Postaw mi kawę na buycoffee.to

Afrykańskie upały w Białymstoku

    W 1945 r. powstał Państwowy Instytut Hydrologiczno-Meteorologiczny, który w 1946 r. powołał do życia oddział w Białymstoku. Nie rzecz jednak w strukturach organizacyjnych. Najważniejsze jest to, że od 100 lat dla obszaru Polski zbierane i analizowane są rozmaite dane klimatyczne. O letnich upałach pisała też prasa. 

    W 1928 r. spragnieni ochłody białostoczanie ciągnęli tłumnie na plaże. Najbliższa była na Skorupach, nad Dolistówką. Amatorzy większej wody szli do Jurowiec lub do Ignatek. Elegancki Białystok spotykał się w Supraślu. Szczególnie rojno robiło się w tym miasteczku w niedziele. 

  O tych białostockich kąpielach rozpisywała się ówczesna prasa, bo i było o czym. Sensacją obyczajową na supraskiej plaży, stał się pewien znany kupiec z ulicy Kilińskiego, niejaki B. Otóż przedsiębiorca ów, w obecności przebywających na plaży kobiet, „pod wpływem upałów, dostawał bzika. Rozbierał się do naga i w stroju adamowym, bez listku figowego, latał po plaży, rżał jak źrebak i urządzał rozmaite kawały”. Część plażowiczów obserwowała te wyczyny z rozbawieniem, lecz większość była oburzona. Szczególnie ostro protestowały matki, które musiały zakrywać oczy swoich latorośli. 

  W kolejną upalną niedzielę, 15 lipca, B., rozochocony zainteresowaniem z poprzedniego tygodnia, już od rana pląsał po plaży wydając z siebie przedziwne kwiki. Tego już było za wiele. Towarzystwo plażowiczów miało dość tych ekstrawagancji. „Młodzież urzędnicza” postanowiła zatem ręcznie wytłumaczyć nagusowi niestosowność jego zachowania. 

   Nie mniejszą sensację w równie upalne lato 1931 r.  wzbudziły „trzy syreny” przebywające na letnisku w Krasnem. Do urokliwego leśnego jeziorka Komosa prowadziła malownicza droga przez las. W pewien sierpniowy poranek 1931 r. wspomniane „trzy niewiasty, znane w tutejszych (tzn. białostockich) sferach towarzyskich”, chcąc zażyć kąpieli udały się w kierunku jeziora. Jak na „syreny” przystało panie wybrały się kompletnie nagie. Traf chciał, że w przeciwnym kierunku, do Supraśla, do pracy jechał posterunkowy. 

  Zdumiał się,  gdy niespodziewanie ujrzał przed sobą tak powabne widoki. Szybko jednak otrząsnął się z estetycznych doznań. Z  groźną, marsową miną zwrócił się do trzech gracji: –„ Fe, wstyd! Że też panie tak bez garderoby. Czy tu kraj Papuasów?” Na to one, kokieteryjnie udając zażenowanie, odparły „nie spodziewałyśmy się, że spotkamy kogoś”. Policjant nieczuły na niewieście wdzięki przystąpił do spisania notatki służbowej. Gdy już opisał całe zjawisko, zafrasował się. Co robić dalej? Przecież nie będzie wędrował przez las z trzema nagimi kobietami. Było to niemożliwe ze względu na powagę munduru. Kazał więc im pozostać na miejscu, a sam pojechał do Krasnego, skąd niebawem przywiózł im ubrania. Niestety incydent ten miał swój finał w sądzie, gdzie amatorki porannej kąpieli odpowiadać musiały za „obrazę moralności publicznej”. 

  Nie wszystkich białostoczan stać było na letnie wyjazdy. A tu, na domiar złego, rok w rok fale upałów nawiedzały Białystok. Tak też było i w 1936 r.  W mieście wobec tego rozpowszechnił się obyczaj opalania się na balkonach. Obrońcy moralności grzmieli. „Tam i sam daje się zauważyć na balkonach korzystające z promieni słonecznych, piękności białostockie w szatach jak najbardziej przypominających strój prababki Ewy. A na ulicy Jurowieckiej przechodnie oglądają istną nimfę plażującą na balkonie wcale bez szat, jak mamcia ją przed 30 laty urodziła”. Znawcy tematu opalonych niewieścich ciał zauważyli, że „pięknym nimfom prażącym swe kształty w gorących promieniach słońca sprzykrzyła się monotonia opalenizny”. 

