Postaw mi kawę na buycoffee.to

Smaki starego Grodna

   Opowieści zza miedzy ...  Czym żywili się Grodnianie w latach międzywojennych? Gdzie kupiłeś jedzenie? Jakie potrawy cieszyły się popularnością w dawnych kawiarniach i restauracjach, a co mogło powrócić na stoły współczesnych mieszkańców Grodna? Zagadnienia te są o tyle ciekawe, co złożone, gdyż tematy związane z życiem codziennym, a tym bardziej z takim jego elementem, jak odżywianie i rekreacja, dopiero od niedawna stały się przedmiotem zainteresowania historyków.

  I jeśli w dzisiejszej Polsce ukazują się już całe monografie poświęcone historii żywności w II Rzeczypospolitej, to historii kawiarni w międzywojennym Grodnie poświęcona jest tylko część jednego artykułu V. Renika. Nasz artykuł również nie rości sobie pretensji do wyczerpania tego w zasadzie nieograniczonego tematu, ale jego autorzy mają nadzieję, że przynajmniej wzbudzi zainteresowanie zarówno innych historyków, jak i współobywateli Grodna, zwłaszcza tych, którzy mają dziś jakiś wpływ na kształtowanie społeczeństwa sieć gastronomiczna w naszym kraju miasto.

  Głównym źródłem pożywienia dla mieszkańców Grodna były własne gospodarstwa prywatne (zwłaszcza dla mieszkańców sektora prywatnego, który aktywnie rozwijał się w okresie międzywojennym), targi (Skidelsky, Zanyomansky, Rybny, Myasny, Senny, Drovny) oraz sklepy spożywcze. Z reguły sklepy znajdowały się w pobliżu piekarni, warsztatów wędliniarskich i wędzarni. Piekarni było najwięcej, co jest zrozumiałe, ponieważ mieszczanie prawie sami nie wypiekali chleba, który pozostawał ważnym produktem codziennego użytku. Jednocześnie każda piekarnia starała się mieć swój własny markowy produkt. 

  Na przykład najlepsze kajzerki w Grodnie można było kupić w piekarni Kaplana na Targu Drzewnym. Świeża kaiserka kosztowała pięć szylingów, a wieczorem sprzedawano ją po cztery szylingi. W piekarni Lubega przy ul. 11 listopada sprzedawano napoleony (w kształcie trójkątnego kapelusza napoleońskiego), które były wypełnione makami. Z chlebem było w czym wybierać chociażby na ulicy. W sklepie pana Śleszyńskiego przy ul. Bazylianskiej można było kupić chleb „wiskowy”, który wypiekano w Grandychach i co rano przywożono do Grodna. Oprócz piekarni, po mieście rozsianych było wiele sklepów mięsnych. 

    Najbardziej znany był sklep „Wandliny” (później „Sklad Wandlinow”) na rogu współczesnej Ażeszki i Sosjalistycznej w nieistniejącym domu w pobliżu kina „Czerwona Gwiazda”. Różne rodzaje szynek i kiełbas w tym sklepie można było nie tylko powąchać przed zakupem, ale także posmakować, maczając kawałek w specjalnym talerzu z musztardą.

   W niektórych domach produkty mięsne były wytwarzane i sprzedawane od razu. Na przykład w 1932 r. przy ul. Mickiewicza w Nowym Świecie. W budynku działała masarnia i sklep, w piwnicy funkcjonowała chłodnia, na drugim piętrze mieszkała rodzina Południowych. Podobnie jak w piekarniach, każdy, nawet najmniejszy producent starał się przyciągnąć klientów jakimś ciekawym produktem. Pan Południeni na przykład produkował kiełbasę cytrynową, do której dla smaku i zapachu dodawano skórki z cytryny. Popularne były również sery grodzieńskie, podobnie jak sery holenderskie.

   Ponieważ Grodnianie otrzymywali pensję raz w miesiącu lub na kilka tygodni, zawsze można było pożyczyć towar od znajomego właściciela sklepu spożywczego w ich okolicy, czyli na kredyt, aby spłacić dług po otrzymaniu pensji.

