo zdziałała. Siemiatycze oraz ja dużo jej zawdzięczany. Trudno było coś przeprowadzić z miejscową władzą, gdyby nie poparcie dr Białówny z Białegostoku. Nigdy nie odmawiała przyjmowania dzieci chorych do szpitala do Białegostoku. Uczestniczyliśmy jako pediatrzy w szkoleniach w Białymstoku, w tzw. domku szwedzkim. Były tam dobre warunki, pokoje jednoosobowe, stołówka.

  Szkolenia trwały dwa dni w miesiącu. Przypadki, które były nie do rozwiązania w Siemiatyczach, tam były rozwiązywane. Człowiek dużo się uczył, ale też i zbierał pochwały za zmniejszanie śmiertelności wśród noworodków w Siemiatyczach. Jeśli się zdarzało, że brakowało personelu w Siemiatyczach, to dr Białówna przysyłała z Wojewódzkiego Ośrodka Zdrowia lekarza do Siemiatycz na trzy miesiące. Podobnie było, gdy jeździłam robić specjalizację do Warszawy. Na zastępstwo byli przysyłani lekarze z Białegostoku – opowiadała dr Michalska Marcinowi Kornilukowi z tygodnika „Głos Siemiatycz”, przypominając, że dziadek dr Białówny jest pochowany na cmentarzu właśnie w Siemiatyczach.

Kwiaty samolotem

  O tym, jak bardzo ceniono dr Irenę, nie tylko w Białymstoku, ale i za granicą, z którą utrzymywała zawodowe kontakty, jedenaście lat temu wspominał w Biuletynie, piśmie Okręgowej Izby Lekarskiej, jego redaktor naczelny – prof. Jan Stasiewicz:

– Pamiętam Panią Doktor, zaprzyjaźnioną z moimi Rodzicami, gdy badała mnie z powodu przeciągającej się infekcji. Była niezwykle serdeczna i pełna ciepła, ale równocześnie konkretna i stanowcza. Pamiętam też pewne wydarzenie z lat 60., drobne, jednak wiele mówiące. Dr Białówna leżała jako pacjentka w Klinice Neurologii. Otrzymała wówczas drogą lotniczą od przyjaciół ze Szwecji ogromny bukiet ponad 100 goździków, wielkich, pachnących, o wspaniałych barwach; w czasach szarego PRL-u wzbudziły one w szpitalu zrozumiałą sensację. Dr Białówna obdarowała kwiatami lekarzy i pielęgniarki – wspomina prof. Stasiewicz, którego ojciec, Witold Stasiewicz po przyjeździe z Lidy do Białegostoku po wojnie również wraz z innymi lekarzami zaczął odbudowywać szpitale, przychodnie i poradnie w całym województwie.

Tak więc…

Pani Doktor, Doktor Irena, Doktor Białówna, „Bronka”…

   Niezwykła postać, łącząca medyczny profesjonalizm ze społecznikowskim zapałem. Nawet już po odejściu na emeryturę, w 1972 roku, jeszcze przez trzy lata pracowała w niepełnym wymiarze godzin w Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej. Zmarła w 1982 roku. Jest pochowana w grobowcu na cmentarzu farnym w Białymstoku.

   Została po niej ulica w centrum miasta, wdzięczna pamięć, tych, którzy mieli okazję z nią się zetknąć, dziesiątki wyszkolonych medyków, setki, a raczej tysiące uratowanych dzieci.

  Śpiewa o niej nawet białostocki raper – Michał „Cira” Ciruk, na „Pocztówkach z miasta B.” przypominających zasłużonych białostoczan.

18 lat temu, w plebiscycie – „Białostoczanin XX wieku” głosami mieszkańców Doktor Białówna znalazła się na czwartym miejscu – po Ludwiku Zamenhofie, dyrygencie i kompozytorze Jerzym Maksymiuku, prof. Marianie Szamatowiczu, polskim prekursorze metody in vitro.

Monika Żmijewska

Wiesław Wróbel " Irena Biała (Białówna) pochodziła z rodu osiadłego w Białymstoku od kilku pokoleń, jej dziadek też był lekarzem i właścicielem domu przy ul. św. Roch 2, który potem odziedziczyła Irena. Tak więc warto by było poprawić artykuł, bo jej przyjazd do Białegostoku nie był kwestią przypadku czy wyboru czysto praktycznego. Notabene jej dziadkowie - Kobylińscy, i rodzice Biali, są pochowani na Farnym obok Ireny, warto przyjrzeć się temu nagrobkowi. Na postumencie za wysoką trawą są odnotowani jej rodzice- inż. Józef i matka Janina Kazimiera. "

Z zeszytu wspomnień ucznia, SP 11 z lat 60 -(3)

    Do pierwszej klasy pomaszerowałem, nie umiejąc ani czytać, ani pisać. Na plecach niosłem ekologiczny tornister z tektury, Do kompletu miałem worek z materiału na zmienne obuwie niekoniecznie specjalnie sportowe. W środku tornistra znalazł się drewniany piórnik z przesuwaną klapką, gumka „myszka” , zeszyty w kratkę i w trzy linie z obowiązkową bibułą, "Elementarz" Mariana Falskiego, książka do matematyki i blok rysunkowy.

