Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ulica św. Rocha 14. Fabryka R. Commichau




    W temacie nieistniejących nieruchomości, które przed II wojną światową zlokalizowane były przy ul. św. Rocha. Ilustracją  do dzisiejszego tekstu jest również zdjęcie, wykonane przez Józefa Sołowiejczyka w 1897 r. Został na nim uwieczniony zespół budynków określonych przez autora jako „fabryka Commichau”.

  Fotograf ustawił się po stronie ul. Nowoszosowej (dziś  to  ul. H. Dąbrowskiego) i skierował obiektyw na południe, obejmując teren rozciągający się między stacją kolejową (po prawej stronie widzimy wieżę ciśnień oraz  fragment gmachu dworcowego) a wzgórzem z kaplicą i cmentarzem św. Rocha. 

  Obszar ten, przed II wojną przyporządkowany do ul. św. Rocha 14, współcześnie zajęty jest pod ul. Bohaterów Monte Cassino, Park im. J. Dziekońskiej, Spodki i handlowce  przy ul. św. Rocha. Jak już wspominałem, znaczna część terenów położonych przy tej ulicy jeszcze na początku lat 70. XIX w. stanowiła własność gospodarzy ze wsi Białostoczek i dopiero później znalazły się one w granicach Białegostoku.

  Pierwsze informacje na temat terenów, na których stanęła fabryka Commichau, pochodzą z lat 70. XIX w. W 1871 r. część tych gruntów przedstawiciele gminy wydzierżawili Chaimow i Lublińskiemu. W kolejnych latach prawo do dzierżawy przechodziło z rąk do rąk – w 1876 r. Lubliński odstąpił je Ickowi Halpernowi, który oddał je grodzieńskiemu mieszczaninowi Abramowi Izabelińskiemu. Izabeliński wzniósł na dzierżawionym gruncie drewniany dom, po czym podzielił teren na dwie części, z których jedną odstąpił Wolfowi Gradowi, ten zaś w 1882 r. Wolfowi Epsztejnowi.

   Inną część gruntów pod przyszłą fabryką w 1879 r. przedstawiciele wsi odsprzedali kupcowi Filipowi Timofiejewowi. Na jego temat nie wiemy w zasadzie nic poza faktem, że jeszcze tego samego roku wzniósł  tu pierwsze zabudowania fabryczne, w tym frontowy piętrowy dom oraz trzypiętrową halę produkcyjną z dwiema oficynami, mieszczącymi w sobie maszynę parową i kocioł. 

  W grudniu 1879 r. grunt i fabrykę kupca Filipa Timofiejewa nabył pruski poddany i kupiec 2 gildii Rudolf Commichau, zaś w  listopadzie 1882 r. odkupił on od Abrama Izabelińskiego i Wolfa Epsztejna sąsiadujące grunty wraz z zabudowaniami, stając się  wyłącznym właścicielem rozległej posesji przy ul. św. Rocha 14. Rodzina Commichau sprowadziła się do Białegostoku w latach 40. XIX w.z Colditz w Saksonii.

   Wykorzystując dawny młyn Antoniuk bracia: August, Herman, Rudolf   i Albert  założyli jedną z największych i najlepiej prosperujących firm włókienniczych. Z czasem firmę na Antoniuku, rozszerzoną o zespół fabryczny przy ul. Warszawskiej 59, przejął Herman Commichau.

  Tymczasem Rudolf w 1880 r. usamodzielnił się, zakładając własną fabrykę sukna i kołder przy ul. św. Rocha. W 1853 r. wstąpił w związek mażeński z Blanką von Hane, z którą miał aż piętnaścioro dzieci. Wieku dorosłego dożyli Julia Clara (żona Franza Lippischa), Alfred, Maria Helena (żona Wilhelma Gustawa Teetzmanna), Aleksander, Hugo, Karol, Oskar, Hedwiga i Margarethe. Rudolf zmarł w 1901 r. 