   Towary na kartę można było również kupować w sklepach kolonialnych, gdzie czekoladę, pomarańcze, herbatę, kawę i śledzie sprzedawano w beczkach tuż przed wejściem do sklepu. Chociaż nie można powiedzieć, że istniał ścisły podział na kolonialne i proste sklepy spożywcze. Na przykład w sklepie kolonialnym Tałoczek przy ulicy Północnej (obecnie Wałkowycza) sprzedawano masło i chleb żytni, które co rano przynosiły wieśniaczki z okolic Grodna.

  Grodnianie oczywiście jadali nie tylko w domu, ale też lubili chodzić do kawiarni, cukierni czy restauracji. Mniej zamożni mieszkańcy chodzili „na owies” (piwo) do niedrogiej pobliskiej restauracji w piątkowe wieczory i raz lub dwa razy w roku, na przykład 31 grudnia, do drogiej centralnej restauracji. Okoliczni chłopi świętowali udane interesy przy kieliszku "Kryowej Czysty" (wódki) w sklepie Jabłońskiego na Targu Drzewnym lub w Cukini na Targu Siennym, gdzie mogli zjeść smażonego śledzia, tradycyjnego dla lokalnej kuchni. 

  Bogaci kupcy, przede wszystkim pochodzenia żydowskiego, świętowali w najdroższej w mieście restauracji w Hotelu „Europa”, gdzie serwowano m.in. najlepsze flaszki w mieście. W ogóle w Grodnie było nie mniej restauracji niż teraz: „Zatishsha” na Telegrafnej, „Royal” na Horadnichanskaya, „Resursa Abywatelskaya” na Akademiczka i wiele innych.

  Zachowało się bardzo ciekawe autentyczne świadectwo o atmosferze grodzieńskiej restauracji połowy lat trzydziestych, które pozostawił znany publicysta i pisarz Jusof Mackiewicz: „Kawiarnia „Europejska” jest jak nasz „Stral”. Chodzę tam codziennie rano na śniadanie. „Europejska” kawiarnia w Grodnie to klasyczne odzwierciedlenie „dominującego” Grodna, tak zewnętrzne i bardzo nowoczesne.

  Idąc na lunch do "Royal" na ulicy Horadniczańskiej, plakaty zapowiadają świetną rozrywkę na wieczór: „Artystyczne popisy Marcina, fenomenalnych akrobatów na rowerach. Taneczny duet Annie i Constanty (hee, hee, co za Londyn!). Znakomita tancerka Zofia Makovskaya (czy to Warszawa?). Najlepszy zespół jazzowy Aronson – Berezowski (w końcu Grodno!)” – A jedzenie kiepskie. A cena dań...Warszawa. Ale jaka hala! Szerokość sklepień nie odpowiada szerokości Senatu na Zamku Batorego. Kelnerzy prawie w smokingach, obrus zmieniany dla każdego gościa. Niech panowie przyjeżdżający z Warszawy mają doskonałą iluzję stolicy!”

  Wykaz dań podawanych w grodzieńskich restauracjach w pierwszej połowie lat 20. XX wieku. może powstać na podstawie cennika sporządzonego przez związek właścicieli zakładów zbiorowego żywienia w Grodnie i okolicach.

   Napoje: wódka, wódka premium, likiery (wszystkie podawane w dużych lub małych karafkach i dużych lub małych szklankach), ciemne lub jasne piwo (butelkowe, duże lub małe), lemoniada, woda sodowa, herbata (z cytryną lub bez), kawa , mleko.  Dodajmy do tego, że istniały dwie kategorie restauracji, osobno wyróżniano też restauracje żydowskie.

   Czasem w jednej z grodzieńskich restauracji można było kupić zupełnie egzotyczne danie lokalnego pochodzenia. W ten sposób potomek miasta W. Czernyszowa wspomina ówczesną ulicę dominikańską (obecnie radziecką): „Długi dom do ulicy za domem towarowym. Przy tej ulicy stał "Apollo", piętrowy dom z pięknymi balkonami, piękna architektura... Na pierwszym piętrze były sklepy. Był tam sklep, w którym sprzedawano kiełbaski i kumpiaki.   Był sklep, w którym sprzedawano ciasta - cukiernia. Drugie piętro. Była restauracja. A więc gdzieś w Niemnie w latach 30. Beluga została złapana. Wypłynęła z morza. Więc ta restauracja kupiła Beluga. I całe miasto poszło skosztować tej ryby”. Rozmowa tu najprawdopodobniej dotyczy restauracji hotelu „Europa”, a jesiotra bałtyckiego, który do końca lat 50. wpływał do naszej rzeki, nie łowiono w Niemnie.

