Postaw mi kawę na buycoffee.to

Okruchy wspomnień z uroczej ulicy Bema lat 60 (2)

  Ulica Bema lat 60. ubiegłego wieku podczas wakacji, od rana do późnych godzin wieczornych, należała do nas. Wakacje pachnące truskawkami, agrestem, wiśniami i innymi owocami upływały na zabawach podwórkowych. Podwórko było najlepszym naszym placem zabaw. Nie narzekaliśmy na nudę, graliśmy „w noża” rzucając go w z podparcia o palce, łokieć, brodę, nos, itd. w taki sposób, aby wbił się w ziemię. Palant, cymbergaj, podchody, bakaman, strzelanie z karbidu, zabawa w chowanego, ciuciubabka, bieganie za fajerką miały swój niepowtarzalny urok. 

   Strzelanie z rogatki do puszek, butelek i wszelkiego rodzaju ruchomych elementów wywoływało zawsze dreszczyk emocji, a czasami niepotrzebny stres w rozmowie z rodzicami. Po latach zrozumiałem dlaczego stary szklarz z Rynku Siennego ze zrozumieniem i szacunkiem odnosił się do chłopców, którzy nie mieli tak wprawnej ręki i kamień z ich rogatki lądował nie w tym miejscu gdzie powinien.

  Na polu godzinami biegaliśmy za futbolówką. Piłki w owym czasie na początku lat 60 ubiegłego wieku, były bardzo specyficzne. Do skórzanej piłki należało włożyć dętkę, następnie napompować i zasznurować. Po rozegranym meczu niejeden Eusebio, miał ślady sznurowania na swojej twarzy.

   Bywało, że podczas meczu można było usłyszeć głos zatroskanej matki, która na całe gardo krzyczała do swego synka: Wicia, ty za to durno piłko świata nie widzisz, rano jak zjadł kawałek chleba ze smalcem, to do tej pory nic nie jadł, dlatego przyniosła ja tobie ze spółdzielni bołku warkoczołku i limojdu na zapojku.

Śmigaliśmy po ulicy Bema ukraińskim rowerem pod ramą do spółki z resztą ferajny.

Dziewczyny miały swój kolorowy świat, których chłopców nie bardzo interesował. Bawiły się lalkami, skakały na skakance, grały w klasy, kręciły hula-hop.

   Podczas wakacji, na okolicznych łąkach koło Bażantarni, zajmowaliśmy się poszukiwaniem suchych placków po krowach na zlecenie lokalnego badylarza, aby zarobić parę złotych. Coś mi się wydaje, że za jedną taczkę suchego łajna „warzywniak” płacił Rybaka czyli 5 zł. Przeważnie dzieciarnia zbierała ten cenny towar dobierając się w pary. Bywało, że starsi koledzy podczas wspólnego zbierania instruowali młodszych kolegów, jak z suszonych liści wiśni można skręcić skręta i jaka radość z tego wypływa podczas palenia. Więcej było dymu niż palenia, ale zawsze jakaś atrakcja na wakacje była zapewniona. 

    Zbieractwo krowich placków upływało w miłej atmosferze, a lekcje pobierane od starszych kolegów pomagały w radzeniu sobie ze stresem związanym z powrotem do szkoły po wakacjach. Po całym dniu harówki dzieci solidarnie dzieliły się kasą i szły do spółdzielni po zakupy, prosząc starszych kolegów, aby młodszym kupili to, co starsi kupowali bez problemu. Jedni pili to, na co mieli ochotę, drudzy zachwycali się smakiem oranżady w proszku wprowadzając ją do organizmu oślinionym palcem.

   Kiedy była brzydka pogoda i padał deszcz, na początku lat 60 organizowaliśmy zabawy w domu. Za pomocą magicznego pokrętła przesuwaliśmy kolorową kliszę w rzutniku i oglądaliśmy, na zawieszonym prześcieradle kolejne klatki bajki o Cyganie, co to z gwoździa zupę gotował, ku zadowoleniu wszystkich zebranych dzieciaków.

