Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kasa pancerna z gwarancją

    W dzień wigilii Bożego Narodzenia 1925 r. białostocki notariusz Stefan Bednarski zamknął wcześniej swoją kancelarię na Sienkiewicza 5. Około godziny 14 zlecił jednemu z aplikantów spakowanie do walizy dokumentów, weksli i innych ważnych papierów i odniesienie ich do depozytu bankowego. Sam zaś, już w świątecznym nastroju, udał się do domu na Kraszewskiego 21. Po wyjściu szefa aplikant zamknął kancelarię, miał jeszcze tylko krótką wizytę w banku i święta!

  Jednak nie dla wszystkich. Kancelarię notarialną od kilku godzin obserwowali warszawscy kasiarze. Gdy białostoczanie zasiadali do wigili, a na ulicach zrobiło się pusto, to przystąpili do pracy. Weszli do budynku od strony podwórza, od Żydowskiej (Białówny). Najpierw znaleźli się w lokalu hipoteki, a z niego „wtargnęli do biura p. rejenta”. Tu bez namysłu zajęli się pancerną kasą. Nie bawili się w żadne finezyjne metody. Nie interesował ich zamek, tym bardziej szyfr. Za pomocą tak zwanego raka rozpruli bok kasy i łupem ich padły 2 tysiące złotych oraz obce waluty warte drugie tyle.

  Włamanie odkryto dopiero po świętach. Policja była pewna, że ma „do czynienia z występem kasiarzy warszawskich, jedynych w swoim rodzaju specjalistów w tej branży złodziejskiej”. Warszawiaków posądzono też i o inną głośną kradzież, która wydarzyła się 26 lutego 1927 r.

   Było sobotnie popołudnie. Pracownicy kantoru fabryki sukna Trylling i Syn uporządkowali papiery, zamknęli biuro i w głowach mieli już tylko czekające ich karnawałowe szaleństwa. Wokół reprezentacyjnej, stojącej na rogu Lipowej i Nowego Świata, kamienicy Oswalda Tryllinga (mieścił się w niej ów kantor) zapadł zmrok.

  Pod jego zasłoną na podwórzu pojawiło się kilku mężczyzn. W milczeniu, sprawnie i szybko dostali się do piwnicy i zaczęli swoją pracę. Przebili się przez strop i już byli w kantorze. Tu „przy pomocy świdrów i raka rozpruli kasę”. Ich łupem padło 10 tysięcy złotych, 70 rubli w złocie, 500 franków francuskich oraz akcje bankowe warte grubo ponad tysiąc złotych. Włamanie wykryto dopiero w poniedziałek. Policja i tym razem zawyrokowała, że „sprawcy należą do typu specjalistów kasiarzy i przybyli prawdopodobnie z Warszawy na gościnne występy”.

  W przekonaniu tym utwierdziło stróżów porządku to, że po tygodniu, w stołecznym Banku Gospodarstwa Krajowego, zatrzymano dwóch mężczyzn usiłujących sprzedać tryllingowe akcje. Nie zdołano im jednak udowodnić, że są sprawcami włamania. Zatrzymani twierdzili, że papiery kupili na giełdzie i nigdy nie byli w Białymstoku.

  Dobra kasa pancerna nie zawsze była gwarancją spokojnego snu. W Białymstoku od końca XIX wieku działała niewielka, ale słynąca z jakości swych wyrobów fabryka kas. Znajdowała się na zapleczu Lipowej i Grochowej. Była tam niegdyś uliczka Berdyczowska.

  Od niej jeszcze odchodził zaułek zwany Berdyczowskim, choć i nazywano go też Lipowym. Tam to więc Bierko Kasz prowadził odlewnię żeliwa, w której masowo produkowano drzwiczki do pieców. Na wszystkich widniał markowy napis „Biełastok. Bierko Kasz”. Obok odlewni funkcjonował warsztat ślusarski. W nim produkowano metalowe drzwi do magazynów no i kasy. Kasz miał zawsze na składzie po jednym egzemplarzu, tak aby klient mógł wybrać potrzebny mu model. Można było jednak zamówić jakąś specjalną odmianę.

