Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dzieci jeździły hulajnogą własnej roboty

  - Okupacja, tuż po wojnie, czasy były trudne, nie mieliśmy zabawek, nam jednak nie brakowało wyobraźni i bawiliśmy się znakomicie - mówi Waldemar Szliserman.

  Pan Waldemar pochodzi z Bojar. Mieszkał w okolicy, gdzie dziś przebiega dwupasmowa ul. Piastowska. Wówczas były tam łąki należące do gospodarzy ze Skorup, a środkiem płynęła kręta wijąca się rzeczka Dolistówka z czystą źródlaną wodą. 

  Na tych łąkach chłopaki grali w piłkę nożną, a zimą, gdy rzeka wylała i woda zmarzła, było wielkie lodowisko. Łyżwy przykręcało się do butów na płastynki, w specjalnie robione otwory w podeszwie. Jak ktoś nie miał łyżew, to sam je strugał z drewna, a płozę robił z grubego drutu i do butów (albo do papuci) mocował je sznurkiem.

  - W tych łyżwach, na tym lodowisku graliśmy w hokeja - wspomina pan Waldemar. - Natomiast na ulicach, gdzie śnieg zalegał do wiosny urządzaliśmy sobie jazdy, czepiając się sani. Furmani oganiali się, kropili batem, bo to niebezpieczne było. Robiliśmy więc długą pętlę z drutu i zaczepialiśmy ją o kłonicę sań, wówczas furman nie mógł już dosięgnąć łyżwiarza. Pewnego razu, kiedy tak jechałem za saniami moja łyżwa zatrzymała się na nawozie końskim. Wylądowałem w śniegu, jednak nie puściłem swojej taśmy, ale przeciąłem trzy palce prawie do kości.

  Z nastaniem wiosny zaczynała się gra w noża. Każdy chłopak z Bojar pragnął mieć prawdziwy scyzoryk z wieloma ostrzami, żaden tam kozik oprawiony w drewienko. Rzucaliśmy tym nożem na różne sposoby: z paluszków, z łokcia, kolana, zębów i z główki. Niektórzy doszli do wielkiej wprawy w celowaniu. Jesienią na łąkach paliliśmy ogniska, piekąc ziemniaki (dziś jest tam duże osiedle).

  Dużo frajdy sprawiało kręcenie banerek (blaszane puszki po konserwach, świetnie do tego nadawały się takie półkilogramowe po amerykańskiej tuszonce). Robiło się w tej puszce gwoździem otwory, do krawędzi przyczepiano drut jako rączkę, a do środka wkładało się rozżarzone węgle, kawałki drewna lub badyle. I takimi pochodniami kręciliśmy wokół siebie aż ogień dobrze się rozpalał. Wieczorem pięknie wyglądały.

  W chowanego oraz w policjantów i w złodziei bawiliśmy się na terenach składu opałowego, który znajdował się na trójkątnym placu ulic Spacerowej, Granicznej i torów kolejowych (dziś tam ulica Towarowa i garaże). Mogliśmy godzinami się tam ukrywać. Kiedy Hitler napadł na Związek Radziecki w czerwcu 1941 r. i Sowieci w popłochu uciekali z miasta, białostoczanie korzystając z zamieszania ruszyli na plac, ze składu zniknęły hałdy drewna i skończyły się tam nasze zabawy.

  Zaczęła się okupacja niemiecka. Mieszkaliśmy przy torach kolejowych, niedaleko Dworca Poleskiego, to umożliwiało nam zaopatrzenie w opał, czyli w węgiel. Zajmowały się tym dzieci 12-, 14-letnie. Węgiel podkradaliśmy z wagonów, narażając życie, w każdej chwili policja kolejowa, nazywana "czarnymi", mogła każdego postrzelić.

  Mimo trudnych czasów, i po wojnie, bawiliśmy się w najlepsze. Nasze ulice: Spacerowa, Graniczna, Okopowa, Grzybowa, Wiktoria, Gliniana i wiele innych nie posiadały nawierzchni brukowanej ani chodników, a tylko utwardzoną nawierzchnię z piasku. Graliśmy więc w piłkę i w dwa ognie wprost na ulicy, samochody wówczas rzadko jeździły. Natomiast na ul. Piasta, która była wybrukowana i po stronie numerów parzystych miała chodnik, jeździliśmy na hulajnogach.

