Mianem „kolonia Marczuk" oznaczono na planie Białegostoku sprzed 1939 roku teren od ul. Gruntowej po Marczukowską, ale tylko po wschodniej stronie ulicy Hetmańskiej. Po stronie zachodniej nieśmiało pojawiały się drewniane domki, za którymi ciągnęły się nadal łąki i gdzie nie gdzie pola. Z trudem można było dojść do Bażantarki. Za rzeczką natomiast zachowała się stara droga do Wysokiego Stoczku(Stoku) i tędy wiodła granica miast (późniejsza nazwa tej drogi to ul. Skrajna, a jej przedłużenie na południe to ul. Lniana).
Natomiast jeszcze dalej na zachód, za laskiem, uformowało się maleńkie osiedle Korycin. I tę nazwę trudno wyjaśnić. Wybudowali się tu osadnicy z gminnego Korycina ? Z czasem wytyczono ulice: Śnieżną, Lodową, Stromą, Samotną. Punktem wielce charakterystycznym była stodoła księdza Adama Abramowicza, proboszcza parafii św. Rocha. Do tej parafii należały spory szmat ziemi oraz nieduża społeczność wiernych. Mieszkało się tu jak na wsi, młódź chodziła do szkoły przy ul. Grunwaldzkiej.
Wspominał Władysław Narel: „Przed domem nie jedna troskliwa ręka kobieca zrobiła kwietniki, rabat(…).W podwórkach chlewiki, letnie kuchnie, a dalej przeważnie ogrody. Warzyw i owoców nikt nie musiał kupować. I świniaka niejeden swego uchował”.
Było cicho, wszyscy się znali. W ciepłe letnie dni, zwłaszcza w niedziele, pojawiali się nad stawem amatorzy pikników.
Wzdłuż ulicy Marczukowskiej znajdowały się trzy stawy, w pierwszym kąpali się nieliczni, bo z niego czerpano wodę do napełniania tendrów parowozów. W pobliżu stały więc zabudowania pompowni, zwanej „pompką”.
W środkowym stawie pławili się z rozkoszą dorośli, a maluchom pozostawał trzeci stawek, zasilany wodą z dużego. Po drugiej stronie ulicy przybyło parterowych drewnianych domów, zamieszkałych przez Piekutowskich, Koronkiewiczów, Rydzewskich, panią Galas z córkami, Kowalewskich, panie Ziębę i Fiłonowicz, Olszewskich, Kmitów, Łydkowskich, Nareli, Zawadzkich, pana Guśko.
Po wojnie brakowało wszystkiego, gotówki także, więc trzeba było sobie radzić. Przykład takiej zaradności stanowił wyrób garnków. Zajęło się tym kilka rodzin. Surowiec pozyskiwano z silników rozbitych samochodów, a zdarzały się nawet części samolotowe. Aluminium przetapiano w hełmach, następnie chropowaty odlew obrabiano na „kręciołce” (ręcznej tokarce), a gotowy produkt sprzedawano na pobliskich jarmarkach i wywożono również „w Polskę”.
Na Marczuku jeszcze trzymali się nadal rolnicy, bliżej torów przybyły osobliwe „wzgórza”, sterty lnu. Stawy nadal przyciągały spragnionych kąpieli i wędkarzy, a zimą rąbano zalegający je lód, by go wykorzystać w zakładach spożywczych.W lipcu 1944 roku zaobserwowano, że Niemcy w czarnych mundurach prowadzą intensywne roboty w okolicach tuneli przy ul. Hetmańskiej. Nie zapędzili do prac osób cywilnych ,zatem domyślano się, że zależało im na zachowaniu tajemnicy. Wykopali między torami dziewięć dołów, po trzy w każdym rzędzie, głębokich na półtora metrów. Następnie założyli szalunki, wylali beton. Udało się ustalić, z pomocą kolejarzy polskich, że na dnie każdej takiej studzienki położone zostały skrzynie z ładunkami wybuchowymi.
Stało się jasnym, że chodzi o wysadzenie tunelów. Moment detonacji Niemcy jednak odwlekali, czekając na przejazd ważnego transportu wojskowego. Stanisław Hrynaszewski zapamiętał, że i jego rodzina opuściła dom w obawie przed eksplozją.
A jednak tunel ocalał. 27 lipca rano pan Pyliński w towarzystwie żołnierza Armii Czerwonej uspokajali mieszkańców, że tunel jest już bezpieczny. Okazało się, że wartowników niemieckich przegonili partyzanci, natomiast pan Pyliński, który przed wojną służył w wojskach saperskich i był kolejarzem, pozrywał przewody elektryczne łączące skrzynie z ładunkami wybuchowymi.
Reszty dokonali już saperzy rosyjscy. Warto przy tej okazji dodać, że obok tunelu drogowego, od strony dworca kolejowego był tunelik, którym przepływał strumyk. W tym to przepuście mieszkańcy chronili się w czasie na lotów
Adam Czesław Dobroński