   Największym zainteresowaniem cieszyły się jednak nie restauracje, a cukiernie (cukiernie). Najbardziej znana była instytucja Józefa Napoleona Katowskiego. W maju 1915 r. właścicielem domu nr 20 przy ul.Katedry (po dominikańskim) i otworzył tam własną cukiernię, która trwała przez całą I wojnę światową i została zamknięta w 1919 r. 

  Drugie otwarcie kawiarni miało miejsce w 1925 r. Prasa grodzieńska donosiła o tym wydarzeniu: „W dawnym lokalu , 18-go o godzinie 18:00 pan Katovsky otworzył swoją kawiarnię-cukiernię na europejskim poziomie. Pomieszczenia cukierni zostały wyremontowane, udekorowane palmami i robią ogólne wrażenie estetyczne. Sklep ze słodyczami ma cztery stoły bilardowe, gra muzyczne trio. Wypieki są bardzo smaczne." Od godziny 18.00 w tej kawiarni urządzonej zgodnie z gustem epoki grała orkiestra. Daniami popisowymi kawiarnianej kuchni były pączki z wiśniami.

  W maju 1926 r. magistrat podjął decyzję o przekazaniu pawilonu przy ul. Katowskiemu na okres trzech lat. Azheshki, który nie był wtedy zbyt popularny. Tam Katovsky otworzył letnią cukiernię, która swoim wyglądem przyciągała wielu gości. Była to popularna w mieście „brakhalovka”, która znajdowała się w pobliżu wejścia do parku od strony ulicy. Ażeszki.

  Yu Katovsky zmarł w 1930 roku i został pochowany na cmentarzu przy ul. Antonow. Rok po jego śmierci w jego budynku otwarto cukiernię Kuyavinsky o nazwie „Cafe de l'Europe”. Ale w lutym 1932 r. również zamknięto. Gazety donosiły, że „stali bywalcy ubolewają nad zamknięciem tej wyjątkowej kawiarni w stylu stołecznym, w której gromadziła się kulturalna elita Grodna”.

  Nie mniej popularna była cukiernia Leonarda Shipowskiego. Początkowo jego instytucja mieściła się w domu rodziców jego żony Julii Silinewicz na ulicy. Poczta 6. W 1923 roku Cukiernia przeniosła się do domu nr 11 przy tej samej ulicy, aw 1925 roku powiększyła się o sąsiednie lokale. „Nadniemeński Kurier Polski” donosił, że „były nowe stoły z blatami z białego marmuru, nowy fortepian, a ściany pomalowane w bociany, motyle i wiatraki”. Wieczorami w cukierni grał duet muzyczny. Od 1925 r. można było u Shipowskiego zamówić również pulpety, steki i kiełbaski. Grodzieńska młodzież szczególnie lubiła odwiedzać kawiarnię, która przed pójściem do kina „Pan” (obecnie „Czerwona Gwiazda”) lubiła tu kupować pączki. G. Moiseev wspominał,

  Wraz z nadejściem władzy radzieckiej kawiarnię znacjonalizowano i otwarto w niej stołówkę. L. Shipovsky mieszkał w Grodnie do 1965 roku i jest pochowany na cmentarzu katolickim Farny przy ul. Antonowej. Marmurowy blat z jego sklepu ze słodyczami stoi na jego grobie jako pomnik. Budynek, w którym mieściła się kawiarnia pana Shipowskiego, nie zachował się, w jego miejscu znajduje się plac za regionalnym komitetem wykonawczym.

  Spośród różnych dań i napojów kuchni grodzieńskiej starsi mieszkańcy Grodna najwięcej miejsca w swoich wspomnieniach poświęcają buzie, więc tym produktem spożywczym zajmiemy się osobno. Uważa się, że „buza” (zarówno słowo, jak i sam napój) pochodzi od ludów tureckich. Buza to specjalny rodzaj kwasu chlebowego wytwarzany z różnych (owsianych, jęczmiennych, jaglanych, gryczanych, kukurydzianych) mąk, który jest bardzo powszechny w Turcji, Baszkirii, Tatarstanie, a także wśród ludów słowiańskich na Bałkanach.    Pierwsze informacje o buzie w guberni grodzieńskiej pochodzą z 1913 roku. W tym roku w Białymstoku otworzyła swoje podwoje pierwsza buzyarnia na grodzieńszczyźnie. Właścicielami pierwszych gospodarstw byli Macedończycy, którzy opuścili ojczyznę w wyniku działań wojennych: Bisa Peykau, Naida Stojanavich oraz bracia Boshkau. Gorzałkę robili z kaszy jęczmiennej. 

