Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niemiecka wieża obserwacyjna na wieży kościoła św. Rocha

    Jeszcze kilka lat temu mogłam wskazać, gdzie była ulica Alta. Rosła tam wierzba, którą mama posadziła z gałązki zerwanej na ołtarzyku w Boże Ciało. Po tej wierzbie poznawałam miejsce po naszym podwórzu. Ale teraz już nie wiem, za bardzo tam się wszystko zmieniło - mówi Zofia Kownacka-Bobrow.

  Wojna przerwała nasze szczęśliwe dzieciństwo. 1 września 1939 roku już nie poszliśmy do szkoły, skończyły się beztroskie zabawy i wędrówki po mieście. Po 17 września, kiedy weszli Sowieci, nauka była, ale już zupełnie inna, na wzór dziesięciolatki z rosyjskim programem.

  Na wiosnę w 1940 roku miałam przystępować do I komunii. Dla dzieci i rodziców to zawsze jest wielkie przeżycie i czekają na tę uroczystość. Ale wszystko się zmieniło. Oczywiście żadnej religii nie było. Przychodziły dziewczynki z gimnazjum i po cichu uczyły nas katechizmu. Mama gdzieś zdobyła materiał i uszyła mi białą sukienkę. Tylko butów białych nie dostała, poszłam w czerwonych pantofelkach. Trochę to dziwnie wyglądało. W kościele też nie było jakiejś specjalnej uroczystości, kryliśmy się po kątach.

  Za okupacji niemieckiej w ogóle się nie uczyliśmy. W szkole przy Wiatrakowej Niemcy urządzili siedzibę gestapo. A na wieży kościoła św. Rocha znajdowała się niemiecka wieża obserwacyjna. Strach, bieda. Mama pracowała w fabryce na Jurowieckiej. Z okien widać było getto. Przychodziła z fabryki zmęczona i bardzo przybita. Opowiadała o ciężkim życiu Żydów, a szczególnie o strasznych chwilach, kiedy wybuchło powstanie w getcie.

  Nasza ulica Alta nie została specjalnie zniszczona. Nie trafiła tam żadna bomba. Ale śródmieście to była jedna wielka ruina. Ulice Lipowa, Kościuszki zasypane gruzami. Któregoś dnia, pamiętam ktoś krzyknął, że pali się kościół św. Rocha. Łunę ognia było widać z daleka. Pobiegliśmy oczywiście zobaczyć, nie bacząc na grożące niebezpieczeństwo, potem rodzice nas złajali. To palił się szpital przy Krakowskiej. Kościół ocalał.

  No i pamiętam też doskonale moment zakończenia wojny. Był maj, umówiłyśmy się z koleżankami na łące, zbierałyśmy kaczeńce, piękne rosły przy Wierzbowej. Naraz rozległa się strzelanina. W strachu rzuciłyśmy się uciekać do domu. Bo jedna myśl, że znowu front. A tu się okazało, strzelano na wiwat, pokonano wreszcie Niemców, koniec okupacji.

  Zaraz po wyzwoleniu Białegostoku poszliśmy do szkoły. Krzesła, taborety przynieśliśmy do klas sami, z domów. Takie były początki nauki. Ale wszyscy szli z ochotą, tęskniliśmy za szkołą. 

  Mieliśmy ogromne zaległości, część uczyło się na tajnych kompletach. Ja nie chodziłam, więc moim marzeniem było, żeby znowu usiąść w szkolnej ławce. Uczniowie byli w różnym wieku, na różnym poziomie. Zrobiono więc egzamin, aby przydzielić do poszczególnych klas. I ja, nie zapomnę tego nigdy, napisałam warzywa przez ż, a ogród przez u zwykłe. 

  Za to uczyłam się potem bardzo gorliwie i sama zostałam nauczycielką nauczania początkowego. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli. Moja ukochana wychowawczyni pani Borowcowa, pani Alfreda Romanowska, która potem przeszła do Liceum Pedagogicznego - do dziś widzę ich szlachetne twarze.

