Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ulica Targowa

 

    Przed wojną i tuż po wojnie była to ulica Rabińska, a przecinała Śledziową. No, to na pewno jesteśmy w Białymstoku! Dodam tylko, że Targowa biegła równolegle do istniejących jeszcze ulic: Wiejskiej, Żelaznej i Szpitalnej, a dochodziła do narożnika Siennego Rynku. Obecnie na tym miejscu stoją bloki osiedla "Piaski".

  Do 1963 roku przy Targowej pod numerem 20 mieszkali państwo Bieleccy, senior nosił wielce oryginalne imię Nicefor i był zdunem. Rodzina miała format na obecne czasy ekscentryczny, wtedy obyczajny, czyli 2 (rodzice) plus 6 (dwie córki i czterech synów). Tylko Bieleccy w tym drewnianym domu byli katolikami, mieszkała tu też samotna Żydówka w średnim wieku; ładna i zawsze elegancko ubrana. Ważną postacią, choć zajmującą poddasze, był dorożkarz, pan Gryko. Do pracy wychodził w mundurze, jego pojazd czekał na klientów przy ul. Pięknej. Listę lokatorów pod dwudziestką uzupełniali: Jakubowscy Siemieńczukowie, Stankiewiczowie, Węcławscy; razem 8 rodzin.

   Czasy były trudne, trzeba było żyć solidarnie i zapobiegliwie. Pani Niceforowa piekła chleb, bułki i ciasta, by sprzedać je na rynku, w chlewiku kwiczała świnka i gdakały nioski. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo Siedleccy spod dwunastki (on był inżynierem) mieli krowę, a widywało się i stadka kóz.

  Młodzież z rodziny Bieleckich też zarobkowała pomagając rodzicom. Jeśli ktoś w sąsiedztwie miał imieniny, to Edward i Andrzej spieszyli z rana urządzić solenizantowi koncert życzeń. Zaczynali od marsza, potem było nieśmiertelne "Sto lat", fale Dunaju i Amuru, melodie przyjemne, obce i swojskie. Bohater dnia z uśmiechem otwierał okno i zerkał, czy sąsiedzi podzielają jego radość. Największy urobek (pieniądze, ciasto i cukierki) bywał na św. Jana, z hojności słynęli młynarz Jan Magnuszewski ("Magnusz"), pan kolejarz, szewc Alfons Siedlecki, prof. Tworkowski ze szkoły numer 6.

   Edward grał na akordeonie z czynelami, już w klasie pierwszej uczył się gry u Jana Zinowko. Andrzejowi mama kupiła perkusję, gdy ten pilnie się przyglądał muzykowi podczas imprezy choinkowej. Przez jakiś czas także ojciec grał na marakasach, a siostry Danuta i Bożena śpiewały. Dołączył do nich Jerzy Stoma spod 13 A, z gitarą. Zespół zaczął być znany w okolicy, grywał na weselach, w restauracjach, "Domku koniuszego" i na tatarskim weselu. Pan Andrzej w latach 70. grał w białostockich zespołach "Scholastycy" i "Elektronik".

  Jak wiadomo, w izbie kuchennej powinna stać płyta, najlepiej z czterema fajerkami i duchówką. Mogła mieć i mały piec chlebowy, w wersji gospodarczej (wiejskiej) także okap. Piece zaś dzielono na: fizyczki (wolno stojące w pokojach), ścianówki (w kuchni, połączone z płytami), leżanki (z drugiej strony ścianówek), duże chlebowe ze spaniem na górze.

  Fizyczki bywały i na czterech nóżkach (obkładanych kaflami), koniecznie z paleniskiem zamykanym hermetycznie i drzwiczkami na górze (w środku dziupla na garnek z zupą, kartoflami, etc.), niekiedy z ozdobnym gzymsem. Ścianówki miały wysokość 1,5 - 2 m, wieniec na górze. Do nich przylegały leżanki, nazwa wszystko wyjaśniała. A jak nie było leżanki, to ścianówka ogrzewała ścianę przylegającego pokoju. Uf, trochę to skomplikowane, bo jeszcze trzeba wiedzieć, że wyróżniano kafle narożne (w kant lub okrągłe), środkowe, berlinki (duże), z glazurą białą i kolorową.

