Postaw mi kawę na buycoffee.to

Autorytety chanajkowskiej ferajny

   „Mnie nazywają Złoty Kaziuk, mam talent pewny, po fachu Złotej Rączki wnuk, po szansach dalszy krewny.” Tak śpiewał niegdyś o środowisku warszawskich doliniarzy piosenkarz Jarema Stępowski. Białystok miał także swoją Złotą Rączkę.

  Miano wszechstronnego kieszonkowca w międzywojennym Białymstoku zyskał niejaki Szmul Zawiński, mieszkaniec Chanajek. Zawiński rozpoczął złodziejską karierę jeszcze przed I wojną światową, jako 16-letni chłopak. W czasie wojny stracił w niewyjaśnionych okolicznościach lewą rękę. Pozostała mu prawa, ale za to jakże sprawna. Miał swoją wspomagającą ekipę i kradł z powodzeniem przez cały okres międzywojenny. Od czasu do czasu szedł za kratki, jednak to jeszcze bardziej gruntowało jego autorytet wśród chanajkowskiej ferajny.

  Byli też i inni wyróżniający się specjaliści od cudzych kieszeni, ot choćby Abram Duczyński, niezrównany w robotach autobusowych. Wspomagała go w tym żona Rachela. Był elegancki przybysz z Petersburga, Szmul Chajtowicz, którego interesowali zwłaszcza klienci poczt i banków. 

  No i jeszcze warto wymienić Mońka Złoto, pochodzącego z Białegostoku absolwenta paryskiej szkoły doliniarzy, który działał zwłaszcza w Warszawie i był sprawcą dziesiątek, jeśli nie setek kradzieży portfeli, zegarków czy papierośnic z kieszeni gości wszystkich, luksusowych hoteli stołecznych. To arystokracja fachu doliniarskiego.

  Jednak jeśli przyjrzeć się bardzo licznym wzmiankom zamieszczonym w kronikach kryminalnych białostockich gazet między rokiem 1919 a 1939, okazuje się, że większość doliniarskich występów była po stronie najczęściej bezimiennego, złodziejskiego proletariatu. Ta wielka grupa osobników z lepkimi palcami działała niemal wszędzie. Pracowali w pojedynkę i w zespołach. W mieście i na prowincji. Wobec pojedynczej ofiary, jak i w tłoku. Oczywiście nie były to banki, hotele czy eleganckie restauracje. Na ich obecność tam zwrócono by zaraz uwagę. No, ale były też inne, interesujące miejsca, gdzie czuli się jak w domu.

  Głównym miejscem urzędowania tych złodziejaszków były głównie ul. Lipowa, Rynek Kościuszki i Kilińskiego. Tutaj potrafili dokonywać bardzo sprytnych kradzieży, snuli się w pobliżu sklepów, pod oknami, obok ratusza i obserwowali. Ich ofiarami padali najczęściej gapowaci przyjezdni z prowincji, rozkojarzeni atrakcjami dużego miasta. Oto kilka przykładów kieszonkowych historii w powyższym stylu.

  W lutym 1922 roku pewna wieśniaczka spod Białegostoku z ogromnym zaciekawieniem oglądała fotosy pod kinem Modern, w kieszeni palta miała w chusteczce kilkaset marek, została popchnięta przez jakiegoś młodzieniaszka i pieniądze zniknęły. 

   Z kolei włościanin Górasinowicz z okolic Zabłudowa stracił w 1923 roku na Rynku Kościuszki portfel z 15 mln marek. Nie zapiął kurtki i to wystarczyło dla sprytnego doliniarza. W maju 1925 roku tuż po południu, również Rynkiem Kościuszki promenował Józef Jędrych przybyły z majątku Garbowo. Nie upilnował kieszeni marynarki, stracił więc portfel z dokumentami i 43 zł gotówki.