   W 1890 r. na Lipowej, naprzeciw cerkwi, w kamienicy Jakuba Epsztejna, został otwarty sklep Josela Hermana. Tu po niskich cenach oferowano „niepalne kasy” znanych warszawskich firm. Tak więc w większości białostockich kantorów, banków, w bogatych domach miejscowych bourgeois stały kasy bądź od Kasza lub od Hermana. Kres działalności fabryki Kasza przyniosła I wojna światowa. Herman natomiast zajął się po wojnie wyłącznie sprzedażą mebli.

  W 1919 r. popyt na nowe kasy zdecydowanie wzrósł. W mieście powstawały urzędy i instytucje. Pewną popularnością cieszyły się w Białymstoku, znane jeszcze przed wojną, wyroby warszawskiej fabryki kas S. Baumgarta. Firma ta założona w 1863 roku, specjalizowała się w produkcji niewielkich, a zatem i stosunkowo niedrogich kas.

  Jedna z nich została kupiona do otwartego w 1919 r. Gimnazjum Hebrajskiego. Mieściło się ono na Sienkiewicza 79 (obecnie w budynku tym jest szpital miejski). Kasa przetrwała całą naszą historyczną zawieruchę. Dziś możemy oglądać ją  w Muzeum Historycznym.


Andrzej Lechowski

Karkołomna droga po młynarzowe zaskórniaki

   Na ulicy Mazowieckiej, a i daleko poza nią, krążyły uporczywie rozmaite słuchy o wielkich oszczędnościach , jakie poczynił niejaki Jan Karny, właściciel młyna elektrycznego. W pierwszej połowie lat 30. w całym kraju, także więc i w Białymstoku panował potężny kryzys gospodarczy i ogólna bieda, a ten jegomość skutecznie ciułał pieniądze. Ponieważ nie dowierzał bankom, miał przechowywać je w swoim młynie, stojącym na posesji nr 68 przy wspomnianej wyżej ulicy.  Fama o bogaczu Karnym dotarła rzecz jasna także na pobliskie Chanajki. 

  Zainteresował się zwłaszcza Chaim Chazan, doświadczony włamywacz z ul. Brukowej. Przeprowadził dokładny wywiad  środowiskowy, uznał że sprawa jest warta zachodu i zaplanował skok na kasę. Ponieważ nie do końca wiadomo było w jak zabezpieczonej skrytce młynarz przechowuje swoje zaskórniaki, przedsiębiorczy Chazan zaprosił do złodziejskiej spółki nie byle kogo, a samego Mejera Krynickiego, zwanego przez koleżków z ferajny Krynicą – kasiarza z poważnym przestępczym dorobkiem. 

  Występ chanajkowskich włamywaczy miał miejsce w nocy z 3 na 4 listopada 1934 r. Ażeby dobrać się do wnętrza 

młyna wybrali oni niezwykle karkołomną drogę. Ponieważ sforsowanie zablaszowanych drzwi i solidnie okratowanych okien mogło  sprawić dużo kłopotów i hałasu, a i podkop metodą a’la Szpicbródka (Stanisław Cichocki, znany przedwojenny kasiarz warszawski, dobierający się do sejfów bankowych przez drążone tunele) także nie wchodził w grę, złodzieje postanowili wejść do środka od góry, przez dach.  

  Przeszkodę, którą należało koniecznie usunąć stanowił hałaśliwy pies pilnujący sąsiedniej posesji, będącej własnością Icka Lina. Jego przeciągające się ujadanie mogło wzbudzić podejrzenia u rozbudzonych mieszkańców okolicznych domów.  Pierwszym celem napowietrznej drogi złodziei był dach jednopiętrowej szopy, przylegającej do młyna. 

