Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ul. Warszawska. Szkoła Handlowa to pierwsza publiczna sala koncertowa

     6 stycznia 1914 roku mieli wystąpić w Białymstoku znani warszawscy artyści. Dochody z koncertu postanowiono przekazać dla niezamożnych studentów. Ale trzy dni przed imprezą gubernator grodzieński wydał zakaz występów.

  Białostoccy melomani czekali na rozpoczęcie nowego, 1914 roku z utęsknieniem. Wyposzczeni przez długi adwent wspominali dwa wspaniałe koncerty Wileńskiej Orkiestry Symfonicznej, które odbyły się pod koniec listopada 1913 roku w teatrze Palace. Wileńscy symfonicy podczas pierwszego wieczoru grali Czajkowskiego pod batutą K. Wouth`a. Następnego dnia odbył się "wielki koncert muzyki międzynarodowej". Tym razem orkiestrę poprowadził rektor wileńskiego konserwatorium, ceniony też i po 1945 roku Adam Wyleżyński.

  Ale ileż można pielęgnować wspomnienia. Minęły święta i sylwester, więc z radością przyjęto zapowiedź, że 6 stycznia zjadą do Białegostoku "artyści warszawscy, pan Dziedzicki i pani M. Zielińska". Dziś całkowicie zapomniani, ale 100 lat temu ich nazwiska elektryzowały publiczność, która szykowała się na ten oczekiwany koncert. Mówiono o nim w całym mieście, tym bardziej, że dochód z niego przeznaczony miał być "na rzecz niezamożnych studentów Polaków miasta Białegostoku".

  Jakież więc było rozczarowanie, gdy 3 stycznia "nadeszła z Grodna wiadomość, iż gubernator odmówił pozwolenia na koncert". To była jedna z drobnych, ale jakże dotkliwych szykan wymierzonych w krzepnące polskie środowisko. Pretekstem do gubernatorskiej decyzji było i to, że zaproszono polskich artystów, i to z Warszawy, i to że koncert miał patriotyczno- pozytywistyczny cel.

   Gubernator grodzieński, generał-major W. Szebeko przyjechał do Białegostoku już 14 stycznia. Ale ani słowem nie zająknął się na temat nieszczęsnego koncertu. Głównym powodem przybycia wielmoży było uroczyste poświęcenie rzeźni miejskiej. Po zakończeniu ceremonii władze miejskie na cześć gubernatora wydały w resursie obywatelskiej wystawny bankiet. 

   Odnotowano skrupulatnie, że gubernatorowi towarzyszyli "wyżsi urzędnicy grodzieńscy oraz prezydent Grodna". Białostocki oficjalny światek reprezentował prezydent Włodzimierz Djakow oraz "przedstawiciele miejscowego duchowieństwa wszystkich wyznań, miejscowy wyższy świat wojskowy, urzędnicy, policja i żandarmeria". Zauważono, że na bankiet nie przyszło kilku polskich radnych miejskich, a z "Polaków stawili się jako goście" jedynie dwaj dyrektorzy banków: Jan Dąbrowski i Marcin Sawicki, dyrektor elektrowni Kazimierz Riegert oraz miejski architekt Piotr Kauba.

   W trakcie bankietu, który trwał do późnego wieczora, wygłaszano płomienne mowy "z pomiędzy których wyróżniała się mowa o znaczeniu rzeźni miejskiej". O koncertach, Polakach, studentach - ani słowa. Była to przemyślana strategia. Koncerty? Proszę bardzo. Generał-major Szebeko nie miał żadnych wątpliwości, że 6 lutego 1914 roku może odbyć się w Białymstoku "koncert znakomitego basa. Artysty cesarskiej opery L. Sybirakowa". 

    Już na 11 lutego zapowiedziano koncert barytona dramatycznego B. Mieziencowa, uznanego "wykonawcy utworów M. Musorgskiego oraz rosyjskich pieśni ludowych". Śpiewakowi towarzyszyły "znane artystki baletu petersburskiego A. Insarowa i Sara Maksman".

