Postaw mi kawę na buycoffee.to

Z ulicy do poprawczaka

    Jednym z problemów, z którymi musiały borykać się władze przedwojennej Polski, była przestępczość wśród dzieci. Co sprowadzało małoletnich na drogę bezprawia? Jak starano się przywrócić ich na łono społeczeństwa? Jak wyglądały ówczesne poprawczaki?

  Bez względu na to, czy mówimy o wsi, czy o mieście, przestępczość nieletnich niemal zawsze wynikała po prostu z ubóstwa, która determinowało ich życie. Gdy nie było czego włożyć do garnka, młodzi ludzie – niekiedy jeszcze zupełnie małe dzieci – schodzili na drogę bezprawia.

  Bieda często idzie w parze z przemocą. Nie jest to prosta zależność, ale miała swoje odbicie w statystykach. „Na 330 wypadków, jakie się w ciągu półtora roku przewinęły przez Poradnię, nie karano biciem tylko 5 dzieci” – pisano w raporcie z poradni pedagogicznej. Dzieci opowiadały o domach pełnych przemocy, w których bito nie tylko przy pomocy ręki, ale rzemieni, gum od kół samochodów czy kijów. Język przemocy był dla nich jedynym, jaki znały.

  Wielu nieletnich przestępców było sierotami. Co prawda istniały już od dawna domy dziecka, ale nie trafiały do nich wszystkie dzieci pozbawione rodziców. Cześć z nich musiała radzić sobie sama. Problem nie był w Polsce tak dramatyczny, jak na terenie ZSRR, gdzie istniały całe wielkie grupy tzw. bezprizornych, ale trudno go lekceważyć. Ponadto na ulicy żyły też dzieci, które uciekły z domów i nie zamierzały do nich wracać – tzw. wystawniaków.

   Włóczęgostwo stanowiło drugie z przestępstw najczęściej popełnianych przez nieletnich. Z ankiet przeprowadzonych dla „Przeglądu kryminalnego” wynikało, że aż 39% młodocianych kryminalistów nie miało w którymś z okresów swojego życia domu. Należy pamiętać, że w II RP istniała możliwość eksmisji na bruk bez jakiegokolwiek zabezpieczenia materialnego.

  Chłopcy najczęściej trudnili się złodziejstwem. Zwłaszcza w dużych miastach nie mieli oporów przed przywłaszczaniem sobie jedzenia czy jakikolwiek pomniejszych fantów. A w realiach przedwojennej Polski sprzedać można było dosłownie wszystko – czy to precjoza, czy bieliznę pościelową. Kupiec zawsze się znalazł, w Warszawie choćby na Kercelaku, czyli największym targowisku przedwojennej stolicy.

  Dzieci ulicy doskonale odnajdywały się w różnych sposobach kradzieży, tworzyły się też całe dziecięce szajki. Jak pisał Stanisław Grzesiuk: Ma całą bandę chłopaczków od dwunastu do czternastu lat – samych „wystawniaków”. Kradną i wszystko oddają jemu, a on ich żywi i broni. Moleto ma szczęście. Ja ze swoimi siedzę w domu, to my „robimy” tylko „na skakanego” z soboty na niedziele. My nie musimy słuchać go, tak jak jego banda. Tamci uciekli z domu i nie chcą wracać, to muszą robić to, co on chce.    Jednocześnie w złodziejskim fachu panowała swego rodzaju dziedziczność. Istniały całe wielkie klany, które rozwijały długoletnią tradycję przestępczości w rodzinie.

  O ile chłopcy stawali się najczęściej złodziejami, o tyle w przypadku dziewczynek sytuacja była bardziej złożona. Wiele z nich, szukając możliwości zarobku, decydowało się na prostytucję. Jak pisał Wacław Zaleski:

  Córka ludu warszawskiego w dwunastym roku życia jest już całkowicie uświadomioną kobietą, obeznaną ze wszystkimi brudami tego życia, a jeżeli się jeszcze nie oddaje, to stoi temu na przeszkodzie nie zakończony rozwój fizyczny, lub też sam wiek młody […]. W tym czasie [około 14 lat] dziewczyna przestaje być głupią, co jaśniej tłumacząc; uświadamia sobie, iż można i należy ciągnąć korzyści materialne za przyjemność udzieloną swoim towarzystwem i oddawaniem swego ciała, bo brutalny rozzuchwalony wyrostek, zawsze bez grosza, nie wystarcza jej wcale i nie przedstawia żadnego interesu dla dalszych ekstrawagancji.

