Postaw mi kawę na buycoffee.to

Weterani 1863 r. byli zapraszani na wszystkie uroczystości

   Dwudziestego drugiego stycznia 1863 roku rozpoczęło się powstanie. Tradycja tego zrywu narodowego jest i dziś widoczna na Białostocczyźnie. Może nie tak wyraźnie jak w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy to mit powstania legł u podstaw budowy niepodległego państwa. Wówczas uczestnicy walk zostali otoczeni specjalną opieką władz. Na mocy rozkazu Naczelnika Państwa – Józefa Piłsudskiego z dnia 21 stycznia 1919 r. przyznano im uprawnienia weteranów Wojska Polskiego, a w dalszej perspektywie także liczne odznaczenia, awanse i przywileje socjalne. Nie bez znaczenia było też to, że po odzyskaniu niepodległości w Polsce żyło jeszcze około 4 tysięcy bojowników roku 1863.

  W sferze symbolicznej przykładano dużą wagę do obchodów kolejnych rocznic wybuchu powstania. Weterani byli honorowymi gośćmi wszystkich uroczystości i świąt państwowych. Szczególną rolę odgrywała też szkoła. Wychowanie patriotyczne dzieci i młodzieży było konsekwentnie realizowane w duchu autentycznego kultu dla bohaterów 1863 r.

  Obchodzona w odrodzonej Polsce ze szczególną atencją rocznica powstania w 1919 roku, w Białymstoku nie mogła być uczczona. Wojsko Polskie wkroczyło bowiem do miasta dopiero 19 lutego. Tak więc pierwsze obchody rocznicy powstania styczniowego odbyły się w mieście rok później. Pisano wówczas, że „Białostoczanie po raz pierwszy obchodzić dzień 22 stycznia będą mogli w warunkach pozwalających już dziś godnie, a otwarcie i serdecznie uczcić męczęskie  zgony i bohaterskie wysiłki ojców naszych i dziadów”.

  W kolejnym numerze „Dziennika Białostockiego”, obszerny, historyczny artykuł zatytułowany „Rok 1863. W 57 rocznicę Powstania Styczniowego” zamieścił Franciszek Gliński. Zapowiedziano też, że w Gospodzie Żołnierskiej, która mieściła się przy Warszawskiej 13 staraniem sekcji kulturalno-oświatowej Koła Polek odbędzie się odczyt o powstaniu. Dwudniowe uroczystości na sobotę i niedzielę 24 i 25 stycznia, zaplanowano też w Gimnazjum Męskim. Pomimo tego obchody, które wypadały w czwartek uznano za nieudane.

  „Dziennik Białostocki” doszukiwał się przyczyn tego niepowodzenia donosząc, że „wczorajszą rocznicę powstania styczniowego patriotyczny Białystok, który w czasach okupacji rosyjskiej, a później niemieckiej musiał wszelkie uczucia narodowe ukrywać w głębi serca i duszy – nie mógł obchodzić odpowiednim obchodem, któryby stwierdził naocznie, że u Polaków białostockich biją serca umiłowaniem Ojczyzny, że każdy Polak pamięta dzieje walk naszych ojców, dziadów i pradziadów o wolność ukochaną”. 

  Wymieniając te przyczyny zauważano, że „z powodu nieobecności ks. Dziekana nie urządzono nabożeństwa w kościele za dusze tych, którzy przed laty 57 padli na polu chwały, wyzionęli ducha na moskiewskich szubienicach, w katorgach, lub w tajgach Syberii. Nie urządzono nabożeństwa także z tej przyczyny, że ludność polska zajęta pracą w fabrykach, nie mogłaby przybyć do kościoła, aby pomodlić się za dusze bohaterów i dziękować Najwyższemu za wolność Ojczyzny. Nie sposób także urządzić akademii na wzór miast wielkich – nie mamy bowiem odpowiedniej sali”.

  Z tego też powodu dopiero w niedzielę, 25 stycznia odbyły się wojskowe obchody rocznicowe. Rozpoczęły się mszą w kościele farnym, po której 10 pułk ułanów defilował na Rynku Kościuszki. Następnie w teatrze Palace żołnierze wysłuchali okolicznościowego odczytu. Jeszcze jeden odczyt wygłoszono w Szpitalu Wojskowym, a wieczorem w Klubie Polskim wydany został uroczysty bankiet.

  W 1921 roku do obchodów przygotowano się z większą starannością. Już wcześniej na Rynku Kościuszki, jak to określono, „u wylotu skweru”, czyli od wschodniej strony ratusza ustawiony został drewniany obelisk, na szczycie którego umieszczono rzeźbę przedstawiającą Orła Białego. Na froncie obelisku widniała data – 1863. 

