Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bez szczurów i pcheł. Czyli od Przystani do Gryfa

   Jednym z głośnych wydarzeń  towarzyskim, była zabawa zorganizowana w tym kinie 'Przystań" kilka dni po obchodach Święta Niepodległości w listopadzie 1931 r. 

  Na sobotni wieczór, na godzinę 21 zapraszano do Przystani na „wielką zabawę taneczną”. Wcześniej rozesłano płatne zaproszenia zaznaczając, że cały dochód „przeznaczony będzie na potrzeby kulturalne Przystani” (chodziło tu rzecz jasna o Towarzystwo) oraz na organizowaną przez nie wycieczkę krajoznawczą.

  Zapowiadano, że w trakcie zabawy do tańca przygrywać będzie znakomita orkiestra 42 pułku piechoty i co mniej zachęcające, że bufet będzie bezalkoholowy. Dla zrekompensowania tego mankamentu informowano, że „program zabawy urozmaicony tańcami narodowymi, wykonanymi w strojach na scenie oraz różnymi niespodziankami”.

  Kolejne tygodnie zdominowane były w Przystani już przez filmy. Zabaw nie urządzano, bo przecież rozpoczął się adwent. Ale też wydaje się, że zarząd Towarzystwa Przystań powoli dochodził do wniosku, że powielanie nazwy Przystań, raz używanej jako nazwa Towarzystwa innym zaś razem jako szyld popularnego kina może dezinformować zarówno miłośników sztuki filmowej jak też potencjalnych filantropów. I oto 22 grudnia 1931 r. ukazał się komunikat, że „z powodu reorganizacji kina Przystań, kino nieczynne do dnia 24 XII włącznie”.

  Reorganizacja ta była faktycznym rozwodem kina i reszty. Na początku lutego 1932 r. ukazały się już oddzielne informacje. Towarzystwo Przystań zapraszało na premierę Balladyny Słowackiego przygotowaną przez Teatr Szkolny Koła Filomatycznego Młodzieży Gimnazjum Zeligmana, ale nie jak dotychczas do sali kinowej w Ritzu, tylko do pobliskiego teatru Palace. 

Tymczasem tego samego dnia na afiszach kina Przystań pojawił się dodatkowy napis - „najnowsze dźwiękowe kino Przystań” w którym na dobry, wróżący sukces kasowy początek wyświetlano „Bomby Monte Carlo”. W przygotowywanym na 1932 r. Informatorze na Województwo Białostockie, czyli takiej książce adresowo-telefonicznej, po raz pierwszy pojawia się jeszcze w zestawieniu ze starą nazwą Przystań nowa nazwa kina - Gryf.

  Jedną z przyczyn rozstania Przystani z Gryfem była też zmiana dyrekcji w Ritzu, którym zarządzała Spółka Akcyjna Towarzystwa Budowy i Eksploatacji Domów i Hoteli. Nowa dyrekcja, która nastała na przełomie 1931 i 32 r. swoje rządy rozpoczęła od gruntownych porządków. Zapowiadała nowe programy estradowe, wykwintne menu będące dziełem nowego mistrza kuchni, planowała remont nadszarpniętego zębem czasu hotelu. Jednym słowem liczyła na dochody. Przystań utrzymująca się z datków i akcji dobroczynnych nie była przynoszącym oczekiwane zyski kontrahentem.

  Ten okres przejściowy pomiędzy Przystanią a Gryfem definitywnie zakończył się wiosną 1932 r. Pod koniec maja pisano, że „nowe kierownictwo kina Gryf (dawn. Przystań) potrafiło w krótkim stosunkowo czasie tak przeprowadzić sprawy tego kino - teatru, że Gryf stał się obecnie mocnym konkurentem Apollo i Modern. Aparatura Gryfa dobra. 