  Prostytucja w przedwojennej Polsce, szczególnie wśród klasy robotniczej, była postrzegana nieco lepiej, niż mogłoby się dziś wydawać. Nie była aż tak stygmatyzująca i nie stanowiła zmazy na honorze, której nie dałoby się zmyć. Wręcz przeciwnie, często rozumiano okoliczności, które pchały dziewczynki ku takim wyborom życiowym. Stąd też prostytucja dziecięca nie spotykała się z takim potępieniem społecznym, na jakie zasługiwała.

  Aby rozwiązać problem przestępczości nieletnich, tworzono specjalne poradnie pedagogiczne, w których młodzi ludzie mogli liczyć na pomoc lekarzy i psychologów. Ich zadaniem był przede wszystkim wywiad środowiskowy. 

   Pytano młodocianych kryminalistów m.in. o relacje z rodzicami i rówieśnikami, a także o to, jak lubią spędzać czas i kim chcieliby zostać w przyszłości. Do poradni mogła ich skierować szkoła lub sąd. Od 11 października 1932 roku do końca 1934 roku przez warszawską placówkę przewinęło się ponad trzysta dzieci, z których blisko trzy czwarte trafiło przed sąd dla nieletnich

  Młodociani przestępcy, a więc tacy, którzy nie ukończyli 17 roku życia i nie byli sądzeni jak dorośli, mogli trafić do jednego z czterech zakładów poprawczych na terenie przedwojennej Polski. W myśl idei, jaka przyświecała władzom, znajdowały się one z dala od cywilizacji, w miejscowościach uzdrowiskowych położonych wśród lasów i pól, gdzie młodzi pogubieni ludzie mogli odnaleźć spokój i wytchnienie.

   Największy był zakład w Studzieńcu, gdzie przebywało do 300 wychowanków. Łącznie w placówkach tych osadzonych było jednocześnie nieco ponad 700 nieletnich, a do tego jeszcze około 200–300 siedziało w regularnych więzieniach, gdyż nie było dla nich miejsca w domach poprawczych. Z czasem (przytoczone dane pochodzą z 1928 roku) liczba ta zaczęła wzrastać.

  Młodzi ludzie przybywający do zakładu kierowani byli do odpowiedniej grupy – zwanej rodziną – w skład której wchodzili wychowawcy i mała grupa podopiecznych. W tym gronie odbywała się praca i nauka osadzonego. Przy czym edukacja trwała do czterech godzin dziennie, resztę zaś przeznaczono na pracę oraz ćwiczenia fizyczne, które miały prowadzić do „ozdrowienia” młodego przestępcy.

  W ramach tych zajęć odbywały się również lekcje zawodowe, które miały przygotować osadzonego do podjęcia zatrudnienia po opuszczeniu zakładu. Mogła to być praktyka szewska, stolarska, krawiecka albo rolna – wtedy młody człowiek zajmował się zwierzętami hodowlanymi i przyuczał się do uprawy roślin. Zdolni i utalentowani mogli liczyć na zajęcia artystyczne, na przykład lekcje gry na skrzypcach. Starano się bardzo ściśle wypełniać osadzonym czas wszelkiego rodzajami aktywnościami fizycznymi i umysłowymi, aby nie mieli sposobności oddawać się niewłaściwym myślom i rozrywkom.

    Przynajmniej dla części dzieci pobyt w ośrodku wychowawczym był znacznie lepszy niż ich wcześniejsze życie. Owszem trzeba było pracować, ale zarazem miało się szansę na zdobycie zawodu i chociaż podstawowego wykształcenia. Trzeba było wstawać cały rok o szóstej rano i dbać o porządek, ale zarazem miało się zapewniony wikt i opierunek na poziomie, o którym większość biedoty mogła jedynie pomarzyć. Wychowankowie jedli mięso sześć razy w tygodniu, a łączna wartość energetyczna posiłków w ciągu dnia wynosiła ponad trzy tysiące kalorii, co było zupełnie adekwatne do potrzeb wynikających z wieku i pracy fizycznej.