  Z licznego grona dzieci Rudolfa interesować nas będą szczególnie Alfred, Aleksander i Hugo Commichau, którym 29 kwietnia 1889 r. ojciec podarował prawa własności do nieruchomości przy ul. św. Rocha 14. W 1890 r. była to druga największa fabryka w mieście – prym wiódł najstarszy zakład Hermana Commichau, zatrudniający 215 robotników i wyrabiający towary o wartości 150 tys.rubli rocznie, na drugim miejscu był natomiast zakład Rudolfa i synów, który chociaż miał 213 zatrudnionych, osiągał produkcję wysokości 250 tys.  rubli rocznie, w czym był wówczas bezkonkurencyjny. 

  Pomocny w osiągnięciu tych efektów był zapewne nowoczesny silnik parowy o mocy 40 KM, najwyższej w ówczesnym Białymstoku. W 1897 r. firma została nagrodzona przez cara Mikołaja II najwyższym medalem uznania.

  Firma „Rudolf Commichau i Synowie” działała do I wojny światowej. Zabudowania fabryczne przetrwały okres okupacji niemieckiej, ale dzieje posesji przy ul. św. Rocha 14  w pierwszych chwilach po odzyskaniu niepodległości pozostają niejasne. Po sierpniu 1920 r. obiekty zostały przejęte przez wojsko i zlokalizowano w nich siedzibę i skład intendentury Dowództwa Okręgu Generalnego Białystok. 

   Dopiero w 1925 r. wyrok Sądu Okręgowego w Grodnie przysądził prawa własności do całej nieruchomości Oskarowi Schoenowi. Wówczas też ponownie zawarczały tu wrzeciona maszyn tkackich – Schoen wraz ze swoim wspólnikiem Szołemem Fajnsztejnem prowadzili od 1919 r. wytwórnię sukna i kołder przy ul. Konopnickiej 1.

    Po 1925 r. wspólnicy przenieśli produkcję na ul. św. Rocha 14.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 w okresie międzywojennym służyły także innym przedsiębiorcom, którzy dzierżawili w nich powierzchnię, m.in. skup i sprzedaż materiałów drzewnych Mozesa Szlachtera od 1929 r., wykończalnia i farbiarnia sukna „Zelman Brajnin, Jakub Glikfeld i Spółka, spółka firmowa” od 1931 r. czy sprzedaż szkła taflowego „Szyba” od 1938 r.  

  Oskar Schoen zmarł w 1925 r., uprzednio zapisując prawa własności dzieciom Emilii i Leonowi Schoenom. Przed 1939 r. Oskar, a potem jego spadkobiercy, stopniowo  wyprzedawali  nieruchomości.  Budynki przy ul. św. Rocha 14 uległy spaleniu w okresie II wojny światowej, najpewniej w 1944 r., a stan ten potwierdza zdjęcie lotnicze z września tego roku. Zostały rozebrane na początku lat 50. XX w.

Wiesław Wróbel

Ulica Krakowska serce występnych Chanajek

   Obok dłużyła się Sosnowa ze swoimi cmentarzami, dalej wiły się Brukowa i Marmurowa, pełne panienek o niezbyt dobrych obyczajach. Ale Krakowska królowała.   Tutaj przed wojną pod około dwudziestoma numerami, mieszkali zarówno ludzie stateczni, no może nie do końca, jak też cała czereda zatwardziałych rzezimieszków. 

  Na przykład właścicielem budynku pod numerem 8 był Efraim Orlański. Można rzec kamienicznik całą gębą. Odnajmował mieszkania i ściągał z lokatorów solidny czynsz. Kiedy ktoś jednak zalegał mu z opłatą, sięgał po bardzo brzydkie metody.  Oto jesienią 1936 roku niejaka Jadwiga Gajewska, nie chciała opuścić zadłużonego lokalu, zgodnie z postanowieniem sądu grodzkiego, właściciel polecił zdjąć dachówki nad jej pokoikami, aby siąpiący deszcz zrobił swoje. Ferajna z Krakowskiej wiedziała dobrze, kto to jest Efraim Orlański, a także jego główny sublokator Tewel Spektor.   

   Robili oni różne lewe interesy, ale musieli też liczyć się ze stratami. Podpadli łobuzom z ulicy, trzeba było więc płacić za spekulancką łapczywość. Spektora chanajkowscy złodzieje obrobili dokładnie, w lutym 1928 roku. Późnym wieczorem jego drzwi od mieszkania zostały zgrabnie otwarte, zaś z szuflad i innych schowków zniknęło 3 tysiące złotych, ponad 200 dolarów i do tego kolekcja monet staropolskich.    