  Chodzili z nami wysokie chłopaki, przerośnięte, ale wszyscy z wielkim szacunkiem odnosili się do nauczycieli. Żeby który coś odburknął czy nie posłuchał, było nie do pomyślenia. Jak pani zwracała uwagę, to z pokorą głowa w dół spuszczona i żadnego słowa przeciw. Ja też tak zostałam wychowana. Rodzice powtarzali: jeżeli nauczycielka ma do ciebie zastrzeżenie, to jest to twoja wina.

  Bieda była, wszystkiego brakowało. Mój pierwszy zeszyt składał się z kartonu. Tata pociął pudełko na kawałki, wywiercił w tych grubych kartkach dziurki, przewiązał sznurkiem i w takim zeszycie pisałam. Książek brakowało przez dłuższy czas. Jeszcze i później, jak poszłam do Liceum Pedagogicznego, to uczyliśmy się do większości przedmiotów z notatek. Nauczyciele dyktowali, a my zapisywaliśmy. Albo chodziliśmy do biblioteki i na miejscu w czytelni korzystaliśmy z książek.

  Lata 1949/1951, kiedy uczyłam się w Liceum Pedagogicznym to był paskudny czas stalinowskich represji. Ale mieliśmy dobrych kochanych nauczycieli, którzy wyciągali nas z różnych opresji.   Liceum mieściło się przy ul. Mickiewicza, w budynku obecnego wydziału prawa, przed wojną było tam gimnazjum im. księżnej Jabłonowskiej.

  Pamiętam, spędzono nas do auli. Odbywała się masówka, działacze ZMP za stołem i zaczęło się wyczytywanie nazwisk tych, co się narazili władzy i ustrojowi. Podpaść można było za wszystko, wystarczyło zażartować nieodpowiednio. Jedna z dziewczyn powiedziała nieopatrznie, że jak była z klasą na wykopkach na czynie społecznym, to widziała, że do kombajnu wsypywano piach. Sabotaż! Za coś takiego groziło wyrzucenie ze szkoły.

  Do ZMP należeli wszyscy z naszej klasy. Ja też się zapisałam, nie sposób było się wyłamywać, to było źle widziane, od razu takiego ucznia traktowano jak czarną owcę. Na zebraniu zapytałam zadziornie: "A kiedy wreszcie dostaniemy legitymacje?, może się na coś przydadzą, przynajmniej będziemy mogli do kina chodzić na zniżkowe bilety". Afera wybuchła z tego straszna. Jak śmiałam tak powiedzieć? Zetempowcy się oburzyli, gotowi byli urządzać nade mną sąd za niewłaściwą postawę polityczną. Dyrektor Mer się za mną wstawił. Szlachetny człowiek, świetny pedagog. Krzyczał nieraz: "Ja też inaczej myślę, jak i wy, ale trzymajcie te języki za zębami, jak chcecie skończyć szkołę". 

  Ileż razy nadstawiał głowę za nasze młodzieńcze wybryki. Albo cudowny matematyk - profesor Batorski, który doprowadził nas do matury. Na ustnym egzaminie zdarzało się, że potrafił złapać rękę biednego abiturienta przy tablicy i sam raz dwa wzór wyprowadził.

  Na staż nauczycielski wysłano mnie do Czyżewa. Po roku wróciłam do Białegostoku i podjęłam pracę w SP 5 przy Pałacowej (teraz jest tu NFZ). Kierownikiem był pan Wincenty Pawłowski, wspaniały człowiek, wspaniali nauczyciele. To tam dopiero uczyłam się zawodu. Pani Milewska, pani Budzisz, polonistka Lechowa. To była przedwojenna klasa we wszystkim. W zachowaniu, postawie, ubiorze, geście. Potem kilka lat uczyłam w SP 18 i ponad 20 lat w 29 - mojej ukochanej szkole, a ostatni rok przed emeryturą w SP 11.

  A kiedy zniknęła ulica Alta? W 1951 roku, jak wychodziłam za mąż, to jeszcze tam mieszkałam. Gdzieś w latach 1954-1955, gdy ruszyła budowa osiedla na Antoniuku. Rodzice i ciocia dostali mieszkanie przy ulicy Broniewskiego. Ulica Alta poszła pod bloki, nie zostało po niej śladu. Żałowałam potem, że nie sprawdziłam strychu. Myślę, że tam na każdym strychu znajdowały się ciekawe rzeczy.