  Pan Nicefor była zdunem drogim, ale cenionym, na takiego trzeba było niekiedy dłużej poczekać. Nie zdarzyło się, by jego piec dymił, zug (ciąg) w nim zanikał, czy kafle się wypaczały. Kielnie duża i mała, waserwaga (poziomnica), młoteczek, meselek podłużny, tarcza do gładzenia, no i czucie w palcach, intuicja, doświadczenie. Na wsiach mówiono na niego Pieśnik. Jak taki majster przyszedł naprawiać piec uszkodzony, to ręką zbadał temperaturę, tu i ówdzie popukał i już wiedział, gdzie trzeba wybijać kafel lub wycinać otwór, by wyciągnąć sadze (bywało, że 2 - 3 wiadra) z pomocą sprężyny zug przywrócić. A synowie mistrza mieszali glinę tłustą i chudą, kopaną po sąsiedzku na posesjach przy Wojskowej i Plutonowej. Firma familijna działała bez zastrzeżeń, wykonywano prace nawet w kościele św. Wojciecha i placówkach służby zdrowia.

  Białystok miał pulsujące żywo serca: większe to Rynek Kościuszki z przyległościami, mniejsze Rynek Sienny z halami (mięsna, rybna) w pobliżu. Ulica Targowa nie była jako ta aorta, ale spełniała w krwioobiegu miejskim funkcje pożyteczne. Pod osiemnastką z czerwonej cegły mieściła się krótko szkoła żydowska.

 Kamienicę tę usunięto w latach pięćdziesiątych XX wieku, jako pierwszą i była to zapowiedź zagłady całej ulicy. Natomiast po przeciwnej stronie (nr 13 B) czekała na rozbiórkę zrujnowana przez bombę pożydowska garbarnia. Podczas jej wyburzania w piwnicach odsłonięto duże kadzie dębowe, drzewo to posłużyło pobliskim mieszkańcom na pierwszorzędny opał. A jak rozbierano trzynastkę (mieszkali w niej: Dziubińscy, Kalinowscy, Romanowscy, Wawrzeniukowie, Wierzbiccy), to na belkach stropowych widniały wyryte gwiazdy Dawida.

  Był na Targowej sklep galanteryjny, na rogu z ul. Suchą urządzono mleczarnia i tam chodziło się z bańką po mleko, kowal Więcko robił wozy, jego brat miał młynek. Prowadzono też skup skór, nie wiadomo skąd brano bimber i słoninę (grubą) na cztery palce, a szynki i kiełbasy wędzono w ogrodach. 

   

   Dobrze miały także gołębie. W ogóle to na Targowej było rojno i wesoło, nie wypadało narzekać na dziury w bruku, brudy w rynsztoku, wrzaski za ścianą. Trzeba było posiadać wyrozumienie i szacunek, żyć pogodnie. Jak batiuszka przychodził z kolędą, to zachodził i do Bieleckich, bo jakże inaczej. Na msze maszerowało się do fary, na nauki do Szkoły Powszechnej nr 6 (czerwony budynek) i nr 11 (biały), oba przy ul. Mazowieckiej.

  Moi rozmówcy zapamiętali inne jeszcze nazwiska mieszkańców: Więcko pod dwójką, Kaniewscy pod dziesiątką, Leszek Muszyński i pan Hryniewicki pod czternastką, Derpeńscy, Skowrońscy i Korzenieccy pod jedynką, Granaccy i Stoma pod 13 A. Zostało wiele miłych wspomnień, Targowa - Rabińska skończyła się w połowie lat 60.

                                                    Adam Czesław Dobroński 

Chanajkowskie hetery i rozpieszczone gejsze


   W międzywojennym Białymstoku tak, jak w innych dużych miastach, było całkiem dużo panienek nieskromnych. Redaktorzy w gazetach ubolewali, że w centrum miasta przy znakomitym hotelu RITZ czy chodnikach po stronie kina PAN , między ul. Częstochowską, a Giełdową włóczą się córy Koryntu i swoim zachowaniem budzą zgorszenie wśród młodych  oraz zakłócają spokój zacnym mieszkańcom. " Dziewczynki" zaczepiały bezceremonialnie przechodniów, rzucając pod ich adresem sprośne często dowcipy.  

