Postaw mi kawę na buycoffee.to

Piechociarze w natarciu

     W naszym mieście przed wojną częstym łupem opryszków i rzezimieszków padały zwierzęta. Bardzo popularne były kradzieże drobiu - kur, kaczek, gęsi czy indyków.   Polowanie na piechotę (czyli spacerujący po podwórku drób) uprawiali z zamiłowaniem zwłaszcza wyrostki z Chanajek.

  Klasyczny chwyt piechociarzy polegał na zwabieniu biegającego po podwórku domowego ptactwa do furtki lub dziury w płocie. W tym celu sypało się kurom okruchy chleba czy ziarno. Kiedy bardziej łapczywe zbliżały się do otworu, wtedy złodziej chwytał je zręcznie za łebek. Upolowana kura czy kaczka trafiały natychmiast do przygotowanego worka, który miał przy sobie każdy piechociarz. 

   Oczywiście kradzież kur w biały dzień wymagała uwzględnienia kilku rzeczy: nieobecności gospodarzy domu na podwórku (groźny mógł być również podwórkowy burek) oraz ubezpieczenia od strony ulicy. 

  Chłopcy z Chanajek wyprawiali się więc po piechotę parami, zaś terenem ich działania były często peryferyjne dzielnice Białegostoku, gdzie drób chodził niemal bez nadzoru po ulicach, ogrodach i okolicznych łąkach. Ważne było również to, że nikt tam nie znał chanajkowych łobuzów.    Kradzieży piechoty dokonywali jednak także dorośli, zawodowi złodzieje. Oni rzecz jasna nie uganiali się za kurami po podwórkach (to robota dla pętaków), lecz przygotowywali nocne wyprawy do kurników, komórek i domowych sieni, w których drób miał swoje lokum. 

  Jednym ze znanych białostockich specjalistów od tego rodzaju eskapad był Jankiel Winnik. Łączył on uprawianie piechociarstwa z inną, równie nisko cenioną przez złodziei specjalnością, a mianowicie pajęczarstwem (kradzieżą mokrej bielizny ze strychu). Atutem Winnika była przede wszystkim jego wielka siła. Potrafił on jednym ruchem łomu ukręcić każdą kłódkę lub wyrwać z zawiasów dowolne drzwiczki. Niezastąpiony był również przy dźwiganiu ciężkich worków z żywym towarem.

  Winnik poza tym, jak stwierdzili lekarze sądowi, miał nieco ociężały umysł i przez to, nawet jeśli wpadł na kradzieży, dostawał zwykle niski wyrok, albo nawet był zwalniany z aresztu. Nic więc dziwnego, że ze złodziejaszkiem posiadającym takie papiery chcieli pracować różni piechociarze czy pajęczarze.  

   Innym wytrwałym amatorem piechoty był Menosz Śliwka. Złodziej ten traktował swoją profesję bardzo poważnie i jej się nie wstydził. Wszyscy paserzy z Chanajek i okolic wiedzieli, że mogą zamawiać u niego towar niemal bez ryzyka niedostarczenia. Śliwka bowiem przygotowywał starannie każdy swój skok. Co jakiś czas robił obchód białostockich podwórek, sprawdzał pogłowie i rozmiary wałęsającego się po nim drobiu, obserwował coraz to nowe sposoby zabezpieczania kurników i składzików przed złodziejami. 

  Gdy zebrał odpowiednią ilość zamówień, brał swojego stałego wspólnika Abrama Segała i, którejś nocy, obaj ruszali na połów.    Ale nawet najbardziej doświadczeni piechociarze wpadali.  Czasami przyczyną były kury, które rozgdakały się i zaalarmowały właściciela, innym razem obładowanych workami złodziei mógł nocą zatrzymać policjant. W 1925 roku właśnie taka, kolejna zresztą wpadka przytrafiła się samemu Menoszowi Śliwce. Szedł sobie spokojnie ul. Wesołą z pakunkiem zawierającym dwa indyki i cztery kury, kiedy natknął się na patrol. I trafił do celi na dziewięć miesięcy. Do Śliwki dołączył wkrótce jego stary kompan Abram Segał.


Włodzimierz Jarmolik 

Św. Rocha 19 dom rodziny Sawickich

    Pierwsze informacje źródłowe mówiące o istnieniu posesji przy ul. św. Rocha 19 pochodzą z 1879 r. Tego roku nieruchomość nabył Maciej Sawicki. Niestety, oprócz daty zakupu nie znamy bliższych szczegółów transakcji, trudno więc powiedzieć kiedy tak naprawdę posesja powstała i kto był jej wcześniejszym właścicielem. Granice posesji dziś przyporządkowanej do ul. św. Rocha 19 zaznaczone są już na mapie z 1864 r., co zdaje się wskazywać, że w najwcześniejszym okresie istnienia przynależała ona do włościan wsi Białostoczek .