  Do Białegostoku z Ameryki dotarła w 1936 r. moda opalania się w desenie. Na plażach pojawili się sprzedawcy papierowych wycinanek. W tekturowych pudłach nosili istny „ogród zoologiczny – małpki, ptaszki, owady et cetera”.   Popularne były też kwiaty i afrykańskie palmy. Amatorki nowej mody rozchwytywały tę menażerię, przyklejając ją sobie na ramionach i plecach. Co bardziej odważne plażowiczki naklejały owe wycinanki od swego frontu, marząc zapewne o tym ileż to pożądliwych spojrzeń przyciągną ich dekolty opalone w kwiaty i motyle.  

  Upalne lata były też normą powojenną. Ot choćby w 1959 r. Przełom maja i czerwca był jeszcze w normie. Ale w lipcu rozpoczęły się w całej Polsce afrykańskie upały. 

  W połowie miesiąca w Białymstoku temperatura w cieniu dochodziła do 36 stopni. Nasilały się wszystkie tragiczne następstwa takiej pogody – zasłabnięcia, utonięcia i pożary lasów. Mnóstwo pracy mieli drogowcy. Informowano, że „na skutek upałów topią się asfaltowe, a jeszcze bardziej smołowe szosy. Najgorzej jest na trasie Żednia – Michałowo, do Zabłudowa i do Moniek”. 

  Żeby zapobiec rozpuszczeniu szos „samochody Rejonu Eksploatacji Dróg Publicznych, tak jak w zimie jeżdżą tu i posypują drogi dużą ilością piasku”.  Relacje z Białegostoku opanowanego tropikalnym upałem przypominały komunikaty z klęsk żywiołowych. Gazeta Białostocka 13 lipca informowała: „W sobotę zanotowano u nas temperaturę 36 stopni w cieniu, w niedzielę do godziny 15 – 35 stopni w cieniu. W słońcu temperatura sięgała 52 stopnie. Białostoczanie, którzy z ciekawości chcieli zobaczyć ile mamy ciepła, z niemałym zdumieniem skonstatowali, że kończą się termometry”. Wykupywali ze sklepów wszystkie zapasy napojów tak, że wkrótce do picia została tylko woda z kranu. Miasto sprawiało wrażenie wyludnionego. Kto mógł wyjeżdżał do popularnych podmiejskich miejscowości nad wodę. Ci co pozostali w mieście po prostu nie wychodzili z domów. Już wówczas pojawiały się opinie o ocieplaniu klimatu, a ekstremalne temperatury podobnie jak i obecnie były tematem numer jeden.

Andrzej Lechowski  

Granda, rozróba taki był przedwojenny Białystok

  Awantura, burda, draka czy też swojska zamanka to nieraz bardzo przykre wydarzenie, które burzyły spokój na ulicach przedwojennego Białegostoku. Najczęściej ich powodem była wódka.

  Alkohol w Białymstoku można było nabyć w wielu miejscach. Zarówno legalnie, jak i po kryjomu. W firmowych sklepach monopolowych dostępne były oczywiście różne koniaki, likiery, wermuty czy gatunkowe wódki od Baczewskiego. W potajemkach natomiast królowały płyny z czerwoną i granatową etykietką.

  Szczególne miejsca zajmowały piwiarnie, rozrzucone po całym mieście, a nie posiadające zezwolenia sądowego na wyszynk napojów wyskokowych. Dla przykładu można tutaj przedstawić sprawę lokalu przy ulicy Kolejowej 16. Jego właściciele Emilia i Józef Turczyńscy serwowali oficjalnie swoim gościom piwko i gorącą herbatę, ale wtajemniczeni mogli wychylić także szklankę wódki albo dostać flaszkę na wynos.

  Niespodziewana kontrola w marcu 1926 roku ujawniła pod ladą w piwiarni dziesięć butelek nielegalnego alkoholu. Skonfiskowano je jako dowód rzeczowy, zaś Emilia Turczyńska, która właśnie obsługiwała klientów w asyście policjanta powędrowała do kozy.

  Uliczne, pijackie awantury odbywały się bardzo często w niedzielę, kiedy to wałęsające się watahy białostockich wyrostków nie miały nic do roboty. Nudzące się gromadki krążyły więc po coraz to innych miejscach, z butelkami w zanadrzu i zaczepiały spokojnych przechodniów. 

Dochodziło do gęstych przeklęć, a nawet rękoczynów.

  W kwietniu 1922 roku na ulicy Wersalskiej grupka podchmielonych i rozwydrzonych żulików pobiła kilka osób, m. innymi Minę Pawłowicz. 

Z kolei rok później przed domem przy ulicy Wąskiej 27 miała miejsce duża rozróba. Kilku mężczyzn gawędziło sobie spokojnie na ganeczku przy wódeczce, kiedy pojawiła się grupka intruzów. Od słowa do słowa wybuchł spór o poczęstunek. 