Po buty na zimę, kurtki, spodnie, ewentualnie innego rodzaju większe zakupy, trzeba było chodzić z rodzicami do budek na Sienny Rynek, Starego lub Nowego Domu Towarowego, albo do Malucha - sklepu handlującego dziecięcymi butami. Pomimo siermiężnego gomułkowskiego socjalizmu, w obskurnych budach na Siennym Rynku, „biznesmeni” starali się dostosować swoje towary do trendów mody, sprzedając modne i eleganckie garnitury, suknie ślubne, kurtki, spodnie, wszelakie kiecki dla wytwornych dam wykonywane własnoręcznie. 

   Szyte przez sprzedawców, a masowo kupowane przez młodzież buty „bitelsówki” oraz czapki na wzór nakrycia głowy generała de Gaulle'a, stały się swoistą demonstracją i wyrazem poglądów politycznych starszej młodzieży. Na czarnych „degolówkach” ze skaju i butach z zakręconymi nosami niejeden prywaciarz zarobił fortunę. 

   Przechodząc przez Sienny Rynek do centrum miasta, obowiązkowo trzeba było zahaczyć o sklep prowadzony przez dwie starsze pnie, które sprzedawały prawie wszystko. Można tam było kupić maski na bal karnawałowy, kolorową bibułkę, diabełka, który po przyciśnięciu pokazywał czerwony język, różnego rodzaju kolorowe zabawki. W szarej rzeczywistości sklep ofiarował bajkowy klimat kolorowych figurek i przyciągał niczym magnez. W sklepie zawsze było pełno ludzi, a obsługa wywoływała respekt wśród kupujących. Zimą na drzwiach pojawiała się kartka „Tu nie Afryka, tu się drzwi zamyka”. 

   Dzieci z ulicy Bema i przyległych uliczek biegały całymi dniami po podwórku, poznając smak swobodnej zabawy i nie łamiąc sobie jednocześnie karku.

Dookoła ulicy Bema, w okolicznych ogrodach, zawsze coś kwitło i pachniało. Wiosną rozkwitały przydomowe sady pełne jabłoni, gruszy, śliw, czereśni, a ich woń roznosiła się po całej ulicy. Prawie na każdym podwórku rósł agrest i porzeczki, który jedliśmygarściami. 

    W tamtych, całkiem innych czasach, niektórzy mieszkańcy w chlewikach obok domu hodowali świnie, po podwórku łaziły kury, kaczki lub indyki. Ulica Bema, to ulica jedyna w swoim rodzaju, tworząca wraz z drewnianą zabudową i jej mieszkańcami niepowtarzalny urok i klimat, który trwał do końca lat 60 ubiegłego wieku.

   Wiosną, ulica Bema, budziła się do życia. Dzieciarnia żyła swoim życiem, zaś gospodynie miały pełne ręce roboty. Musiały posadzić warzywa w przydomowym ogródku, odświeżyć mieszkanie przed Wielkanocą. Wiosną znikała wata do uszczelniania okien, doniczki z kwiatami dekorowano kolorową bibułką, kupowano nową ceratę na stół, kolorową tapetę. Myto okna, odświeżano podłogi aby mieszkanie wyglądało schludnie. Lista prac wydawała się nie mieć końca. Oddzielnym rytuałem była wiosenna wymiana słomy w siennikach oraz palenie starej w przydomowym ogródku. Pamiętam, że wiosną, malowniczym elementem ulicy Bema był przywieziony na wozie przez konia szmaciarz, który darł się na całe gardło, że „szmaty, butelki skupuje i garnki lutuje”. Szmaciarz za surowce wtórne, stare ubrania, lub inne części garderoby nie płacił pieniędzmi, lecz nowymi garnkami, czajnikami, patelniami, ceramicznymi kolorowymi miseczkami, lub zabawkami dla dzieci.