  Do jego usunięcia posłużyła przytargana ze sobą drabina. Będąc już na wierzchu szopy nocni goście usunęli po cichu kilka dachówek, na ich miejsce położyli szeroką deskę, a na nią postawili drugą drabinę. Przygotowali drogę do dalszej wspinaczki. Po dotarciu na wierzch młyna natrafili na kolejną przeszkodę. Okazała się nią krata zabezpieczająca dachowe okienko. W ruch poszły podstawowe akcesoria włamywacza – śrubsztak i mesel. I ta niedogodność została szybko pokonana. Złodzieje znaleźli się w środku. 

  Teraz rozpoczęło się poszukiwanie schowka, w którym skrzętny młynarz ukrywał swoje pieniądze. Ponieważ nie znaleziono żadnej kasy pancernej, bor i rak, narzędzia Mejera Krynickiego pozostały bezczynne. 

  Przeszukano skrupulatnie różne zakamarki. Jedna drewniana szafa stojąca na parterze była szczególnie solidnie zamknięta. Jej więc złodzieje poświęcili swoją uwagę. W ruch poszły wytrychy i uniwersalny szaber (łom). Trafienie okazało się celne. 

  W szafie leżał lniany woreczek ze zwitkami banknotów, garścią ciężkich monet i jakimiś dokumentami. Łup trafił w ręce złodziei. Rozpoczęła się droga powrotna. Najpierw na strych młyna, później na dach i przystawionymi drabinami prosto na ziemię. Wszystko odbyło się sprytnie i po cichu.  

  Kradzież w młynie Jana Karnego odkryli rankiem sąsiedzi. Dostrzegli przystawione do budynku drabiny, których złodzieje nie zamierzali zabrać ze sobą. Zaalarmowali właściciela, a ten policję. 

  Karny swoją stratę ocenił na 20 tys. złotych. Duża forsa. Do akcji przystąpili agenci Wydziału Śledczego z ul. Warszawskiej. Po miesiącu było jasne, że „akrobaci” z ul. Mazowieckiej to Krynicki i Chazan. Obaj ukrywali się. W końcu jednak trafili tam gdzie trzeba – za kratki!


Włodzimierz Jarmoli 

Białostocka " konka"

 

   Pan Michał na przykład doskonale pamięta białostocka " konkę " ,czyli konny tramwaj kursujący po białostockich ulicach przed pierwszą wojna światową . Toteż przy okazji rozważań o możliwościach uruchomienia w Białymstoku komunikacji tramwajowej - sądzę -że kożystając własnie z relacji jednego z najstarszych białostockich inzynierów uzupełnionej przekazami z zachowanych dokumentów - warto przypomniec dzieje legendarnej  "konki".

   Otóż projekt " konno żelazno dorogi"  w Białymstoku powstał w roku 1893 .Przedstawił go ówczesnej Radzie Miejskiej " mieszczanin" Feldzer . Z tym też przedsiebiorcą władze miejskie zawarły umowę na budowę czterech linii drogi żelaznej. Umowa zobowiązywała wykonawcę do poniesienia pełnych kosztów budowy z wyposażenia oraz ewentualnego ryzyka gdyby całe przedsiewnięcie nie  przyniosło spodziewanych zysków . Po czterdziestu latach eksploatacji linie tramwajowe w wagonami ,końmy i zajezdnią miały stac sie własnościa miasta. Budowa całej sieci trwała 2 lata ,a uruchomienie jej nastapiło w roku 1895.

   Pierwsza linia zwana "Dworcową" -prowadziła od dworca warszawsko -petersburskiej kolei obecną ulica Kolejową ( Nowoszosową) przez stary ( nieistniejacy juz) most nad torami i ulica Dabrowskiego do ulicy Lipowej. 