  Do szkoły podstawowej chodziliśmy ubrani niemal identycznie. Chłopcy nosili granatowe fartuszki albo bluzy z obowiązkowym białym kołnierzykiem przyszywanym albo przypinanym na guziki. Dziewczęta miały wersję bardziej „artystyczną” – fartuszki niebieskie lub granatowe z białymi kołnierzyki , dzierganymi czasami na drutach z jakiejś białej włóczki. Najładniejsze kołnierzyki miała Joanna Kulenko, ale wcale jej nie zazdrościłem. Serio. Ani trochę.

  Fartuszek, w zależności od pory roku, zakładany był na ubranie – czasem po to, żeby coś zakryć, a czasem, żeby coś uratować. Noszenie go miało oczywiście wiele wad, których ja akurat nie zauważałem, ale miało też jedną wielką zaletę, wszystkie dzieci wyglądały tak samo. A w czasach, gdy nie każdy mógł pozwolić sobie na codzienne drugie śniadanie, fartuszki skutecznie ukrywały różnice. I nikt nie musiał się czuć gorszy.

  Na rękawie fartuszka obowiązkowo musiała być przyszyta – lub przypięta agrafką – tarcza szkolna. Jej zadaniem była identyfikacja ucznia, czyli po prostu informowanie, z której szkoły pochodzi dany delikwent. Problem w tym, że tarcza czasem przeszkadzała – zwłaszcza starszym uczniom, którzy po lekcjach chcieli choć na chwilę poczuć się jak dorośli. A to zapalić papierosa gdzieś za cmentarzem, a to zaszyć się w sadku i zaintonować piosenkę zdecydowanie nieprzeznaczoną dla chóru szkolnego. Taką, którą znało każde dziecko tamtych lat, typu: „Za stodołą, w starym pudle…” albo „Słońce świeci, droga równa, Antek wiezie beczkę…”

  Tarcza na rękawie, niestety, czasem nas zdradzała. Wystarczyło, że w pobliżu przechodziła jakaś czujna starsza obywatelka, która nie znosiła ani dymu papierosowego, ani artystycznego podejścia do muzycznego repertuaru. Taka osoba czuła się w obowiązku poinformować o wszystkim grono pedagogiczne, najlepiej z dramatyczną intonacją: „Pani, co te dzieci teraz wyczyniają, i co to z nich wyrośnie” Nauczyciele – jak to nauczyciele – i tak wiedzieli, kto „próbuje podpalać” i ma smykałkę do śpiewania piosenek, których pani od muzyki wolałaby nie słyszeć .Dlatego identyfikacja gamoni nie stanowiła większego problemu. 

  Ale formalności musiały być przeprowadzone, bo wiadomo przecież, że porządek w szkole to rzecz święta.

W szkole, jak to w szkole bywało różnie. Do aniołków przecież nie należeliśmy chyba , że z piekła rodem. Nauczyciele dziękowali nam za entuzjazm z równym zapałem, z jakim my im przeszkadzaliśmy w pracy, raz piórnikiem, raz dziennikiem, innym razem klasycznym kręciołkiem za ucho, czy nylonową siatką przez łeb, jak to miała w zwyczaju czynić Pani Borkowska, jako że w owym czasie metod wychowawczych nikt nie certyfikował. Ale co się działo w szkole, zostawało w szkole. Donoszenie do rodziców za nagrody wypłacane przez nauczycieli? Nigdy w życiu! Nie dlatego, żeśmy tacy byli lojalni, po prostu nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał otrzymać „nagrody specjalnej” od ojca za powtórzenie wyczynu, który już raz został „doceniony” przez nauczyciela. System był prosty i jasny, co w szkole przeżyjesz, w domu nie ujawniaj. A mimo to… z tamtych czasów pamiętam więcej śmiechu niż łez.

  Naukę pisania i czytania rozpocząłem w szkole, siedząc w niewygodnej, zielonej, dwuosobowej ławce z otworem na kałamarz i wgłębieniem na przybory do pisania. Pod pulpitem znajdowały się półki na zeszyty i książki. Blaty ławki zdobiły przeważnie wyryte scyzorykiem lub niezdarnie cyrklem "złote myśli" uczniów typu "Roman to osioł", po romantyczne wyznania w stylu "Kocham Teresę W. ". Zdarzały się również napisy, których treści nie sposób dziś przytoczyć. W tych właśnie ławkach, zgarbieni, zmęczeni, ale zawsze z humorem, spędzaliśmy szkolne dni, ucząc się życia, liter i... wytrwałości.

  Pisanie w pierwszej klasie zaczynałem od ołówka bazgrząc hieroglify typu Ala ma kota, które wyglądały jakby kot miał wypadek, a Ala złamaną rękę. Po jakimś czasie pani pozwoliła pisać stalówką maczaną w kałamarzu. Aż w końcu przyszedł czas na pisanie piórem z gumką, którą trzeba było wciągać atrament. Efektem były plamy, kleksy w zeszytach, poplamione ręce, bluzy, spodnie i wszystko dookoła. Granatowy fartuszek bardzo dobrze zgrywał się kolorystycznie z niebieskim atramentem – można powiedzieć pełna harmonia.