    W sobotni ciepły wieczór, z otwartych okien, roznosił się dźwięk z adapteru Bambino i mogliśmy posłuchać Stanisława Grzesiuka, który zawodził „Rum Helkę”, lub westchnąć przy „Złotym pierścionku” śpiewanym przez Renę Rolską. Hitem starszej młodzieży był utwór „Pod Papugami” zespołu Czerwono-Czarni. Okres lat sześćdziesiątych był niezwykle barwny w historii muzyki, a jego gwiazdy do dnia dzisiejszego wywołują dreszczyk emocji.

Na początku lat 60 ubiegłego wieku mało kto miał telewizor, więc często zaglądaliśmy do Fiedoruków, aby obejrzeć Bonanzę siadając w kucki na dywanie.

     Pamiętam, że często biegaliśmy na Szosę Południową do kiosku Ruchu po papierosy „Sporty”, które kupowaliśmy na prośbę starszych obywateli naszej ulicy. Papierosy sprzedawano wówczas pojedynczo, lub w paczkach po dziesięć, ewentualnie dwadzieścia sztuk.

Dziecięcy świat z tamtej ul. Bema wykształcił w dzieciach niewiarygodną samodzielność. Smak beztroskiego dzieciństwa, to smak chleba z wodą i cukrem ozdobionego czasami odrobiną śmietany. Po prostu niebo w gębie.

    Pod koniec lat 60 ubiegłego wieku oglądaliśmy „Ekran z Bratkiem” w którym Adam Słodowy w cyklu „Zrób to sam” doradzał, jak zrobić coś z niczego. Wisienką na torcie po programie był film, na który oczekiwaliśmy cały tydzień. Podwórko pustoszało podczas emisji Robin Hooda, czy Zorro. Wieczorem w czwartek można było zobaczyć Teatr Sensacji. Film z doktorem Kildare, w którego wcielił się Richard Chamberlain przykuwał uwagę całej rodziny.

Radio lat 60 ubiegłego wieku odgrywało w naszym życiu ogromną rolę. Wesoły autobus, 

   Podwieczorek przy mikrofonie, Młodzieżowe Studio Rytm, niedzielny Koncert Życzeń, Rewia Piosenek Lucjana Kydryńskiego - to audycje, które wspominamy z nostalgią. Końcówka lat 60 ubiegłego wieku, to Czesław Niemen i Maryla Rodowicz oraz wiele cudownych zespołów jak: Skaldowie, Trubadurzy, No to co, Czerwone Gitary, Nalepa, Kubasińska i zespół blues-rockowy Breakout, które do dnia dzisiejszego grają w naszych sercach.

    Ulica Bema kojarzy mi się, z jarmarkiem na Jana, wakacjami, Szkołą Podstawową nr 11, do której uczęszczałem od pierwszej do szóstej klasy, pachnącymi ogrodami i beztroskimi zabawami.

Wspaniale skomentował tamtą epokę w jednym ze swoich komentarzy Zbigniew Drabik, stwierdzając, że pomimo szaro-burych czasów, w których nie mieliśmy nic, to właściwie mieliśmy wszystko.

    Dożynki centralne odbywające się w Białymstoku w 1973 r. przyczyniły się do zlikwidowania budek na Siennym Rynku, a ulica Bema z dnia na dzień zmieniała swój klimat. Przyszło nowe. Ludzie witali z radością nowy Rzemieślnik przy ul. Bema 11, obok ulicy Chełmskiej. Na Bema powstawały coraz to nowe bloki, sklepy, przedszkola. Zmienili się też mieszkańcy.

Co było - nie wróci ... a jednak żal mi klimatu starej ulicy Bema.

