Postaw mi kawę na buycoffee.to

Stary Rynek na Bojarach

   Bojary są ciągle w modzie. Szkoda tylko, że zajmują się nimi nie ci, którzy decydują o ich losie. Mam do tej dzielnicy szczególny sentyment. Tu się urodziłem i przez większą część życia mieszkałem. Tu byłem u siebie. Dziś z trudem odnajduję wśród blokowisk własne, dawne ścieżki. Niektórych już nigdy nie będę mógł przemierzyć.

   Robiąc czasem zakupy w społemowskich "Bojarach" przy Słonimskiej, żartuję mrucząc do siebie, że tu gdzie stoi chłodziarka z nabiałem, to 40 lat temu stała furmanka, z której moja babcia kupowała gomułki masła, śmietanę, jajka. Wzdłuż Słonimskiej stał rząd budek. To był jedyny w swoim rodzaju hipermarket.

   Dziś pozostały z tamtych Bojar tylko wspomnienia i nazwy. Stary Rynek, cóż dziś znaczy, gdy nie ma prawdziwego rynku. Powstał w XIX w. Jeszcze w 1810 r. działka, do której przypisano nazwę rynku należała do Gotfryda Rynta (?). Gdy po 1837 bądź 1842 r. Bojary zostały włączone w granice Białegostoku, to urządzono na tej działce targowicę. Oficjalnie nosiła rosyjską nazwę Świński Bazar. Lokalizacja była oczywista, bo na Bojary można było łatwo dojechać, nie paradując przez miasto z prosiakami na furmance.

   W 1919 r. świńską nazwę zmieniono na bardziej nobliwie brzmiącą - Stary Rynek. Było to poniekąd usankcjonowanie tego, co stało się w rozwoju Białegostoku przez poprzednie 30, 20 lat. Powstała wówczas rynkowa konkurencja. Założono Rynek Sienny, obok powstał Rynek Rybny (dziś stoi na nim biblioteka uniwersytecka), a dalej Rynek Koński (dziś w tym miejscu stacja krwiodawstwa). W ten sposób białostocki handel rynkowy przeniósł się na Piaski. O Bojarach zaczęło mówić się Stary Rynek.     W 1934 r. zaplanowano unowocześnienie handlu na Bojarach. Zewsząd było słychać, że Białystok ma się europeizować. A tu, pod samym magistrackim nosem funkcjonował taki nieestetyczny targ. Ogłoszono więc przetarg na budowę hali targowej. Wygrała go białostocka firma Beton prowadzona przez Stefana Zagrodzkiego i Ajzyka Jankielewicza. Śmiesznostką było to, że Beton miał zbudować halę z drewna. Białostoczanie uważnie obserwowali inwestycję. Zgłaszano nawet uwagi, że do budowy stosowano drewno złej jakości. Deski są zsiniałe, popękane i pełne sęków.

   Mimo to budowa szczęśliwie doszła do końca i 16 listopada 1934 r. hala została oddana do użytku. W jej wnętrzu urządzonych zostało "22 sklepy, 10 straganów i 6 basenów rybnych". Budynek podobał się mieszkańcom Bojar. Właścicielem hali było oczywiście miasto. Magistracki wydział gospodarczy "rejestrował reflektantów na miejsce", to znaczy zbierał oferty ewentualnych dzierżawców. Szczęśliwie nie było z tym najmniejszego kłopotu.

    Rok 1934 był bowiem pierwszym rokiem ożywienia gospodarczego po zakończonym dopiero co światowy kryzysie. W niektórych branżach handlowych notowano na-wet 30-procentowy wzrost obrotów. "Szczególnie zaś poprawa nastąpiła w branży żywieniowej: sklepach spożywczych, owocarniach itp." Z optymizmem stwierdzono, że "z powyższego można wnioskować, że handel w mieście naszem osiągnął dno kryzysu i powoli poczyna już wypływać na wierzch". Otwarcie nowej hali okazało się więc strzałem w dziesiątkę. 