   Pan Tewel był bowiem numizmatykiem z zamiłowania. Z kolei na Efraima Orlańskiego spece z Krakowskiej uwzięli się jeszcze bardziej. Obok wynajmowania pomieszczeń w swojej czynszówce, prowadził on również rozmaite handle. No i tutaj, za sprawą swoich niecnych sąsiadów, ponosił co i rusz mniejsze lub większe straty.    W 1934 roku zainwestował część zarobionych właśnie pieniędzy w biżuterię. Wiadomo, czasy kryzysu, pieniądz tracił na wartości. Sprytny kieszonkowiec wyciągnął mu na ulicy pakuneczek z precjozami jubilerskimi bezczelnie z kieszeni palta. Strata była spora - 4 tysiące złotych. Kiedy pod koniec lat trzydziestych mości Efraim zainteresował się handlem rybami, też nie obyło się bez kłopotów. 

   Zimą 1936 roku ograbiono go z dwóch skrzyń zawierających wędzone szprotki. Tą samą porą w następnym roku, stracił z wozu stojącego na ul. Miodowej pięć dużych pudeł ze śledziami. Wszystkie te złośliwe, złodziejskie akcje musiały kosztować Efraima Orlańskiego kawałek zdrowia. Nie wiadomo, czy przypadkiem sprawcami biedy mieszkańców z Krakowskiej 8, nie byli domownicy z przeciwka, czyli spod numeru 11. Mieszkała tam bardzo liczna rodzinka o nazwisku geograficznym - Azja. 

   Nazwisko, jak na żydowską familię wcale oryginalne. Mendel Azja prowadził w latach trzydziestych małą restauracyjkę. Pomagała mu w tym żona Rywka i dorastająca córka. Do interesu dokładał parę dolarów brat Mendla, Jankiel, który przebywał w Ameryce. Głównym sponsorem Azjów z Krakowskiej był jednak Abram, bardzo zdolny złodziej, a także, co tu ukrywać, bezwzględny sutener. Kradł portfele na ulicach Białegostoku, w kinach, restauracjach. Był też docenianym wspólnikiem w skokach mieszkaniowych. Może to właśnie ów przedsiębiorczy synalek Mendla Azji prześladował co jakiś czas sąsiada Orlańskiego. 

  Jeśli nie był to jednak Abram Azja, podejrzenie można było skierować na innego, zdolnego złodziejaszka z Krakowskiej, również Abrama, tyle że Serowicza.  Mieszkał on pod nr 61 i również z upodobaniem uprawiał swą ciemną profesję. 

   Jako pajęczarz okradał białostockie strychy, potrafił dokonać też zuchwałego włamania do sklepu, jak na przykład wiosną 1936 roku do magazynu delikatesowego Grirsza Wojnera przy ul. Kupieckiej 32. 

  Zatrzymywany profilaktycznie przez policję zawsze miał w zanadrzu różne wytrychy, śrubokręty i nożyki. Grasował też po Rynku Siennym. W ciągu targowego dnia, czyli tradycyjnie we czwartek, potrafił spenetrować zawartość kilkunastu chłopskich kieszeni.  Pretensję do Efraima Orlańskiego mogła mieć także inna lokatorka spod 6., Ruchla Dynersztejn, zawodowa potokarka i doliniarka. Niegdyś wezwał on na nią policjanta, gdy zbyt ciekawie zaglądała do jego kieszeni. Ja jednak stawiałbym mimo wszystko na Abrama Azję. To był zdolny młodzian. 

todt,org

O tym jak niemcy wprowadzali w Białymstoku swoje porządki

   Opowieść Mariana Malewicza o swojej rodzinie i własnych przypadkach życiowych.  

  Panowanie czerwonej gwiazdy skończyło się niespodziewanie. 22 czerwca 1941 roku również nad Białymstokiem pokazały się samoloty i nie były to bynajmniej maniowry (manewry), jak twierdzili początkowo oficerowie sowieccy, tylko nalot bombowców niemieckich. Zaczęła się paniczna ucieczka, mieszkańcy mieli szansę ograbić magazyny na Węglówce, gdzie Rosjanie gromadzili zapasy dla wojska. Nie było to zajęcie bezpieczne, Malewicze przypadkowo stali się posiadaczami skrzyni pełnej kakao, skarbu w warunkach okupacji.