                                                        

Eugeniusz Muszyc

Ulica Rocha 4. Posesja ins. Muromcewa

   Posesja przy ul. św. Rocha 4 została wydzielona z działki należącej do Jakuba Borysiewicza w 1890 r., gdy ten sprzedał ją białostockim mieszczanom Janowi i Aleksandrze Burzyńskim. Trudno powiedzieć o nich coś więcej poza faktem, że na kupionej działce wznieśli wkrótce po 1890 r. dwa parterowe domy – mniejszy, drewniany, stojący od frontu oraz drugi, większy i murowany.

  W 1897 r. mieszkał tu naczelnik białostockiego powiatowego urzędu ds. powinności wojskowej Hillarion Rudenko.

W 1899 r. Burzyńscy odsprzedali nieruchomość inspektorowi podatkowemu powiatu białostockiego Charłampowi Muromcewowi. Wywodził się on z jednego ze starszych rosyjskich rodów szlacheckich, sięgającego swymi korzeniami XVI stulecia. 

   Muromcewowie pochodzili z guberni riazańskiej, gdzie posiadali majątek Bałowniewo. Wśród przedstawicieli rodziny warto wspomnieć Sergieja Muromcewa, przewodniczącego I Dumy Państwowej.

Wiadomo, że Charłamp był synem Aleksandra i miał brata Piotra, żołnierza w stopniu kapitana, który na początku XX w. wykupił część majątku Niewodnica Lewicka. Charłamp ukończył prestiżową Mikołajewską Szkołę Kawalerii w Sankt Petersburgu. 

   Na służbę państwową wstąpił w 1883 r., a do Białegostoku oddelegowano go w 1896 r. i tu objął stanowisko naczelnika powiatowego urzędu skarbowego, a następnie przewodniczącego komisji ds. wymiaru podatku przemysłowego.

   Szybko odnalazł się w miejscowej społeczności, będąc na prośbę Aleksandra Satina jednym ze współzałożycieli Białostockiego Towarzystwa Ogniowego (później BOSO) oraz uczestnicząc w pracach Rosyjskiego Towarzystwa „Czerwonego Krzyża”. Pełnił mandat radnego miejskiego w ostatniej Radzie Miasta przed końcem zaboru rosyjskiego.

W 1913 r. w jednym z domów przy ul. św. Rocha funkcjonowała siedziba białostockiej powiatowej inspekcji podatkowej.

   Charłamp Muromcew nieruchomość przy ul. św. Rocha 4 odsprzedał w 1913 r. Stanisławowi Saryusz-Zaleskiemu.

Nowy właściciel mieszkał w tym czasie we własnym domu na rogu ul. Starobojarskiej i Żukowskiego (później ul. Kraszewskiego 1), ale na jego temat także nie mamy bardziej szczegółowych informacji.

    Miał dzieci Miłosława, Borysa i Irenę, które po jego śmierci w czasie I wojny światowej uzyskali omawianą nieruchomość, po czym w 1919 r. – działając za pośrednictwem Witolda Kości, gdyż nie mieszkali w Białymstoku – wydzierżawili na 24 lata Konstancji z Roszkowskich Hepner, żonie Karola.

    Rok później Konstancja wykupiła posesję przy ul. św. Rocha 4. Na początku lat 20. XX w. Karol Hepner prowadził pod tym adresem własną firmę sprzedaży skór. Hepnerowie byli właścicielami tej nieruchomości do 1936 r., gdy sprzedali ją Stanisławowi Starosielcowi, ten zaś kilka miesięcy później wyzbył się jej na rzecz Stowarzyszenia    Wzajemnej Pomocy Pracownic Katolickich Św. Franciszka Serafickiego w Białymstoku, reprezentowanego przez Katarzynę Czausz. Stowarzyszenie działało do II wojny światowej, chociaż prawa własności do posesji przy ul. św. Rocha 4 utrzymało jeszcze w okresie okupacji niemieckiej.