  Maciej Sawicki także był „tutejszego” pochodzenia. Udało się ustalić, że urodził się 8 września 1823 r. we wsi Usowicze, gdzie mieszkali jego rodzice Szymon i Barbara ze Słomińskich. Rodzice pobrali się osiem lat wcześniej, a Maciej miał kilkoro starszego i młodszego rodzeństwa. 

  Warto wspomnieć, że Sawiccy byli licznie reprezentowani w tej miejscowości. Już spis włościan z 1771 r. odnotowuje przynajmniej kilka rodzin o nazwisku Sawka, od których wywodził się z pewnością Szymon oraz Maciej. Z późniejszych losów Macieja wiemy, że osiągnąwszy pełnoletność wstąpił do armii carskiej, w której służył dość długo. 

  Po raz kolejny spotykamy go w Białymstoku w 1860 r. 22 maja w miejscowej farze zawarł związek małżeński z dużo młodszą od siebie Katarzyną Stankiewicz. On, nazywany po prostu żołnierzem, był już wdowcem i miał 37 lat, natomiast panna młoda wywodziła się z Usowicz i miała 19 lat. Co ciekawe, świadkiem na ślubie był Józef Skwarkowski, wieloletni organista w białostockim kościele parafialnym.

   Z małżeństwa Macieja i Katarzyny na świat przyszło kilkoro dzieci, z których wieku dorosłego dożyły córki: Marianna, Franciszka i Kazimiera. Skądinąd wiadomo, że Kazimiera urodziła się w 1877 r., ale została ochrzczona dopiero w 1879 r. w Sankt Petersburgu, co zdaje się wskazywać na podróże ojca jako wojskowego.  Trudno coś więcej powiedzieć na temat okoliczności budowy zachowanego do dziś domu przy ul. św. Rocha 19. Nie znając treści aktu kupna z 1879 r. nie da się powiedzieć, czy stał on już w tym roku, czy też został zbudowany dopiero jakiś czas później przez Macieja Sawickiego. 

  Warto zwrócić uwagę na to, że jeszcze spis parafian z 1883 r. odnotowuje przy ul. Staroszosowej (jak wówczas nazywała się ul. św. Rocha) jedynie domy Szumskich, Dłużniewskich i Borysiewiczów, kończąc na Jenszach, co zdaje się wskazywać, że Sawiccy w tym czasie pod omawianym adresem nie mieszkali, a dom powstał dopiero po 1883 r. Podobnie spis parafian z 1891 r., chociaż wymienia Macieja i Katarzynę z córką Kazimierą, wskazuje, że mieszkali oni w tym czasie w budynku szpitala przy ul. Lipowej. 

  Źródło to podaje jednocześnie, że Maciej pozostawał wówczas w randze feldfebla. Możliwe jednak, że chociaż nie mieszkali przy ul. św. Rocha, stojący tam dom oddawali w dzierżawę.   Księga adresowa z 1897 r. wymienia bowiem w domu Sawickiego przy ul. Staroszosowej członka Białostocko-Sokólskiej Opieki Szlacheckiej, kolegialnego asesora W. Briuchanowa. Natomiast lista płatników podatku kwaterunkowego z 1914/1915 r. wymienia w domu Sawickich Jerzego Sergiejewa i Marię Chodorowską, zaś spis parafian z 1916 r. Antoniego Maciejczuka (lat 45), Teofilę z Wojcelów (lat 37) i Anielę Głowacką z Maciejczuków (lat 50).

  Maciej Sawicki zmarł w 1907 r. uprzednio sporządzając testament, mocą którego majątek przy ul. św. Rocha przypadł w równych częściach córkom: Mariannie po mężu Wachowicz, Franciszce po mężu Karp oraz Kazimierze, żonie Aleksandra Żukowskiego, kancelisty w białostockiej Izbie Skarbowej. W 1921 r. w omawianym domu została uruchomiona kawiarnia należąca do Kazimiery Muszyńskiej. 

  W latach 1926/1927 r. prowadził ją niejaki P. Muszyński, odnotowany także w księdze adresowej z 1932/1933 r. W tym czasie mieszkał tu także Edward Wójcik, asesor w Starostwie Grodzkim oraz Aleksander Tarnasiewicz sekretarz powiatowego Urzędu Skarbowego.