  Programy - jeden lepszy od drugiego. Zajmujące, ciekawe, pierwszorzędne filmy z udziałem najwybitniejszych i najznakomitszych artystów. Demonstracje filmów w Gryfie - wzorowe. Personel służbowy kina jest zdyscyplinowany, dobrze wychowany i bardzo uprzejmy: żadne zatargi z publicznością i inne kino - zajścia w lokalu Gryfa miejsca nie mają. Przez otwarte okna i drzwi lokalu kina wlewa się świeże powietrze i dlatego nie ma zaduchu, nie ma różnych tam zapachów”. To była znacząca informacja, bo o fetorkach zalegających sale innych białostockich kin krążył po mieście sarkastyczny bon mot sformułowany tak: „o pewnym kinie grodu nad Białką - dwuzero - kino”.

  Ale wracajmy do opisu Gryfa, bo dalsze informacje były nie mniej sensacyjne niż wieść o świeżym powietrzu i braku skisłego smrodku. A więc w Gryfie „wściekłe pchły szanownej publiczności nie gryzą, jak to bywa w innych kinach, albowiem podłogę w kinie myją prawie codziennie. Wypasłych szczurów, szmyrgających po nogach widzów też nie ma. Publiczność odwiedzająca Gryf stanowi przeważnie inteligencja tutejsza”. I dla przeciwwagi recenzowano, w stylistyce typowej dla tamtych lat, to co działo się w Apollo. A tam „Obrazki. Kasa. Wstęp. Trójka dyrektorów. Szczury. Dźwiękowiec. Uwagi. Gadanie. Nie słyszę. Nie rozumiem. Angielski. No. Yes. Well. The end. Dzięki Bogu!” Niezbyt to pochlebna dla całego białostockiego światka kinowego klasyfikacja komfortu na sale ze szczurami, bez pcheł i podłogą mytą prawie codziennie.  

  Tak więc od połowy 1932 r. z kinowego afisza definitywnie znikła Przystań i pojawił się Gryf. W nim też, jak i za poprzedniczki obok repertuaru filmowego pojawiły się również inne propozycje. Tak było choćby w październiku 1932 r., gdy ogłoszono, że „staraniem Legionu Młodych - wczoraj o godz. 1 po poł., w sali kinoteatru Gryf, magister praw p. Białkowski wygłosił odczyt - Bezrobocie”. 

  Prowadzono też działalność połączoną, podobnie jak w Przystani, z misją społeczną. I tak w sierpniu 1933 r. zapowiedziano, że „ Komitet Wojewódzki Towarzystwa Pomocy Dzieciom i Młodzieży Polskiej w Niemczech urządza w niedzielę w sali kina Gryf poranek dla dzieci. W programie: tańce, śpiew, deklamacje i film. Udział biorą dzieci polskie z Niemiec”.

  Gwoli sprawiedliwości kinowej do tamtego, międzywojennego Tygodnia oprócz Gryfa włączały się też Apollo i Polonia. W 1933 roku ogłaszano więc, że „przedstawienia kinowe dla dzieci” odbędą się w Apollo, do którego zapraszano 400 dzieci ze szkoły żydowskiej z ulicy Pięknej i 50 maluchów ze szkoły powszechnej nr 3. Do Polonii maszerowały setkami dzieciaki ze szkół nr 3,4 i 5, a w kinie Gryf wyświetlano filmy „dla 200 dzieci szkoły nr 5 i 60 dzieci szkoły nr 4 oraz o godz. 2 p poł. dla 90 dzieci szkoły nr 4, 100 dzieci szkoły nr 3 i 100 dzieci szkoły ćwiczeń”. Na ciąg dalszy kinowej opowieści zapraszam z a tydzień.

Andrzej Lechowski

Czasem taniec był jedynym sposobem zarobienia

    Czasem taniec był jedynym sposobem zarobienia pieniędzy. W popularnej kawiarni Lux, która znajdowała się na rogu Sienkiewicza i Warszawskiej, wieczorami odbywały się dancingi. Wśród stolików, zachęcając klientów, aby ci wyszli na parkiet, krążyła tańcząca para. 