  Działalność domów poprawczych i poradni pedagogicznych przynosiła efekty. Warszawska poradnia odnotowała, że w prawie połowie przypadków udało się doprowadzić do resocjalizacji dzieci, a na drogę recydywy zeszło jedynie 26% z nich, co było dużym sukcesem, biorąc pod uwagę niskie nakłady finansowe. Dostrzeżenie problemu przestępczości nieletnich i próby jego rozwiązania w nowoczesny sposób jest jednym z przykładów na to, w którym kierunku pragnęła zmierzać przedwojenna Polska – w stronę zachodniej Europy.


Paweł Rzewuski

Ulica Lipowa i Sienkiewicza. Dzieci i dorośli żebrali na ulicy

  W społeczno-obyczajowy koloryt przedwojennego Białegostoku wpisywali się oczywiście też żebracy. Było ich szczególnie wielu w zaraz powojennych, biednych czasach. Nic dziwnego, brak pracy, drożyzna spowodowana silnym spadkiem wartości marki polskiej, zmuszały do wyciągania ręki po datek nie tylko zawodowych wypraszaczy, ale też rzesze zwykłych wynędzniałych białostoczan.

   Szczególnie częstym widokiem na ulicach były żebrzące dzieci. Jednych przymusiło do tego wojenne jeszcze sieroctwo, inne wielodzietna, uboga rodzina, gdzie nie zawsze można było liczyć nawet na najskromniejszy posiłek.

   Na początku lat dwudziestych żebrząca dziatwa upodobała sobie prawy chodnik na ulicy Sienkiewicza oraz lewy przy Lipowej. Mali nędzarze stali niemal przy każdym domu i często w sposób nawet agresywny nagabywali przechodniów o udzielenie jałmużny. Biegali często za nimi, wciskali w ręce jakieś małe, niezdatne do niczego drobiazgi, chwytali za poły płaszcza lub rękawy, żeby tylko dostać jakiś mały pieniążek.

   Wśród ulicznych, żebrzących malców i wyrostków były całe, zorganizowane szajki, którymi dyrygowali z boku dorośli. Dbali oni o dobre miejsce dla podopiecznych przy bogatszych budynkach. Odstraszali konkurencję.

   Reporter Dziennika Białostockiego pisał w 1922 roku o pewnej handlarce śledziowej z Rynku Rybnego. Przed udaniem się na miejsce swojego interesu wyprawiała ona na żebry swoje liczne, kilkuletnie pociechy, ubierając je w porwane łachmany i połatane worki, mające wzbudzić litość u ludzi jako tako sytuowanych.

  Na ulicach żebrali też dorośli. Ci również energicznie zabiegali o jałmużnę. W 1923 roku barwną postacią w okolicach rogu Sienkiewicza i Rynku Kościuszki był obdarty mocno mężczyzna, który nie uzyskawszy jakiegokolwiek wsparcia, rzucał za nieczułym przechodniem stały okrzyk: Bić Zidow! Po doprowadzeniu przez policjanta na najbliższy posterunek, okazało się, że sam jest Żydem z Żytomierza, który wpadł w chorobę umysłową po przeżytym pogromie.

   Inną popularną figurą w tym samym czasie mienił się osobnik odstawiający na ul. Kupieckiej taniec św. Wita (epilepsja). Miało to wzbudzić współczucie mijających go ludzi i jakąś pieniężną pomoc. Zdemaskowany szybko symulant przeniósł się na ul. Giełdową, gdzie już przy debiucie stuknął się mocno głową o bruk i trafił do Szpitala Żydowskiego.

   Innym rodzajem żebractwa było chodzenie po proszonym po białostockich mieszkaniach. Celowali w tym zwłaszcza przyjezdni rejzerzy z okolicznych miast i miasteczek. Podawali się zwykle za pogorzelców czy powodzian. Najczęściej były to wychudzone kobieciny trzymające za rękę małe, brudne dziecko, prosiły co łaska, zaś zmyślny pędrak próbował w tym czasie coś ściągnąć zza uchylonych przez służącą drzwi. 