  O ile mnie pamięć nie myli, w trzeciej klasie szkoły podstawowej obowiązkowa była prenumerata dziecięcego tygodnika „Świerszczyk” zawsze z barwną ilustracją na okładce, która aż prosiła się, żeby ją długo oglądać, zanim w ogóle zacznie się czytać. Dzieci, których nie było stać na opłacenie prenumeraty, otrzymywały czasopismo za darmo. Pamiętam ten szczególny moment, gdy w klasie rozchodził się zapach świeżej farby drukarskiej. To była nasza mała uroczystość - rozdawanie „Świerszczyków”. 

  Barwne ilustracje, opowiadania i wiersze nie tylko zachęcały do nauki czytania, ale też rozpalały wyobraźnię. Do dziś pamiętam wiersz o jeżu, który bał się igieł i opowiadanie o myszy, która została bibliotekarką.

Po "Świerszczyku" przyszła kolej na obowiązkową prenumeratę "Płomyczka", który chcąc nie chcąc, towarzyszył mi w starszych klasach podstawówki. Czytałem z niego pod przymusem różne opowiadania na lekcjach języka polskiego, a potem ku mojej rozpaczy również w domu, bo pani miała wyjątkowy talent do zadawania najdłuższych tekstów. Prawdę mówiąc „ Świerszczyk” bardziej mi odpowiadał i jakoś tak zostało do dzisiaj. Mnie bardziej ciągnęło na podwórko, gdzie czekali koledzy i żaden "Płomyczek" nie był w stanie tego przebić.

  Szkoła w latach 60, to nie tylko kreda, tablica i wieczne pytanie proszę pani a mogę iść do ubikacji? ale też cała magia podwórka i kuchnia mojej mamy. Po lekcjach pędziłem prosto do domu, ale nie po to, żeby odrabiać lekcje – oj nie! Najpierw trzeba było załadować akumulatory. A nic tak nie ładowało jak pajda chleba zmoczona pod kranem, zasypana górą cukru i dla bogatszej wersji zwieńczona łyżką śmietany.

  Po takim dopalaczu biegałem po podwórku aż do wieczora, a do domu zaganiał mnie jedynie matczyny głos z okna: „Do domu natychmiast, bo jak przyjdę po ciebie, to ci z dupy nogi powyrywam!” Po takim ostrzeżeniu ze spuszczoną głową i pokorą szedłem w stronę furtki. W drzwiach czekały mnie tortury higieniczne tj. natychmiastowe mycie w balii ze szpuntem szarym mydłem Biały Jeleń , które było również używane do prania , bez zbędnych dyskusji, bo ponoć wyglądam jak diabeł.

  Chleb ze smalcem i cebulą to była nasza odpowiedź na przyszłe durnowate fast foody. A ciasteczka pieczone przez mamę ze skwarkami, to była moja najlepsza waluta wymienna na przerwach. Wymieniałem je na gryza kanaki, lub łyka oranżady, w trzeciej klasie zdarzało się nawet na dwa lub trzy sztachy od starszych kolegów. Nie brałem zupełnie do głowy, że kolega oblizywał kanapkę z dwóch stron. Wirusy? Bakterie? Kto by o tym wtedy słyszał. Żyłem jadłem z glutenem za to bez alergii, i o dziwo przeżyłem.


Eugeniusz Muszyc

Z zeszytu wspomnień ucznia, SP11 z lat 60 -(2)

    Kiedy wybierałem się do pierwszej klasy Szkoły Podstawowej nr. 11, Jurij Gagarin został pierwszym człowiekiem, który poleciał w kosmos. Ludzie żartowali wówczas w gronie dobrych znajomych czy aby na pewno wszystkie ruskie już w ten kosmos polecieli? Nic z tego nie kumałem. Całe to wydarzenie tak naprawdę mało mnie interesowało. Wówczas miałem na głowie sprawy o wiele ważniejsze, biorąc pod uwagę na rozliczne atrakcje, jakie moja ulica Bema codziennie mi oferowała. 

  U Tadeusza Miłaszewicza, mojego kolegi z podwórka, który mieszkał na rogu Bema i Szosy Południowej, naprzeciwko budki z piwem, rosły wielkie jak Pałac Kultury, kosmiczne morwy białe i granatowe. Kiedy Gagarin poleciał w kosmos, my wspinaliśmy się na morwy i wtedy wydawało się nam , że jesteśmy bliżej nieba niż sam Gagarin. Łażenie po tych morwach było znacznie większą atrakcją niż jakiś durnowaty lot w kosmos. U Tadeusza na podwórku zbierała się cała ferajna chłopaków ze Szkoły, którzy przybywali z fajerkami ukradkiem zabranymi z pieca, z rogatką w kieszeni, scyzorykiem do grania w noża, banerką do strzelania z karbidu, a co starsi z papierosem "Sport" podprowadzonym ojcu z szuflady, żeby zapalić po męsku i udawać dorosłych, choć mleko jeszcze spod nosa kapało. Czyż jakiś lot w kosmos mógł być ważniejszy od naszych „męskich” spraw? I czy naprawdę warto było iść do szkoły, skoro najlepszą nauczycielką była ulica Bema?