    Tego niestety nie mogli powiedzieć właściciele Betonu. Przy rozliczaniu robót budowlanych urzędnicy miejscy zwrócili uwagę, że Zagrodzki i Jankielewicz do postawienia hali zatrudnili ogromną ilość pracowników. Okazało się, że przedsiębiorcy "wystawiali fikcyjne listy płac robotników, przywłaszczając sobie znaczne sumy". Nieuczciwymi właścicielami Betonu zainteresował się prokurator. Dziś nazwy ulic niby takie same jak kiedyś, ale Bojary całkiem inne.


Andrzej Lechowski

W przedwojennej restauracji

   Rzecz będzie o białostockim restauratorstwie rodem z ulicy Kilińskiego. W 1880 roku w kamienicy Judela Krupnickiego pod siedemnastką otwarta została pierwszej klasy restauracja Ermitaż. Natomiast w 1934 roku w tymże lokalu rozpoczęła działalność restauracja Bristol.

   Prospekt reklamowy Ermitaża oznajmiał, że "śniadania, obiady i kolacje z karty, składają się z samych świeżych produktów po umiarkowanych cenach". Kuchnia w tym lokalu była "ruska i francuska". Zapewniano też, że szef kuchni wspaniale zna się na rzeczy. 

  Atrakcją restauracji był wykwintnie urządzony wielki balkon, na którym wieczorami grała orkiestra. Zaznaczano, że kelnerami są wyłącznie mężczyźni, a serwowane wina pochodzą z Rosji i "inostrannych firm". W Ermitażu można było też zamówić dania do domu. Dostarczano je nawet do miejscowości za miastem.

  Tuż obok Ermitażu, na Rynku pod jedynką była restauracja Leśniewskiego. To w niej wieczorem 19 lutego 1919 r. częstowano ciastem i herbatą wkraczające do Białegostoku wojsko polskie. Z drugiej zaś strony Kilińskiego, w pałacyku gościnnym należącym do niemieckiego przemysłowca Litterera, w październiku 1912 r. oczywiście też "pierwszej klasy" restaurację Renaissance, otworzył A. Wiśniewski.

   Renesans urządzony był z wielkim komfortem. Miał specjalne rodzinne loże i oddzielne "rozkoszne gabineciki". Obowiązkowo było rosyjskie i zagraniczne wino i kucharz wyśmienicie znający swój fach. Od godziny 21 zaczynała grać w Renesansie smyczkowa orkiestra. Ale jaka! Składała się z samych młodych dziewcząt. Wejście do Renesansu było bezpłatne, ale dalej to lepiej milczeć. 

   Było zdecydowanie drożej niż w Ermitażu. Przeto klienci woleli przesiadywać właśnie tam. To nie przypadło do gustu Wiśniewskiemu. Postanowił działać. Razem ze swoim szwagrem Muszyńskim podpalił Ermitaż. Oczywiście, że wylądował w kryminale, a w październiku 1913 r. zamiast świętować rocznicę Renesansu, wraz ze swym szwagrem stanął przed sądem. Jakież było zdziwienie właściciela Ermitażu, gdy usłyszał od tegoż sądu, że podpalacze są niewinni. Ermitaż po spaleniu już nie podniósł się.

  Tymczasem Renesansowi udało się przetrwać wojnę. W wolnym Białymstoku Wiśniewski ogłosił się natychmiast, że zatrudnia nowych, oczywiście wyśmienicie znających swój fach kucharzy. W następnych latach w pałacyku lokale zmieniały się jak w kalejdoskopie. Najpierw była popularna cukiernia Hirsza Wiedera, a od 1934 roku był Savoy i Cafe - Bar.

   I właśnie w tym samym 1934 r., w dawnym lokalu Ermitażu otwarta została restauracja Bristol. Nie wiadomo, czy ostrze jej reklamy skierowane było w stronę Kilińskiego 6, ale brzmiało wyzywająco i groźnie dla konkurencji. "Chcesz mieć zdrowy żołądek, nie chorować i zabawić się wesoło - wstąp do restauracji Bristol". 

  "Mistrz Kulinarii" Henryk Filipkowski polecał doskonałe szaszłyki i inne frykasy kuchni wschodniej. Tak dobierał potrawy, że obiad składający się z trzech dań kosztował u niego tylko złotówkę. No i znów to samo, co 20 lat wcześniej doprowadziło do szaleństwa restauratora Wiśniewskiego. W Bristolu, w odróżnieniu od Cafe Baru, bufet był "zaopatrzony w różne napoje po cenach znacznie zniżonych". A do tego wszystkiego oczywiście "solidna obsługa" i "pierwszorzędna" orkiestra pod batutą niejakiego Brauna.