  Były to przeważnie samodziałki wykonane z dwóch desek i łożysk kulkowych zamiast kółek. Deski do zrobienia hulajnogi dało się skombinować z upatrzonej sztachety w płocie, gorzej było z łożyskami. Ale na polach po wojnie stały zniszczone czołgi sowieckie lub niemieckie, które miały w kołach łożyska kulkowe. Wystarczyło dobrze pomajsterkować z odpowiednim kluczem i porządnym młotkiem. Hulajnoga na takich kołach z łożysk bardzo hałasowała, sąsiedzi narzekali.

  Do spokojniejszych należała gra w guziki. Polegała na tym, że odbijało się guzik o płot tak, aby upadł najbliżej guzika kolegi. Mierzyliśmy odległość na szpany, tj. od kciuka do palca wskazującego i guzik przechodził na własność zwycięzcy. Najwyżej ceniono guziki oficerskie z orłem w koronie, mosiężne, błyszczące.

  Zwykłe żołnierskie - cynowe matowe - były mniej wartościowe. Były też w obiegu guziki Poczty Polskiej - mosiężne, z wytłoczoną trąbką pocztową lub kolejarskie z kołem wagonowym i dwoma skrzydełkami na osi koła. Niemieckie guziki z szarego metalu w drobne groszki na powierzchni nie cieszyły się uznaniem.

  Najmniej się liczyły guziki z rosyjskich mundurów, blaszane i puste w środku z wytłoczoną gwiazdą oraz sierpem i młotem. Nazywaliśmy je dęciakami.

  Najwięcej emocji dostarczała gra w pieniążki. Pieniążek należało położyć na utwardzonej ziemi i uderzając spreparowaną kopką przewrócić na drugą stronę, zabierając zdobycz, o ile moneta obróciła się na reszkę. Kopka to była metalowa okrągła blaszka specjalnie wyklepana na szynie kolejowej lub kowadle.

  Urządzaliśmy też teatrzyki. Latem u mojej koleżanki z Piasta, Halinki Waleszczuk, córki znanego na Bojarach ogrodnika, organizowaliśmy przedstawienia dla dzieciaków z okolicy. Na podwórzu na drucie umocowanym między budynkami gospodarczymi a płotem zawieszaliśmy koc, który służył za kurtynę.

  Przebieraliśmy się w ubrania rodziców i odgrywaliśmy różne scenki. Śmiechu przy tym było co niemiara. Pamiętam, że Halinka sprzedawała bilety po 2 grosze. Za zebraną kwotę kupowaliśmy landrynki w sklepiku pani Malinowskiej.

  Kiedy skończyła się wojna i pod koniec lipca 1944 roku wojska sowieckie wkroczyły do Białegostoku wypierając Niemców, miałem 13 lat. Czułem się już prawie dorosły. Przeżyłem przecież tyle strasznych rzeczy: bombardowania, wycie syren, wywózki sąsiadów i kolegów na Sybir, aresztowanie przez Gestapo mego taty i sąsiadów, stanie z mamą godzinami przed więzieniem na Kopernika, aby podać paczkę ojcu. 

  Zabawy w złodziei i policjantów czy chowanego już nas nie zadawalały, chcieliśmy być jak wojsko. Podglądaliśmy ćwiczących na skorupskich łąkach żołnierzy sowieckich, niemieckich czy w końcu polskich. Postanowiliśmy ich naśladować. Ja, z racji na swoje umiejętności, byłem głównym zbrojmistrzem.

  Robiłem z desek lub sztachet z parkanu wymyślne karabiny. Miałem po tacie trochę narzędzi: piłę stolarską, hebel, raszpel do wygładzania drewna i papier ścierny. Guma z ruskiej maski przeciwgazowej, zamknięcie pałąkowe z drutu od butelki od piwa - stanowiły doskonały materiał do zamka spustowego karabinu.

  Okrągłe płaskie pudełko po cukierkach nadawało się do pistoletu maszynowego, nazywanego z ruskiego "pepeszą" - stanowiło ładownicę na kule. Tak wyposażeni rozgrywaliśmy swoje boje na ogrodach sąsiadów i okolicznych uliczkach. 

  Od strzelania i pokrzykiwania dostawaliśmy chrypki. Na polu obsianym żytem z lewej strony Dolistówki, gdzie dziś jest zbudowane osiedle, znajdował się zniszczony niemiecki czołg Tygrys. Uznaliśmy go za swój. Były w nim wystrzelone pociski armatnie i wiele różnych zegarów i urządzeń. Kręciliśmy wieżyczką we wszystkie strony, udając walczących czołgistów. Najbardziej podobała się nam karuzela na lufie.