  Do końca lat 20. w Białymstoku było ich już kilka w tym był w hotelu "Ritz" - najdroższym i najbardziej prestiżowym hotelu w mieście. Buzyarnya serwowała tureckie przysmaki tureckie, chałwę, czekoladę i inne orientalne słodycze, dlatego lokale te cieszyły się dużą popularnością wśród Białorusinów. Mieszkańcy stolicy Polski szybko polubili buzę, a latem 1927 roku Macedończyk Bisa Peykau, który miał sklep buza w Białymstoku przy Rynku Kościuszki 26, otworzył sklep buza także w Grodnie. Znajdował się przy ulicy Dominikańskiej 28 (dawny Hotel Białystok na rogu ulic Sawieckiej i Wileńskiej). 

   B. Peykau zachęcał mieszkańców Grodna hasłem reklamowym „Pospiesz się i upewnij się”. który posiadał fabrykę kukurydzy w Białymstoku przy Rynku Kościuszki 26, otworzył także fabrykę kukurydzy w Grodnie. Znajdował się przy ulicy Dominikańskiej 28 (dawny Hotel Białystok na rogu ulic Sawieckiej i Wileńskiej). B. Peykau zachęcał mieszkańców Grodna hasłem reklamowym „Pospiesz się i upewnij się”. który posiadał fabrykę kukurydzy w Białymstoku przy Rynku Kościuszki 26, otworzył także fabrykę kukurydzy w Grodnie. Znajdował się przy ulicy Dominikańskiej 28 (dawny Hotel Białystok na rogu ulic Sawieckiej i Wileńskiej). B. Peykau zachęcał mieszkańców Grodna hasłem reklamowym „Pospiesz się i upewnij się”.

   Jednak ta instytucja przez krótki czas nie należała do Belostachów. Już na początku 1930 r. jako jego właściciela wymieniany był grodzieński biznesmen Mykoła Wasilewicz. Już 16 marca 1930 roku gazeta „Przegląd Kresowy” opublikowała informację, że „Na Wystawie Światowej w Nicei, która odbyła się w lutym, grodzieńska cukiernia „Orient” Mikołaja Wasiljewicza przy ul. Dominican 28 został doceniony wśród wszystkich cukierni i otrzymał najwyższą nagrodę – złoty medal. Nagroda ta świadczyła o doskonałości wyrobów cukierniczych pana Wasiljewicza w takiej dziedzinie sztuki cukierniczej jak słodycze orientalne. Powstają tu z orzechów, miodu, czystego cukru, czekolady, kakao i tłuszczów najwyższej jakości. Walory smakowe tych przysmaków każdy może przekonać się na własne oczy. Firmie „Orient” gratulujemy złotego medalu”.

    Grodno Buzyarnia była rzeczywiście „markową” grodzieńską placówką gastronomiczną. Przytoczymy kilka wspomnień o niej, aby pokazać, jak bardzo zapamiętało ją starsze pokolenie Grodnańczyków, którzy byli wówczas jeszcze uczniami:

  „U zbiegu ulic Dominikańskiej i Wilna po prawej stronie była piekarnia, który słynął z vatrushki. Za każdym razem, gdy wracał z kąpieli, tata zawsze nam je kupował. Niedaleko piekarni była serbska "Buziarnia" - kawiarnia, w której zawsze kupowaliśmy buzę z chałwą. Buza to mleczny napój przypominający kwas chlebowy, tylko gęstszy. Z reguły ludzie przychodzili tu „wyprać” świadectwo szkolne, nowy płaszcz, zrobić zakupy, albo po ciekawym filmie.

  "A tam "Buzna" była niedaleko. Poszli napić się tego czarnego bzu. Moim zdaniem jakiś nie-Rosjanin, Turk, go wyposażył. Mój Boże, jakie tam były słodycze! Jakie były chałwy. Teraz ich nie ma. A jakie to wszystko było pyszne! A ta buzna to bzz jak nasz milkshake. Ale było smaczniejsze. Tak skwierczące. A gofry były pyszne! Z nadzieniem i bez!... Kiedy rodzice dali nam kieszonkowe, idziemy do tej "Buznej" i pijemy ten koktajl z tymi goframi i chałwą. Kawiarnia była taka. Były stoły, wszystko... tam było napisane "Buzna".