  Marian wraz z kolegą Zenkiem Treblińskim też przeżyli przygodę. Na placu Wyzwolenia (tu obecnie komenda policji) uciekający pozostawili czołg. Chłopacy zobaczyli w środku lornetkę i weszli, by ją wymontować, uderzali młotkiem w obudowę. Nagle zamknęła się klapa, nie pomagały wołania. W końcu jakiś przechodzeń uwolnił amatorów trofiejnej (zdobycznej) lornetki.

  Szczęście miał i Aleksander Malewicz. Oddziały niemieckie podeszły pod Białystok, słychać już było strzelaninę. Mistrz fryzjerski chciał opuścić swój zakład, znajdujący się przy ulicy Sienkiewicza i pójść do domu, ale nie był pewny, czy zamknął klatkę z królikami. Dostał je w prezencie od przedwojennego komendanta więzienia, właśnie dorodna angora powiła tuzin maleństw. Aleksander wrócił na zaplecze, a w tym czasie żołnierz z przejeżdżającego patrolu niemieckiego wrzucił do zakładu przez okno wystawowe granat, posypały się lustra.

  Niemcy zarządzili utworzenie getta i Malewicze musieli wyprowadzić się ze Smolnej. Nim to nastąpiło, przez deski w płocie przychodził do nich potajemnie zaprzyjaźniony rzeźnik Arczyk, wymieniano towary za żywność. Nowe lokum przy ul. Złotej 3 mieściło się w domu drewnianym, ale z bardzo wysokimi mieszkaniami i ładnymi piecami. Właśnie na piecu, za gipsowymi gzymsami monter z elektrowni znalazł trzy pistolety i rewolwery. Wydaje się, że zostawili je poprzedni mieszkańcy - Żydzi. Marian zachował dla siebie małą "piątkę", znalazł ją ojciec i wyrzucił do ubikacji, by nie kusić losu.

  Nowi okupanci szybko pokazali, co znaczy niemiecki ordnung (porządek), choć i wśród nich trafiali się bardziej wyrozumiali dla dzieci. Mój rozmówca zachował w pamięci Austriaka w mundurze Wehrmachtu. Nosił ryngraf z Matką Boską, chłopakom z sąsiedztwa dawał kawę wojskową w kostkach, z cukrem. Okazał powściągliwość nawet wtedy, gdy Marian myszkując w kabinie samochodu ciężarowego zwolnił hamulec ręczny i maszyna stoczyła się w dół, uderzyła w ścianę budynku na tyle mocno, że wypadły dwie szyby.

  Bywało jednak gorzej. Po kapitulacji Włoch także w Białymstoku pojawili się internowani żołnierze z kraju słońca. Był mróz, stali pod konwojem na rogu Sienkiewicza i Złotej, fioletowi na twarzach, chyba czekali na wymarsz na pobliską stację kolejową. Budzili żal wielki, więc kobiety z okolicznych domów skrzyknęły się, kupiły kilka "bułek chleba" w pobliskiej piekarni, pokroiły je na porcje. Następnie chłopacy weszli na piętro jednej z kamienic i zrzucali jedzenie z góry, zrobił się zamęt wśród Włochów. Zobaczył to wartownik, wpadł wrzeszcząc do budynku z karabinem, więc trzeba było skakać z balkonu w krzaki.

  Bywało i dużo gorzej. Na ul. Łąkowej u Kossakowskich, w okazałym budynku z zielenią kwaterowali oficerowie niemieccy wyższych szarż, rośli, zawsze wyszykowani jak na paradę. Traf chciał, że właśnie grupka chłopców przygotowała "bombkę". Miała długość 10-12 cm, składała się z dwóch części odlanych z ołowiu, w jednej tkwił ruchomy zapalnik. Do środka należało wsypać siarkę zdrapaną z główek zapałek, skręcić górę i dół, umiejętnie rzucić na kamień lub chodnik, a wówczas wystający bolec powodował zapłon i huku było co niemiara.