W rezultacie jeden z jego uczestników, Stanisław Godlecki, został ciężko pobity i na kilka tygodni powędrował do szpitala. 

  W grudniu 1923 roku, jak donosił "Dziennik Białostocki" miał miejsce szczególnie karygodny wybryk. Było niedzielne popołudnie. Szosą do Zacisza wracali do swoich domów uczestnicy pogrzebu fryzjera M. Goldberga. W pewnym momencie żałobny orszak zaatakowany został przez czeredę pijanych uliczników. Rozpoczęła się zawzięta bijatyka. Bezbronni ludzie musieli w końcu salwować się ucieczką. 

  Wielu z nich zostało dotkliwie poturbowanych. Związek Fryzjerów zwrócił się w tej sprawie do Gminy Żydowskiej z prośbą o interwencję u władz bezpieczeństwa w mieście.

  Dziesięć lat później, w lipcu 1933 roku przed piwiarnią Krowickiego przy ulicy Surażskiej 44 doszło do bójki pomiędzy dwoma pijaczkami, którzy opuścili właśnie gastronom. Byli to Jan Bukowski i Władysław Wojciechowski. 

Ten drugi z byle jakiego powodu ugodził tego pierwszego nożem w brzuch. Cios okazał się śmiertelny. Przewieziony do szpitala św. Rocha Bukowski zmarł. Jego zabójcą zajęła się policja. 

Niecodziennego wybryku dokonał natomiast w kwietniu 1934 roku niejaki Henryk Waluk. W pijanym widzie na ul. Koszykowej złapał on za klapy miejskiego rakarza Józefa Wiszniewskiego, potargał mu umundurowanie, dotkliwie pobił, a na koniec otworzył rakerską budę i wypuścił na wolność schwytane psy. :)

  W lesie zwierzynieckim, w niedzielę, obok kręcącej się tam karuzeli, stawiano zwykle stragany i handlowano w nich ciastkami, cukierkami i wodą sodową. Tak było też latem 1936 roku, kiedy to swój kramik rozłożył Aleksander Andruszko z ulicy Wołodyjowskiego. Obok stragan z podobnym towarem trzymała niejaka Leja Szulman, a więc konkurencja. 

  Andruszko szybko znalazł dwóch podpitych już osobników, zaproponował im po butelce wódki i wskazał straganiarkę. Szulman została mocno pobita, a jej interes wywrócony i podeptany. Oczywiście pojawiła się policja, sprawcy burdy zbiegli, zaś mściwy Andruszko trafił do policyjnego protokołu.

  Na koniec jeszcze historia szofera Władysława J. 1 sierpnia 1936 roku wypił on z kolegą sześć butelek wódki i w bojowym nastroju wybił szybę w restauracji "Zacisze". 

Znajdujący się w pobliżu posterunkowy gonił go przez kilka ulic.

  Obelgi, jakie usłyszał od Władysława J. plus zbita szyba, kosztowały krewkiego szoferaka sześć miesięcy odsiadki, a nie był to już jego pierwszy wyrok.


W. Sznarbachowski

Odnaleziony zegarek pani Goldwasserowej

Dziennik Białostocki 1930 r

  Miasteczko Boćki cieszy się opinią spokojnego ustronia. Awantura , kradzież tu rzecz rzadka , chyba przy święcie ten lub ów "podgazuje się" lekko na przekór ustawie prohibicyjnej.

   To też p. Mendel Goldwasser z małżonką Manią w swoim domku parterowym zostawiali w nocy okna otwarte podczas upałów letnich. Tak było i przed rokiem.

   Nieszczęscie chciało ,że złodziej prawdopodobnie dobrze poinformowany, pewnej nocy ,wykorzystał dobra wiarę państwa Goldwasserów. Opryszek przedostał się do mieszkania i skradł pewną ilość" łokszynów i biżuterię" , w ten złoty zegarek pani Mani Goldwasserowej.

   Goldwasserowie zameldowali policji o kradzieży ,opłakali straty i nie mieli nadzieji na odzyskanie skradzionych rzeczy.

   Upłynęło 7 miesięcy. W marcu b.r zatrzymany został w Białymstoku Szmul Gortinkiel dośc czesto notowany w kronice policyjnej chanajkowski złodziej. Znaleziono u niego zegarek damski, jak się póxniej okazało , skradziony u p. Goldwasserów.

   Szmul  Gortfinkiel dowodził że zegarek ten wygrał w karty od swojego kolegi po fachu. Tezę tę podtrzymywał i na przewodzie sadowym obrońca Gortfinkiela, adwokat Szwarc dn 13 b.m Sąd Okręgowy skazał Szmula Gortfinkla na 6 miesięcy więzienia.

Translate