  Tak na marginesie dodać trzeba, że obelisk ten w kolejnych latach nieodnawiany popadał w stopniową ruinę, aż w 1924 roku został usunięty. W jego miejscu w sierpniu 1925 roku ustawiona została płyta poświęcona Nieznanemu Żołnierzowi. Przygotowaniom do obchodów rocznicy powstania w 1921 roku sprzyjało to, że 22 stycznia wypadł w sobotę.

  Najpopularniejsza w mieście gazeta, „Dziennik Białostocki” już wcześniej zapowiadała wydanie specjalnego szesnastostronicowego dodatku z broszurą zawierającą referat, który „będzie rozesłany w dużej ilości egzemplarzy do wszystkich gmin województwa, jako materiał do odczytów podczas obchodu rocznicy Powstania Styczniowego”. Przygotowany też został, tym razem spójny i obszerny program obchodów, które rozpoczynały się 21 stycznia. I tak w piątkowy wieczór „przeciągnął ulicami miasta capstrzyk”.

  Następnego dnia uroczystości rozpoczęła poranna msza polowa na Rynku Kościuszki, odprawiona przez ks. Aleksandra Chodykę. Po mszy odbyła się defilada oddziałów wojska, policji i straży ogniowych. Nie obyło się bez incydentu. Z chwilą, gdy przed oficjelami zgromadzonymi przy pamiątkowym obelisku, defilowała straż ogniowa, z ratuszowej wieży rozległa się syrena alarmowa informująca o pożarze w mieście. Sprawozdawca uroczystości zanotował, że nie zakłóciło to uroczystości, tylko „na dany rozkaz pozłacane pazięta [strażacy A.L.] występują z pochodu i rzucają się raźnie na niszczycielski żywioł. W pół godziny było po wszystkim” i uroczystości mogły przebiegać dalej. Ich kolejnym punktem był obiad w Domu Żołnierza, który mieścił się w kamienicy Zabłudowskich na rogu Rynku i ul. Sienkiewicza. Stąd uczestnicy udali się do teatru Palace, w którym wysłuchali odczytu i obejrzeli inscenizację Wesela Stanisława Wyspiańskiego.

  W 1922 roku już tak uroczystych obchodów nie było. W prasie ukazał się okolicznościowy artykuł redakcyjny „Rok 1863”. W mieście zorganizowano jedynie wieczornicę w teatrze Palace. Zgromadzeni wysłuchali okolicznościowego wystąpienia, po którym rozpoczęły się występy artystyczne. Deklamowano poezje Juliusza Słowackiego, a chór Seminarium Nauczycielskiego wykonał Rotę i szereg pieśni ludowych. Na zakończenie amatorski teatr wystawił sztukę Marii Czeskiej-Mączyńskiej, Znak.

Z powodu braku uroczystości w mieście, obchody styczniowej rocznicy nie cieszyły się większym zainteresowaniem mieszkańców. Pisano więc, „że sala nie była wypełniona po brzegi”, obarczając winą za ten stan organizatorów, „którzy w niedostatecznej mierze poinformowali prasę”. 

  Brak ogólnomiejskich obchodów spowodował, że różne stowarzyszenia organizowały niezależne od siebie, mniejsze uroczystości. Uwagę zwrócił na siebie Strzelec, który włączył się w obchody urządzone w koszarach 42 Pułku Piechoty na Wygodzie. Uczestnikom tej wieczornicy szczególnie przypadła do gustu gra strzeleckiej orkiestry mandolinistów.


Andrzej Lechowski

Spekulanci zarabiali na pomarańczach z Hiszpanii

    Pomarańcze z Hiszpanii były rarytasem dla białostoczan i... paskarzy. Zbliżało się Boże Narodzenie 1934 r. Jak zawsze o tej porze w białostockich składach i sklepach pojawiły się pomarańcze. Były drogie.

  Palestyńskie kosztowały 1,80 zł za kilo, zaś włoskie aż 2,30. Amatorzy żółtych kulek czekali jednak na hiszpańskie, dużo tańsze. Miały one przepłynąć do Polski z początkiem następnego rynku. Przypłynęły, a wraz z nimi wypłynęli na wierzch różnej maści spekulanci.

  W przedwojennym Białymstoku spekulacja nie była czymś niezwykłym. Zaczęło się już w 1919 r. wraz z odzyskaniem przez miasto niepodległości. Po wojnie Białystok znajdował się w opłakanym stanie. Zniszczony przemysł, zdemolowany handel. Brakowało wszystkiego. Deficytowe towary trzeba było zdobywać na czarnym rynku. Kursy walut i cen dyktowała nielegalna giełda rozlokowana na ul. Giełdowej i Kupieckiej.