  Danser co jakiś czas opuszczał swą partnerkę aby ta zmysłowym tańcem wabiła panów. Wykonywała więc ona "rozmaite wschodnie tańce". Jej popisy choreograficzne budziły, co oczywiste, niezwykłe ożywienie wśród mężczyzn, ale panie kipiały z oburzenia i odwracały się ze wstrętem.

  Niejedna z matron stwierdzała, że to jedynie wyuzdanie i niepodobne do "dobrej plastyki i dobrych pląsów" widywanych tu i ówdzie.

  Ale oburzenie miejskich gazet i sprzeciw wszystkich budziła czteroletnia dziewczynka, która stanowić miała clou luxowego programu. "Dziecko jest słabe, mocno rachityczne, jemu już dawno trzeba by było iść spać, a ono biedne przebiera nóżkami i uprawia łamańce i stara się ponad siły".

  A poeta w tym samym czasie pisał:"... Słyszysz ... Białystok oddycha Skwarnem powietrzem lipcowem Ekstazy czerpie z kielicha I duma w świetle różowem W Luxie orkiestra rozlewa Cudne pieszczące półtony Sen szczęścia mile powiewa Nastrój jak z bajki wyśniony."

  Tańczyć można było w tamtym Białymstoku wszędzie. Każda restauracja szczyciła się orkiestrą. Różne stowarzyszenia wprost prześcigały się w organizowaniu balów i zabaw tanecznych. Choćby taka Białostocka Ochotnicza Straż Ogniowa, popularne BOSO, też nie pozostawała w tyle.

  W 1926 roku Sekcja Pomocy BOSO wpadła na pomysł aby urządzać charytatywne zabawy. Dochód z nich miał być przeznaczony na wspomożenie biednych i chorych strażaków. 

  Pomysł był zbożny, ale "na zabawy te ze wszystkich krańców miasta zbierały się rozmaite miejscowe szumowiny. Dancingi te można by raczej nazwać wielkim zlotem hołoty białostockiej". Co gorsza, "na wieczorki te przychodziły i uczennice szkół miejscowych".

  Nic więc dziwnego, że zabawy te nie cieszyły się dobrą sławą, a policja obyczajowa nazywała je "flądra bale".


A.Sznarbachowski

Empik był najbardziej popularnym lokalem w mieście

   To był rytuał, tradycja. Wręcz do dobrego tonu należało bywać w empiku. W popularnej kawiarni na rogu Rynku Kościuszki i ulicy Sienkiewicza spotykały się wszystkie środowiska. Tam najszybciej docierały wszelkie nowinki z miasta, z kraju. Były osoby, które na kawę do empiku wpadały codziennie.

  Klub Międzynarodowej Prasy i Książki Ruch, znany powszechnie jako empik, został otwarty w Białymstoku 1 maja 1952 roku. Była to placówka kulturalno-oświatowa, podzielona na czytelnię i kawiarnię. Początkowo kawa miała stanowić dodatek do prasy, ale z czasem sytuacja się odwróciła, to kawa stała się magnesem, przyciągającym klientów - opowiada Zofia Puczyńska, która w empiku przepracowała 47 lat, niemal pół wieku. 

   Rozpoznała siebie na filmie "Białystok z 1958 r" , zrealizowanym przez ekipę Kosińskiego, Krzyżanowskiego, Jankowską i Szawłowskiego, z komentarzem Michała Radgowskiego. Film jest w zbiorach białostockiego kolekcjonera Tadeusza Chańko, był emitowany w TVP Białystok, a przypomniała o nim Dorota Sokołowska w reportażu Radia Białystok.