Wiesław Wróbel

Nowe Bojary

    Dzielnica ogród, która zamieniła się w najpaskudniejsze w mieście blokowisko. Nowe Bojary, szpetny moloch, nazwany apartamentowcem i rosnący za nim ohydny mrowiskowiec w miejscu dawnego biurowca „Uchwytów”, jednego z bastionów białostockiej Solidarności. 

  Kilka lat temu, gdy buldożery wyburzały peerelowski, nie najbrzydszy budynek, po przeciwległej stronie ulicy Ryskiej, na schodach kolejnego „apartamentowca” stał mocno zbudowany, wysoki mężczyzna, około 60-letni, stał i płakał. 

To była wczesna jesień, koniec lata, na północnym zachodzie, nad wieżowcami na Fabrycznej zalegało jeszcze lekko pomarańczowej barwy niebo. Było ciepło, a wieczór byłby łagodny i cichy, gdyby nie nienaturalny ryk buldożera.    Mężczyzna z wąsami, wydawało się, że przyszedł po raz ostatni spojrzeć na budynek zakładu, w którym być może przepracował całe swoje życie. 

   Dziś w tym miejscu pnie się szeroki, wysoki bunkier. Deweloperskie eldorado, dziewczyny i chłopaki z podbiałostockich, może warmińskich, mazurskich, nadbużańskich, nadnarwiańskich wsi i miasteczek, spełnią swoje marzenia o apartamencie z widokiem na Puszczę Knyszyńską. Wszystko wokół zaleją betonem, wykarczują ostatni skrawek zieleni, każde miejsce zastawią samochodami, w sąsiednim wieżowcu już powstał sklep niby spożywczy, ale z alkoholami. Łomżing domowy, łomżing apartamentowy. 

   Ich dzieci, gdy dorosną będą prawdopodobnie płakać mieszkając i dusząc się w tych klatkach z betonu.

Niedzielny, zimny, deszczowy wieczór, po słonecznym i względnie ciepłym przedpołudniu. Wcześniej zapadła ciemność. Chłód i atmosfera taka, jakby to była końcówka marca albo października. 

   Ulica Orla, cicha, prawie taka jak dawniej, z drobnymi wyjątkami. Stare domki i domy po lewej, niektóre toną w zieleni, niektóre odremontowane tak, że z trudem można poznać, że nie są to współczesne szpetoty. 

Dwa, może, trzy nie straciły nic ze swojego przedwojennego charakteru. 

Z ogrodami, w jednym nieskoszona trawa, i stare drzewa owocowe. Za pogotowiem opiekuńczym wichura złamała kilkusetletnie drzewo, inne trzeba było ściąć, by nie spotkał ich ten sam los. 

     I na tle tej całej niby nowoczesnej architektury, pokrętnie w intencji architekta nawiązującej do klimatu Bojar (pokrętnie, czyli nijak) budynek przychodni z czasów środkowego peerelu zaskakuje przytulnością, skromnością, łagodnością. Tędy, starymi ogrodami, tajemniczymi, czarodziejskimi, będąc dzieckiem chadzała moja Mama razem z Babcią do „braciszków” na msze do kaplicym. Wówczas w domu Zgromadzenia Braci Sług Najświętszej Maryi Panny i św. Franciszka rozlokowało się Seminarium Duchowne. 

    Jako że w budynku mieściła się też piekarnia i sklep, Mama do dziś wspomina zapach pieczonego chleba rozsnuwający się po bojarskich ogrodach.

Dalej ulica Słonimska, jak chaotyczny patchwork. Od wylotu Kamiennej po lewej i prawej stare domy przeplatane nowymi, najdrobniejszym elementem nie próbującymi nawiązać do klimatu starych Bojar. Gdzieniegdzie wcisnęły się bloki, ogrodzone, z pikającymi na zewnątrz domofonami.

