Postaw mi kawę na buycoffee.to

Leon Suszyński

  Dzień 1 marca -to Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Niezłomnych i Wyklętych- szli walczyć o Twój dom.

  Wspomnienia o może mało znanym Leonie Suszyńskim -ps.,,P-8,,.Urodził się w Białymstoku, zamieszkały przy ulicy Białostoczek 24.Okres działania w A.K.- październik 1945 - kwiecień 1947 r.        Sierżant i dowódca oddziału liczącego ok.60 osób. Teren działania -powiat białostocki (Czarna Wieś, Knyszyn, Krypno, Obrubniki, Wasilków ) oraz tereny Puszczy Knyszyńskiej.    

   W roku 1939-walczył broniąc Grodna. W 1943r.brał udział w akcji Ostra Brama. Jego żona z domu Drozdowicz-Helena p.s. ,,Orlica,, Była łączniczką. Leon Suszyński z polecenia W.I.N. pracował w policji niemieckiej i uprzedzał o mających aresztowaniach. Uratowani zostali w ten sposób-brat Leona-Antoni, siostra Heleną, oraz Czesław Wiciński i bracia Linowscy- mieszkańcy Białostoczku. W roku 1943 przeszedł do konspiracji.

  Zaliczał zwycięskie potyczki : na posterunek M.O. w Knyszynie, rozbicie oddziałów U.B. i K.B.W. w Letnikach i innych starciach z oddziałami U.B. Po rozproszeniu oddziału przez jakiś czas się ukrywał. Po ogłoszeniu amnestii dn.15.kwietnia 1947r.-ujawnił się.Otrzymał Zaświadczenie z U.B. Sokółka o skorzystaniu przez Leona Suszyńskiego z amnestii.

Zaświadczenie wydano 13.grudnia 1947r. Leon Suszyński był dobrym znajomym mego ojca.Swoją działalność w oddziałach A.K utrzymywał w ścisłej tajemnicy.

  Po powrocie do domu, został aresztowany w miejscu zamieszkania przez U.B. Ślad po nim zaginął. Dopiero w 2009roku -jego syn Kazimierz mieszkający we Wrocławiu oświadczył, że jego ojciec otrzymał wyrok -8 lat więzienia. 

  Leon Suszyński zmarł we Wrocławiu i tam został pochowany. Do rodzinnego domu nigdy nie powrócił.

Zbigniew Karlikowski

Kawelin i jego pies

  " Siedziałem sobie dzisiaj na ławce na początku bulwaru Zyndrama Kościałkowskiego. Zamyślony i zapatrzony w kościół Farny nie dostrzegłem tego czegoś. To było brzydkie, paskudne i w pierwszym momencie przypominające jakąś poczwarę. 

 Mało co nie spadłem z ławki gdy zobaczyłem tego psa. Patrzył się swoimi wielkimi ślepiami w moją stronę, a ten jego rozdziawiony pysk i obwisłe brzuszysko nie dodawało mu uroku. Na szczęście to tylko rzeźba. Podszedłem do niej by bliżej się mu przyjrzeć. Hmmm… Dlaczego ktoś takie „coś” postawił u wejścia do parku?- pomyślałem. Myśl moją przerwał jednak głos dobiegający zza moich pleców:

- Jak tam chłopcze, podobam Ci się mój wizerunek ?- usłyszałem

- Jak to!- pomyślałem przez chwilę- pies do mnie mówi ?!

Gdy się obróciłem, tuż za mną stał dostojny mężczyzna, bardzo dobrze ubrany. Z twarzy, nie ukrywam, przypominał tego psa co to stoi na postumencie.

- Witam Cię chłopcze , jestem Mikołaj Kawelin - powiedział mężczyzna. Ten pies za Tobą to moja postać tylko w innym wcieleniu- i zaśmiał się grubym głosem, kręcąc przy tym swoje sumiaste wąsiska.

Zaśmiałem się razem z nim, bo rzeczywiście psisko miało coś z osobliwego mężczyzny.

- Rzeczywiście widać podobieństwo proszę Pana- powiedziałem.

Mężczyzna zaśmiał się jeszcze głośniej, poklepał mnie po ramieniu i powiedział.

- Słuchaj, jeżeli lubisz biegać i jesteś wysportowany zajdź do mojego klubu Jagiellonii. Możesz zostać piłkarzem- mówiąc te słowa oddalił się ode mnie w stronę hotelu Ritz.

  Nie miałem szansy by mu odpowiedzieć, bo był już za daleko. Stanąłem więc jeszcze przez chwilę pod rzeźbą psa by mu się dokładniej przyjrzeć. Z tyłu sroka zatrzepotała skrzydłami na pobliskiej tui. Ciekawe było to spotkanie- pomyślałem. Na pewno zapamiętam ten dzień."

