Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ulica Stołeczna Jankiela Gellera

   Ulica Stołeczna znana była w przedwojennych Chanajkach z licznych, zakonspirowanych przybytków płatnej miłości. Udatnie konkurowała pod tym względem z pobliskimi Sukienną, Marmurową czy Krakowską. Jej sutenerów dobrze znali policjanci z IV komisariatu, lecz w pierwszej połowie lat 20. niewiele mogli im zrobić.

  Kiedy zimą 1922 r. jeden z potentatów tej branży z ul. Stołecznej wydawał córkę za mąż, uroczystość weselna odbyła się w okazałym lokalu tanecznym w centrum miasta. Zjawiło się na niej blisko 150 prostytutek, alfonsów, kieszonkowców i innych chojraków z całej szemranej dzielnicy. Wścibska prasa dostrzegła też kilku miejscowych inteligentów. Zabawa trwała do rana, zaś władze porządkowe, uprzedzone zawczasu o imprezie, pozostały głuche na głośne wrzaski rozochoconych balowiczów.

  Wśród gości weselnych znalazł się oczywiście również Jankiel Geller, stały mieszkaniec ul. Stołecznej 9. Był to wybitnie uzdolniony złodziejaszek, który swoją przestępczą karierę rozpoczął w wieku 14 lat i szybko wyrósł na asa mieszkaniowych i sklepowych skoków. Praktykę przeplatał z wiedzą teoretyczną, nabywaną od starszych klawiszników podczas pierwszych, więziennych odsiadek. Z biegiem czasu zaczęły interesować go głównie kusze (łupy) złożone ze złotych monet, biżuterii oraz drogich zegarków. W zaułkach Chanajek dorównywał powoli takim mistrzom,jak Szmul Gorfinkiel z ul.Orlańskiej czy Abram Azji z ul.Krakowskiej, a byli to nie lada mistrzowie w tym złodziejskim fachu.

  W maju 1927 r. dokonane zostało zuchwałe włamanie do mieszkania Chaima Szpiro przy ul. Kupieckiej. Sprawcy dobrze wybrali swoją ofiarę. Ów handlarz żelaznym towarem znany był z częstych odwiedzin w składach jubilerskich. Pewnej majowej nocy cały złoty skarb pana Szpiro zniknął. Policja przeprowadziła rewizję i tymczasowo zatrzymała znanych w mieście specjalistów od łomu i wytrychów. Znalazł się wśród nich również Janiekl Geller. Był wszak w kartotece Ekspozytury Urzędu Śledczego wysoko notowanym klawisznikiem i do tego specem od złotych precjozów. Zabrakło jednak przekonywujących dowodów.

   Zanim jednak złodziej ze Stołecznej opuścił areszt, spotkał go szkaradny pech. Razem z nim w celi przebywał m. in. Jan Bakun, również zatrzymany w związku ze skokiem na Kupieckiej. Ten przyznał się w zaufaniu Gellerowi, którego uważał za mistrza, że ma zaszyte w marynarce złote dwudziestodolarówki. Policja nie wpadła na ich trop.

  Geller, wysłuchawszy tych zwierzeń, postanowił uwolnić goja Bokuna od jego okrycia wraz z cenną zawartością. Niestety dał się przy tym złapać na tej czynności. Kradzież marynarek to nie było niestety jego emploi, jak mówią Francuzi. Dlatego pozostał za kratkami jeszcze przez cztery niepotrzebne miesiące.

  Przez następne lata różnie układały się losy Jankiela Gellera z ul. Stołecznej. Bywał na wozie, ale zdarzyło się mu też z niego spadać. W 1936 r. wybrał się na gościnne występy na kresy Rzeczypospolitej. Dotarł do Słonimia. Tutaj, w małym zakładzie jubilerskim trafił na duży łup. Był i złoty zegarek z masywną bransoletą, dwa pierścionki z kamykami, kilka broszek i wisiorków. Z tym wszystkim wrócił do Białegostoku i zamelinował zdobycz w domu.