  Co na to Cafe Bar? Nie, nie żaden szwagier nie wchodził tym razem w rachubę. Zbliżał się właśnie sylwester. Białostoczanie szykowali się do wielkiego szaleństwa. Właściciel Cafe Baru zapraszał na "Wesołą noc", sam śmiejąc się w duchu, że najweselszą zabawę to sprawi Bristolowi. Przed samym sylwestrem wystrzelił. "Karta wstępu wraz z kolacją od 2 zł 50 gr do 5 zł". A do tego całą noc miała grać "ulubiona orkiestra The Jullis Band". Dwa pięćdziesiąt za sylwestra, wtedy gdy gazeta kosztowała 25 groszy! I to gdzie? W najmodniejszym lokalu sezonu, w Cafe Barze.

  Cios był celny. Wszystkie stoliki zarezerwowano jednego dnia. Na sali nadkomplet. Niepojęte! Takie były to czasy. A gdyby dziś za 20 zet spędzić sylwestra. No właśnie, gdzie?


Andrzej Lechowski  

Smaczna Historia Białostockiej Buzy

    Mikołaj Murawiejski jego buza szybko dorównała do macedońskiego poziomu. Interes szedł dobrze, tak więc buzownik , buzian, a może buzowiec postanowił pójść za ciosem i udoskonalić lokal. Jesienią 1927 roku Murawiejski przeprowadził modernizację buzny. Odnotowano, że „lokal  buznej po gruntownym remoncie został powiększony, posiada cały szereg oddzielnych stolików, robi wrażenie dobrej cukierni”. I dalej dodawano, że „czysty i widny lokal oraz dużo światła, wszystko to robi z tej buznej przyjemny kącik”. Wrażenie robiła też uprzejma obsługa oraz niskie ceny.

   Wszystko to sprawiało, że buzna Murawiejskiego zaczęła być uznawana za „najlepszy i bezkonkurencyjny w Białymstoku lokal, a co za tym idzie stale ściąga do siebie liczne rzesze słodyczy wschodnich”. No bo właśnie oprócz buzy można w niej było „łakomić się słodyczami wschodnimi”. Królowała oczywiście chałwa, ale dużą i zasłużoną popularnością cieszyło się też tureckie rachatłukum, czyli specjalnie formowane niewielkie bryłki skrobi wymieszanej z cukrem, do których dodawano galaretki owocowe.

   Były to takie przedwojenne żelki. Dużym wzięciem cieszyło się rachatłukum waniliowe, a w letnie, gorące dni orzeźwiające miętowe. Na łasuchów czekały też „zapasy czekolady, cukrów i słodyczy pierwszorzędnych firm krajowych i zagranicznych”.

   Macedończycy nie dawali za wygraną, doceniając sukces Murawiejskiego, przystąpili do ofensywy. W styczniu 1927 roku przy ulicy Sienkiewicza 2 otwarta została nowa buzna. Oficjalna nazwa brzmiała – Centralna Macedońska Buzna i Kawiarnia Bałkan. Jej właściciel Tancze Boszkow, który mieszkał w tym samym budynku, dziarsko zabrał się za odrabianie dystansu do Mikołaja Murawiejskiego.

   Na urządzonej wiosną 1927 roku w Białymstoku Wielkiej Wystawie Przemysłu Krajowego za wyroby swojej firmy Bałkan otrzymał dyplom. Nie był to pierwszy wystawowy sukces Macedończyka. 

   Już w 1925 roku Tancze Boszkow wysłał swoje wyroby na II Międzynarodową Wystawę do Brukseli.  Jury po degustacji orzekło, że buza, chałwa i  inne specjały z Białegostoku są „ dobre i nieszkodliwe dla zdrowia ” i przyznało mu złoty medal.  Ale największy  sukces przyszedł w 1927 roku. Tancze Boszkow na  kolejnej  Wielkiej  Wystawie, tym razem  w  Paryżu otrzymał  Diplóme de Grand Prix avec Médallie d`Or.