  W 1931 roku Konstanty Perkowski, gość z Gdańska, postanowił zrelaksować się na wieczornym seansie w kinie „Apollo”. Przed wejściem do przybytku X muzy, w sztucznym tłoku, postradał portmonetkę z blisko 40 złotymi. Najlepszym pomocnikiem kieszonkowców był tłum i ścisk ludzi. Wtedy działali niemal na pewniaka.

  Podczas pogrzebów na białostockich cmentarzach, na meczach piłkarskich klubów Jagiellonii czy Makabi, w tłumie ludzi na jarmarku św. Jana kieszonkowcy operowali bardzo gorliwie i plon był zawsze obfity. Potrafili wykorzystać np. tłumy zgromadzone w sierpniu 1921 roku witające w Białymstoku marszałka Józefa Piłsudskiego, defiladę odbywającą się rok rocznie dla uczczenia święta 3 Maja, czy nawet, jak to było w 1928 roku, nabożeństwo w synagodze przy ul. Szkolnej z udziałem słynnego kantora Nowego Jorku Rozenblatta. W tym ostatnim tłumie swój portfel utracił bezpowrotnie Abram Bereziński z ul. Rabińskiej. Było w nim 8 dolarów i 120 złotych.


Włodzimierz Jarmolik

Grypa, Samuel Cytryn i jego rady

   Z racji na owe darcie i sytuację w jamie gardzielowej, od wieków ludzkość, utwierdzając się w poczuciu wspólnoty i zagrożenia swego bytu, otwiera domowe arsenały.  Szły w ruch miody, zioła, czosnek, „herbatki, specjalne cukierki, zawijania i wcierania różnego rodzaju”. Gdy te harce spełzały na niczym, pozostawała „dawna wypróbowana aspiryna, zasługująca na miano środka ludowego”.

  Jedno co różni tamte przedwojenne terapie od dzisiejszych to stosowanie wody Franciszka Józefa. I powiedzmy sobie wprost, że dzięki Bogu. Panował bowiem pogląd, że „przy grypie, katarze wierzchołków płucnych, zakatarzeniu nosa i gardzieli pamiętać należy, aby żołądek i kiszki były dokładnie przeczyszczone”. Osiągano to właśnie za pomocą wody gorzkiej Najjaśniejszego Pana, która w opinii ówczesnych medyków „oddawała ludzkości ogromne usługi”. Przyznać trzeba, że oryginalna i nieco ryzykowna terapia. Przeczyszczenie przy kichaniu? Konsekwencje mogły być zaskakujące.

  Na każdym kroku białostoczanie spotykali się z przestrogami mającymi ich ustrzec przed zachorowaniem. Ale jeśli już grypa ich dopadła, to „rady lekarzy” były tym bardziej cenne. Jeden z miejscowych medyków ogłaszał, że „surowa pogoda, przejmujący chłód i śnieżyce czyhają na organizm, aby mimo najstaranniejszego zabezpieczenia się uczynić go pastwą długotrwałych i groźnych dla zdrowia cierpień”. Aby we właściwym momencie zorientować się, że to już prawdziwa grypa, należało stosować pomiary temperatury ciała przy pomocy niezawodnego termometru Kramera, który „idealnie reagował na najdrobniejsze odchylenie od normalnego stanu temperatury”.

  No i w końcu sama grypa. W styczniu 1929 roku szalała na całego. Była i w Ameryce. Rządziła w Europie. Rozłożyła się też i w Białymstoku. Pisano, że „przedostała się ona wszędzie, w każdym niemal domu, jeżeli nie ma pacjenta, to przynajmniej mówi się o niej”. Pomimo tak licznych zachorowań nie potrafiono dokładnie określić liczby chorych. Przyczyną tego było to, że „lekarze nie meldują w razie choroby na grypę, prócz tego częste bardzo są przypadki obywania się bez lekarza”.

  Gwałtownemu szerzeniu się choroby sprzyjały też białostockie maniery. W zwyczaju, zgodnym z ewangelicznym nakazem, było odwiedzić chorego. Uznawano to za obyczaj „humanitarny może w zasadzie”, ale skutki były opłakane. W trakcie tych odwiedzin dochodziło do „całowania się z nimi”, to jest z chorymi, oraz wiązało się z „przynoszeniem im książek, które są tak podatnymi rozsadnikami zarazka grypy”.