  Na Towarowej w lipcu 1944 roku wojska sowieckie na środku tej wówczas niepozornej przytorowej uliczki zorganizowały polowy skład zbrojeniowy. Trzymano tam pociski artyleryjskie, skrzynie pełne prochu artyleryjskiego (długie żółte rurki 30-40 cm w białych płóciennych woreczkach), kule karabinowe i do automatów, granaty i zapalniki do min. Arsenału tego pilnował bojec z karabinem. 

  Miał do nadzoru około 70-100 m długości placu. Gdy był na końcu magazynu, my podkradaliśmy z drugiej strony ze skrzyń laski prochu artyleryjskiego, zapalniki do min, a nawet kule do pistoletów. To uzbrojenie przydawało się dla naszej dziecięcej armii. Podpalone długie laski prochu przydeptywało się obcasem i wówczas taki makaron dymiąc, podskakiwał wysoko, kręcąc się w powietrzu.

  Takie zabawy to oczywiście była straszna głupota, bardzo niebezpieczne. Nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, wspominam to teraz z trwogą. Na szczęście nie doszło do żadnej tragedii. Nasi rodzice rzecz jasna o tym nie wiedzieli. Mieli poważniejsze troski na głowie. Musieli przede wszystkim myśleć jak przeżyć i zapewnić rodzinie jedzenie oraz ubrania.


Alicja Zielińska 

Ach, jak ta Ambia grała !

  Studenci i taki zespół? Dziś trudno w to uwierzyć. Ale to fakt. Akademia Medyczna miała zespół muzyczny, który był konkurencją dla Radia Białystok. Rozgłośnia chciała go nawet przekształcić we własną orkiestrę rozrywkową.

  Zespół tworzyli studenci medycyny. Jednym z jego liderów był Jerzy Tomzik, muzyk, pedagog, twórca Białostockiego Studia Piosenki, a w latach 50. student medycyny. Najpierw zespół prowadził Jerzy Kurpios, późniejszy pediatra. Po nim przejął go Witek Koczyński,  Jerzy Tomzik. A grali Mirek Zdanowicz na saksofonie, na gitarze Andrzej Nowiński, zmarły urolog, na drugiej gitarze Tadeusz Jóźwik (pracował potem w Zakładzie Medycyny Sądowej), na kontrabasie Jerzy Głowacz, który przez wiele lat był radiologiem w Zambrowie, a na perkusji Jurek Danilewski. Ach, jak ta Ambia grała!

  Był to pierwszy zespół jazzowy na Białostocczyźnie. Ambia grała na sylwestrach i na balach. Słynne Bale Medyka, kostiumowe, odbywały się w Pałacu Branickich, a organizował je między innymi prof. Jan Stasiewicz, wtedy aktywny student medycyny.

- Ćwiczyliśmy w akademiku, uczelnia przyznała nam specjalnie do tego celu pokój. Kosztem nauki, oj tak - uśmiecha się Jerzy Tomzik - bo gdyby nie zespół, to zostałby lekarzem. Zatracił się w muzyce kompletnie.

  Grali między innymi w Klubie Siedmiu, gdzie działał młodzieżowy kabaret Koliber, w którym śpiewała Łucja Prus. Lucynka, jak ją nazywali, była wówczas uczennicą liceum na Kościelnej. Uczyła się także grać na skrzypcach w szkole muzycznej przy Sienkiewicza, prowadzonej przez siostry Frankiewiczówny. Teraz jest tam Akademia Teatralna. Miła, skromna, ostrzyżona na Polę Negri. Pierwszą piosenką, jaką śpiewała, była "Alabama" Ludmiły Jakubczak. Nawet dostała taki przydomek - "Alabama".

  Jerzy Tomzik przyjechał do Białegostoku w 1955 roku. Z Częstochowy. Miał kontynuować tradycje rodzinne, ojciec był lekarzem dentystą. Ambicją więc rodziców było, by syn skończył medycynę. On jednak został muzykiem. Jak mówi, trochę z przypadku.

- Moja mama była utalentowana muzycznie i bardzo chciała, abym ja grał. W latach 50., kiedy nie było jeszcze szkół muzycznych, rodzice zorganizowali mi lekcje prywatne. Więc ciągnęło mnie i później do muzyki. Pamiętam, u profesora Popowicza, w sali, gdzie odbywały się wykłady z chemii ogólnej, stał fortepian Bechsteina. I ja tam grałem Beethovena, Chopina.