  Dziś nie można z całą pewnością stwierdzić, czy w Grodnie była jedna, czy kilka restauracji buza, ale nie ulega wątpliwości, że buza cieszyła się dużą popularnością i zasługuje na ponowne pojawienie się w menu grodzieńskich placówek gastronomicznych. Tym bardziej, że mieszkańcy Belosta już to zrobili. Podajemy również zrekonstruowany przepis na buzę grodzieńską, z zaznaczeniem, że zamiast talerzy Herkulesa można również użyć płatków jaglanych lub jaglanych. Składniki: 4 litry wody, 1-2 łyżki. łyżka mąki, 500 g Herkulesa (opakowanie), 150 g cukru, 1 łyżeczka drożdży, 50 g masła.

  W połowie lat 30. w Grodnie było jeszcze kilka cukierni: „Pan Malesza” w budynku hotelu „Europa” przy ulicy Dominikańskiej 24, ul. Ażeszki 5, ul. Slyashynskogo Brigitskaya 12. Popularny był również sklep ze słodyczami restauracji „Royal” na ulicy. Grodnickiej 20. Najsmaczniejszej kawy, jak się uważa, można było skosztować w kawiarni „Stambuł” przy ulicy Wileńskiej 1. Jej właścicielem był prawdopodobnie Azerbejdżan, ale grodnianie nazywali tę instytucję między sobą „kawiarnią turecką”.

  Nigdy nie będziemy mogli poczuć smaków i zapachów starego Grodna. Nie pomogą tu ani stare zdjęcia, ani dokumenty. Dopóki jednak pamiętamy o przeszłości i potrafimy zbierać przepisy na dawne popularne potrawy, nadawać kawiarniom stare nazwy, takie same jak kilkadziesiąt lat temu, to być może nie wszystko stracone i nadal będziemy czuć smak starego Grodna. 


A.Waszkiewicz, W. Sajapin. Smaki starego Grodna. Zakłady gastronomiczne i sklepy spożywcze miasta okresu międzywojennego.


Serce Chanajek

    Położenie ulicy Krakowskiej  w centrum Chanajek angażowało ją nieustannie w szemrane życie całej dzielnicy. Ponieważ łączyła ul. Sosnową z ul. Św. Rocha, tędy trwała pielgrzymka ludzi i pojazdów z Dworca Głównego na Rynek Sienny, i z powrotem. Z Krakowską łączyły się takie kryminogenne uliczki, jak Siedlecka, Wołkowycka, Cicha, Orlańska, Stołeczna czy Brukowa. 

   Tamtejsza ferajna była szczególnie ruchliwa i hałaśliwa. A i sami lokatorzy dwudziestu kilku domów przy Krakowskiej także przysparzali nielichych kłopotów posterunkowym z IV komisariatu i  agentom służby śledczej.  Wytrawni włamywacze, sprytni doliniarze, permanentnie podpici awanturnicy. Nie brakowało oczywiście i natrętnych koryntianek, czyli prostytutek poszukujących i przy okazji okradających klientów. Trafiali się co prawda na Krakowskiej prawie uczciwi obywatele miasta no i padali ofiarami swoich niecnych sąsiadów.

   Na przykład taki  Efraim Orlański. Efraim Orlański był właścicielem murowanego domu pod nr 8. Można rzec kamienicznik całą gębą. Odnajmował mieszkania i ściągał z lokatorów solidny czynsz. Kiedy ktoś zalegał z opłatą, sięgał po bardzo brzydkie metody.

  Kiedy jesienią 1936 r. niejaka Jadwiga Gajewska nie chciała opuścić zadłużonego lokal, zgodnie z postanowieniem Sądu Grodzkiego, gospodarz polecił zdjąć dachówki nad jej pokoikiem, aby siąpiący deszcz zrobił eksmisję. 

     Ferajna z Krakowskiej dobrze wiedziała, kto to jest Efraim Orlański, a także jego główny sublokator Tewel Spektor. Robili oni różne lewe interesy, musieli więc liczyć  się także ze stratami. Kiedy podpadli łobuzom z ulicy, ich spekulancka łapczywość została ukarana. 