  Taka historia przydarzyła się Julii Przyborowskiej z ul. Świętojańskiej 18, której 10-letnia dziewczynka trzymająca się niby kurczowo spódnicy matki ściągnęła ze stolika w przedpokoju srebrny zegarek wartości 35 tys. zł. W 1925 roku policja zatrzymała za włóczęgostwo połączone z żebraniną m.in. Irenę Ostrowską z Warszawy, Caję Topolską z Baranowicz, Bronisławę Nowicką z Łap. Mieszkania białostockie odwiedzali też żebrzący mężczyźni. Ci za parę groszaków oferowali swoje liche usługi przy noszeniu wody, drewna czy węgla. Przy okazji interesowała ich też jakaś drobna własność tymczasowych pracodawców.

   Stałym miejscem pobytu żebraków były okolice białostockich synagog, cerkwi, a zwłaszcza kościoła św. Rocha. Tutaj skupiły się osoby starsze, często kalekie, które liczyły na miłosierdzie bliźnich uczęszczających na nabożeństwa. Znajdowali się między nimi zarówno prawdziwie przyciśnięci skrajną biedą staruszkowie, jak też farbowane lisy w dramatyczny sposób demonstrujący swoje sztucznie powykręcane kończyny, ślepotę czy niemotę.

   Rzadko kiedy białostoccy żebracy mieli takie święto, jak w listopadzie 1923 roku, kiedy to na ul. Sienkiewicza zatrzymał się samochód i mężczyzna w futrze zaczął rozdawać wśród nich pieniądze. Ot, taka filantropia.


Włodzimierz Jarmolik

Katastrofa w Smoleńsku. 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu prezydenckiego TU-154 M zginęło 96 osób.

    14 lat temu 10.04.2010 roku o godz. 8.41 rano samolot prezydencki rozbił się pod Smoleńskiem. Na pokładzie Tupolewa było 96 osób. Wśród nich elita polityczna i kulturalna z całego kraju - prezydencka para - Lech i Maria Kaczyńscy, posłowie, senatorowie, kombatanci, duchowni, wojskowi. Wśród ofiar byli Podlasianie.

   W środę mija 14 lat od tragedii, która wstrząsnęła nie tylko polskim społeczeństwem, ale odbiła się szerokim echem na całym świecie. 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem zginęła polska delegacja, która leciała na uroczystości związane z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

   Tego dnia od samego rana stacje telewizyjne przygotowywały się do relacjonowania obchodów w Katyniu, ponieważ miał wziąć w nich udział sam Prezydenta RP - Lech Kaczyński. Prezydent Polski razem z małżonką oraz cała delegacja oficjeli wsiadła o świcie do samolotu, który miał niespełna dwie godziny później wylądować w Smoleńsku.

   Odeszła Justyna Moniuszko, stewardessa z Białegostoku. Rodzina nie pozwoli o niej zapomnieć  . Pierwsze informacje o tragedii dotarły około godz. 9. Panował chaos informacyjny. Pewne było jedynie to, że samolot rozbił się pod Smoleńskiem. Nie wiadomo było, czy ktoś przeżył. Z każdą minutą rósł rozmiar tragedii. Katastrofa w Smoleńsku wstrząsnęła całym krajem. Ogłoszono żałobę narodową. Cała Polska opłakiwała 96 ofiar, których ciała transportowano do kraju na pokładach wojskowych samolotów.

  Wśród ofiar były osoby związane z naszym regionem:  wicemarszałek Sejmu Krzysztof Putra, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, bp Miron, prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego i Justyna Moniuszko, stewardessa.

Ryszard Kaczorowski

   Pochodził ze szlacheckiej rodziny herbu Jelita. Urodził się 26 listopada 1919 roku w Białymstoku, gdzie ukończył też szkołę handlową. Należał do harcerstwa, był związany z drużynami Andrzeja Małkowskiego.