  Był piątym rocznikiem studentów medycyny. Uczelnia działała już pięć lat. Kwitło życie studenckie. Akademik w parku cieszył się dużym powodzeniem, bo znajdowała się tam stołówka. Stołowali się prawie wszyscy, także asystenci i profesorowie.

- Mieliśmy swój radiowęzeł Supeł. To była jedna z najlepszych studenckich rozgłośni radiowych w Polsce. Robiliśmy audycje, puszczaliśmy na akademik muzykę jazzową, a podczas wypadków węgierskich w 1956 roku leciało nawet Radio Wolna Europa. Aż dziw, że nie zwinęli nas ubecy - opowiada Jerzy Tomzik.

  Może dlatego, że nadchodziła odwilż polityczna. Do władzy doszedł Gomułka. Ludzie mieli nadzieję na zmiany. W czasie wydarzeń październikowych przed Pałacem Branickich odbyła się wielka manifestacja. Brali w niej udział także studenci.   Pochód ruszył pod farę, a potem się rozlał na całą Lipową i poszedł aż do kościoła św. Rocha. Krzyczano: "Grodno, Wilno do Polski", "Rokossowski do domu". Studenci zorganizowali kwestę na Węgry, oddawali krew. Wtedy powstał taki dowcip: Po co Charles de Gaulle przyjechał do Polski? Żeby francuskim kluczem odkręcać rosyjską śrubę.

  A jaki był wtedy Białystok? - Dźwignął się z ruin, ale był bardzo okrojony. Kończył się już przy hotelu Turkus, dalej rozciągały się pola - wspomina Jerzy Tomzik. - Nie było jeszcze alei 1 maja. Zapamiętałem charakterystyczny język ze wschodnim zaśpiewem, jakim tu się posługiwali ludzie, to słynne śledzikowanie. Na cukier mówiono "mączka", na padaczkę "przypadek".

  A co z Ambią? Istniała aż do 1963 roku.


Alicja Zielińska

Okruchy wspomnień z uroczej ulicy Bema lat 60 (2)

  Ulica Bema lat 60. ubiegłego wieku podczas wakacji, od rana do późnych godzin wieczornych, należała do nas. Wakacje pachnące truskawkami, agrestem, wiśniami i innymi owocami upływały na zabawach podwórkowych. Podwórko było najlepszym naszym placem zabaw. Nie narzekaliśmy na nudę, graliśmy „w noża” rzucając go w z podparcia o palce, łokieć, brodę, nos, itd. w taki sposób, aby wbił się w ziemię. Palant, cymbergaj, podchody, bakaman, strzelanie z karbidu, zabawa w chowanego, ciuciubabka, bieganie za fajerką miały swój niepowtarzalny urok. 

   Strzelanie z rogatki do puszek, butelek i wszelkiego rodzaju ruchomych elementów wywoływało zawsze dreszczyk emocji, a czasami niepotrzebny stres w rozmowie z rodzicami. Po latach zrozumiałem dlaczego stary szklarz z Rynku Siennego ze zrozumieniem i szacunkiem odnosił się do chłopców, którzy nie mieli tak wprawnej ręki i kamień z ich rogatki lądował nie w tym miejscu gdzie powinien.

  Na polu godzinami biegaliśmy za futbolówką. Piłki w owym czasie na początku lat 60 ubiegłego wieku, były bardzo specyficzne. Do skórzanej piłki należało włożyć dętkę, następnie napompować i zasznurować. Po rozegranym meczu niejeden Eusebio, miał ślady sznurowania na swojej twarzy.

   Bywało, że podczas meczu można było usłyszeć głos zatroskanej matki, która na całe gardo krzyczała do swego synka: Wicia, ty za to durno piłko świata nie widzisz, rano jak zjadł kawałek chleba ze smalcem, to do tej pory nic nie jadł, dlatego przyniosła ja tobie ze spółdzielni bołku warkoczołku i limojdu na zapojku.

Śmigaliśmy po ulicy Bema ukraińskim rowerem pod ramą do spółki z resztą ferajny.

Dziewczyny miały swój kolorowy świat, których chłopców nie bardzo interesował. Bawiły się lalkami, skakały na skakance, grały w klasy, kręciły hula-hop.