  Ale najgorsze ze wszystkiego było to, że na ulicach zaczęło się pojawiać coraz więcej młodocianych prostytutek, w wieku 13-14 lat. Miejscem swego działania smarkate hetery obrały róg Pierackiego i Sienkiewicza koło restauracji LUX oraz róg Kilińskiego i Żwirki i Wigury, obok bramy pałacu .Przewodziła im 14-latka, już złodziejka, ponoć córka szewca, izraelity.

   W innym miejscu miasta niemiłą przygodę potkał pan Ł. Sz. który wraz ze swoim serdecznym kolegą panem K. zajechał w nocy na ul. Marmurową. Dorożka stanęła przed pewnym domem. Ł. Sz zabawiwszy w środku niedługo, czekał w dorożce na przyjaciela, który też postanowił skorzystać z wiadomych usług. Kiedy zabłysły pierwsze zorze, zjawili się nagle dwaj młodzieńcy, wyciągnęli drzemiącego p. Sz. z dorożki i dotkliwie poturbowali.

  Niemal w każdym domku znajdowały się spelunki nierządu. Aby uniknąć pociągania do odpowiedzialności za sutenerstwo, właściciele spelunek rozmieszczali swoje gejsze w oddzielnych mieszkaniach, żeby wyglądało to w ten sposób, że wesołe pannice same wynajmują lokal.  

 Brudów i zarazków w tych spelunkach po uszy. Ostrzegano w gazetach iż - "większość choruje na gruźlicę połączoną z chorobami wenerycznymi". Właśnie Chanajki przez jakiś czas żyły sensacją. Oto do pewnej wesołej damy, Rosjanki, przychodził codziennie młody żydowski furman, niejaki Abram. 

  Młodzieniec tak się zakochał w swej bogdance, że chciał się z nią natychmiast żenić. Dowiedzieli się o tym rodzice kochliwego furmana i postanowili przerwać ten niegodziwy romans. Zaczęli przychodzić pod okno nadobnej Nataszy i grozić konsekwencjami w razie zamachu na ich niewinnego synka. Dama była oburzona, przeszkadzano jej bowiem w zarobkowaniu. 

  Na Rynku Kościuszki została zatrzymana wesoła córa Koryntu, 27-letnia Felicja Murawska, która w niewybredny sposób zaczepiała przechodniów.   Kiedy podszedł do niej policjant, panna Felicja znieważyła funkcjonariusza obyczajówki, za co została zatrzymana i umieszczona w szpitalu św. Łazarza, jako chora wenerycznie.


Włodzimierz Jarmolik

Pewnego razu na Piaskach

   Nie ma wątpliwości, że przedwojenna i powojenna Mazowiecka, to były Piaski. No, może nie cała Mazowiecka, ale na pewno odcinek od ul. Wesołej po Sienny Rynek i Piękną, z przyległymi uliczkami. Oryginały rodziły się tu na kamieniu, wiele firm wspomina się do dziś, przetrwała pamięć o specyficznych zajęciach i zwyczajach.

   Na posiłki do restauracji Cutra i do Staromiejskiej. Były tam i sale z wyszynkiem, raj dla spragnionych, ale nie moczymordów. Podpiwszych w rejonie rynku nie brakowało, potajemek także (przykładowy adres: róg Mazowieckiej i Sportowej, dawnej Malinowskiego), pijakami jednak gardzono, i ci o tym wiedzieli. A całkiem smacznie, tanio i ujutnie (przytulnie) można było zjeść także u pani Czołpińskiej na rogu Targowej, czyli przedwojennej Rabińskiej („żywiło się tu pół Białegostoku”), lub „Pod kogutem” (flaczki i pyzy palce lizać).

   Istnieje teoria, że pijaków było wówczas dlatego mniej, bo zakąszali obficie i dopiero w PRL zaczęło się z bidy picie pod trzęsące się nóżki (galaretkę), lub wymokłego śledzika, a luksusem od święta był inwalida, czyli tatar z jednym jajkiem.  