   W czerwcu 1940 r. przejął obowiązki komendanta Szarych Szeregów w Białymstoku, Jego konspiracyjną działalność w czasie wojny przerwało aresztowanie przez NKWD 17 lipca 1940 roku. Sąd wojskowy skazał Kaczorowskiego na karę śmierci. Po stu dniach w celi zamieniono ją na 10 lat obozu na Syberii. Przeszedł transporty deportacyjne i pobyt w łagrach. Z obozu w Nachodce transportem śmierci dotarł na Magadan, gdzie czekała go praca nad siły w kopalni złota Dukanskaja (Dolina Śmierci). Związek Radziecki opuścił w 1942 roku wraz z żołnierzami generała Andersa, by znaleźć się w Palestynie. Przeszedł cały szlak bojowy II Korpusu. W bitwie pod Monte Cassino był dowódcą ośrodka łączności 2 Brygady Strzelców.

   Po wojnie osiadł na stałe w Londynie. W 1949 roku skończył Szkołę Handlu Zagranicznego. Pracował w przemyśle jako księgowy do przejścia na emeryturę w 1986 roku. Na emigracji organizował polskie harcerstwo, w latach 50. i 60. był we władzach światowego Związku Harcerstwa na Obczyźnie.

   W 1986 został powołany do Rady Narodowej Rzeczpospolitej, co oznaczało powierzenie mu obowiązków ministra spraw krajowych. Został zaprzysiężony na prezydenta RP na Uchodźstwie w lipcu 1989 roku, po tragicznej śmierci Kazimierza Sabbata. Rok później przyjechał do kraju, po ponad 50 latach nieobecności.

   22 grudnia 1990 na Zamku Królewskim w Warszawie Ryszard Kaczorowski przekazał insygnia władzy prezydenckiej Lechowi Wałęsie.

   W ciągu ostatnich lat życia Ryszard Kaczorowski wielokrotnie bywał w Polsce. Otrzymał tytuł doktora honoris causa czterech polskich uczelni - Uniwersytetu Wrocławskiego, Akademii Medycznej w Białymstoku, Uniwersytetu Opolskiego i Uniwersytetu w Białymstoku. Miał honorowe obywatelstwo kilku polskich miast, w tym Honorowe Obywatelstwo Białegostoku.

Krzysztof Putra

   Urodził się 4 lipca 1957 r. we wsi Józefowo. W 1982 r. ukończył Technikum Mechaniczne w Białymstoku. 20 lat na różnych stanowiskach, poczynając od frezera, przepracował w białostockich Uchwytach. W latach 1995-2005 był prezesem Zarządu PUHP "Lech" Sp. z o.o. w Białymstoku, a w latach 2002-2005 był radnym Sejmiku Województwa Podlaskiego.

    W latach 1985-1986 był wiceprzewodniczącym, a w latach 1987-1988 - przewodniczącym Rady Pracowniczej w zakładzie, w którym pracował. W tym właśnie okresie zaangażował się w działalność samorządową. W 1988 r. był współzałożycielem Stowarzyszenia Działaczy Samorządu Pracowniczego.  Od 1980 r. działał w NSZZ "Solidarność". W 1990 r. był jednym z założycieli Porozumienia Centrum. Był członkiem władz krajowych tej partii i prezesem jej Zarządu Wojewódzkiego w Białymstoku.

   W 2001 r. był współzałożycielem Prawa i Sprawiedliwości oraz został prezesem Podlaskiego Zarządu Regionalnego tej partii. 25 września 2005 r. wybrany został senatorem VI kadencji z okręgu obejmującego województwo podlaskie. W Senacie RP zasiadał w Komisji Gospodarki Narodowej. Od 27 października 2005 roku pełnił funkcję wicemarszałka Senatu RP.

   W wyborach parlamentarnych w 2007 uzyskał mandat poselski, otrzymując w okręgu podlaskim 53 651 głosów. 5 listopada 2007 klub parlamentarny PiS zgłosił jego kandydaturę na stanowisko marszałka Sejmu, przegrał jednak z kandydatem PO Bronisławem Komorowskim stosunkiem głosów 160:292. 6 listopada tego samego roku został wybrany na wicemarszałka Sejmu. 

