Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rowerowa podróż dookoła Europy

    Na początku 1930 r. szeroko komentowany był wyczyn zawodnika Żydowskiego Klubu Sportowego Z. Wolańskiego. Odbył on rowerową podróż dookoła Europy przejeżdżając 10 000 kilometrów. Po powrocie do Białegostoku stwierdził, "że cieszy się najlepszym zdrowiem, że jego wyczyn sportowy zahartował go tak dalece, że po odpoczynku uda się znowu w nową, tym razem już większą podróż". 

  Ciekawostką jego wyprawy było to, że w krajach, które odwiedzał porozumiewał się w języku esperanto. Ze zdziwieniem stwierdził, że w Holandii mógł się dogadać nawet z pilnującym ulicznego ruchu policjantem.   

Odwiedzając Antwerpię został gościem honorowym trwającej właśnie Międzynarodowej Wystawy, której kierownictwo nagrodziło go brązowym medalem. Po powrocie do domu podkreślał, że wszędzie był przyjmowany niezwykle serdecznie, a szczególnej pomocy doświadczył w polskich placówkach dyplomatycznych i wśród Polonii.  Dodatkowym akcentem tej wyprawy było to, że Wolański odbył swą podróż na rowerze wyprodukowanym w Białymstoku. To dopiero promocja! A było czym się chwalić. 

  Już pod koniec XIX wieku na czele rowerowego biznesu stanął Izrael Gotlib, który w swoim sklepie przy Lipowej, naprzeciwko cerkwi, otworzył specjalny dział z rowerami. Na zapleczu uruchomił zakład naprawczy. Gotlibowie w następnych latach przewodzili w tej branży. W zakładach, które mieściły się przy ulicy Łąkowej produkowali rowerowe ramy. Ich głównymi konkurentami byli bracia Grodzieńscy.

  Mieli oni duży skład rowerowy przy Pałacowej. Pewną popularnością na przełomie wieków cieszył się "Amerykański magazyn rowerowy" przy Lipowej. Tuż przed wybuchem I wojny światowej do tych potentatów dołączyli Wajner i Rudawski prowadzący skład rowerowy przy Mikołajewskiej (Sienkiewicza). 

  Jednak dopiero w okresie międzywojennym rower na dobre zawładnął wyobraźnią białostoczan. Jednym z najpoważniejszych sprzedawców był Wolf Wilk. Jego sklep znajdujący się przy Lipowej 14 był mekką miejscowych amatorów kolarstwa. 

  Powstała też w Białymstoku Wytwórnia Ram Rowerowych Ropol, która mieściła się przy nieistniejącej dziś ulicy Wilczej. Wolf, Wilk, Wilcza - to niebywały wilczy zbieg okoliczności. Białostockie rowery były, jakbyśmy to dziś określili, składakami. Poszczególni wytwórcy kupowali podstawowe części u różnych producentów i sami montowali pojazdy. Każdy jednak dbał o swoją markę. Zamawiano więc firmowe dzwonki, montowane na rowerowych kierownicach. Na nich wyraźnie widać było nazwy i adresy magazynów. Najpopularniejszymi rowerami były właśnie te od Wilka. Cieszyły się dobrą opinią jako niezawodne, proste w obsłudze i dostępne po rozsądnych cenach.

  Mimo wszystko zakup roweru był poważną inwestycją. Nie wszystkich było na nie stać. Jednym z pierwszych, który podjął próbę zmiany tego stanu był właściciel domu handlowego Bronisław Perłowski. Magazyn mieścił się przy Lipowej 6 w słynnym Pasażu Warnholza, zwanym też domem ze szklanym dachem. Perłowski w 1925 r. oferował rowery popularnej marki Ormonde nie dość, że po cenach fabrycznych to jeszcze należność rozkładał na 6 miesięcznych rat. Na białostockich ulicach wkrótce zaroiło się od rowerzystów. Niestety często stanowili oni poważne zagrożenie dla przechodniów, a byli też ofiarami w kolizjach z samochodami i dorożkami.