   Podczas wakacji, na okolicznych łąkach koło Bażantarni, zajmowaliśmy się poszukiwaniem suchych placków po krowach na zlecenie lokalnego badylarza, aby zarobić parę złotych. Coś mi się wydaje, że za jedną taczkę suchego łajna „warzywniak” płacił Rybaka czyli 5 zł. Przeważnie dzieciarnia zbierała ten cenny towar dobierając się w pary. Bywało, że starsi koledzy podczas wspólnego zbierania instruowali młodszych kolegów, jak z suszonych liści wiśni można skręcić skręta i jaka radość z tego wypływa podczas palenia. Więcej było dymu niż palenia, ale zawsze jakaś atrakcja na wakacje była zapewniona. 

    Zbieractwo krowich placków upływało w miłej atmosferze, a lekcje pobierane od starszych kolegów pomagały w radzeniu sobie ze stresem związanym z powrotem do szkoły po wakacjach. Po całym dniu harówki dzieci solidarnie dzieliły się kasą i szły do spółdzielni po zakupy, prosząc starszych kolegów, aby młodszym kupili to, co starsi kupowali bez problemu. Jedni pili to, na co mieli ochotę, drudzy zachwycali się smakiem oranżady w proszku wprowadzając ją do organizmu oślinionym palcem.

   Kiedy była brzydka pogoda i padał deszcz, na początku lat 60 organizowaliśmy zabawy w domu. Za pomocą magicznego pokrętła przesuwaliśmy kolorową kliszę w rzutniku i oglądaliśmy, na zawieszonym prześcieradle kolejne klatki bajki o Cyganie, co to z gwoździa zupę gotował, ku zadowoleniu wszystkich zebranych dzieciaków.

Po buty na zimę, kurtki, spodnie, ewentualnie innego rodzaju większe zakupy, trzeba było chodzić z rodzicami do budek na Sienny Rynek, Starego lub Nowego Domu Towarowego, albo do Malucha - sklepu handlującego dziecięcymi butami. Pomimo siermiężnego gomułkowskiego socjalizmu, w obskurnych budach na Siennym Rynku, „biznesmeni” starali się dostosować swoje towary do trendów mody, sprzedając modne i eleganckie garnitury, suknie ślubne, kurtki, spodnie, wszelakie kiecki dla wytwornych dam wykonywane własnoręcznie. 

   Szyte przez sprzedawców, a masowo kupowane przez młodzież buty „bitelsówki” oraz czapki na wzór nakrycia głowy generała de Gaulle'a, stały się swoistą demonstracją i wyrazem poglądów politycznych starszej młodzieży. Na czarnych „degolówkach” ze skaju i butach z zakręconymi nosami niejeden prywaciarz zarobił fortunę. 

   Przechodząc przez Sienny Rynek do centrum miasta, obowiązkowo trzeba było zahaczyć o sklep prowadzony przez dwie starsze pnie, które sprzedawały prawie wszystko. Można tam było kupić maski na bal karnawałowy, kolorową bibułkę, diabełka, który po przyciśnięciu pokazywał czerwony język, różnego rodzaju kolorowe zabawki. W szarej rzeczywistości sklep ofiarował bajkowy klimat kolorowych figurek i przyciągał niczym magnez. W sklepie zawsze było pełno ludzi, a obsługa wywoływała respekt wśród kupujących. Zimą na drzwiach pojawiała się kartka „Tu nie Afryka, tu się drzwi zamyka”. 

   Dzieci z ulicy Bema i przyległych uliczek biegały całymi dniami po podwórku, poznając smak swobodnej zabawy i nie łamiąc sobie jednocześnie karku.

Dookoła ulicy Bema, w okolicznych ogrodach, zawsze coś kwitło i pachniało. Wiosną rozkwitały przydomowe sady pełne jabłoni, gruszy, śliw, czereśni, a ich woń roznosiła się po całej ulicy. Prawie na każdym podwórku rósł agrest i porzeczki, który jedliśmygarściami. 

    W tamtych, całkiem innych czasach, niektórzy mieszkańcy w chlewikach obok domu hodowali świnie, po podwórku łaziły kury, kaczki lub indyki. Ulica Bema, to ulica jedyna w swoim rodzaju, tworząca wraz z drewnianą zabudową i jej mieszkańcami niepowtarzalny urok i klimat, który trwał do końca lat 60 ubiegłego wieku.