  W 1934 r. uregulowano prawa własności do nieruchomości na siostry Żukowską, Wachowicz i Karp. Niedługo później Franciszka i Marianna zmarły, toteż prawa spadkowe po Franciszce przypadły Kazimierze, natomiast po Mariannie dziedziczyła jej córka, Helena Józefa Lubańska. Mieszkała ona w Warszawie, dlatego też zapewne odsprzedała w 1936 r. swoje prawa własności przy ul. św. Rocha 19 jeszcze w okresie II wojny światowej.


Wiesław Wróbel

Rodzinka Edelsztajnów

   W latach 1935-38 na uliczkach Chanajek rządziła rodziną Edelsztajnów. Byli to Feliks i Brocha - rodzice, oraz ich synalkowie - Zelik i Alter. Mieszkali oni przy króciutkiej uliczce Pieszej, odchodzącej od Sosnowej, pod nr 4. Naprzeciwko, pod 3, zamieszkiwał ich krewniak - Chaim Edelsztajn. Brocha przy wydatnej pomocy indywidualnej w swoim domu nielegalną noclegownią i oczywiście tajny wyszynk. Zatrzymywali się tam różni rajzerzy, nawet ze Lwowa, pomniejsi złodziejaszkowie z kraju, a nawet dziewczyna występująca się w przypadku na świecie. Policja zabezpieczała zapisy przybytek. trwanie postępowania. Sąd grodzki właścicieli na krótkim areszcie. 

  Tymczasem trójka młodych Edelsztajnów buszowała po lokalnych uliczkach i miejscach, gdzie można było napić się i zabawić. Ich sylwetki były szeroko stosowane na Krakowskiej, Marmurowej czy Brukowej. Specjalność braciszków była wymuszaniem pieniędzy na wódkę. Nie oszczędzali byle klientów chanajkowskich prostytutek, jak i ich sąsiadów z zaułków. Straszyli szpadryną albo majchrem. Zniknęła więc dawna solidarność. 4 komisariat odebrał co i rusz skargi na bezwzględnych Edelsztajnów. 5 kwietnia 1937 r. „Echo Białostockie” odnotowało taką oto skargę, którą na policję skierowano Zelik Cywes (Krakowska 18). „Te jołd, daj na wódkę. Nie dam. To zaraz flaki ci wypuścim i girę z wyeliminowanym wyrwiem”.

    W tym czasie żale na komisariacie wylewał Bernsztajn z Marmurowej, a nawet Połtyjer Rozengarten, syn osławionego „Jankieczkie”, który wyszedł z więzienia i niebezpieczeństwo się przejąć kontrolę nad interesami ojca.  Edelsztajnowieli im pobiciem a nawet coś gorszego. Policjanta, który podlega po prostu zdębiał. Co się dzieje, chanajkowskie łobuzy biją się między sobą, należy do policji na skargi, nie wystarczy im już własne dintojra. 

  Zapłać opryszków tak nie było. Kolejne zażalenie na Edelsztajnów komisariat zarejestrowane w grudniu 1937 r. Złożył je najpierw Mejer Złotnik z ul. Piłsudskiego. Odwiedził na ul. Krakowską w wiadomym celu. Bracia Zelik, Alter i ich krewny Chaim dzielili od niego 2 litry wódki. Ten z oburzeniem. Koniec spraw był prosty, obita twarz i podarta marynarka. 

  Pewnego grudniowego wieczoru jeszcze nieprzyjemność spotkała Stanisława Majewskiego, również na ul. Krakowskiej. Podeszli do niego trzej Edelsztajnowie. Zelik oskarżył go o obciążające zeznania na policji. Miał po nich odsiedzieć 6 miesięcy. Za to należy się dwa litry wódki. Z braku gotówki Majewskiego. Następny w ruchu pięściarskim i noże. Pobity i pokłuty nieszczęśnik trafi do szpitala. Następnie następuje zastosowanie i skarga na później. W publikacji 1938 r. następuje kolejny proces z przerwaniem Edelsztajnów. 

   W świetle zeznań Majewskiego sprawa przedstawia się w ten sposób, że Zelik E. pomówił go o donos na zwykłe, jakoby ten ukradł komuś zegarek i za to musiał odsiedzieć pół roku. Bracia Edelsztajnowie dostali 6-miesięczne wyroki w zawieszeniu na 5 lat, a ich krewny Chaim został uniewinniony.


Włodzimierz Jarmolik

Translate