  Na ulicy Garbarskiej, tuż obok naszej Szkoły znajdowała niezwykła piekarnia, która umiała wyczarować zapachy, przechodzące przez nasze grube, szkolne mury! Kierowani instynktem równie silnym jak odruch Pawłowa, pędziliśmy podczas dużej przerwy pod okna piekarni, która znajdowała się tuż przy szkole . Stając na palcach, częstowaliśmy się przez kraty kajzerkami i drożdżówkami leżącymi kusząco na wózku piekarniczym. Przeprowadzaliśmy w ten sposób degustację i pełną ocenę organoleptyczną, bo jak wiadomo – bułka bułce nierówna. Zdarzało się, choć rzadko, że piekarz niezbyt dumny ze swojego wypieku, z gracją obsypywał nas mąką – niczym śniegiem zostawiając biały ślad na uczniowskich fartuszkach i jeszcze bielsze wspomnienia.

  Mąka, jak to mąka – do pieczenia idealna, ale z fartuszka schodziła opornie . Więc gdy wracaliśmy do klasy, pani od razu bezbłędnie rozpoznawała degustatorów po kwaśnych minach i śladach na fartuszku. Bez zbędnych pytań, z zawodową precyzją wymierzała karę porządkową za zakłócanie pracy mistrzów piekarnictwa. Jej pokaźna dłoń lądowała na naszych małych uszach, które do końca lekcji mieniły się kolorami jesieni.

  Do dziś dorośli uczniowie ze Szkoły Podstawowej Nr. 11 , kiedy przechodzą obok tamtego magicznego miejsca, zatrzymują się, wciągają powietrze nosem uśmiechając się jak dzieci. Bo magia prawdziwej piekarni nigdy się nie kończy!

W tamtych szarych, ale jakże kolorowych czasach początku lat 60, największą sensacją w naszej szkole był przyjazd pana z projektorem na kółkach do wyświetlania filmów, który warczał jak Junak na postoju. Na jednej ze ścian rozwieszano spory kawał białego prześcieradła, wokół którego w kucki zasiadali „widzowie” chłopcy w połatanych portkach i swetrach z gryzącej wełny, a dziewczynki w fartuszkach z białymi kołnierzykami. 

  Gdy światło gasło, a projektor zaskrzeczał, siedzieliśmy cicho jak myszy pod miotłą. Podczas projekcji taśma co jakiś czas się zacinała i urywała jednak nikt nie gwizdał, nie buczał a w miarę grzecznie czekał, aż machina znowu ruszy. A kiedy wyświetlany był „Szatan z siódmej klasy” o błyskotliwym uczniu, co rozwiązywał tajemnice starego dworku, wszyscy zamienialiśmy się w małych detektywów. Ten dzień, kiedy wyświetlano filmy w naszej szkole, był dla nas jak Boże Narodzenie, tylko bez pomarańczy.

  W tamtych czasach dzieci miały jedno: czas. A z czasem przychodziła wyobraźnia, dlatego kiedy znudziły się nam szkolne ławki wystarczyło przebiec ulicą Chełmską i już mogliśmy obcować z historią na żydowskim cmentarzu wśród powalonych kamieni nagrobnych. Wyobraźnia dziecięca splatająca się z krążącymi opowieściami dorosłych sprawiała, że cmentarz żydowski, to było miejsce z duszą, a nawet z wieloma duszami, ale my się nie baliśmy, spoglądaliśmy na Macewy wystające z ziemi , biegaliśmy wśród nich, urządzając wyścigi, walki na patyki i rekonstrukcje wielkich bitew. 

  Czasem przysięgaliśmy, że słyszeliśmy głosy, szepty, jęki, może nawet modlitwy. Ale nie przeszkadzało nam to, a wręcz przeciwnie uatrakcyjniało nasze zabawy. Dla nas to nie był cmentarz, to była strefa przygody. Nikt nam tego nie zabraniał. W tamtych czasach dzieci były trochę jak koty włóczyły się, gdzie chciały, i tylko od czasu do czasu ktoś starł się nas przegonić , bardziej z przyzwyczajenia niż z troski. Dziś już wiem, że nie wszystko, co robiliśmy, było może do końca właściwe. Ale wtedy to był nasz świat. I choć na miejscu cmentarza stanęła hala targowa , to nadal gdzieś tam krąży duch naszej dziecięcej wyobraźni.

  Jak przez mgłę pamiętam, że kiedy byłem w pierwszej klasie, dorośli zaczęli panikować, że Ruscy z Ameryką się zaraz pobiją. No i co z tego? Nic z tego nie rozumiałem. O co im niby poszło? O jakieś rakiety, wyspę, Kuby... albo może o Murzynka Bambo co podobnie jak ja nie chciał chodzić do szkoły? Pojęcia nie miałem, gdzie ta cała Kuba jest. Czy to gdzieś blisko Białegostoku, czy może trochę dalej. Z tamtych dni pamiętam tylko, że wszyscy dorośli nagle zaczęli mówić szeptem, jakby się bali, że Amerykanie podsłuchują przez ściany. 