    Informacja o tym zaszczycie do Białegostoku dotarła dopiero w 1928 roku. Pisano, że „białostocka firma wyrobów słodyczy wschodnich Tańcze Boszkow otrzymała za wystawione na Exposition du Bien Entre w Paryżu w r. 1927 eksponaty swych wyrobów (rachatłukum, chałwa, syropy i In.) dyplom Grand Prix ze złotym medalem”. Macedończycy wiedzeni tymi sukcesami nie ograniczali się już tylko do buzy z chałwą.  Boszkow w swoim głównym lokalu przy Sienkiewicza i w filii, która była w Ritzu, polecał „nowoczesne słodycze wschodnie, a także wielki wybór czekolady najlepszych gatunków” oraz „lody pierwszorzędnej jakości”. 

  W tym samym 1927 roku białostocka buza rozpoczęła swoją ekspansję. Nestor buzowników Biso Pejkow, który nadal z powodzeniem prowadził buznę przy Rynku Kościuszki 26, w lecie tegoż roku otworzył lokal w Grodnie przy ulicy Dominikańskiej 28. Grodnian zachęcał reklamowym hasłem „Spieszcie się przekonać”.

   Z chwilą wkroczenia do buzującego interesu Murawiejskiego Macedończycy, być może czując się zagrożeni w utracie swojego dotychczasowego monopolu, zaczęli też stosować nowoczesny, jak na owe czasy, marketing.

   Celem, jaki chcieli osiągnąć, było podkreślenie ich wyjątkowości. Za przykładem Boszkowa, który swoją buznę nazwał Bałkan, poszedł Najdo Stojanowicz z ul. Sienkiewicza 14, który zaczął promować się pod nazwą Orient. Tradycją macedońskich buzn było oprócz szykowania specjalnych ofert świątecznych także składanie życzeń stałym i potencjalnym klientom. Niezwykły zabieg reklamowy zastosował Tancze Boszkow w 1935 roku. Wiedząc, że przez radio transmitowany będzie koncert słynnego kantora Kusowitskiego, wystawił przed swoim lokalem głośniki. Przed buzną zgromadził się tłum słuchaczy.

   Oczywiście, że po koncercie wszyscy rzucili się na buzę z chałwą. Były też w tej buźnie niezamierzone przez właściciela elementy politycznej pseudoreklamy. Otóż jesienią 1935 roku w lokalu zadomowił się pewien jegomość nie ukrywający swych sympatii do faszystowskiego dyktatora Włoch, Benito Mussoliniego.  Indywiduum to nawet upozowało się na włoskiego Duce, i co najważniejsze kazało tytułować się per Mussolini. I to też okazało się magnesem przyciągającym klientów. Wszyscy chcieli napić się buzy z Duce.

    Komu bardziej buzowało w głowie? To już pozostawiam bez odpowiedzi. Ale były też buzny miejscem nieobyczajnych incydentów. To szokowało białostoczan, bo lokale te uchodziły w opinii publicznej za oazy spokoju i dobrych obyczajów. Tym bardziej piętnowano to, co zdarzyło się wiosną 1932 roku w buźnie Temelki Stojanowicza przy Lipowej 16. Ruch w lokalu był tak, jak każdego dnia, spory, gdy nagle weszło do niego „6 nieznanych osobników”.  Nie było w tym nic nadzwyczajnego, przeto mało kto zwrócił na nich uwagę. 

Panowie zamówili buzę z chałwą. Gdy zostali obsłużeni przez kelnera, to zaczęli wśród śmiechów i niewybrednych słów rozlewać buzę na podłogę i stoliki. Przywołany przez personel Stojanowicz zwrócił im uwagę na niestosowność takiego zachowania.   

    To wywołało atak. Młodzieńcy wyraźnie nabuzowani innymi napojami, awanturując się, rozbili gablotę, w której znajdowały się reklamowe prospekty i menu. Tego im było za mało. Wybili więc szybę wystawową buzny i uciekli. Stojanowicz wybiegł za nimi na ulicę i przy pomocy policjanta zatrzymał jednego z awanturników. Wkrótce cała kompania spotkała się w sądzie.  No cóż, za buzowanie w buznie czasem trzeba było słono zapłacić.


Andrzej Lechowski

Translate