   Druga linia - " Dworcowo Prudzka" zaczynała sie też przy dworcu, lecz z drugiej strony orów i przebiegała ulicą Staroszosową ( Obecnie św. Rocha) , Lipową przez Rynek Kościuszki ( wtedy były to ulice Tykocka i bazarowa) , dalej Kilinskiego ( dawniej Niemiecka) Instytucka (czyli Pałacową) , Warszawską ( Aleksandrowską) ,Swiętojanską (Prudzką) do domu  barona von Druzena w pobkiżu Zwierzyńca.

   Trzecia linia -  biegła ulica Sienkiewicza ( Nikołajewską ) do kolei Poleskiej, czyli okolice dzisiejszego dworca Białystok Fabryczny.

   Czwarta linia - zwana " Zwierzyniecką" brała poczatek od domu barona von Druzena i jechało sie nią przez zwierzyniecki las az do terenów rekreacyjnych do tzw. " bufetów" . Zakezdnia znajdowała się przy ulicy Prudzkiej ( Świetojańskiej) na terenie , gdzie dziś stoja budynki szpitala im. Śniadeckiego .

   Jak wspomina mój szanowny rozmówca z jadacego tramwaju mozna było wyskoczyć po jakis sprawunek do położonego przy linii sklepiku , następnie tramwaj dogonić i dalej nim jechać. Ów  pojazd mógł bowiem rozwijać nie wiekszą szybkośc niż 12 wiorst , czyli okoła 13  km na godzinę.

   Kursowały dwa typy wagonów, jednokonne i dwukonne, które w zależności od pogody i pory roku były kryte dachem lub odkryte.. Zdarzało się ze na krętych odcinkach drogi i prowadzących pod górkę trzeba było przyprzęgać dodatkowe konie.

   Linie tramwajowe obowiazywał regulamin zatwierdzony przez Radę Miejską. Dotyczył on oprócz opłat i spraw porządkowych również fasonów ubiorów stangretów i konduktorów oraz czasu kursowania : w dzien powszedni od godz. 7 do 23 , w świeta od 8 do 22 . Opłaty za przejazd wynowsiły 5 kopiejek w klasie I i 3 kopiejki  w klasie II zas ucząca sie młodzież płaciła 3 kopiejki niezaleznie od klasy. Bezpłatnie mogli podróżować tylko policjanci i dzieci do lat sześciu . 

  Linie tramwajowe Feldzera nigdy jednak nie przeszły na własnośc miasta, co miało nastapić zgodnie z umowa w roku 1933. Podczas I wojny światowej większość urządzen została zniszczona, a nieco później z ulicy Lipowej usunięto szyny , nawierzchnię zaś pokryto kostką. Długo jeszcze bodajże do lat 60 - tkwiły fragmenty szyn tramwajowych w nawierzchni ulic Warszawskiej i Kilinskiego ,ale i te z czasem też pokrył asfalt i kostka. 

   Wprawdzie w roku 1922 próbowano odtworzyć w miescie tramwajowa komunikację oczywiście juz elektryczna. Powstało  Towarzystwo Tramwajów w Białymstoku kontrolowane przez przedsiembiorców belgijskich ,opracowano szczegółowe projekty przebiegu tras, a nawet regulaminy dla pasażerów. Ustalono też termin wygaśnięcia kontraktu na 31 grudnia 1960 roku. kiedy całe przedsiębiorstwo tramwajowe z instalacjami miało przejśc na własnośc miasta. Ale inwestycja ta w latach miedzywojennych jednak nie doszła do skutku i Białystok z nieznanych dotąd powodów tramwaju elektrycznego nie doczekał sie.

   Po wojnie znów próbowano wrócić do dawnych projektów rozwiazania komunikacji miejskiej przy pomocy tramwajów. Zwycieżył pogląd ,że tak nowoczesnemu miastu jakim miał byc Białystok tradycyjne tramwaje pasowac nie będa. Komunikacja samochodowa ewentualnie trolejbusowa miała wystarczać. A jak z tą komunikacją jest dziś i jak ma być powinno - najwięcej  mogą powiedzieć mieszkańcy 300 - tysięcznego miasta 


Henryk Wilk

Translate