    Żartownisie zauważyli, że tego samego dnia "we wtorek 11 lutego zaczęła funkcjonować nowa rzeźnia miejska. Zabito 3 woły". Dowcipom łączącym oba te wydarzenia nie było końca, ale festiwal rosyjskich artystów w Białymstoku nadal trwał. W marcu wystąpiła przed tutejszą publicznością "przy udziale artystów petersburskich" Ksenia Istromina, "znakomita wykonawczyni śpiewów cygańskich".

    Wszystkie te koncerty odbywały się w reprezentacyjnej sali Szkoły Handlowej przy Aleksandrowskiej (Warszawska 63). To bodaj pierwsza publiczna sala koncertowa Białegostoku. Pierwsze koncerty odbyły się w niej jeszcze w połowie XIX wieku. We wspomnieniach z tamtych lat odnajdujemy ślady życia muzycznego. Powstało on za sprawą rodziny przybyłego w 1843 roku przemysłowca Augusta Commichau, która zamieszkała w tym okazałym gmachu. Jeden z młodych Commichau, opisując po latach to mieszkanie wspominał wielką, przestronną salę, w której stały dwa fortepiany. Ambicją jego matki było organizowanie w niej cyklicznych wieczorów muzycznych, na które zapraszano miejscowe towarzystwo.

    Te spotkania utrwalił też jeden z majstrów fabryki Commichau, który w 1916 roku pisał: "lato miało się ku końcowi, kiedy jako młody człowiek, przybyłem w roku 1859 do Białegostoku. W kraju rodzinnym, w Niemczech skończyłem szkoły i przyjechałem tu na wezwanie jednego z tutejszych fabrykantów. W pierwszych dniach byłem nieco zdziwionym, że nie znalazłem w Białymstoku restauracji (miasto liczyło około 18 000 ludności), tylko na dzisiejszej Mikołajewskiej ulicy (Sienkiewicza) była cukiernia z bilardem. 

    Bardzo prędko przyzwyczaiłem się do tych stosunków. Mój pryncypał przyjął mnie do swojego kółka rodzinnego i przeżywaliśmy bardzo szczęśliwe godziny, grano na instrumentach, a od czasu do czasu urządzaliśmy małe przedstawienia amatorskie. Jednym słowem bardzo szybko upłynął czas i przyjemnie".


Andrzej Lechowski 

Wygoda. Bandycka rodzina

      Chanajki położone były niemal w centrum miasta. Zamieszkiwała je zwłaszcza ludność żydowska. Z niej pochodziły takie główne postacie chanajkowskiego łotrostwa, jak Jankiel Rozengarten czy Szmul Gorfinkiel. Jednak opryszki z białostockich przedmieść też mieli swoje ambicje: Antoniuk, Bacieczki, Bojary, Piaski, Skorupy, a zwłaszcza Wygoda także posiadały odpowiednie, przestępcze kadry, od bandytów poczynając, a na drobnych żulikach kończąc. Opisy ich wyczynów, tak jak chanajkowców, zajmowały w kronikach kryminalnych lokalnych gazet sporo miejsca.

  Z pewnością wyróżniała się Wygoda. Tutaj jeszcze przed I wojną światową gnieździło się wiele całych rodzin zajmujących się przestępczym procederem. Jako przykład można podać familię Łukaszyńskich. Nestora rozstrzelali jeszcze Niemcy. Najstarszy syn, Antoni kierował w pierwszych latach Niepodległości zbrojną bandą łupiącą wszystkich dookoła. 

   W końcu został pojmany i otrzymał od sądu doraźnego najwyższy wymiar kary. Bandyckie tradycje na Wygodzie rodziny Łukaszyńskich kontynuowali jeszcze przez kilkanaście lat młodsi bracia Antoniego. Ostatni z nich, Konstanty zabity został nożem w 1934 r. podczas złodziejskich porachunków.

