Postaw mi kawę na buycoffee.to

Złodzieje i sutenerzy na Plantach

    Białystok koniecznie chciał się stać miastem nowoczesnym, w stylu miast zachodnich Polski. Ale od ambicji do ich realizacji droga jest daleka". Bo w opinii białostoczan Anno Domini 1937 Białystok to nie "Wersal tylko jakieś wronie gniazdo". Twierdzono, że nie ma w nim życia kulturalnego, życie społeczne było "anemiczne", a towarzyskie "wprost niemożliwe".

  Powtarzano sobie więc, że "Białystok na co dzień to przerażające chamstwo, głupota, nudy na pudy". Jedyne co ożywiało senną atmosferkę to wyczyny miejscowej socjety w Ritzu i anegdotki o tym krążące po mieście. Oto pewien dystyngowany klient zamówił w tej renomowanej restauracji kolację. Czekając aż zostanie mu podana, przysłuchiwał się melodiom granym przez zespół Kwarta i Fidlera. 

  Po pewnym czasie kelner przyniósł zamówione danie. Zgłodniały gość zabrał się za sztukę mięsa, ale ta nie poddawała się natarczywemu piłowaniu nożem. Zirytowany konsument zawołał więc kelnera i zadał mu pytanie: Przepraszam pana, co to właściwie jest? Kelner ze skupioną miną, spoglądając w sufit i przekręcając głowę w kierunku orkiestry, odpowiedział po chwili: To prze pana jest kawałek z Wesołej wdówki.

   Ale gdy przyszła wiosna... Tuż za oknami Ritza zaczynały się białostockie, parkowe salony. Rozpisywano się o nich jako o miejscowej "chlubie". Twierdzono nawet, że "sztuka ogrodnicza znalazła tutaj piękne pole do popisu. Niektóre ich fragmenty przykuwały uwagę swą artystyczną kompozycją". W 1937 roku szczególne nadzieje wiązano ze Zwierzyńcem. Planowano, aby stał się on "wielkim nowoczesnym parkiem miejskim". Parkiem, który będzie podkreślał wielkomiejskie ambicje Białegostoku. 

  Tę opinię podtrzymywali sami białostoczanie, którzy z nastaniem wiosny tłumnie zapełniali Planty i Zwierzyniec, pomimo, że był on wówczas "jeszcze prawie dzikim lasem". Towarzystwo spacerowało, rozsiadało się na parkowych ławeczkach i "konsumowało frysze luft". Zjawisko to nasilało się szczególnie w pogodne niedziele. Wówczas cały park "rozbrzmiewał szczebiotem ptasząt i gwarem ludzkich głosów". Ta idylliczna sielanka trwała do wieczora, kiedy to w "głębiach parkowych" zaczynał się podejrzany ruch. 

  To właśnie z nastaniem zmroku następował "zalew parku przez męty społeczne". Wówczas to "cała apaszeria białostocka, wszyscy złodzieje, rzezimieszki i zbóje, alfonsada i suteneria, mistrze majchra i szpadrynki i ich brany - wszystko to wyłazi - z nastaniem wiosny - ze swych ukrytych nor, spelunek i krokodylówek i zalewa sobą park po wszystkich zakątkach". 

  Postulowano, że może by tak w sobotni bądź niedzielny wieczór otoczyć policyjnym kordonem cały Zwierzyniec i wyłapać te rozmaite grube fisze. Twierdzono, że wówczas to Białystok znacznie zbliżyłby się do cywilizowanych miast. Był też Zwierzyniec już od tamtych lat ulubionym miejscem rowerzystów. "Amatorzy jednak tego sportu, wjechawszy do Zwierzyńca rozpoczynali nieraz formalne wyścigi, bez uwagi na przechodzących ludzi". Z tego powodu dochodziło więc tu do wielu przykrych zdarzeń kończących się awanturą i siniakami.

   Magnesem ciągnącym białostoczan do Zwierzyńca była letnia, ale otwierana już wiosną, restauracja Rozkosz. To był powiew Europy, oczywiście tej z podkasaną muzą. Tu przez wiele sezonów występował urocza Katia Masłowa, bożyszcze miejscowych panów. Były czasy, że nad ranem pito szampana z pantofelków artystki. W tej restauracji nie o kulinaria szło. Tu trzeba było być wyłącznie dla rozkoszy ducha i frysze luftu. Przeto nikogo tu nie mogła zdziwić rozmowa pewnego, znanego w mieście mecenasa z kelnerem: Panie Ober! Ten kurczak jest przypalony. Ja tego nie mogę jeść! Proszę zawołać właściciela restauracji! Na co kelner z właściwą temu zawodowi nonszalancją odpowiadał: Nie ma po co, proszę szanownego pana. Właściciel tym bardziej nie będzie go jadł.