  Rosnąca popularność rowerów spowodowała, że pojawili się kolejni śmiałkowie, którzy zapragnęli dalekich, egzotycznych podróży. Wiosną 1936 r. na wyprawę wyruszył białostocki kolarz Henryk Odachowski. Postanowił dojechać z Białegostoku do Konstantynopola. Cel wyprawy był jasny. Odachowski, członek klubu kolarskiego mówił, że "podróż ta o charakterze sportowo-turystycznym będzie miała na celu wykazanie tężyzny fizycznej sportu wśród białostoczan oraz doskonałości i wytrzymałości sprzętu kolarskiego białostockiej produkcji".

  Białostoczanie z podziwem obserwowali te wyczyny. Być może sami chcieliby też poczuć ducha przygody, wolności, sławy. Dla nich więc w 1924 r. wyzwaniem były "wycieczki naokoło świata po Europie, Indiach, Japonii i Ameryki, z postojem w najpiękniejszych zakątkach". 

  Tu następowała ich długa lista. Tych, którzy mieli jakieś obawy przed podjęciem takiego ryzyka organizatorzy zapewniali, że "zapewnia się uczestnikom towarzystwo wysoce przystojnych panów i odwrotnie.   Czas trwania wycieczki nie nuży. Koszta minimalne. Przygody awanturnicze i … miłosne w przygotowaniu, gwarancja powrotu bez uszkodzeń zapewniona". To była nadzwyczajna okazja. Zobaczyć cały świat i jeszcze te przygotowania miłosne! Podróż ta nie liczona była jednak w tysiącach kilometrów, ale kilkudziesięcioma minutami spędzonymi w fotelu kina Apollo przy Sienkiewicza 22, które w ten sposób reklamowało swój repertuar. 

Andrzej Lechowski

Złodzieje nie gardzili papierosami

   Wybór papierosów w przedwojennym Białymstoku był przeogromny. Można było je dostać w specjalnych kioskach tabacznych na Lipowej, Rynku Kościuszki, Sienkiewicza czy Kilińskiego. Wyroby tytoniowe miały zawsze swój dział w rozlicznych sklepikach kolonialnych, hotelach, restauracjach, kinach, no i oczywiście w bufecie dworcowym.

    Oprócz tego działała kontrabanda. Poszukiwacze tańszego dymka mogli go znaleźć na Siennym lub Rybnym Rynku, u żydowskich kramikarzy lub ręcznych sprzedawców. Trafiały tam szlugi i zapałki z Niemiec, Estonii czy Łotwy via Gdańsk.

    Oczywiście papierosy były różne, lepsze i gorsze, droższe i tańsze. Wszystko zależało od potrzeb i możliwości płatniczych klienta. Nie dotyczyło to rzecz jasna złodziei. Na samym szczycie monopolowej, papierosowej hierarchii stały z pewnością przednie egipskie - 1 zł 80 gr. za paczkę (20 sztuk) i zwykłe egipskie o 40 gr. tańsze. Potem szły popularne filtrowce - mewy, hele, płaskie, grand prixy czy damesy.

    Dla mniej wybrednych palaczy sprzedawano bezustnikowe - sfinksy, bałtyki lub rarytasy. Zupełnie ubodzy miłośnicy palenia mogli za 1 gr. kupić jednego papierosa marki junak, wiarus albo szczególnie paskudny w smaku macherkowy.

Chojraków z chanajkowskich zaułków nie obowiązywały oczywiście żadne ceny. Gdy włamywali się do sklepu, szukali najwartościowszego łupu. Papierosy były zawsze mile widziane.

   Oto na przykład co wydarzyło się na początku 1931 roku. Nocną porą jakiś przemyślny włamywacz usunął najpierw po cichu szkło okienne, później również sprawnie uporał się z wewnętrzną okiennicą i już był w środku restauracji Adama Anisko przy ulicy Sienkiewicza 39. Wyniósł z niej wiele cennych rzeczy. M.in. posrebrzane sztućce, kilkanaście białych obrusów, aparat radiowy marki Philips, no i oczywiście nie zapomniał o sporym zapasie papierosów. Te były mu szczególnie niezbędne.

