28 sierpnia 1939 roku, po południu, jak dziś pamiętam, tata przychodzi do domu i mówi: Dzieci klękajcie, będziemy się żegnać, idę na wojnę. Odmówiliśmy pacierz, tatuś nas przytulił, ucałował. Zaczęliśmy płakać, ale pocieszał nas, że wojna szybko się skończy i zaraz wróci. Niestety ojca zobaczyłam dopiero po wyzwoleniu. Moje szczęśliwe życie w koszarach skończyło się na zawsze - opowiada Eugenia Kula.
Mój ojciec Wacław Tokarczuk był podoficerem w 10 pułku ułanów litewskich. Podoficer wtedy to była wysoka ranga. Urodziłam się w koszarach, dosłownie, bo położna odebrała poród w domu. Koszary znajdowały się - tak jak dzisiaj - przy ul. Kawaleryjskiej - opowiada Eugenia Kula. - Były świetnie wyposażone. Znajdowała się tam spółdzielnia, kasyno, kort tenisowy, kościół garnizonowy oraz przedszkole. Pomimo że nasza mama nie pracowała, to ja oraz moja siostra i brat chodziliśmy do przedszkola, bo rodzice uznali, że dzieci lepiej się rozwijają w grupie.
Pamiętam doskonale utrzymany park w koszarach, wysprzątane alejki, równiutko skoszona trawa na trawnikach. Wszędzie panował wzorowy porządek. Jak kiedyś brat złamał gałązkę, to tatuś stawał do raportu, tak pilnowano. Latem przyjeżdżał pan Kondraciuk z budką z lodami. Ach, to był raj do życia. Ja do dzisiaj widzę tam każdy zakamarek, słyszę tętent koni, śpiew żołnierzy, akademie rocznicowe. Wiem, gdzie co się znajdowało, mogłabym trafić po omacku. Byłam bardzo żywym dzieckiem, wszędzie mnie było pełno.
Uczyłam się w szkole w Zwierzyńcu. Szkoła nosiła numer 13, mówiono o niej zielona szkoła. Mieściła się w drewnianym dwuskrzydłowym budynku, w przepięknym otoczeniu drzew. Wokół kwitły konwalie, zawilce, sasanki, przylaszczki, śpiewały ptaki. Kiedy tylko robiło się cieplej, lekcje odbywały się na powietrzu.
Chodziliśmy do szkoły, jak i wszystkie dzieciaki z okolicy na piechotę. Z koszar to spory kawałek, ale ruch wtedy na ulicach panował niewielki. Rano jechali gospodarze furmankami na targ, to zawsze nas podwieźli. A po popołudniu, kiedy wracali, to też mogliśmy liczyć na darmową przejażdżkę.
Niedziele spędzaliśmy przeważnie u dziadków w Kleosinie. Kleosin liczył wtedy zaledwie kilka domów. Szliśmy przez las państwa Miciełowskich, właścicieli majątku w Ignatkach, wzdłuż torów. Rosły tam tak wysokie i smukłe sosny, że wszystko było widać na dużą odległość. W tym lesie stało 24 drewnianych domków, tzw. dacze. Latem wynajmowali je białostoccy Żydzi, którzy przyjeżdżali tu odpoczywać. Na obrzeżach były trzy duże stawy z czystą wodą: wojskowy, miejski i żydowski. Chodziliśmy tam się kąpać, a przy okazji bawiłam się z żydowskimi dziewczynkami. Jesienią zbieraliśmy grzyby.
Moje cudowne szczęśliwe dzieciństwo przerwała wojna. We wrześniu 1939 roku miałam rozpocząć naukę w piątej klasie, a moja siostra zdała właśnie do gimnazjum. Niespodziewanie 24 sierpnia żołnierze opuścili koszary. Tatuś został jeszcze trzy dni na uporządkowanie pułku. Nadszedł 28 sierpnia. Po popołudniu, jak dziś pamiętam, tata przychodzi do domu i mówi: Dzieci klękajcie, będziemy się żegnać, idę na wojnę. Odmówiliśmy pacierz, tatuś nas przytulił, ucałował. Zaczęliśmy płakać, ale tatuś pocieszał, że szybko wróci. Zresztą takie panowało przekonanie, że ta wojna długo nie potrwa. Wojsko raz dwa rozprawi się z Niemcami. W myśl propagandy, że wrogowi nie damy guzika, ani piędzi polskiej ziemi.
Dziadkowie zabrali nas do Kleosina. Wkrótce Niemcy byli już wszędzie. Jak się pojawili na naszym podwórzu, to wyszliśmy z rękami do góry, dowódca łamaną polszczyzna powiedział: My nie strzelać i wy nie strzelać. Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Żałowałam tylko, że nie możemy wrócić do koszar, do naszego mieszkania, gdzie zostały meble, zabawki.
Rozpaczałam po kotku, którego dostałam od Żydówki, bo tam został. Niemcy odstąpili, weszli Sowieci i wysiedlili nas z Kleosina do Horodnian, a sami zajęli dom dziadków. Z okupacji sowieckiej utkwił mi w pamięci przede wszystkim widok straszliwie obszarpanych żołnierzy. Szli w takich porwanych szynelach, w wysokich czapach, z karabinami na sznurkach. A potem wstrząsające zdarzenie, jak Rosjanie ściągali krzyż z kościoła św. Stanisława. Akurat przechodziłam wtedy koło koszar, oni zaczepili liny i ciągnęli, chcieli złamać krzyż. Z kościoła wszystko wyrzucili, miały tam być magazyny, urządzali potańcówki, wyświetlali filmy.
Zadziwiła mnie też Rosjanka wystrojona w koszulę nocną, taką kretonową w czerwone kwiatki. Patrzyliśmy na nią jak na straszydło, kiedy do nas przyszła, a ona chwaliła się, że ma taką ładną sukienkę. I to była żona oficera. Kupiła od babci wszystkie płyty, miała jeszcze chęć na obraz Matki Boskiej, zapytała, kto to jest, ale kiedy babcia powiedziała, to zrezygnowała. Może się przestraszyła? Była bardzo miła, nic do niej nie mieliśmy. Zaprzyjaźniła się z babcią, bo babcia znała dobrze rosyjski, często przychodziła, podziwiała, że jesteśmy tak ładnie ubrani. Zapraszała do siebie, częstowała rybą i cukrem. Z dobrego serca, dawała to co miała. Domek, gdzie mieszkała, jeszcze stoi.
Wkrótce jednak zaczął się sowiecki terror. Pewnej nocy w zimie, NKWD przyszło po wujka, który był policjantem. Z psami, mróz był straszny, my w koszulach nocnych, przestraszeni, a oni rewizji zarządzili, wszystko przetrzęśli, zabrali albumy ze zdjęciami.
Do dziś żałuję, tyle mieliśmy fotografii, które przepadły. Wujka aresztowali, siedział w więzieniu na Kopernika, potem opowiadał, że co noc brali go na przesłuchanie, do jedzenia dawali tylko śledzie, bez wody. Wujek się nie przyznawał, że jest policjantem, ale zgubiło go zdjęcie, które miał przy sobie, jak stoi w mundurze z żoną i z dziećmi. Na szczęście nie zdążyli go wywieźć na Sybir, bo Hitler wypowiedział wojnę Stalinowi. Sowieci nie mogli uwierzyć, myśleli, że to manewry. W strasznym popłochu uciekali. Podpalili budynki gospodarcze państwa Miciełowskich, gdzie mieli magazyny. Paliło się wszystko, widać było z daleka, jakby cały las stanął w ogniu.
Alicja Zielińska