  Sąsiedzi coś kombinowali przy garażu, mama z ciocią szeptały o czymś tajemniczym w kuchni, a ja udawałem, że szukam kapcia, żeby móc podsłuchać choć kawałek tej wielkiej tajemnicy. Najbardziej zapamiętałem to, że z mamą staliśmy w długich kolejkach po cukier i sól — bo ponoć, jak wojna wybuchnie, to chociaż będzie czym posolić mięso, ziemniaki i osłodzić herbatę. Brzmi śmiesznie, ale wtedy wszyscy robili zapasy, jakby jutro miał się zacząć koniec świata. Ale tak szczerze? W głębi duszy byłem nawet trochę zadowolony. Bo jeśli rzeczywiście będzie wojna, to może zamkną szkoły. I wtedy nie trzeba będzie uczyć się tej durnej tabliczki mnożenia. No, ale nic z tego nie wyszło. Tyle emocji, a wojny nie było. Rakiety nie poleciały. Kuba nadal była wyspą gdzieś za oceanem, Murzynek Bambo siedział spokojnie w wierszu, a ja... znowu musiałem pisać w zeszycie, że Ala ma kota, a Tola psa.

  Po zakończeniu roku szkolnego, lub na jego początku, uczniowie naszej szkoły, którzy otrzymali promocję do następnej klasy, kupowali na szkolnej giełdzie od starszych uczniów podręczniki do dalszej edukacji, ci zaś którzy nie otrzymali promocji do następnej klasy nie ponosili dodatkowych wydatków ponieważ korzystali z tych samych podręczników. W owych czasach pewnie nie było tylu mądrych profesorów, którzy by tak jak dzisiaj, zmieniali podręczniki, niczym kelner talerzyki na weselu. Z tego samego podręcznika dzieci mogły korzystać przez wiele lat, tym bardziej, że nowych książek była ograniczona ilość i nie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Młodsze rodzeństwo korzystało z tych samych podręczników co starsze dzieci, a zdarzało się, że i z tych samych zeszytów. 

  Nowe podręczniki trafiały zazwyczaj do najlepszych uczniów tych z pierwszych ławek, błyszczących wzorowym zachowaniem i ocenami. Reszta z nas, czyli ci z „nieco innym podejściem do nauki”, musiała zadowolić się wersjami z drugiej (albo i trzeciej) ręki. Ale te książki miały swój niezaprzeczalny urok – pełne były dopisków, komentarzy, zagadkowych skrótów i artystycznych ilustracji wykonanych przez poprzednich właścicieli. Czasem były to ilustracje bardziej pasjonujące niż sama treść – niektóre rysunki w podręczniku do biologii mogłyby służyć pewnie za pomoce naukowe.

  Nauczyciele nie zawsze byli tak wyrozumiali, jak byśmy sobie tego życzyli. Czasem z „czystej złośliwości” zostawiali kogoś na drugi rok w tej samej klasie, żeby – jak to mówili – jeszcze trochę się poduczył. Inni, w uznaniu "wybitnych osiągnięć naukowych", hojnie przyznawali tzw. poprawki, które należało odrobić w wakacje. A więc, gdy rówieśnicy biegali po podwórku, poprawkowicze siedzieli z nosem w podręczniku – wszystko po to, by otrzymać promocję do następnej klasy.

  Pamiętam, że gdzieś w czwartej albo piątej klasie zostaliśmy oddelegowani do pracy w czynie społecznym na budowie nowego osiedla przy ulicy Wesołej. Naszym głównym zadaniem było przekładanie cegieł z jednego kąta w drugi kąt. Nikt do dziś nie wie, czy to miało sens, ale wyglądało poważnie, a my czuliśmy się jak mali murarze. Jedynym prawdziwym sukcesem tej akcji było to, że wracaliśmy do szkoły ubłoceni, spoceni i dumni... że się skończyło.

  

Eugeniusz Muszyc

Z zeszytu wspomnień ucznia, SP 11 z lat 60

    Najlepszą szkołą na świecie – bez dwóch zdań – była w latach 60. ubiegłego wieku Szkoła Podstawowa nr 11 przy ulicy Mazowieckiej 35. To nie była zwykła placówka edukacyjna – to było miejsce, gdzie rodziły się legendy, a dzieciństwo nabierało kolorów. Nauczyciele? Wspaniali! A niektórzy wręcz niezapomniani. Potrafili być surowi, ale i serdeczni – wszystko zależało od pogody ducha albo pogody za oknem). Nasze poczucie humoru bywało niekiedy trudne do pogodzenia z humorem grona pedagogicznego, ale właśnie w tych różnicach kryła się cała magia. Śmialiśmy się po cichu, oni karcili głośno – życie toczyło się według własnych, niepisanych reguł.

  Niektóre nauczycielki zdawały się faworyzować chłopaków, rozdając nagrody za aktywność na lekcji tylko im – z niewiadomych przyczyn pomijając dziewczęta. A trzeba przyznać, że te „nagrody” miały różnorakie formy. Pani Borkowska, kobieta o duszy artystki i temperamentnej naturze, miała w zwyczaju doceniać zasługi nylonową siatką własnej roboty – zamaszystym gestem przez plecy albo w sam środek łepetyny. 

  Inni pedagodzy wyrażali wdzięczność linijką, ciężkim drewnianym cyrklem lub piórnikiem – zawsze z pełnym przekonaniem o słuszności swoich metod.