   Pod apelem nawołującym do zarzucenia tych praktyk podpisał się znany białostocki doktor Samuel Cytryn. Był stomatologiem, ale zajmował się tez higieną. Jeszcze piętnowanie grypowych całusków można zrozumieć, ale lekarskie zalecenie obyś tylko książek nie czytał i dziś budzi pewne refleksje. Czyżby dzisiejsza polska plaga nieczytania książek była wynikiem zastosowania się do doktorskich zaleceń. Jak widać nie miał Cytryn racji, bo Polacy czytać i owszem przestali, a grypa powraca do nas wiernie .

Andrzej Lechowski

Misja Barbikańska

     Na początku 1902 r., społeczność baptystyczna Białegostoku zakłada nowy zbór „ Ku zbawienieu” . Założycielem jest  Ireneusz Dawidowicz który zostaje przewodniczącym i pierwszym pastorem. W 1914 r. zbór zmienia swą nazwę na „Droga Zbawienia”. Siedzibą Zboru jest dawne kino „Syrena” przy ul. Św. Rocha nr. 23.

  Historia budynku przy ulicy Rocha 23 w Białymstoku rozpoczęła się przed II wojną światową i jest ściśle związana z życiem Piotra Gorodiszcza, który podczas I wojny światowej, jako ewangelicki misjonarz, kierował organizacją pomocy z Anglii dla polskich uchodźców. W 1923 roku rozpoczął aktywną służbę w Misji Barbikańskiej z siedzibą w Londynie, dzięki czemu objął przewodnictwo zakładanej stacji misyjnej w Białymstoku. 

  Pastor Gorodiszcz po przybyciu do Białegostoku zakupił posesję z kilkoma budynkami i obszernym placem od Stefana Rychtera za kwotę 40 tysięcy złotych. Akt kupna sprzedaży został sporządzony 20 maja 1924 roku przed notariuszem białostockim Stanisławem Jankowskim.20 grudnia 1924 roku Wojewoda Białostocki wydał zgodę na działalność misji przy ul. Św. Rocha 23, która zezwalała na prowadzenie działalności charytatywnej. 

  Gorodiszcz rozbudował kamienicę misyjną, wybudował kościół pod wezwaniem Św. Pawła, który uroczyście konsekrowano 20 września 1936 roku. Uruchomił również nieodpłatne ambulatorium, drukarnię oraz dom katechumenów. Dziesięć lat później został proboszczem-superintendentem Parafii Ewangelicko-Reformowanej w Białymstoku.

  Należy wspomnieć, że w 1935 roku Gorodiszcz założył Chrześcijańskie Towarzystwo Opieki nad Nawróconymi Izraelitami „Samarytanin”, którego został prezesem. Współpracował z księdzem Józefem Fajansem i dr. Maurycym Syrotą (został jego zięciem, mężem najstarszej córki Eugenii). W wyniku aktywności misyjnej towarzystwa, przybywało wielu konwertytów, a pastor udzielał wielu chrztów wraz z pastorem A. Flamsch’em, pastorem Carpenterem oraz księdzemJ. Fajansem. 

  Chrzty miały miejsce w Białymstoku, w Brześciu nad Bugiem i w Grodnie. W Państwowym Archiwum w Białymstoku znajduje się wykaz wiernych i ochrzczonych. Sam Gorodiszcz ochrzcił 12 osób pochodzenia żydowskiego (1936-37).

  Kościół przy Rocha 23 przestał funkcjonować w 1941 roku, kiedy większość jego wyznawców trafiła do getta i zginęła w Treblince (w ideologii nazistowskiej nie miało znaczenia, że Żyd przeszedł na chrześcijaństwo). 

  Losy wojenne Gorodziszcza nie zostały do końca wyjaśnione. Po wojnie zburzono wieżę kościoła przy ulicy Rocha 23, która znajdowała się  z przodu kościoła, a salę nabożeństw przeznaczono na pomieszczenie widowiskowe. 