  Tak to Białystok, obudzony wiosną, ambitnie parł ku nowoczesności. Pisano, że "przed Zarządem Miejskim stoją jeszcze wielkie zadania". Sprawiedliwie zauważano, że "w ciągu ostatnich lat dokonano w estetyce miasta ogromnej przemiany i konsekwentnie, nieustannie, systematycznie prowadzona jest dalsza akcja".


Andrzej Lechowski 

Tęsknota jeńca i znak zapytania

   Jest to składany list z nadrukiem Kriegsgefangenpost (poczta jeńców wojennych) i stemplem pocztowym Stalag (obóz dla żołnierzy i podoficerów I A. Czyli Stablack, obecnie są to tereny wsi Stabławki i Kamińsk w gminie Górowo Iławieckie, pow. 

   Bartoszyce. Obóz uważano za największy na terenie Prus Wschodnich, bo wraz z filiami mieścił w latach II wojny światowej ponad 250 tys. jeńców z różnych krajów. Przesyłka była zwolniona od opłaty. Adres odbiorcy: Maria Sulborska ul. Poprzeczna (z błędem Popszeczna) 9, m. 3, Białystok, Rusland (Rosja). To ostatnie wskazanie też nie jest precyzyjne, bo bezirk (okręg) Bialystok pozostawał w unii z Prusami Wschodnimi.

   Na ostatniej stronie składanki są dane o nadawcy: Kazimierz (Kazimiesz) Zajkowski, nr obozowy 58716 P.I.A. Wewnątrz znajduje się instrukcja: „Na tej stronie pisze wyłącznie jeniec wojenny! Pisać tylko ołówkiem [by cenzor mógł zetrzeć gumką zakazane wieści], wyraźnie i nad liniami! W przeciwieństwie do listów z obozów koncentracyjnych nie nakazano, by pisać wyłącznie po niemiecku. 

   Do dyspozycji nadawcy pozostawały trzy małe kartki, łącznie 26 linijek. Dodam, że poprawiłem ortografię i interpunkcję, wstawiłem akapity. Zostawiłem jednak niektóre charakterystyczne zwroty. Kazimierz wstawił datę 20 IV 1941 r. Od kampanii wrześniowej 1939 roku minęły 22 miesiące.

„ Kochana Marysiu

List twój otrzymałem, za który ci serdecznie dzinkuję i jestem bardzo zadowolony z twego listu. Kochana Marysiu ja jestem żyw i zdrów, tego i tobie z całego serca życzę. Wszystkiego najlepszego i bardzo mi to cieszy, że ty mnie nie zapominasz, bo ja o tobie nigdy nie zapomnę.

Kochana Marysiu bardzo się proszę nie martwić o mnie, bo mi nie jest źle, tylko bardzo mnie smuci, że nie mogę ciebie zobaczyć, tylko widzę ciebie we śnie. 

Bardzo często mi się śnisz, a jak rano wstaję, to wtenczas przypominam sobie, że [tu kilka wyrazów zostało wymazanych!] widziałem ciebie tylko we śnie. Poza tym do widzenia, do miłego zobaczenia. Kochający twój Kazio. Ukłony dla wszystkich i mojej całej rodziny.

Pa, pa. Kochającej moje Marysi całusów sto dwa.”

  Tyle tylko mógł napisać Kazio do Marysi, jego optymizm o miłym zobaczeniu ukochanej nie spełnił się szybko, bo wojna miała trwać jeszcze cztery lata. Czy jednak w ogóle się spełnił? Zachowała się także kartka (nie list, 7 wierszy tekstu) z 3 stycznia 1943 r. 

   Napisał ją Kazimierz Sulborski (!) do Marii Sulborskiej (nie Szulborskiej jak poprzednio), zamieszkałej w Białymstoku na ul. Fabrycznej 24, m. 1 (nie na Poprzecznej). Chyba zgadza się nr więźnia - 56716 I. A (poprzednio 56716 P. I. A). Na kartce jest nadruk Stalag I A, ale zmienił się stempel pocztowy (czy był to podobóz?). 

   Również charakter pisma świadczy moim zdaniem, że to ta sama osoba napisała list i kartkę. Jednak kartka została zaadresowana do Kochanej Siostry! Kazik zapytywał kochaną Maryś, dlaczego do niego nie pisze („czy ty mnie zapomniała”), bo on pisze dużo listów. Tekst kończy się chłodno: do widzenia (bez całusów) twój Kazik.