Abp. Miron Chodakowski

   Zasłużony dla Powiatu Hajnowskiego - taki tytuł odebrał 22 stycznia 2010 roku podczas sesji w Hajnówce. Tytuł przyznawany jako zaszczytne wyróżnienie za zasługi dla rozwoju powiatu.

    Dwa dni wcześniej abp gen. bryg. dr Miron Chodakowski, jednocześnie biskup hajnowski, na hajnowskich Spotkaniach z Kolęda Prawosławną mówił z dumą: Głosy z Hajnówki , czy Bielska, szczególnie tej części naszej ojczyzny, brzmią w krajach skandynawskich, i na zachodzie Europy, i w Stanach Zjednoczonych, i gdzieś tam jeszcze. Nasi ziomkowie, są solistami różnych oper i teatrów, prowadzą także chóry. Choć ubożeje przez to nasza ziemia, ale oni chwalą Cerkiew wszędzie tam, gdzie są. Tu nauczyli się tego, co jest podstawą życia duchowego. Dlatego dziękuję wszystkim wykonawcom.

   Z racji jego funkcji centralne uroczystości związane ze Świętem Wojska Polskiego organizowane przez Prawosławny Ordynariat Wojska Polskiego odbywały się w Hajnówce. To on przychodził z posługą religijną do naszych strażaków.

   Urodził się 21 października 1957 roku w Białymstoku. Tutaj też ukończył szkołę podstawową. W 1972 roku rozpoczął naukę w Prawosławnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Od 1976 roku był uczniem Wyższego Prawosławnego Seminarium Duchownego w Jabłecznej. Po skończeniu nauki w seminarium pracował w nim jako intendent, nauczyciel i wychowawca. 17 grudnia 1978 roku ówczesny namiestnik Klasztoru w Jabłecznej archimandryta Sawa udzielił mu postrzyżyn w "rasofor", a 26 grudnia tegoż roku Metropolita Bazyli udzielił mu święceń diakońskich.

    15 lutego 1979 roku przyjął z rąk Metropolity Bazylego święcenia kapłańskie. W 1981 roku został mianowany Namiestnikiem Klasztoru w Jabłecznej. W czerwcu 1984 roku został przyjęty w skład kleru diecezji białostocko-gdańskiej, a w październiku tegoż roku został mianowany proboszczem parafii prawosławnej w Supraślu. W 1990 roku został podniesiony do godności archimandryty.  Od roku 2003 był doktorem Nauk Teologicznych Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie z zakresu historii Kościoła.

   15 sierpnia 1998 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski mianował go na stopień generała brygady. A 10 maja 2008 roku w Parafii Wojskowej w Białej Podlaskiej Jego Eminencja Sawa Metropolita Warszawski i całej Polski podnosi ks. Biskupa Mirona do godności arcybiskupa.

   We wrześniu 2007 roku wspólnie z Lechem Kaczyńskim , który pierwszy raz był wtedy na rosyjskiej ziemi, odprawił w Katyniu ekumeniczne modły wspólnie z biskupem polowym WP Tadeuszem Płoskim, dziekanem ewangelickim sił powietrznych ks. płk Wiesławem Żydelem, naczelnym rabinem Polski Michaelem Schudrichem oraz islamskim muftim Tomaszem Miśkiewiczem.

   I to m.in. On we wrześniu 2009 roku żegnał białoruskich pilotów, którzy zginęli w katastrofie Su-27 podczas pokazów Air Show w Radomiu.

Justyna Moniuszko

   Przez wiele lat była aktywnym członkiem sekcji spadochronowej Aeroklubu Białostockiego. W tym czasie wykonała ponad 250 skoków. Po szkole średniej wyjechała na studia do Radomia. 

   Zdobyła uprawnienia pilota szybowcowego. Po roku rozpoczęła studia na Wydziale Mechanicznym, Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.

   Trzy lata przed katastrofą Justyna Moniuszko została stewardessą w pasażerskich liniach LOT. Po roku zaproponowano jej pracę w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Z prezydentem latała od dwóch lat.

 Adrian Kuźmiuk 



Translate