  W 1956 roku w przebudowanym obiekcie powstało Kino „Syrena”, a w dawnym domu katechumenów mieścił się przez wiele lat ośrodek kształcenia nauczycieli.


 Misja Barbikańska wśród Żydów (Barbican Mission to the Jews) była organizacją związaną z Kościołem Anglikańskim, stawiającą sobie za główny cel krzewienie ewangelii wśród Żydów.

  Z zadaniem tym łączyła się działalność kulturalno-oświatowa, charytatywna i społeczna. W okresie międzywojennym, wobec nieuznania Kościoła Anglikańskiego przez władze polskie, Kościół ten wraz z Misją działały w ramach Kościoła Ewangelicko-Reformowanego.

  Na początku lat 20. XX wieku Misja Barbikańska rozpoczęła działalność w Białymstoku. Utworzyła tam swoją centralę na teren całej Polski i na parceli przy ul. św. Rocha stopniowo wznosiła kolejne budynki na własne potrzeby. 

  W latach 1927-1930 w ramach kompleksu gmachów na tej nieruchomości wzniesiono świątynię i budynki towarzyszące według projektu Rudolfa Macury (1886-1940). 

  W zabudowaniach Misji od roku 1928 mieściła się drukarnia działająca na rzecz wydawanych przez Misję czasopism: "Das Wort" (w języku jidysz) i "Dwa światy" (w języku polskim), w roku 1934 utworzono tutaj bezpłatne ambulatorium, którego kierownikiem był znany lekarz białostocki Maurycy Syrota, działała także dobrze zaopatrzona biblioteka i czytelnia, a także założono ogród. 

  Zakład poligraficzny Misji Barbikańskiej drukował pisma, książki, broszury, akcydensy, na zamówienie także w innych językach. 

  Najważniejszą pozycją rozprowadzaną w tamtym czasie przez Misję był "Krótki rys historii i zadań Misji Barbikańskiej krzewienia chrześcijaństwa wśród Izraelitów" autorstwa Piotra Gorodiszcza. 

  Ta niewielka, ale bardzo cenna książeczka ukazała się już w 1926 roku i sygnowana była jako "wydawnictwo Misji Barbikańskiej". Zawierała szereg interesujących zdjęć m.in. sylwetki głównych centrali Misji w Londynie, angielski ośrodek barbikański, a także misyjny samochód w Białymstoku, kaplicę misyjną i inne. Misja Barbikańska kolportowała też liczne pozycje książkowe przeznaczone specjalnie dla starozakonnych, były one w większości sprowadzane z Wielkiej Brytanii, co oczywiście znacznie osłabiało ich zasięg.

  W latach 1935-1936 rozbudowano świątynię. Pozycję kierownika Misji Barbikańskiej w Białymstoku Piotr Gorodiszcz utrzymywał do wybuchu II wojny światowej.  Działalność Misji ustała w 1939 roku, a w 1941 roku jej członkowie zostali zamknięci przez Niemców w getcie, gdzie podzielili los wyznawców judaizmu.

  Po wojnie zburzono wieżę która znajdowała się na froncie, a budynek przeznaczono na salę sądową i widowiskową. 

  W 1956 roku w przebudowanym obiekcie powstało kino "Syrena". W dawnym domu katechumenów mieścił się przez wiele lat Ośrodek Kształcenia Nauczycieli.

  Zachowany do dnia dzisiejszego budynek jest już jednym z ostatnich obiektów starej jeszcze przedwojennej zabudowy ulicy św.Rocha. ( W okresie PRL nosiła ona nazwę Manifestu Lipcowego). 

  Nieopodal znajdowała się pierwsza siedziba Szkoły Podstawowej nr 18, która została przeniesiona do nowej siedziby przy ul. Stołecznej w połowie lat 60-tych XX wieku, a budynek już wtedy mocno wiekowy, zburzono. 

Tomasz Wiśniewski




Translate