   I bądź tu mądry! Pewnie jednak Maria zapomniała o Kaziku, a ten chciał do niej napisać dodatkowo kartkę i zmienił nazwisko nadawcy pozostawiając numer obozowy oraz zniekształcił nieco nazwisko odbiorczyni? Czyli po prostu. oszukał cenzora, a przy ul. Fabrycznej rzeczywiście mogła mieszkać siostra Marii Szulborskiej. Z co stało się z tą miłością?

Adam Czesław Dobroński (adobron@tlen.pl)

Trzynastego w piątek

   Wszyscy wiemy, że gorzej być nie może. Przecież właśnie w piątek zagniewany Bóg wygnał z raju Adama i Ewę. W średniowieczu zaś piątki nazywano dniem katowskim, bo tylko w tym dniu tygodnia wykonywane były publiczne egzekucje. Tego by już wystarczyło aby uważać, bo jak pech, to pech. A tu na dodatek jeszcze trzynastego.

  Ta niewinna z pozoru cyfra symbolizuje ruinę, katastrofę, śmierć. Przykładów na to jest mnóstwo. Mądry lud trzynastkę nazwał przeto diabelskim tuzinem. Ogólnie bowiem wiadomo, że w zlotach czarownic uczestniczyło 12 wiedźm i do kompletu szatan. A może to tylko sobie wmówiliśmy? A może od niechybnego niepowodzenia tylko krok do sukcesu? Ano zobaczmy.

  Jak wiadomo, pech jest indywidualnym doświadczeniem. Stał się on w 1937 r. udziałem panny Wiery Trochimowiczówny. Ta ponętna osóbka mieszkała sobie spokojnie przy ulicy Różańskiej. Spokój zburzony został, gdy w życiu Wiery pojawił się Mikołaj Aleksiejczuk. 

  Zawładnął on jej uczuciami. Mało, że uczuciami i ciałem (obiecał ślub), to na dodatek ukradł swojej wybrance całą garderobę oraz, o zgrozo, gotówkę przeznaczoną na ślubną suknię. Po co były Mikołajowi potrzebne pieniądze, to wiadomo, ale po co kiecki i takie tam inne części, przecież chyba nie na pamiątkę? Pech to niewątpliwy, ale też i szczęście, że poszedł sobie z tym dobytkiem Mikołaj precz, bo mieć takiego męża!

  Albo wydarzenie inne. Marcowego dnia 1934 r. panią Marię Chandowską potwornie rozbolały zęby. Bogobojna niewiasta próbowała złagodzić swą dolegliwość modlitwą do świętej Apolonii (to patronka tych, których bolą zęby - naprawdę!). Nie pomogło, musiała udać się do dentystki. W Białymstoku było ponad 60 gabinetów. Jaki przypadek sprawił, że Chandowska trafiła do doktor Jadwigi Kochówny, to i Święta Apolonia nie wie. 

  Chandowska bowiem mieszkała na Giełdowej (to dziś Spółdzielcza, a Kochówna przyjmowała na Warszawskiej u wylotu Elektrycznej). I rozegrał się dramat. Najpierw rozległ się straszny, nieartykułowany ryk obolałej pacjentki, a później wszyscy w poczekalni usłyszeli same niecenzuralne słowa. Wizyta u dentystki zakończyła się w sądzie. Chandowska za obrazę lekarki dostała miesiąc aresztu (to pech), ale w zawieszeniu na 5 lat.

  A jakie szczęście w tym samym 1934 r. miał niejaki Lewandowicz, gdy dopadł go pech pod postacią pana Malinowskiego - sekwestatora białostockiego urzędu skarbowego. Lewandowicz nie płacił podatków. Sprawa trafiła do egzekucji. Malinowski, nie mając żadnych innych przedmiotów do zajęcia, zajął Lewandowiczowi... dwie trumny. Jakież było zdziwienie urzędników oraz przechodniów, gdy pod gmach Izby Skarbowej na Mickiewicza (tu urzęduje dziś wojewoda) zajechała furmanka z trumnami. 

  Kierownik egzekucji wzniósł oczy do nieba: "Malinowski, komu ja na licytacji sprzedam trumnę?" Co było robić? Wio z powrotem. I tak majątek (było nie było) wrócił do Lewandowicza. Uważajcie dziś Państwo, bo jak pech, to i w drewnianym kościele człowiekowi cegła na głowę spadnie, ale przy odrobinie szczęścia to...


Andrzej Lechowski

Translate