  Wszystkie domy wyburzono. Ludzie najpierw się cieszyli, myśleli, że bloki to będzie raj. Moi rodzice też byli zadowoleni, bo wygodnie, ciepło, nie trzeba węgla nosić, łazienka. Ale tęsknili bardzo za swoją ulicą. Za tym klimatem, atmosferą, pogaduszkami na ławeczkach przed domem. 

  Ojciec póki dał rady, to szedł przynajmniej dwa razy w tygodniu na Rynek Kościuszki. Tam z kolegami zbierali się pograć w karty, porozmawiać. Zachodziłam do mamy, pytałam, gdzie tata. "A, na tołkuczkę poszedł" - odpowiadała. Tak mówiono z żydowskiego na te spotkania,

Jeszcze kilka lat temu mogłam wskazać, gdzie znajdowała się nasza posesja. Mama kiedyś wstawiła do wody gałązkę wierzby zabraną z ołtarzyków na Boże Ciało, taki był zwyczaj. I z tej gałązki wyrosło drzewko na podwórzu. Ale teraz to już nie wiem, za bardzo się tam zmieniło.


Alicja Zielińska

Kochali zupę migdałową i choinki po sufit. Jak świętowano w II RP ?

   Święta, które obchodzili nasi przodkowie niecałe 100 lat temu, przebiegały nieco inaczej (chociaż do tej pory zachowały się pewne elementy). Jak więc wyglądał okres bożonarodzeniowy w 20-leciu międzywojennym? Przyjrzyjmy się czasom naszych pradziadków i prababć. 

  Polacy w 20-leciu międzywojennym mieli wiele powodów do radości (w końcu mogli żyć w odzyskanej ojczyźnie), ale i sporo powodów do zmartwień. Niemal od początku swojego istnienia II RP walczyła z problemami ekonomicznymi (a do początku lat 20. jeszcze z epidemią hiszpanki). 

  Później zaś wielki kryzys nie oszczędził jej mieszkańców. Mimo to zawsze czasem skromniej, a czasem wystawniej, obchodzono wówczas święta Bożego Narodzenia. W końcu dzień narodzin Jezusa to dla chrześcijan (a więc większości wyznaniowej w II RP) jeden z najważniejszych dni w roku. Jak więc nasi przodkowie przygotowywali się do tych dni? Co znalazło się na wigilijnych stołach naszych prababć i co w tym czasie robili panowie pradziadkowie?

  Na początek przyjrzyjmy się choince (najczęściej świerk, znacznie rzadziej jodła). W końcu świąteczne drzewko to obecnie nieodłączny element świąt. W 20-leciu międzywojennym nie było to takie oczywiste. W niektórych regionach Polski choinki były dosyć powszechne (przede wszystkim w zachodniej i centralnej części). Z kolei na południe kraju przywędrowały dopiero po II wojnie światowej. Tam częściej można było zobaczyć podłaźniczkę, czyli czubek jodły, świerku lub sosnową gałąź wieszaną pod sufitem. Ewentualnie drzewko zastępowano odświętnie ubranym wieńcem iglastym, w którym na środku znajdowała się miska z makiem.

  Na choinkach wieszano również jabłka, orzechy i słodycze, a także świeczki (które nie były jednak dobrym pomysłem ze względu na ryzyko pożarów) oraz tzw. anielskie włosy. Większość ozdób była jednak wykonywana własnoręcznie przez domowników. Ich przygotowanie wiązało się nie tylko z tradycją i dobrą zabawą, ale było podyktowane względami ekonomicznymi. W końcu nie każdego było stać na kosztowne dekoracje.

  W 20-leciu międzywojennym uważano, że "kuchnia" to domena kobiet. Panowie tuż przed świętami raczyli się swoim towarzystwem spotkaniach świątecznych nazywanych "śledzikami". Nie brakowało na nich tradycyjnych świątecznych dań, a także alkoholu. Czasem były to jednorazowe wieczory. Zdarzało się jednak, że mężczyźni spędzali na "śledziku" kilka dni, aby "nie przeszkadzać gospodyniom domowym", krzątającym się w kuchni kobietom. Musiały przygotować potrawy nie tylko na wigilijną wieczerzę, ale i resztę świąt. Pamiętajmy, że wówczas nie było gotowych produktów. Wszystko (i to dosłownie) trzeba było zrobić własnoręcznie. W samo Boże Narodzenie bowiem nie można było nic robić w kuchni — nawet pokroić bochenka chleba.