Siedzenie w oślej ławce, czy też klęczenie na woreczkach z grochem, które w zamyśle miało być karą, dla wielu z nas stawało się powodem do dumy. To był znak, że się wyróżniasz – niekoniecznie wiedzą, ale charakterem! A szacunek kolegów z klasy? Bez porównania większy niż za piątkę z przyrody.

  Takie to były czasy – surowe, ale nasze. I choć dziś niektóre metody wychowawcze budziłyby grozę w oczach kuratorów, my wspominamy je z uśmiechem. Bo tamta szkoła – Szkoła nr 11 przy Mazowieckiej – była jak drugi dom. Tylko z trochę twardszymi zasadami. Moja ukochana Szkoła Podstawowa nr 11 pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Naukę w niej rozpocząłem przepisowo, w wieku 7 lat, będąc absolutnym analfabetą, albowiem w przedszkolu czas spędzałem na zabawie. W tamtych czasach panie przedszkolanki nie psuły podopiecznym dzieciństwa, nie uczyły czytania i pisania, dlatego też literki zacząłem poznawać dopiero w szkole, z elementarza Falskiego. 

  Naukę czytania, pani wychowawczyni Wójtowicz, zwana przez dzieci Sową, próbowała realizować poprzez obowiązkową wśród uczniów prenumeratę Świerszczyka”, „Płomyczka”, czy „Płomyka”. Często i tak trafiały się jednostki odporne na taką wiedzę i część uczniów pozostawała na drugi rok w tej samej klasie.

  Z pierwszych lat podstawówki pamiętam niskie, ciemnozielone ławki z kałamarzem i wyżłobieniem na obsadki i ołówki. Zdarzało się, że przed klasówką jakaś niewidzialna ręka powkładała do kałamarza kredę, która skutecznie ratowała uczniów przed dodatkowym stresem. Pisanie kartkówki, to przecież nie to samo, co granie w piłkę lub skakanie po drzewach. Niektórzy uczniowie mieli problemy z tym, aby odpowiednio zanurzyć stalówkę w kałamarzu i pisać nie powodując kleksów. W razie kłopotów, z pomocą przychodziła bibuła, w którą zaopatrzony był każdy zeszyt. 

  Jak na uczniów przystało, mieliśmy w większości brązowe tornistry z tektury, a w nich drewniane piórniki z wysuwanymi wieczkami, którymi nauczyciele nieraz próbowali nas wychować na posłusznych i grzecznych uczniów. Zdarzało się, że w tornistrze obok podręczników pojawiały się liczydła, patyczki do liczenia, lub kolorowe woskowe kredki, albo kolorowe wycinanki. Taki tekturowy tornister w zasadzie wytrzymywał cały rok szkolny. 

  Nie wiem tylko dlaczego u dziewczynek wyglądał przeważnie jak nowy, za to chłopcy musieli już wiosną zatykać dziury na rogach, by ołówki nie uciekały na zewnątrz. Każdy uczeń wyglądał podobnie, choć ciemnogranatowy fartuszek z białym kołnierzykiem i tarczą sprawiał schludne wrażenie u niektórych uczniów tylko na początku zajęć szkolnych. Worek na kapcie, będący nieodłącznym atrybutem ucznia, znakomicie nadawał się do prowadzenia bitew między uczniami w drodze powrotnej do domu.  Początek i koniec lekcji ogłaszała pani woźna donośnym, ręcznym dzwonkiem.

  Szkolne realia tamtych lat nie należały do najłatwiejszych. Przepełnione klasy, skrzypiące ławki i żeliwne piece kaflowe – to była codzienność. Woźna przychodziła do szkoły bladym świtem, by rozpalić ogień i ogrzać sale lekcyjne, zanim pojawili się uczniowie. Zimą, kiedy temperatura spadała poniżej -25°C, szkołę zamykano na kilka tygodni – nie z powodu epidemii, ale... zwyczajnie z zimna. Dla dzieci to była prawdziwa radość!

Mimo mrozu, który szczypał w uszy i palce u nóg, dzieciarnia całymi dniami przebywała na podwórku. Sople zwisające spod nosa, przemarznięte rękawiczki i czerwone od chłodu policzki – nikomu to nie przeszkadzało. Zabawa była ważniejsza niż komfort.

  Prawdziwym fenomenem tamtych czasów była szkolna sławojka, stojąca samotnie na skraju podwórka. Choć warunki w niej były spartańskie – bez bieżącej wody, bez ogrzewania – zawsze panował tam porządek. Zapach chloru mieszał się z wonią dymu papierosowego, którym z lubością zaciągali się starsi koledzy. I choć przestrzeń ta nie wyglądała na bezpieczną, czuliśmy się tam dość swobodnie – jak na szkolne realia.

  Załatwianie potrzeb fizjologicznych było swoistą szkołą przetrwania. Dziś aż trudno uwierzyć, że żadne dziecko nie wpadło do środka ani się poważnie nie poturbowało. Oczywiście, nie brakowało żartownisiów – niejeden uczeń próbował “uatrakcyjnić” korzystanie z toalety kolegom. Zdarzało się więc, że któryś nauczyciel wymierzał szybką i skuteczną nauczkę – lekkie stuknięcie w głowę potrafiło skutecznie ostudzić zapał żartownisia.