  Koledzy podkusili Mariana, by zdetonował "bombę", gdy w pobliżu przechodził Herr Ofizer. Ten odpiął kaburę i mogła polać się krew. Marian wskoczył do pobliskiego domu, częściowo zrujnowanego, oficer wbiegł za nim. Chłopiec wtulił się w dziurę w piecu, wstrzymał oddech. Niemiec krzyczał, by mały "bandyta" natychmiast zszedł, ale sam obawiał się wspiąć po zniszczonych schodach, bo mogły spaść na głowę cegły i deski, świszczał wiatr. Chłopak przesiedział w kryjówce ze trzy godziny, aż zapadł zmrok, wrócił do domu pobrudzony sadzami. Innego dnia gestapowiec zebrał maluchów, którzy zniszczyli mu suszącą się koszulę, ustawił ich po ścianą i zapowiedział rozstrzelanie. Na szczęście skończyło się na kopniakach.

  Wiadomo, że bywało głodno. Aleksander Malewicz prowadził zakład fryzjerski, miał stały dochód, ale trzeba było wzmocnić budżet hodowlą wspomnianych królików z przeznaczeniem na mięso i delikatną wełnę. Było ich około setki, więc syn musiał codziennie narwać dwa kosze (od ziemniaków) zieleniny. Najwięcej zielska rosło przy torach, koło garbarni. Trzeba tam było jednak uważać na chłopaków z Brazylki, bo słynęli ze swoiście rozumianego honoru. Opowiadano, że jak kto im podpadł, to zmuszali do wejścia na słup lub drzewo i wznoszenia okrzyków "Niech żyje Brazylka!". (Czy ktoś jeszcze pamięta, że była taka dzielnica w Białymstoku za torami?).

  Marian za Niemców uczył się na tajnych kompletach, najpierw u pani Goździej, koleżanki jego mamy z ul. Kamiennej, a następnie u pani Jabłońskiej, nauczycielki ze Szkoły Powszechnej nr 5. Nauka odbywała się w mieszkaniu przy ul. Staszica, tuż przy skrzyżowaniu z ul. Koszykową. Grupa liczyła 7-8 uczniaków, zeszyty noszono za pazuchą, wchodziło się do domu pojedynczo patrząc, czy nikt nie widzi. 

   Mimo okupacji mój rozmówca kontynuował zbieranie znaczków. Pieniądze na ten cel od czasu do czasu wydzielał ojciec, towar dostarczała pani Szwejkowska pracująca na poczcie. Powodzeniem cieszyła się m.in. serie "Kongres Wiedeński", długa wehrmachtowska. Po likwidacji getta, jak ucichła strzelanina, kolega namówił Mariana, żeby pójść po znaczki do opuszczonych domów żydowskich. Wyprawa okazała się niebezpieczna i bez sensu.

  Zapamiętano dobrze w Białymstoku męczeństwo Żydów wyprowadzonych 16 sierpnia 1943 roku z getta na pola przy torach, gdzie musieli czekać na załadunek do wagonów. W dzień prażyło słońce, noce były już chłodne, dokuczały okrutnie głód i pragnienie. Przy ul. Smolnej jedna z sąsiadek przechowała Żyda, wyszła po wojnie za niego za mąż.

  10 lipca 1944 roku miało miejsce ostatnie bombardowanie Białegostoku przez samoloty sowieckie. Malewiczów uprzedzał oficer niemiecki, że trzeba spodziewać się zmasowanego nalotu, więc Aleksander zamówił u stolarza zrobienie pod podłogą piwniczki i w niej schował porcelanę oraz wiadro z cyną. Były tam serwisy ćmielowskie i jeden chiński z cudnymi malowidłami, który przed wojną Żyd chciał wymienić na złoty zegarek. Niestety, dom spłonął, ocalała tylko na pamiątkę jedna sosjerka.

  Okupacja szwabska miała się ku końcowi, od wschodu nasilało się pomrukiwanie dział. Kto mógł przypuszczać, że wyzwolenie nie będzie oznaczało końca walki o wolną Polskę i kresu cierpień.


Adam Czesław Dobroński

Translate