  Pani Zofia pokazuje nam płytkę, na której ma nagrany film. Na ekranie ona, młodziutka, pełna uroku dziewczyna obsługuje ekspres. - Pochodził z Warszawy, robił takie ekspresy dla kawiarni niejaki pan Szmigiel. Kawę Santos sprowadzano z Brazylii, potem doszła Robusta. Kiedy otwierano puszkę, to zapach unosił się na ulicy. 

  Mała kosztowała 2,30, duża 4,60. Do tego podawano andrucik - wafelek oblany czekoladą, później doszła kostka czekolady. - Smak tej kawy czuję do dziś - uśmiecha się Zofia Puczyńska. - Kawa leciała do filiżanki, musiało ulecieć trzy filiżanki. Pierwsza to była sama esencja, druga słabsza i trzecia zupełnie słaba, ale jak je zmieszano w dzbanku, to wychodziła super i potem rozlewano ją do filiżanek.

 - Przyszłam do empiku 1 lipca 1958 roku - wspomina. - Uczyłam się w Technikum Gastronomicznym i miałam praktykę w empiku. Kiedy skończyłam szkołę, dyrektor powiedział, że jest akurat etat w empiku. Moja wychowawczyni od razu stwierdziła: to już go nie ma, bo Zosia będzie tam pracować. Zgodziłam się, chociaż było mi trochę żal, że przepadną mi ostatnie wakacje, no ale trudno. Trafiłam do czytelni. 

  Moim obowiązkiem było rozdzielić gazety, tygodniki i zachęcić do przeczytania co ciekawszych artykułów.   Spokojna, jednostajna praca. Lipiec, sierpień, pustki w mieście, to w czytelni tym bardziej, przychodziło trzech, czterech starszych panów. Co tu dużo mówić, nudziłam się trochę, więc zaglądałam często do pań pracujących w kawiarni, pomagałam im w obsłudze, a to umyć filiżanki, a to podać kawę, gdy zjawiało się więcej gości. Czułam się świetnie, lubiłam ruch. l z czasem przeszłam do kawiarni na stały etat.

  Praca była absorbująca. Kawiarnia była czynna od godziny 9 do 21. Ale bywało nierzadko, że jeszcze po dziewiątej należało komuś podać kawę, bo dajmy na to przyjechał dziennikarz z Warszawy, miał z kimś spotkanie i rozmowa się przeciągnęła. Wejście było od Rynku Kościuszki, tuż za drzwiami znajdował się duży hol. Na wprost przy ścianie była kasa kina TPPR, bo na górze mieliśmy politycznego sąsiada - Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Z prawej strony była niewielka szatnia. W kawiarni stały stoliki, krzesełka, nic nadzwyczajnego. Natomiast w czytelni stały fotele. Na stojakach były zawieszone gazety, które każdy mógł brać i czytać.

   Wówczas prasa stanowiła podstawowe źródło informacji, o internecie nikomu się nie śniło. W kioskach gazety nie wszystkie były dostępne, wiele tytułów odkładano tylko do teczek, po znajomości, a tu można było za darmo poczytać wszystko co wychodziło w kraju oraz prasę zagraniczną, najwięcej, jak to w tamtych czasach było tytułów ze Związku Radzieckiego.

  W czytelni panowała cisza, a w kawiarni tłum i gwar - pani Zofia Puczyńska ma wciąż przed oczyma ten widok. - To było miejsce spotkań towarzyskich i wydarzeń kulturalnych. Odbywały się wernisaże, recitale znanych gwiazd. Kawiarnia tętniła gwarem, zawsze była pełna. A ponieważ nie obowiązywał zakaz palenia, to i zadymiona sala była silnie. 

  Zza oparów dymu nieraz trudno było rozpoznać kto gdzie siedzi przy stoliku. Większość osób paliła - uśmiecha się pani Zofia. Wpadali dziennikarze, aktorzy z teatru Węgierki, adwokaci w przerwach między sprawami. Za tydzień o gościach i stałych bywalcach empiku.

Alicja Zielińska 

Translate