  Wygoda znana też była ze swoich potokarzy, czyli złodziei okradających jadące do miasta furmanki. Działo się to zwłaszcza na ulicy Wasilkowskiej, przez którą zmierzali do miasta, w dzień targowy włościanie z okolic Supraśla czy Wasilkowa. 

  Kiedy jechali z powrotem, szybcy złodzieje potrafili ściągnąć im z wozu kożuch, skrzynkę gwoździ, paczkę ze śledziami a nawet rower. Po dokonaniu skoku złodzieje znajdowali natychmiast doskonałe schronienie na pobliskich cmentarzach.

  Inne dzielnice też miały swoich chojraków. Na Bojarach, Piaskach czy Skorupach pleniło się zwłaszcza drobne, chociaż może nie dla wszystkich, drobne chuligaństwo. Wieczorową porą grasowały tam grupki młodocianych wyrostków, którzy zaczepiali każdego przechodnia, zwłaszcza nie ze swojej dzielnicy. Najpierw było solidne straszenie, później takie samo bicie i na koniec zabieranie portfela, zegarka i części garderoby.

    Łobuzy z przedmieść działali również w dzień. Dziennik Białostocki opisał jeden z ich sposobów. Wysyłali na wabia mizernego chłopczyka, który potrącał albo kopał w kostkę wybranego przechodnia. Kiedy ten próbował skarcić malca, z pobliskiej bramy wyłaniało się kilku drabów w naciągniętych na oczy kaszkietach. Oburzeni stawali w obronie krzywdzonego dziecka. Niewinny facet dostawał łupnia i oczywiście tracił to co miał wartościowego.

  Z łobuzami z Antoniuka czy Bojar nie bardzo chcieli się wdawać w przepychanki patrolujący ulice policjanci. Najczęściej podpici awanturnicy byli i dla nich groźni. Przykładem niech będzie przygoda, którą przeżył na początku marca 1925 r. posterunkowy Adam Czarnecki z I komisariatu PP. Pisały o niej z oburzeniem wszystkie ówczesne gazety białostockie. 

  Posterunkowy Czarnecki patrolował nocą, jak zwykle swój rewir w okolicach ul. Warszawskiej. Niespodziewanie został napadnięty przez trzech nieznanych osobników. Pobili oni go do nieprzytomności i zabrali rewolwer. Posterunkowy trafił do szpitala św. Rocha. Tam stwierdzono poważne pęknięcia czaszki. Bandziory zbiegli, czując się całkowicie bezkarni.

  Tymczasem tej samej nocy doszło do jeszcze jednego incydentu. Inny policjant usłyszał na ul. Glinianej strzał z pistoletu. Udał się w tamtą stronę. No i został ostrzelany. Nie bacząc na niebezpieczeństwo z pobliskim kolegą ruszył w pogoń za rewolwerowcem. Udało im się zatrzymać jednego z uciekinierów. Okazał się nim Zygmunt Czarny z ul. Piasta. Większa obława policyjna pozwoliła zatrzymać też kompanów Czarnego.   Przyznali się do napadu na posterunkowego Czarneckiego. Nie odpowiadała im jego dociekliwość i służbistość. A co takim opryszkom mogło odpowiadać ze strony policji.


Włodzimierz Jarmolik

Tatarska polskość

  Są to Tatarzy - muzułmanie osadzeni w Polsce od 600 lat. Polska i polskość była dla nich zawsze bliska. Rodzina posiada udokumentowane dzieje do ósmego pokolenia. 

   Jestem dumna ze swoich przodków. Kompletuję dokumenty i materiały źródłowe, chcę opracować sagę rodzinną. Będzie to zarazem historia Polski i naszego regionu - mówi Maria Aleksandrowicz-Bukin.

   Mieszkanie, choć w bloku wygląda jak muzeum. Stylowe meble, na ścianach jedna przy drugiej stare fotografie, na półkach pełno pamiątek, o wartości muzealnej. Jak chociażby zbiór modlitewników tatarskich: koranów, chamaiłów, kitabów, daławarów. Maria Aleksandrowicz-Bukin, doktor nauk medycznych z zakresu immunologii, o dziejach swojej rodziny może opowiadać godzinami.