   Wiosną, ulica Bema, budziła się do życia. Dzieciarnia żyła swoim życiem, zaś gospodynie miały pełne ręce roboty. Musiały posadzić warzywa w przydomowym ogródku, odświeżyć mieszkanie przed Wielkanocą. Wiosną znikała wata do uszczelniania okien, doniczki z kwiatami dekorowano kolorową bibułką, kupowano nową ceratę na stół, kolorową tapetę. Myto okna, odświeżano podłogi aby mieszkanie wyglądało schludnie. Lista prac wydawała się nie mieć końca. Oddzielnym rytuałem była wiosenna wymiana słomy w siennikach oraz palenie starej w przydomowym ogródku. Pamiętam, że wiosną, malowniczym elementem ulicy Bema był przywieziony na wozie przez konia szmaciarz, który darł się na całe gardło, że „szmaty, butelki skupuje i garnki lutuje”. Szmaciarz za surowce wtórne, stare ubrania, lub inne części garderoby nie płacił pieniędzmi, lecz nowymi garnkami, czajnikami, patelniami, ceramicznymi kolorowymi miseczkami, lub zabawkami dla dzieci.

    W sobotni ciepły wieczór, z otwartych okien, roznosił się dźwięk z adapteru Bambino i mogliśmy posłuchać Stanisława Grzesiuka, który zawodził „Rum Helkę”, lub westchnąć przy „Złotym pierścionku” śpiewanym przez Renę Rolską. Hitem starszej młodzieży był utwór „Pod Papugami” zespołu Czerwono-Czarni. Okres lat sześćdziesiątych był niezwykle barwny w historii muzyki, a jego gwiazdy do dnia dzisiejszego wywołują dreszczyk emocji.

Na początku lat 60 ubiegłego wieku mało kto miał telewizor, więc często zaglądaliśmy do Fiedoruków, aby obejrzeć Bonanzę siadając w kucki na dywanie.

     Pamiętam, że często biegaliśmy na Szosę Południową do kiosku Ruchu po papierosy „Sporty”, które kupowaliśmy na prośbę starszych obywateli naszej ulicy. Papierosy sprzedawano wówczas pojedynczo, lub w paczkach po dziesięć, ewentualnie dwadzieścia sztuk.

Dziecięcy świat z tamtej ul. Bema wykształcił w dzieciach niewiarygodną samodzielność. Smak beztroskiego dzieciństwa, to smak chleba z wodą i cukrem ozdobionego czasami odrobiną śmietany. Po prostu niebo w gębie.

    Pod koniec lat 60 ubiegłego wieku oglądaliśmy „Ekran z Bratkiem” w którym Adam Słodowy w cyklu „Zrób to sam” doradzał, jak zrobić coś z niczego. Wisienką na torcie po programie był film, na który oczekiwaliśmy cały tydzień. Podwórko pustoszało podczas emisji Robin Hooda, czy Zorro. Wieczorem w czwartek można było zobaczyć Teatr Sensacji. Film z doktorem Kildare, w którego wcielił się Richard Chamberlain przykuwał uwagę całej rodziny.

Radio lat 60 ubiegłego wieku odgrywało w naszym życiu ogromną rolę. Wesoły autobus, 

   Podwieczorek przy mikrofonie, Młodzieżowe Studio Rytm, niedzielny Koncert Życzeń, Rewia Piosenek Lucjana Kydryńskiego - to audycje, które wspominamy z nostalgią. Końcówka lat 60 ubiegłego wieku, to Czesław Niemen i Maryla Rodowicz oraz wiele cudownych zespołów jak: Skaldowie, Trubadurzy, No to co, Czerwone Gitary, Nalepa, Kubasińska i zespół blues-rockowy Breakout, które do dnia dzisiejszego grają w naszych sercach.

    Ulica Bema kojarzy mi się, z jarmarkiem na Jana, wakacjami, Szkołą Podstawową nr 11, do której uczęszczałem od pierwszej do szóstej klasy, pachnącymi ogrodami i beztroskimi zabawami.

Wspaniale skomentował tamtą epokę w jednym ze swoich komentarzy Zbigniew Drabik, stwierdzając, że pomimo szaro-burych czasów, w których nie mieliśmy nic, to właściwie mieliśmy wszystko.

    Dożynki centralne odbywające się w Białymstoku w 1973 r. przyczyniły się do zlikwidowania budek na Siennym Rynku, a ulica Bema z dnia na dzień zmieniała swój klimat. Przyszło nowe. Ludzie witali z radością nowy Rzemieślnik przy ul. Bema 11, obok ulicy Chełmskiej. Na Bema powstawały coraz to nowe bloki, sklepy, przedszkola. Zmienili się też mieszkańcy.

Co było - nie wróci ... a jednak żal mi klimatu starej ulicy Bema.

                                                        

Eugeniusz Muszyc

Translate