  Obecnie przyjęło się, że tradycyjną rybą na świątecznych stole jest karp. W 20-leciu międzywojennym faktycznie pojawiała się w kuchni, ale była kojarzona z kuchnią żydowską. Polskie gospodynie domowe preferowały przede wszystkim potrawy sandacza i szczupaka. A karp, jeżeli w ogóle się pojawiał to w formie tzw. karpia po polsku, czyli rybę w słodkim sosie z dodatkiem piernika, piwa, rodzynek i miodu.

  Jak pisała Aleksandra Zaprutko-Janicka, w książce "365 obiadów. Praktyczna książka kucharska" Maria Gruszecka już w 1930 r. wymieniła karpia wśród wigilijnych przysmaków. Oprócz niego na kolację proponowała m.in. barszcz z uszkami, zupę migdałową, paszteciki z ryby, jarmuż z kasztanami, groszek zielony z grzankami, pieczonego szczupaka, sandacza z jajkami, kluski ze śliwkami, kruche pierożki, leguminę makową, a także budyń z szodonem.

  Po wigilijnej wieczerzy (oczywiście z obowiązkowym dzieleniem się opłatkiem) w gronie rodziny cała familia udawała się do kościoła na pasterkę. A po powrocie wszyscy raczyli się ciepłą zupą i wspólnym kolędowaniem.

  A co na pozostałe dni? W Boże Narodzenie i w św. Szczepana delektowano się już mięsem, w tym flakami z pulpecikami oraz klasycznym rosołem z makaronem i barszczem z kołdunami.

  Warto też wspomnieć o służbie, która w bogatych domach w miastach zostawała na święta w posiadłościach, w których pracowała na co dzień. Służące również ciężko pracowały przy domowych porządkach i świątecznym gotowaniu. Ich pracodawcy z reguły wręczali im dodatkowe gratyfikacje finansowe i prezenty.

  Boże Narodzenie było czasem poświęconym rodzinie. To z krewnymi wspólnie kolędowano i jedzono najpierw świąteczne śniadanie, a potem obiad. Był to bardzo uroczysty czas. W drugi dzień świąt zaś atmosfera stawała się nieco luźniejsza.

  26 grudnia, czyli w dzień św. Szczepana również udawano się na mszę, podczas której wierni obrzucali się symbolicznie poświęconym wcześniej owsem. Później zaś czas im mijał na kolędowaniu w gronie rodziny i przyjaciół. W drugi dzień świąt częściej wychodzono w odwiedziny. Była to więc wyjątkowa okazja do spotkań.


Boże Narodzenie po polsku. Od II RP do stanu wojennego

    Święta Bożego Narodzenia są mocno zakorzenione w polskiej tradycji i dziś wyglądają zupełnie inaczej niż 100 lat temu. W czasie wojen i zaraz po nich celebracje były skromne i trudne do zorganizowania, ale zawsze pamiętano o przełamaniu się opłatkiem i udekorowaniu świątecznego drzewka. Oto wybrane lata, które pokazują, jak na przestrzeni ostatniego wieku wyglądało Boże Narodzenie w Polsce.

 Po 123 latach nieobecności na mapie Polska stała się niepodległym państwem, ale zmagała się z ogromnym głodem i biedą. Dla setek tysięcy Polaków wojna była wyniszczająca – często zmuszała ich do opuszczenia swoich domostw. Trudno było nawet o iglaste drzewko, ponieważ stan polskich lasów po I Wojnie Światowej był opłakany.

   Na wsi ludzie starali się gotować z tego, co udało im się wyhodować – z ziemniaków, buraków i brukwi. Jeżeli ktoś miał szczęście i upolował dzika lub sarnę, mógł wykorzystać ich mięso i podroby. Popularnością cieszyła się konina i pieczone gołębie, a rarytasem na wigilijnym stole były jabłka, orzechy i pierniki.