   Spektora chanajkowscy złodzieje obrobili dokładnie w lutym 1928 r. Późnym wieczorem jego drzwi od mieszkania zostały zgrabnie otwarte, zaś z szuflad i innych schowków zniknęło 3 tysiące  złotych, ponad 200 dolarów i do tego kolekcja monet staropolskich. Pan Tewel był bowiem zagorzałym numizmatykiem. 

   Z kolei na Efraima Orlańskiego spece z Krakowskiej uwzięli się jeszcze bardziej. Obok wynajmowania mieszkań w swojej czynszówce posiadał on jeszcze rozmaite handle. No i w nich za sprawą swoich mściwych sąsiadów ponosił co i rusz mniejsze lub większe straty. W 1934 r. zainwestował część swoich zysków w biżuterię. Wiadomo, czasy kryzysu, pieniądz tracił na wartości. 

   Kiedy wracał ze sklepu jubilerskiego Mełacha Zyskowicza, mieszczącego się na ul. Sienkiewicza pod 3, na rogu Krakowskiej, w sztucznym zamieszaniu, biegły kieszonkowiec wyciągnął mu z palta zakupiony pakuneczek ze złotymi precjozami. Straty były spore – 4 tysiące złotych. 

   Kiedy Efraim Orlański zainteresował się handlem rybami, także nie obyło się bez kłopotów. Zimą 1936 r. ograbiono go z dwóch skrzyń zawierających wędzone szprotki.

   W następnym roku z wozu stojącego na ul. Miodowej bezczelny potokarz świsnął mu 5 kartonów ze śledziami. Wszystkie te złodziejskie akcje musiały kosztować kamienicznika i handlarza z ul. Krakowskiej kawałek zdrowia.     

   Nie wiadomo czy przypadkiem sprawcami biedy mieszkańców z Krakowskiej 8, nie byli sąsiedzi z przeciwka, czyli spod numeru 11. Mieszkała tam liczna rodzina Azjów. Choć główny lokator Mendel Azja prowadził w latach 30. małą restauracyjkę, jego synalkowie zajmowali się mniej uczciwym procederem.

   Było ich kilku, a szczególnie wyróżniał się Abram. Zdolny młodzieniaszek kradł portfele i portmonetki w kinach i restauracjach. Był też wspólnikiem do skoków mieszkaniowych. Na robotę brał go taki tuz wśród chanajkowski klawiszników, jak Icek Goldsztajn, mieszkający po sąsiedzku pod numerem 9. Jeśli Efraim Orlański podpadł z jakiegoś powodu Abramowi Azji, to mógł spodziewać się ciągłych kłopotów.

  

Włodzimierz Jarmolik

Królowie Chanajek

   Ulice Bema. Młynowa, Krakowska, Odeska, Cygańska, Ołowiana, Jasna, Czarna, Angielska, Żółta, Kijowska, Mławska, Sosnowa, Cicha, Orlańska. Ulice gdzie architektura drewnianych ruder chylących się ku ziemi, kontrastuje z wielkopłytowymi kolosami. Kiedyś biedota zamieszkujących tu ludzi i enklawa prostytucji, złodziejstwa mieszająca się z biznesowymi interesami tych wysoko postawionych. Chanajki - najuboższa dzielnica międzywojennego Białegostoku. Tam, gdzie przebiegała granica między biednymi Chanajkami, a bogatym śródmieściem, przebiegała także granica dwóch różnych światów. 

    Dawne Chanajki miały 3 oblicza – funkcjonująca niczym holenderska dzielnica „Czerwonych latarni”, przepełniona burdelami i prostytutkami. Drugie jej oblicze było bandyckie – które porównać można było do zakapiorskiego Londynu z połowy XX wieku. Ostatnie zaś to oblicze funkcjonujące za dnia – gdzie prowadzony był normalny handel, usługi oraz produkcja.

   75% mieszkańców Białegostoku stanowili Żydzi, tak i Chanajki zamieszkiwała głównie żydowska biedota. Bezrobotni, robotnicy, drobni rzemieślnicy, uliczni handlarze, biedni artyści i oczywiście ci, którym nie szło w życiu. Ulice straszyły swym wyglądem. Smród rynsztoka, ciasne, brudne uliczki, a przy nich odrapane, sypiące się, nieraz popadające w ruinę kamienice. Sporą część mieszkańców stanowili dobrzy ludzie, których bieda zmusiła do życia w Chanajkach. 