   Przedwojenna, gazetowa kronika kryminalna co i rusz wzmiankowała o papierosowych złodziejaszkach. Nie było dla nich żadnych przeszkód, ażeby dobrać się do upragnionego celu.

    Wiosną 1932 roku okradziony został sklep Sielewicza przy ul. Sienkiewicza 109. Tym razem opryszki musieli się sporo natrudzić. Najpierw dostali się na sąsiadujące z obiektem zainteresowań podwórko, stamtąd przeleźli przez murek i wdrapali się na strych. W ruch poszedł niezastąpiony w takich razach świder i przez dziurę w suficie spuścili się do sklepowego magazynu.

    Połów się opłacił. Jak odnotowano w policyjnym protokole, zginęło wyrobów tytoniowych na prawie tysiąc złotych. Urząd Śledczy oczywiście rozpoczął dochodzenie, a nawet znalazł podejrzanego o kradzież. Był nim 22-letni Władysław Korn. Niestety z braku przekonywujących dowodów winy sąd uniewinnił gagatka.

    Jeszcze bardziej stratny okazał się Eugeniusz Wojdyński, który prowadził sklep kolonialny przy ul. Dąbrowskiego 20. Amatorzy jego towarów dostali się tam w nocy przez wybity otwór w ścianie i wynieśli moc wódki i papierosów. Strata - 2 tys. zł.

    W 1933 roku prawdopodobnie ta sama szajka, kradnąca papierosy, jeszcze parokrotnie dała znać o sobie. W styczniu okradziona została trafika Chany Dubnej przy ul. Piwnej 2. Znowu był to otwór w suficie i strata blisko tysiąca papierosów.  W lutym ofiarą złodziei padł kiosk "Plutos" przy ul. Kilińskiego. Oprócz sfinksów i machorkowych nocni palacze nie pogardzili także słodyczami w postaci czekolad, cukierków i lizaków. 

    Marzec to z kolei występ złodziejaszków przy ul. Mickiewicza 42. Znowu otwór w ścianie sklepu kolonialnego S. Gelbarta, no i manko na łączną sumę 500 zł. Oczywiście w produktach tytoniowych.


Włodzimierz Jarmolik

Cyrk przyjechał

   Na ul. Nadrzecznej, a później na placu Wyzwolenia, rozkładały swoje szapita (namioty) takie trupy cyrkowe jak: Korona, Coloseum, Express, Prosperi, Empire czy Arena.  Jednak największą popularnością wśród białostockiej widowni cieszył się zawsze cyrk braci Staniewskich, który właśnie w naszym mieście w 1925 roku odniósł swój pierwszy duży sukces i rozpoczął drogę do wielkiej sławy,        Przez kilkanaście lat bracia Staniewscy w swojej cyrkowej wędrówce po Polsce nigdy nie omijali szczęśliwego dla nich Białegostoku. Dorośli i mali widzowie zawsze mogli liczyć na wyborny program z międzynarodową obsadą i przynajmniej jednym numerem ekstra.

   Podczas pierwszego pobytu nad Białą (wiosna 1925 roku) w skromnym, jednomasztowym jeszcze namiocie cyrkowym braci Staniewskich gwiazdą był niewątpliwie słynny siłacz Zygmunt Breitbart. Przepadała za nim zwłaszcza, ze względu na pochodzenie, publiczność żydowska. Kiedy po Białymstoku rozeszła się wieść, że Breitbart przybywa z Warszawy na występy, na miejscowym dworcu zebrały się tłumy ludzi.

  Wychodzącego z pociągu atletę, znanego z tego, że łamie podkowy jak zapałki, wygina żelazne pręty w różne esy-floresy i przegryza srebrne monety dziesięciozłotowe, przywitała orkiestra w pełnej gali. Na peronie pojawili się też białostoccy rabini i delegacje rozmaitych organizacji żydowskich.