  W stolicy stanęła jednak wielka choinka przy placu Wareckim (dzisiejszy plac Powstańców Warszawy), a prezenty finansowane z publicznych zbiórek rozdawano sierotom wojennym i biednym dzieciom. Na choinkach wieszano wyłącznie polskie dekoracje, ponieważ szklane bombki były uważane za niemiecki wymysł.

  Święta Bożego Narodzenia w czasie II Wojny Światowej były smutne, ale Polacy starali się godnie je przeżyć. Od listopada 1939 r. wprowadzono kartki na cukier, chleb i mięso. Ceny ryb były wysokie, a śledzi brakowało, dlatego wykorzystywano małe rybki, jak np. stynki.

  Z zup popularnością cieszyły się barszcz czerwony oraz grzybowa, do której przyrządzenia wykorzystywano zaledwie kilka suszonych grzybów. Jedną z potraw wigilijnych była suszenina, czyli suszone owoce gotowane z kilkoma łyżkami cukru i zagęszczane mąką ziemniaczaną. Główne danie stanowiły gotowane ziemniaki z surową cebulą i smażone placki.

  Nie było cukierków, jedynie pierniki, do których zamiast miodu dodawano marchew. Ludzie zbierali się potajemnie w domach i nie chodzili na pasterki, bo ze względów bezpieczeństwa ich nie odprawiano.

  W rok po śmierci Stalina komuniści nadal toczyli otwartą wojnę z Kościołem, a Polacy świętowali Boże Narodzenie mniej więcej tak, jak zawsze, choć zdecydowanie skromniej. W 1953 roku zniesiono obowiązujący od końca wojny kartkowy system reglamentacji żywności, ale produkty z górnej półki kosztowały krocie i mało osób mogło sobie na nie pozwolić. Do tego tańszych rzeczy nagminnie brakowało.

  Braki w zaopatrzeniu były uciążliwe, a interwencyjne dostawy nie zapełniały ani sklepowych półek, ani świątecznych stołów. Pożądane były cytrusy, które sprzedawano na sztuki, jeśli tylko się pojawiły, choć ich ceny były zaporowe – 1 kg cytryn kosztował 800 zł, a pomarańczy dwa razy tyle. Średnia pensja miesięczna statystycznego Polaka wynosiła wtedy nieco więcej niż 500 zł.

  1970 był rokiem zamieszek i strajków, w których śmierć poniosło ponad 40 Polaków. Społeczeństwo zbuntowało się po tym, jak komunistyczna władza urzędowo ogłosiła podwyżkę cen żywności o ponad 20 procent. PZPR ogromne niedobory mięsa starała się przykryć promocją białego sera.

  W sklepach pojawiała się szynka, ale mało osób było na nią stać. Obsesją wszystkich stały się cytrusy, których listopadowe dostawy z Kuby były szumnie obwieszczane przez władzę jako wyraz jej dobroci i troski o obywateli. To wtedy uznanie znalazła skórka cytrusów, którą suszono i jako rarytas dodawano do makowców i innych świątecznych ciast.

  W stanie wojennym znów powróciły kartki żywnościowe – w lutym 1981 roku wprowadzono je na mięso, a dwa miesiące później na wędliny, konserwy, mąkę, ryż, kaszę oraz masło. Problem stanowiły ceny suszonych grzybów – jeśli ktoś ich sam nie uzbierał i nie ususzył, to były towarem tylko dla bogaczy.

O łamańcach z makiem czy bakaliach tylko się marzyło, ponieważ były horrendalnie drogie. Starano się jednak skompletować 12 potraw wigilijnych, licząc oddzielnie chleb, zupę, kompot, zakąskę, kapustę, ciasto czy kartofle.

   W tym czasie kwitł handel podziemny, przede wszystkim mięsem. Chłopi po kryjomu przywozili podroby i mięso do miasta, jednak ich ceny również nie należały do niskich. Dla większości Polaków przygotowania do świąt były w 1981 roku kolejkowym koszmarem, który i tak nie sprawiał, że na wigilijnym stole pojawiało się wiele produktów i potraw.


Bryk

Translate