   Ważną rolę we wspomnieniach zajmuje dom przy ul. Knyszyńskiej 1 w Białymstoku. - Pod koniec XIX w. dziadkowie ze strony ojca - Jakub i Zofia Aleksandrowicze przybywają ze Słonima i nabywają posesję wraz z domem od właściciela pana Antoniuka - opowiada pani Maria. - Jakub wywieziony do Rosji w 1917 r. wraz z rodziną niebawem zmarł w wieku 40 lat. Wdowa Zofia zmuszona została do samodzielnego utrzymania całej swojej rodziny. Była bardzo energiczną kobietą, poradziła sobie w czasie kolejnych wojennych zawirowań, kiedy to byli deportowani czy musieli szukać schronienia przed okupantami.

   W okresie międzywojennym na wzór obiadów u króla Stasia, przy Knyszyńskiej odbywały się również czwartkowe obiady. Nie było w zwyczaju zasiadać od razu do posiłku. Po przywitaniu gości rozmawiano, po to aby nacieszyć się swoją obecnością. Panowie rozgrywali partyjkę brydża, panie jadły owoce na apetyt. Następnie nakrywano do stołu i spożywano posiłek. Spotkania odbywały się również z okazji świąt, imienin, urodzin. Tata Ryszard (Raszyd) uzdolniony muzycznie, pogrywał na wielu instrumentach, pięknie śpiewał polskie pieśni i romanse rosyjskie.

   Po II wojnie dom stał się ostoją całej rodziny, jak i miejscem spotkań towarzyskich białostockiej elity. Był to typowy dworek miejski z charakterystycznym dużym gankiem. Podwójne drzwi na przestrzał pozwalały na wejście z dwóch stron. Na dole znajdowały się cztery mieszkania, na górze dwa. Oprócz nas mieszkały tu moje ciocie i wujowie. Aleksandrowicze, Smolscy i Miśkiewicze brali czynny udział w życiu zawodowym i społecznym. Dzięki ich inicjatywie powstało Technikum Geodezyjne, a później Wodno-Melioracyjne. Był to również matecznik Tatarów Polskich. Tu spotykała się społeczność tatarska przybyła za Buga. Inicjowano i zakładano Muzułmański Związek Religijny wraz z imamem Lut Muchlą.

   A my bywaliśmy rodzinnie między innymi u państwa inżynierostwa Budryków, z którymi dziadkowie poznali się jeszcze w Kobryniu. To był utarty zwyczaj, na pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia gościliśmy na ul. Pałacowej. Mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze, bardzo przestronne, wysokie z wielkim salonem i stołem na 30 osób. Takie spotkania ludzi różnych kultur, różnych religii były normalne, ja wzrastałam w takiej atmosferze.

   Historia rodziny ze strony matki jest nieco odmienna, choć zbliżona. Pradziadek Maciej urodzony w 1871 r. w Nowogródku w szlacheckiej rodzinie Aleksandrowiczów h. Kosy, ożenił się z Halimą Aleksandrowicz. Rodzina początkowo mieszkała w Nowogródku, a następnie wraz z awansem zawodowym pradziadka na asesora zmieniała miejsce pobytu na Mińsk, Bielsk, Kobryń, Warszawa. Maciej często również przebywał w Białymstoku. W dowód zasług związanych z pierwszym spisem powszechnym otrzymał Order św. Stanisława.

   Na początku XX w. do Białegostoku został służbowo delegowany starszy syn Macieja - Tymoteusz (mój dziadek), otrzymał on stanowisko buchaltera w banku przy ul. Warszawskiej, a następnie był dyrektorem elektrowni. Młodszy syn Konstanty pobierał nauki w Realnym Ucziliszcze, czyli w Gimnazjum im. króla Zygmunta Augusta. Następnie podjął studia na Politechnice w Sankt Petersburgu. Wraz z braćmi Kryczyńskimi w 1907 r. zakłada Koło Studentów Muzułmanów Polskich.