  Spekulanci i paskarze dorabiali się na okradanych na Dworcu Poleskim transportach. Mąka amerykańska, nafta, dziesiątki beczek śledzi, wszystko to szło na lewo. Spekulowano tkaninami, sacharyną, zapałkami, a nawet jajkami i cebulą. Powstał co prawda Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją z siedzibą w Pałacu Branickich, ale nie dawał rady z paskarskim procederem. Jego składy z konfiskowanym towarem były co i rusz okradane przez miejscowych złodziejaszków. Wszystko wracało znowu na czarny rynek.

  Powróćmy jednak do pomarańczy. 4 stycznia 1935 r. w Gdyni, w gmachu Bałtyckich Aukcji Owocowych, odbyła się ich pierwsza licytacja. Zjawiło się kilkudziesięciu handlowców z całego kraju. Codziennie szło pod młotek do 10 tys. skrzyń południowych owoców. Komisarz rządowy w Gdyni, aby zapobiec nadużyciom ustanowił jednolitą cenę detaliczną - 1,20 zł za kg.

  Do Białegostoku szybko dotarła pierwsza partia - 150 kilogramów. Odebrała ją hurtownia przy Rynku Kościuszki 34. Po towar ustawiła się natychmiast owocarnia z całego miasta. Szybko okazało się, że kupcy wolą sprzedawać pomarańcze nie na kilogramy, a na sztuki. To im się lepiej opłacało. Za 6 owoców po 30 - 40 gr zarabiali od 1,80 do 2,40 zł. Cała istota pomarańczowej spekulacji. Klienci oczywiście zaprotestowali. Wtrącił się starosta Świątkiewicz. Odtąd pomarańcze z nowych dostaw miały iść po 1,30 zł za kilo, zaś handlarze winni wystawiać cennik w widocznym miejscu.

  Co bardziej szacowne firmy sklepowe takie jak Gurewicz (Rynek Kościuszki 38 czy B-cia Głowińscy (Rynek Kościuszki 9) zastosowały się akuratnie do rozporządzenia. Ci ostatni sprzedawali nawet po 2 kilo do rąk. Ale już Pitecki z ul. Kilińskiego życzył sobie 1,50 zł, a w halach targowych na Rybnym Rynku nikt nie sprzedawał niżej niż 1,40. Trudno było protestować, kiedy dzieci chciały zamienić smak jabłka na bardziej egzotyczny.

  Nie był to jednak koniec spekulacyjnych machlojek. Nieuczciwym przekupniom dziwnie szybko kończyła się sprzedaż kilogramowa, po której proponowali dalej, ukradkiem, pomarańcze na sztuki. Pojawili się też uliczne koniki. Działali do spółki z hurtownikami. 

  Wędrując z koszykami w okolicach dworca czy po ul. Piłsudskiego, bezczelnie zachwalali swój towar. Chętnych po owoce nie brakowało. Spekulacja pomarańczami odbywała się w całym kraju. Przodowała oczywiście Warszawa. Wszystko skończyło się w marcu, kiedy Gdyni wygasło pozwolenie importowe.

  Zagadkowo wyglądała w tym czasie także cena cukru. Oficjalnie wynosiła 1 zł za 1 kg. Jednak niektórzy kupcy białostoccy w ramach konkurencji sprzedawali swój towar po 98, a nawet po 97 gr. Musieli chachmęcić coś z jego jakością i wagą. Tak też widzieli to wścibscy dziennikarze.


Włodzimierz Jarmolik

Białostocki „Biały dom”

    Jestem przekonany, że większość młodszych Czytelników może zastanawiać się, o jaki obiekt chodzi. Tymczasem Ci z Państwa, którzy pamiętają czasy PRL-u zdają chyba sobie sprawę, że było to jedno z potocznych określeń białostockiego Domu Partii, czyli gmachu, w którym mieścił się Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Białostocki „Biały Dom” był więc siedzibą najważniejszej wówczas władzy w mieście i województwie, był jej wizytówką. Niewątpliwie sam obiekt i jego projektant godne są uwagi.

  Architekt Stanisław Bukowski, był osobą nietuzinkową. Mieszkańcy Białegostoku i okolic sporo mu zawdzięczają. Bowiem jego dziełem, poza projektem gmachu KW PZPR w Białymstoku, była m.in. rekonstrukcja tzw. Domu Koniuszego, parkowo-pałacowego zespołu Branickich, projekt dzisiejszego hotelu „Cristal”, czy też wybudowany w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych kościół pod wezwaniem Niepokalanego Serca Maryi w Dojlidach. Stanisław Bukowski i jego żona Placyda, rodowita białostoczanka, byli także autorami większości elementów wystroju wnętrza w kościele Św. Rocha w Białymstoku.