  Nasze poczucie humoru różniło się od współczesnego – było bardziej surowe, mniej ugrzecznione. Dziś trudno sobie wyobrazić, by dzieci poradziły sobie w takich warunkach. Żaden współczesny rodzic nie puściłby swojej pociechy do szkoły, która bardziej przypominała obóz przetrwania niż placówkę edukacyjną. A jednak – my nie tylko daliśmy radę, ale i wspominamy tamte czasy z uśmiechem.


Eugeniusz Muszyc

Przedwojenna i powojenna Mazowiecka, to były Piaski

   No, może nie cała Mazowiecka, ale na pewno odcinek od ul. Wesołej po Sienny Rynek i Piękną, z przyległymi uliczkami. Oryginały rodziły się tu na kamieniu, wiele firm wspomina się do dziś, przetrwała pamięć o specyficznych zajęciach i zwyczajach.

    Na posiłki szło się do restauracji Cutra i do Staromiejskiej. Były tam i sale z wyszynkiem, raj dla spragnionych, ale nie moczymordów. Podpiwszych w rejonie rynku nie brakowało, potajemek także (przykładowy adres: róg Mazowieckiej i Sportowej, dawnej Malinowskiego . 

  Całkiem smacznie, tanio i ujutnie (przytulnie) można było zjeść także u pani Czołpińskiej na rogu Targowej, czyli przedwojennej Rabińskiej ("żywiło się tu pół Białegostoku"), lub "Pod kogutem" (flaczki i pyzy palce lizać). Istnieje teoria, że pijaków było wówczas dlatego mniej, bo zakąszali obficie wymokłego śledzika.

  Pora obiadowa nie przeszkadzała chłopakom w ulubionych grach, nade wszystko klipie i palancie. Jak zabrakło szmacianki, to i banierka (na ten przykład puszka po konserwie) mogła udawać piłkę. Budżet udawało się niekiedy podreperować przy odbijaniu monet od ściany, na szponki. Co grzeczniejsze dziewczątka grały w tym czasie w klasy, kukły cieszyły siusiumajtki. 

  Dniem wyjątkowym w kalendarzach mieszkających na Piaskach był oczywiście czwartek. Na Sienny Rynek ciągnęły od rana tabory ze wsi podbiałostockich i lud miejski. Konie ustawiono łbami do zamontowanych rur, a każdy z nich musiał mieć założony worek z obrokiem, by przeżuwał owies, a nie gryzł klientów. 

  Ci zaś wybierali, marudzili, przekomarzali się, bo taki obowiązywał styl. O targach i świętojańskim jarmarku pisano wiele, więc tylko dodam z lat powojennych postać pana, niegroźnego hazardzisty, z walizką raczków (cukierków!) i waluciarzy z "Kurym" na czele. Największe transakcje dolarowe ponoć zawierano w szalecie stojącym na środku rynku, bo tu było najbezpieczniej, choć woniało.

  Paniom z rejonu Mazowieckiej czas płynął na przyrządzaniu jadła (poznałem przepis na zupę dziadkowską, o paradoksie z szynką), doglądaniu kapusty kiszonej i ogórków, stojących w beczuszkach (antałkach) w piwniczce pod podłogą oraz wędlin zrobionych przez pana Czeszela, zawieszonych w miejscu suchym, ciemnawym, w miarę chłodnym i na tyle wysoko, by wolniej ich ubywało. Prania trwały i po trzy dni, w balejach (baliach), z tarami. 

  Magiel znajdował się blisko, bo przy Targowej, tam dokonywał się przegląd najnowszych wiadomości ze świata i zza ściany, czyli od sąsiadów. Piaski miały też własną gręplarnię i wytwórnię oranżady, młyn Magnuszewskich, sporo sklepów, warsztatów, golibrodów, dwie szkoły, w tym sławetną nr 11 i nieco zapomnianą, powojenną nr 6.

  To zajdźmy jeszcze na posesję Sienny Rynek 7. Tu królowali Lucyna i Henryk Zalescy, którzy wzorowo dbali o porządek. W kamienicy (po wojnie czynszowej) od frontu na parterze mieścił się komis i dwa mieszkania, a pozostałe "apartamenty" znajdowały się na piętrze i poddaszu. 

  Każde mieszkanie miało zlew żeliwny z wodą, a od 1955 r. już nie trzeba było biegać do wychodka. Do wyposażenia należały także: piece kaflowe - niektóre z dochówkami (nie mylić z duchówkami), płyty (kuchnie) - w części z okapami, balkony. 

  Był jeszcze dom drewniany, odgrodzony wysokim płotem od ul.Sportowej. Na wspólnym podwórzu leżał bruk, stały chlewiki i altana opleciona winoroślą, rosła dorodna jabłoń. Miło było popatrzeć, jak pod wieczór schodzili się tu sąsiedzi, by odzipnąć po trudach. Na fotelu pod jabłonką bujała się babcia Antonina. 

  Wyglądała z daleka jak duża lalka, w czepeczku z koronkami na głowie, w trzewiczkach zapinanych na guziki. Zawsze pogodna, roześmiana. Któregoś dnia wyjawiła pannie Krysi bardzo ważną tajemnicę: diatynka, ty teraz nie zrozumiesz, ale zapamiętaj słonko, że trzeba tak żyć, by móc na starość się uśmiechać.