  Rozentuzjazmowany tłum wziął Breitbarta na ręce i wprost z dworca zaniósł go na postój dorożek. Tu czekał specjalny przystrojony powóz, który odwiózł popularnego siłacza do hotelu Ritz.

  Występy Zygmunta Breitbarta sprawiły, że kasa cyrku Staniewskich była przez tydzień formalnie oblężona. Wszystkie bilety, nawet te najdroższe, po 7 złotych, szły jak woda. Któż bowiem, będąc już nawet wcześniej na przedstawieniu, nie chciał zobaczyć na własne oczy, jak samochód wypełniony pasażerami przejeżdża po klatce piersiowej leżącego na arenie siłacza.

   Ostatniego dnia występów, kiedy Breitbart miał swój benefis, gwoździem programu stało się rwanie łańcuchów, przyniesionych ze sobą przez kilku miejscowych niedowiarków, wątpiących w autentyczną siłę żydowskiego atlety.

  W lipcu 1936 roku Cyrk Staniewskich zaskoczył Białystok kolejną atrakcją. Była to trupa liliputów, zaangażowanych specjalnie z londyńskiego cyrku Gnidley’s.

  Zespół złożony z najniższych ludzi naszego kontynentu, wśród których nie zabrakło również Polaków, pokazał białostoczanom bardzo urozmaicony program. Była więc woltyżerka na nieosiodłanym koniu, brawurowa jazda po arenie grupy dżokejów, akrobatyka, ekwilibrystyka, gimnastyka napowietrzna, no i oczywiście różnego rodzaju klaunada. Widzowie, a przewinęło się ich w te lipcowe dni przez cyrkowe ławki co najmniej kilkanaście tysięcy, z zapałem oklaskiwali małych mistrzów areny.

  Nie mniejszą popularnością od cyrkowców-liliputów cieszyło się specjalne miasteczko, które przyjechało razem z nimi. Znajdowały się tam m.in. kościół, ratusz, remiza strażacka, urząd pocztowy i gmach policji. Wszystkie budynki były oczywiście dostosowane do wzrostu swoich użytkowników. Miasteczko to można było zwiedzać codziennie, płacąc za bilet 25 groszy (dzieci) i 50 groszy (dorośli).

  Tuż przed II wojną światową gościł w Białymstoku I reprezentacyjny oddział cyrku braci Staniewskich. Tutaj, pod 4-masztowym nieprzemakalnym namiotem, dopiero pokazywano numery!

  Spektakl zaczynał się o 20.30. Spóźnialscy mogli tylko żałować. Od początku - tresura słoni, małpy na trapezie, hinduscy klauni, wyższa szkoła konnej jazdy, duo Togan w skoku salto mortale i to bez siatki, no i na deser - Elroy, człowiek bez rąk, wykonujący zadziwiające ewolucje akrobatyczne tylko przy pomocy nóg. To wszystko było w sezonie 1938 roku.

  W sierpniu 1939 roku bracia Staniewscy dali swój ostatni występ w naszym mieście. Poziom spektaklu był jak zawsze bardzo wysoki. Japońscy gimnastycy Ohojo przechodzili samych siebie, pod kopułą na trapezie cuda wyczyniał Amerykanin Frezer, na dole szaleli wrotkarze z grupy Hamilton.

  No i oczywiście clou programu: "maestro" Watson. Ów tajemniczy osobnik "siłą woli" zapalał żarówki elektryczne, pochodnie i papierosy. Najbardziej ekscytujące było jednak siadanie przez niego na krześle podłączonym do prądu, takim samym, jakie stosowano wówczas w Stanach Zjednoczonych do tracenia złoczyńców skazanych na karę śmierci.

  Orkiestra grała tusz, ludziom zapierało dech w piersiach na widok sypiących się na arenę iskier, wybuchały gromkie brawa, a niedowiarki, którzy trafiali się na widowni, wykrzykiwali: Powtórzyć, powtórzyć!


Włodzimierz Jarmolik

Translate