    Rzeźba buldoga angielskiego zwanego „Kawelinem” powstała z dłuta Piotra Sawickiego w 1936 roku. Cieszyła ona oczy białostoczan aż do 1944 roku, kiedy to najprawdopodobniej wojska niemieckie wycofujące się z miasta zabrały ze sobą rzeźbę, sądząc pewnie że jest zabytkiem. Replika tej rzeźby wykonana została przez Małgorzatę Niedzielko w 2005 roku.

   Prawdziwa nazwa posągu „Pies Kawelin” jest pewną zagadką, bowiem istnieją dwie wersje pochodzenia imienia osobliwego psa. Jedna z nich opiera się na anegdocie mówiącej, że wywodzi się od przedwojennego stróża hotelu Ritz. 

  Druga bardziej prawdopodobna wydaje się być wersja nawiązująca do pułkownika carskiej gwardii Mikołaja Kawelina- ziemianin, znany w Białymstoku propagator sportu, był  postacią  barwną i anegdotyczną związaną z rozrywkową  duszą  miasta. Wąsaty brzydal, przy tuszy, był ulubieńcem Białegostoku do tego stopnia, iż uroczą parkową rzeźbę buldoga angielskiego, Białostoczanie nazwali Kawelinem. Niektórzy mówią, że rzeźba jest łudząco podobna do pułkownika.


Krzysztof Sznarbachowski 

Niezwykłe lody najwyższej jakości

   W okresie międzywojennym lody na niespotykaną dotąd skalę pojawiły się na ulicy. Niezwykłą popularnością cieszyły się te, które produkował Piotr Awdonow. Miał on swą wytwórnię na Żelaznej pod 51. Codziennie rano rozpoczynała się tu produkcja nowej porcji lodów. W godzinach popołudniowych na ulice wyjeżdżały wózki. W letnie miesiące można było je zawsze spotkać na Sienkiewicza, Jurowieckiej, Fabrycznej i Warszawskiej od piętnastej do dziewiętnastej.

  Na Lipowej, Polnej (Waryńskiego), Częstochowskiej i Białostoczańskiej (Włókiennicza) wózki pojawiały się o godzinę później. Białostoczanie cenili sobie jakość tych lodów. Chętnie przeto zamawiali je do domów. Niejedno wesele, zabawa, czy rodzinne przyjęcie przerywane było gromkimi okrzykami: Uwaga! Lody od Awdonowa! I na stół wjeżdżały lody, torty lodowe, piramidy.

  Po Białymstoku krążyli też i inni lodziarze. Nie zawsze oferowali towar najwyższej jakości. W lecie 1935 roku przyłapano fałszerza lodów. Był nim niejaki Mickiewicz. Wyrabiał on lody z mąki kartoflanej. Karą za ten niecny proceder było odebranie mu koncesji. Sprytny lodziarz zastosował więc fortel. Odkręcił ze swego wózka tabliczkę z dumnie brzmiącym nazwiskiem i udając, że on to nie on, nadal sprzedawał kartoflane lody.

  Wielkim światem powiało w Białymstoku w 1937 roku. W pierwszych dniach maja, na parterze kamienicy przy Sienkiewicza 4, tuż obok cukierni Karola Metza, otwarto nową lodziarnię.

  Ten szczególny dzień zapowiadały anonse – Premiata Gelateria Italiana (Pierwszorzędna lodziarnia włoska) Venezia.Zachwycone białostockie towarzystwo rozpływało się, opowiadając o Giovannim Soraia, który nad Białą przyniósł kawałek Europy. Od dnia otwarcia Venezia była oblegana. Trudno było w niej zdobyć wolny stolik.  Oferta Gelaterii była imponująca. Serwowano w niej lody ananasowe, cytrynowe, pomarańczowe, bananowe, śmietankowe, orzechowe i malaga. Furorę jednak robiły truskawkowe i czekoladowe. Ceny były całkiem umiarkowane. 

  Najdroższe lody kosztowały 70 groszy, ale zwykłe śmietankowe były po 10. Wyśmienity smak lodów osiągnięty został tym, że nie dodawano do nich „różnych ekstraktów”, ale robiono je wyłącznie z naturalnych soków wyciśniętych ze świeżych owoców. Ananasy i truskawki przywożone były codziennie z Warszawy!  

  Nowością w Białymstoku było też i to, że lody robione były „sposobem maszynowem”. Władze sanitarne, widząc ogromną popularność nowej lodziarni, kontrolowały ją cały czas. 

  Nie stwierdzono żadnych uchybień. Ci co byli w Venezii, stwierdzali, że „lody są pyszne, w pełnem znaczeniu tego wyrazu. To też klijentelę zakładu stanowią prawie cała tutejsza inteligencja i elita”.  Do dobrego tonu należało zamówić w Venezii lody na deser po niedzielnym obiedzie. W lodziarni uruchomiono, bodaj pierwszą w Białymstoku linię telefoniczną, takie „ telelody ”. Łatwo zapamiętać numer: 13-19.

Andrzej Lechowski

Translate