    A świat przestępczy utrudniał te życie jeszcze bardziej. Złodzieje, fałszerze pieniędzy, oszuści, młodociani kieszonkowcy, włamywacze, hazardziści, prostytutki i zwykli naciągacze... A tym wszystkim rządził król Chanajek: Jankiel "Janeczkie" Rozengarten. To on był tam prawdziwą władzą. Pod tym przezwiskiem znała go policja i opinia publiczna miasta. Przez kilkanaście lat sprawował on twarde rządy w zaułkach Chanajek. 

     Bez jego udziału, a co najmniej wiedzy nie mogła odbyć się w Białymstoku żadna większa kradzież, szantaż czy afera.

   Chanajki były kawałkiem westernowego "dzikiego zachodu" w sercu Białegostoku. Sprawiedliwości dochodzono za pomocą noży i pistoletów. Bez przerwy zdarzały się napady na banki, poczty, sklepy, rabunki na ulicy, a w karczmach pijackie kłótnie zamieniały się w zabójstwa. 

    Większość białostockich burdeli znajdowała się właśnie tam. A zdarzało się, że stały nawet obok siebie. Najpopularniejszy z takich przybytków znajdował się na rogu Lipowej i Krakowskiej. Na Chanajkach funkcjonowało wielu sutenerów – Szmul Chazan i jego synowie Chaim i Chone. Dzisiejsza ulica Kalinowskiego, a dawniej Sosnowa była natomiast miejscem, gdzie można było napotkać nie jedną prostytutkę, które zachęcały do swoich usług.

     Tak jak w innych zawodach w tamten czas, tak samo i w Chanajkach uczono przestępczego fachu młodszego pokolenia i przekazywano wiedzę dalej. Złodziej uczył złodziejskiego zawodu syna, prostytutka uczyła swoją córkę. Jak każde rozległe i w swój sposób zorganizowane środowisko przestępcze, chanajkowscy też mieli swoich prowodyrów, swoich niekoronowanych, lecz uznawanych i szanowanych królów.  

    Na chanajskich ulicach oraz w knajpach nie brakowało też bójek. Na kartach czarnej historii miasta zapisali się tacy przestępcy jak Chaim Sarowski oraz Jankiel Kapicki. Obaj szantażowali, a także zastraszali biznesmenów. Istnieli również fałszerze, którzy podrabiali dolary.

     Nie brakowało także złodziei, którzy specjalizowali się w różnych formach tego czynu. Nie raz okradli mieszkańców wspomniani już synowie Szmula Chazana. Oprócz nich postrach siali bracia Kukawka, którzy specjalizowali się w kradzieżach sklepowych i włamaniach. Był też niejaki Antoni Ejsmont. Złodziej handlował między innymi pościelą czy ubraniami. Przechodnie zaś mogli natrafić na znanego awanturnika Mordko Lisa – który wymuszał od nich pieniądze na wódkę.

    Prostytutki, złodzieje, bandyci oraz całe knajackie towarzystwo funkcjonowało w nocy. Za dnia białostocka dzielnica była miejscem, gdzie toczył się biznes i produkcja. Chanajki na swoim terenie miały siedzibę gminy żydowskiej, sklepy z pościelą, obuwiem i suknem, ale też z meblami kuchennymi, wapnem, watą czy cementem. Na Chanajkach funkcjonowała także fabryka czekolady, którą założył Chaim Sofer. Wyroby były tak pyszne, że firma była znana na całe miasto, zaś samego Sofera porównywano do Wedla. W fabryce Sofera było tanio, więc na słodycze mogli sobie pozwolić nawet biedni. Podczas drugiej wojny światowej, Chanajki przestały istnieć za sprawą Niemców.

    Dzisiaj w rozwijającym się Białymstoku na miejscu starych domów, rosną okazałe apartamentowce. Czar przedwojennych ulic niemalże znika każdego dnia. Pozostało kilka podwórek, walących się chlewików i zbutwiałych sieni, które pamiętają historię żydowskiej dzielnicy. Kocie łby, błoto, kałuże jeszcze parę lat temu były tutaj naturalnym zjawiskiem. Były bo za sprawą developerów przestają istnieć. Tak jak drewniana architektura miasta. 


tekst : Architektura Piórkiem Pisana

Translate