Jednak policja kryminalna, która miała stale gwiazdę stołecznych (nie mylić ze stolicą) włamywaczy na oku, przeprowadziła u niego kolejną rewizję. Trafione w Słonimie fanty znalazły się w sejfie Wydziału Śledczego przy ul. Warszawskiej, zaś Jankiel ponownie trafił do więzienia, tym razem na dwa lata.

  Po wyjściu na wolność postanowił, ze względu na swoją wątpliwą popularność, mniej udzielać się osobiście. Znalazł w sąsiednich domach kilku sprytnych chłopaczków, przeszkolił i zaczął posyłać na przygotowane przez siebie roboty. Trwało to jednak niedługo. W czerwcu 1939 r. dwóch wyrostków – Jankiel Lik ze Stołecznej 9 i Abram Klaczko z domku tuż obok – wpadło przy wynoszeniu z mieszkania Efroima Zyrbelblata przy ul. Polnej, starych zabytkowych lamp.

  Po krótkim przesłuchaniu przyznali się, że ich instruktorem i mentorem był Jankiel Geller. Klawisznikowi temu zabrakło więc nie tylko fartu, ale i chyba umiejętności pedagogicznych.


Włodzimierz Jarmolik

Wspomnienia z Fabryki Pluszu

  Graliśmy w "nogę" w Zwierzyńcu, gdy przyszła drużyna medyczna z Fabryki Pluszu. Dziewczyny zawołały najmłodszego (łatwiej dźwigać nosze) i z późniejszej relacji dziewczyny opatrującej głowę "rannego" wyszło, że z "przerażeniem" zobaczyła, że to jej młodszy brat. Był to 1960 lub 61 rok. 

  Przed wojną w fabryce była żeńska straż pożarna, do której należała moja matka. Na początku wojny strażaczki pełniły dyżury na wieży na Rynku Siennym. Po wojnie fabryka miała własną zawodową straż pożarną, a w ramach pododdziałów samoobrony była też żeńska drużyna medyczna.

  Moja mama pracowała w Pluszówce od szesnastego roku życia do emerytury. Reszta mojej rodziny tez miała jakieś epizody pracy w fabryce. 

  Oprócz mimowolnego udziału w tych ćwiczeniach byłem 6 razy na kolonii (oczywiście sami chłopcy), grzybobraniach, Dniach Dziecka, choinkach, należałem do biblioteki (wejście obok bramy) i jeszcze trochę zdarzeń.

Andrzej Banachowicz

Ulica Jurowiecka: Niezwykła historia

 

   Wielu białostoczan ma serdeczne odniesienia do ulicy Jurowieckiej. Wiera Pawłow-Nalewajko ma wyjątkowo dużo do opowiedzenia, lubi i umie to czynić. Rozmowę zaczęła od lekkiej wymówki: "Tyle pan opowiedział o Jurowieckiej, a pominął posesję 24, na której mieści się obecnie kaplica adwentystów. To była nasza posiadłość. Może nawet jest nadal, bo w 1947 roku przyszło dwóch panów, zabrali księgi i kazali się wynosić. Mama poszła zapytać znajomego prawnika, co czynić, a ten udzielił dobrej rady: Niech pani siedzi cicho, bo dla takich mają wyjazdy do Rosji".

  Senior Pawłow przybył z Riazania w epoce cara Mikołaja II, w celu służbowym, bo objął na białostockim dworcu znaczącą funkcję kasjera Kolei Warszawsko-Petersburskiej. Potem przejął restaurację dworcową, a już jako mąż białostoczanki Olgi zaczął inwestować w nieruchomości. Własnością Pawłowów stały się: kamienica oraz trzy domy drewniane przy Jurowieckiej. Do tego dodać jeszcze trzeba dom przy Fabrycznej 49 (rozebrany w 1975 r., obecnie tu Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania). W kamienicy z wysokim dachem mieszkało trzynastu lokatorów wiary mojżeszowej, tylko stróż Franciszek reprezentował społeczność katolicką. Przy domu stojącym frontem do ul. Ciepłej, mieścił się sklep mięsny.