 Adam Czesław Dobroński

Przedwojennych złodziejaszków interesowało wszystko

 

   Wszystko co można było tylko ukraść. Trafiały się im łupy warte zachodu, ale też i całkowicie dziwaczne. W 1925 roku ukradli koce i prześcieradła z ochronki przy ul. Legionowej.

  Zawsze powodzeniem złodziei, oczywiście tych drobniejszych, cieszyła się odzież, papierosy i żywność. Zwłaszcza w pierwszych latach powojennych, kiedy to na rynku był duży deficyt owych towarów. Oto na przykład latem 1922 roku kilku śmiałków w biały dzień dostało się do pokoju zajmowanego przez statecznego urzędnika kolei. Adres - Kraszewskiego 11. Wynieśli stamtąd bez przeszkód nowy surdut, dwa garnitury, a na dodatek kilka par niezdeptanych jeszcze butów. Zrobili to tak zręcznie, że sąsiedzi zza ściany niczego nie słyszeli.

  Cofnijmy się do roku 1919. Chanajkowskim spryciarzom znacznie bardziej opłacała się robótka, którą wykonali 8 maja o godzinie 4 nad ranem. Włamali się wówczas do składu kupca Jezierskiego przy ul. Nowy Świat i wytargali stamtąd cztery ogromne paki papierosów o wartości 40 tys. marek.

  Jeśli idzie o kradzieże żywności przykładem niech będzie historia Władysława Wasilewskiego (ul. Charkowska 1). Lipcowego dnia 1919 roku został on zatrzymany przez policjanta na ul. Żydowskiej z dużym workiem na plecach. W środku był ryż, który sprytny złodziejaszek podwędził na dworcu towarowym przy ul. Poleskiej.

  A teraz przegląd innych, dziwaczniejszych kradzieży. W 1923 roku okradziono koszary im. gen. Józefa Bema. Opryszki nie dostali się oczywiście do garnizonowej kasy, ale zadowolili się deskami i żelaznymi prętami z wojskowego ogrodzenia. Rok później prasa białostocka pisała o dużej partii herbaty, którą sprowadził do miasta kupiec Boksztajn, a która zniknęła z jego kantoru w tajemniczych okolicznościach. Może wyjaśnił to Iron Kaufman, stróż przy bocznicy żydowskiej na ul. Ciemnej, na której strychu policja odnalazła część złodziejskiego łupu.

  W 1925 roku pozbawieni zupełnie skrupułów złodzieje okradli ochronkę św. Wincentego a Paulo przy ul. Legionowej. Biedna dziatwa straciła koce i prześcieradła. Agenci policyjni trafili na trop sprawców, a ci mieli czego się wstydzić w sądzie.

  W czerwcu 1927 roku "Dziennik Białostocki" donosił o kolejnym radio-złodziejstwie. Rzeczywiście kradzieże aparatów radiowych przybrały w tym czasie niespotykane rozmiary. Tym razem swoją własność stracił Stanisław Chrzanowski z ul. Słonimskiej. Poza radiem jednak nic nie zginęło. Tym faktem zdziwieni byli nawet prowadzący śledztwo wywiadowcy z EUS.

  Na początku lat 30. buszował z kolei w Białymstoku iście zapiekły meloman. Kradł płyty gramofonowe. W maju 1932 roku p. Aron Szwarc, mieszkający przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego, stracił 30 melodyjnych krążków, które nie tak dawno sprowadził aż z Paryża. 

  Z kolei rok później miało miejsce włamanie do sklepu muzycznego, prowadzonego przez Macieja Rybickiego przy ul. Kilińskiego 12. Złodzieje wynieśli 240 płyt gramofonowych różnych firm, a do tego skrzypce i mandolinę.

  Latem białostockie gospodynie nagminnie zajmowały się smażeniem konfitur i przygotowywaniem weków na zimę. W 1935 roku złodziejaszki dokonali przemyślnie robótki w piwnicy Berka Korka. Ogołocili ją ze wszystkich słojów i słoików. O pomoc w tej kradzieży policja podejrzewała służącą Anastazję Stepaniuk.

  Koniec przedwojnia pod względem rozmaitości złodziejskich wyczynów na bruku białostockim był także bardzo ciekawy. Oto Aleksander Kuleszyński ze wsi Jurowce zgłosił na policji swoją stratę. Był nią ni mniej ni więcej tylko 66-kilogramowy wieprz, który zginął z furmanki jadącej na Sienny Rynek. Włościanin mógł dostać za niego grubo ponad 100 złotych. 

  Znacznie mniejszy uszczerbek poniósł w czerwcu 1939 roku Lejba Gelberg, pomieszkujący przy ul. Mickiewicza. Był on znanym w okolicy gołębiarzem. Jego rasowe ptaki fruwały wszędzie. Pewnego ranka w gołębniku zabrakło aż 17 sztuk szczególnie cennych erków. 25 złotych, na tyle wyceniono w policyjnym protokole wartość utraconych gołębi. Szukać sprawców tej kradzieży było daremne. Cały przedwojenny Białystok oblatany był gołębim bractwem.


Włodzimierz Jarmolik

Translate