   W 1908 r. Tymoteusz żeni się z Emilią Popławską z Kruszynian (rodzina Popławskich za zasługi dla Rzeczpospolitej otrzymała od króla Jana Sobieskiego majątek oraz szlachectwo). Powołany do wojska w 1914 r. za udział w walkach I wojny światowej zostaje uhonorowany kawalerem Orderu Orła Białego. W czasie działań wojennych rodzina zostaje zmuszona do wyjazdu i osiedlenia się w Kursku. Tam też giną pradziadkowie Maciej Aleksandrowicz i Samuel Popławski. W 1924 r. pozostała rodzina, aby móc razem wrócić z bieżeństwa z Rosji, do biletu dopisuje jako służącą prababcię Felicję, ponieważ pozwalano na wyjazd tylko najbliższej rodzinie.

   Z tego związku urodziło się wiele dzieci, wśród nich moja mama - Almira. Uczyła się w gimnazjum księżnej Jabłonowskiej. (Zachował się beret mamy z orłem z koroną oraz legitymacja szkolna). Młodszy brat mamy - Bazyli służył w szwadronie tatarskim, 13 pułku ułanów wileńskich, przydzielono go do sztabu. W czasie kampanii wrześniowej 1939 r. wyruszył w bój razem z imamem A. Chaleckim. Do Wisły doszli razem, imam widział go, a za Wisłą już niestety nie spotkali się. Zginął ku chwale ojczyzny, mając 20 lat. Utalentowany artystycznie, pięknie malował, rzeźbił.

   Dziadka Tymoteusza określano kustoszem tatarskich pamiątek. Dzięki niemu zachowały się cenne dokumenty, posłużyły one wybitnym badaczom dziejów tatarskich w Polsce za materiały źródłowe. Był światłym człowiekiem. Wiele podróżował, kupował czasopisma, książki, interesował się poezją. Bardzo lubił klasykę, czytał wszystko w oryginale - dzieła Lermontowa, Gogola i Boya-Żeleńskiego z jego zbiorów zachowały się do dzisiaj. Wśród pamiątek jest okolicznościowy bibelot sygnowany na jedwabiu, wydany z okazji przyznania Władysławowi Reymontowi Nagrody Nobla.

   W rodzinie przywiązywano wagę do edukacji oraz nauki języków. Pomimo zaboru dzieci uczyły się polskiego, a także angielskiego, francuskiego, niemieckiego - podkreśla pani Maria. Ponadto posługiwano się językiem liturgicznym arabskim oraz tatarskim. Zachowały się też kartki świąteczne, jak i wizytówki z życzeniami Bajramowymi - pisane po arabsku.

   W domu zaś rozmawiano wyłącznie po polsku. Polska i polskość była zawsze bardzo bliska mojej rodzinie. W Święto Konstytucji 3 maja i Niepodległości 11 listopada rozbrzmiewały patriotyczne pieśni. Ach, jak było przyjemnie uczestniczyć we wspólnych trzypokoleniowych spotkaniach. Pamiętam, jak dziadek opowiadał nam o Katyniu, o Piłsudskim. Oficjalnie to było zabronione, a myśmy znali prawdę. Dziadek przykazywał: dzieci, tylko nie mówcie o tym w szkole. Do dziadka Tymoteusza zawsze można było przyjść i zapytać o historię Polski, był źródłem wiedzy. Cenił cesarza Napoleona i marszałka Piłsudskiego, marzył o wolnej Ojczyźnie.

   Historia domu przy Knyszyńskiej 1 niestety skończyła się w 1975 r. W związku z budową ul. Gagarina, obecnie Al. Solidarności, dostaliśmy nakaz przeprowadzki. Dom został zburzony, po posiadłości nie zostało ani śladu. Kiedy tamtędy przejeżdżam, z wielkim sentymentem wspominam nasz rodzinny dom, ogród i sad. Bardzo mi go dzisiaj brak. Pozostały jedynie wspomnienia i pamiątki.


Alicja Zielińska  

Translate