  Na moment zmienię epokę. Opisywana kamienica - o tym już Państwo wiecie - znalazła się w granicach getta, rodzina Pawłowów zamieniła się więc domami z Żydem Lewinem i osiadła przy Łąkowej 10. Kamienica była nowoczesna i szykowna, okupanci nie pozwolili w niej zamieszkać Żydom. Panem został tu jesienią 1941 r. Niemiec Müller, właściciel lub tylko zarządca fabryczki galanterii skórzanej (Fabryczna 20, stoi tu blok zamieszkały głównie przez rodziny pocztowców). A Żydzi gnieździli się w domu Pawłowów, stojącym obok kamienicy, frontem do Jurowieckiej. Tu matematyk z Wilna zaplanował schron, wykonany perfekcyjnie z przeznaczeniem dla 13 osób. Podczas likwidacji getta ukryło się w nim aż około 40 nieszczęśników. Przeżyli trzy miesiące.

  Na podwórzu przy Jurowieckiej 24, po 26 lipca 1944 r. rozmieścili się "wyzwoliciele". Prawdę mówiąc ci czerwonoarmiści budzili współczucie, byli bardzo młodzi, niepewni swego losu. Leżeli pod drzewami, grali na harmoszce, czekali na rozkaz, by ruszyć na Berlin. 

  Zaraz po przejściu frontu przyszło też dwóch partyzantów, ukrywających się przy ul. Ryskiej 4. Zwabił ich zapach chleba, bo na podwórku Pawłowów zaczęto piec ten rarytas. Składniki były następujące: zmielone starawe skórki z chleba, trochę mąki, kartofle, burak. To był znak powracającego życia. Wygłodzonym akowcom pani Olga dała przezornie najpierw kilka łyżek krupniku i kawy z kasztanów, które zbierano na cmentarzu ewangelickim przy ul. Pułkowej. Tak to wielka historia wciąż zawadzała o posesję numer 24.

  No, to wróćmy do rodziny Pawłowów. Moja rozmówczyni przyszła na świat w 1934 r. (przepraszam za ujawnienia danych osobistych). Pamięta dystyngowane zabawy na podwórku. Ojciec, jak na rodowitego Rosjanina przypadło, smakował w herbacie z samowara i pasjami grał w karty. Na zakończenie towarzystwo zielonego stolika przechodziło do "durnia", gry bardzo popularnej w Białymstoku. Nikt nie chciał wyjść z piętnem "duraka", więc seanse karciane kończyły się nad ranem. Pan Włodzimierz lubił też opowiadać anegdoty, zwłaszcza o Puszkinie, które córeczka mogła tylko podsłuchiwać jednym uchem.

  Pani Wiera także lubi anegdoty i jedną z nich zakończę dzisiejszą gawędę. Na ulicy Fabrycznej zamieszkał pan J. Był technikiem dentystycznym, ale w warunkach powojennej biedy i demokracji miał się za stomatologa. Zawód to był okrutnie popłatny, więc ów J. dorobił się samochodu, miał psa, a ludzie dobrze poinformowani plotkowali o pokaźnych zasobach złotego kruszcu. Pewnie dowiedziała się o tym pani W., żona taksówkarza, co to jako chyba pierwszy w Białymstoku padł ofiarą oprychów. No i zeszli się doświadczeni życiowo pan J. i pani W. Żyło im się miło, aż któregoś dnia wszystkie pacjentki zgłaszające się do gabinetu pani Wiery mały wypieki na twarzy i podwyższone ciśnienie. Atak nieznanej choroby? Nie, to były tylko objawy powszechnego oburzenia, jakie zapanowało w okolicy ulic Prowiantowej i Konduktorskiej.

  Wedle szeptanych opowieści pani W. zgłosiła na milicję (obywatelską) kradzież złota. Funkcjonariusze przybyli, przeszukali dom i skarb rzekomo skradziony znaleźli. Opisali go dokładnie jako własność pani W. I o to właśnie chodziło! A co na to pan J.? Ano wrócił na Fabryczną samochodem, z psem - a jakże - tylko już bez złota i poczucia szczęścia.

Adam Cz. Dobroński

Translate