I tylko w połowie drogi, między nimi zagubiony, budzący grozę, choć niepozorny, a nawet przytulnie wyglądający, z zadbanymi grządkami w sporym ogrodzie, i wiekowymi komórkami, piętrowy budynek, w czasie wojny, będący siedzibą niemieckiego Urzędu Informacji i Propagandy, a po wojnie kontrwywiadu wojskowego Smiersz 2 Frontu Białoruskiego. 

    W owych komórkach – chlewkach jesienią i zimą 1944 przetrzymywano żołnierzy niepodległościowego podziemia. Makabryczne miejsce, z być może zaszpachlowanymi plamami krwi na ścianach, pomieszczeniami przesłuchań. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie.

    Ulica Dobra, Wróbla, Przygodna, godne wierszy całych, każda z osobna. Kraszewskiego walcząca o przetrwanie, najdzielniej przy Spółdzielni SNB. Dalej Ryska, z trudem ocalałe budynki całkowicie już zasłonięte przez „nowe”, których dni są już policzone. Owo „nowe” jest jak zbrodnia dokonana na Bojarach. 

    Walka o zachowanie tej urokliwej niegdyś dzielnicy, którą ktoś próbował wzniecić jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych, wśród braci studenckiej, wśród moich kolegów z mazurskich, podlaskich, mazowieckich wsi i miasteczek, a też i samego Białegostoku, w dyskusjach, jakie rozpętywały się po przeczytaniu artykułów na jej temat, wzbudzała u większości uśmiech politowania i nieskrywanej pogardy dla drewnianych domów i ogrodów w centrum miasta. 

   Wkraczała dynamiczna  wielkomiejskość, nikt nie wyjeżdżał ze wsi, małego miasteczka po to, by znowu – mimo włożonego w ucieczkę wysiłku – doń trafić.

   Bloki „Uchwytów” między Kraszewskiego a Sobieskiego, z zielonymi przestrzeniami między nimi i placami zabaw, przy współczesnych apartamentowcach jawią się, jako wzorzec „ludzkiego” budownictwa.

   Deszcz zacina coraz mocniej, wzmaga się wiatr, chłód staje się bardziej przenikliwy. I wreszcie moja ulubiona kamienica, początek XX, być może końcówka XIX w. Nie wiadomo, jak długo tu jeszcze przetrwa. Za dnia, bez względu na porę roku, w oknie szerokim, wysokim, przy drzwiach wejściowych, zawsze odsłonięte firanki, a w nim twarze co najmniej dwóch osób, wpatrujące się w niemrawe życie na zewnątrz. Siedzą przy oknie, za stołem, uśmiechnięci, staruszka, i mężczyzna, być może syn, czasem dwaj mężczyźni, czasem palą, popijają. Kultura rozmowy i uśmiechu, nawet jeśli podchmielonego. Coś czego rzadko zaznają ludzie w bojarskich apartamentowcach, przemykający po klatkach schodowych tak, by sobie się nie ukłonić, by ze sobą nie rozmawiać. 

    Nabzdyczeni i nadęci. Przedstawiciele handlowi, panie i panowie z banków, czy innych gównianych firm finansowych. Tymczasem tu w kamienicy, w oknie na rogu, zawsze wieczorem pali się światło. Pod nim ustawiono blaszaną w biało – czerwone pasy tablicę, by nikt już po raz kolejny nie wbił się rozpędzonym autem w ścianę, jak to już kiedyś miało miejsce, może nie raz nawet. 

    W oknie pali się światło i w drzwiach prowadzących do skrawka ogrodu, na który za dnia cień rzuca wciśnięty na siłę blok. Nie mogę się zmusić – i mam tak za każdym razem – by w okno nie zajrzeć. Jest nisko zawieszone. Pomieszczenie rozjaśnia lampka nocna, łagodnym światłem, jak z czasów dzieciństwa, gdy Mama czytała książki. Rozścielone łóżko pod ścianą i spod kołdry wystająca głowa mężczyzny. 

Spokój, radość, cisza, zupełnie inny świat.

Translate