   Z kroniki szkolnej. Pora obiadowa nie przeszkadzała chłopakom w ulubionych grach, nade wszystko klipie i palancie. Jak zabrakło szmacianki, to i banierka (na ten przykład puszka po konserwie) mogła udawać piłkę. Budżet udawało się niekiedy podreperować przy odbijaniu monet od ściany, na szponki. Co grzeczniejsze dziewczątka grały w tym czasie w klasy, kukły cieszyły siusiumajtki.

   Atrakcją, o której wspominano latami, była beczka strachu, montowana w rejonie obecnego Centralu , magik jeździł motorem (motocyklem) po ścianach tejże beczki. A propos żulików…jak zawiesili ją na płocie, ale nie ma o to urazu. „Żywe byli”, dla swoich niegroźni, gorzej jak trafił się kawaler z innej dzielnicy. Na te odległe mówili z wyższością – za przeproszeniem – wysranki.

   Dniem wyjątkowym w kalendarzach mieszkających na Piaskach był oczywiście czwartek. Na Sienny Rynek ciągnęły od rana tabory ze wsi spod białostockich i lud miejski. Konie ustawiono łbami do zamontowanych rur, a każdy z nich musiał mieć założony worek z obrokiem, by przeżuwał owies, a nie gryzł klientów. Ci zaś wybierali, marudzili, przekomarzali się, bo taki obowiązywał styl. 

  O targach i świętojańskim jarmarku pisano wiele, więc tylko dodam z lat powojennych postać pana, niegroźnego hazardzisty, z walizką raczków (cukierków!) i waluciarzy z „Kurym” na czele. Największe transakcje dolarowe ponoć zawierano w szalecie stojącym na środku rynku, bo tu było najbezpieczniej, choć woniało.

   Paniom z rejonu Mazowieckiej czas płynął na przyrządzaniu jadła (poznałem przepis na zupę dziadkowską, o paradoksie z szynką), doglądaniu kapusty kiszonej i ogórków, stojących w beczuszkach (antałkach) w piwniczce pod podłogą oraz wędlin zrobionych przez pana Czeszela, zawieszonych w miejscu suchym, ciemnawym, w miarę chłodnym i na tyle wysoko, by wolniej ich ubywało.

   Prania trwały i po trzy dni, w balejach (baliach), z tarami. Magiel znajdował się blisko, bo przy Targowej, tam dokonywał się przegląd najnowszych wiadomości ze świata i zza ściany, czyli od sąsiadów. Im głośniej i częściej się kłócili, tym serwis był bogatszy.

   Piaski miały też własną gręplarnię i wytwórnię oranżady, młyn Magnuszewskich, sporo sklepów, warsztatów, golibrodów, dwie szkoły, w tym sławetną nr 11 i nieco zapomnianą, powojenną nr 6. To zajdźmy jeszcze na posesję Sienny Rynek 7. Tu królowali Lucyna i Henryk Zalescy, którzy wzorowo dbali o porządek. 

   W kamienicy (po wojnie czynszowej) od frontu na parterze mieścił się komis i dwa mieszkania, a pozostałe „apartamenty” znajdowały się na piętrze i poddaszu. Każde mieszkanie miało zlew żeliwny z wodą, a od 1955 r. już nie trzeba było biegać do wychodka. Do wyposażenia należały także: piece kaflowe – niektóre z dochówkami (nie mylić z duchówkami), płyty (kuchnie) – w części z okapami, balkony.

   Był jeszcze dom drewniany, odgrodzony wysokim płotem od ul. Sportowej. Na wspólnym podwórzu leżał bruk, stały chlewiki i altana opleciona winoroślą, rosła dorodna jabłoń. Miło było popatrzeć, jak pod wieczór schodzili się tu sąsiedzi, by odzipnąć po trudach. 

   Na fotelu pod jabłonką bujała się babcia Antonina. Wyglądała z daleka jak duża lalka, w czepeczku z koronkami na głowie, w trzewiczkach zapinanych na guziki. Zawsze pogodna, roześmiana. Któregoś dnia wyjawiła  bardzo ważną tajemnicę: ty teraz nie zrozumiesz, ale zapamiętaj słonko, że trzeba tak żyć, by móc na starość się uśmiechać.


Adam Czesław Dobroński

Translate