  Jak to możliwe, że człowiek, który projektował kościoły, nie należał do PZPR, dostał zlecenie na wykonanie najważniejszego, z perspektywy ówczesnych władz, budynku w mieście? A przecież działo się to w okresie stalinizmu, w czasach, kiedy „władza ludowa” nie stwarzała już pozorów i wyraźnie walczyła z Kościołem. Odpowiedzi na to pytanie nie znajdziemy w dokumentach źródłowych. 

 

 Możemy jednak przypuszczać, że komuniści szukali dobrego architekta, który spełni ich oczekiwania - zaprojektuje reprezentacyjny gmach. W ocenie władz partyjnych Stanisław Bukowski dobrze wykonał swoją pracę, a jego projekt został uznany za wzorcowy dla tego rodzaju budownictwa.

  Propagandowy sukces, jakim było powstanie w grudniu 1948 r. Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, skłaniał do tego, aby uzewnętrznić wielkość nowej, zjednoczonej partii. W Komitecie Centralnym PZPR w Warszawie podjęto więc decyzję o konieczności budowy nowych gmachów komitetów wojewódzkich PZPR w kraju. 

  Komitet Centralny zapewniał też środki na planowane inwestycje. Zgodnie z obowiązującą w PZPR zasadą centralizmu demokratycznego, według której organy niższego szczebla wykonywały polecenia organów wyższego szczebla, struktury lokalne partii miały jedynie to zadanie wykonać. Formalnie więc Egzekutywa, czyli kilkunastoosobowe kierownictwo białostockiej wojewódzkiej organizacji partyjnej, w styczniu 1949 r. „podjęła decyzję” o budowie nowego gmachu. 

  Już w listopadzie 1950 r. ukończony został projekt budynku, a w 1951 r. rozpoczęto budowę. Fasada obiektu skierowana jest na wschód. Przed nią ma swój początek ulica Marii Skłodowskiej-Curie. W planach nazwano ją Aleją Pochodów. To z balkonu gmachu Domu Partii I sekretarze Komitetu Wojewódzkiego wraz z całą „świtą” mieli obserwować defilujących z okazji 1 maja oraz innych świąt mieszkańców miasta. Dzięki temu, że ulica ma kształt swoistej niecki, przebywający na balkonie mogli jednocześnie oglądać niemal całą kolumnę pochodu. Gwoli ścisłości trzeba jednak dodać, że poza Aleją Pochodów defilowano także ulicą Lipową oraz Aleją 1 Maja (obecnie Aleja Piłsudskiego).

  W 1952 r. „Gazeta Białostocka”, organ prasowy KW PZPR w Białymstoku, informowała o wielokrotnym przekraczaniu norm przez brygady pracujące przy budowie gmachu Komitetu Wojewódzkiego. Trzeba przyznać, że został on wykonany w iście ekspresowym tempie. Bowiem w 1952 r., w rocznicę rewolucji październikowej obchodzonej według kalendarza gregoriańskiego 7 listopada, zbudowany w stylu klasycyzującego modernizmu obiekt został oddany do użytku. Zapewne bardzo szybkie tempo budowy skutkowało obniżeniem jakości wykonania, ale nawet po ponad sześćdziesięciu latach widać, że niektóre wykorzystane materiały i zachowane wyposażenie były doskonałej jakości. Do dzisiaj w budynku znajdują się jeszcze drewniane meble, na których umieszczone są metalowe tabliczki inwentaryzacyjne z napisem: „K.W. P.ZP.R. - BIAŁYSTOK”.

  Niejeden białostoczanin pamiętający czasy PRL-u zetknął się z opowieściami o podziemnych korytarzach i tajemnych wyjściach z budynku znajdujących się wśród pobliskich bloków. Prawdopodobnie te fantastyczne historie były efektem bujnej wyobraźni potęgowanej tajemniczością i niedostępnością miejsca. Wszak przeciętny mieszkaniec miasta nie zdawał sobie sprawy, że pracownicy KW PZPR w Białymstoku mogli korzystać z udogodnień, jakich na próżno było szukać w jakimkolwiek innym zakładzie pracy w mieście. W podziemiach budynku znajdowała się bowiem doskonale zaopatrzona stołówka , na pierwszym piętrze ulokowano przychodnię dentystyczną i lekarską, zaś na drugim, saunę. I sekretarz KW PZPR miał swój gabinet na pierwszym piętrze (obecnie sale nr 90 i 91). Na tej samej kondygnacji, naprzeciwko jego pokoju, była sala posiedzeń Egzekutywy KW PZPR (obecnie sale nr 74 i 75).

  Urzędowanie władz wojewódzkich PZPR w tym gmachu zostało zakończone za sprawą studentów Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Bowiem w poniedziałek 8 stycznia 1990 r. rozpoczęli oni okupację budynku. Przypadkowi obserwatorzy tego wydarzenia bili brawo, a kierowcy na znak poparcia włączali klaksony. Już następnego dnia akcja została zakończona podpisaniem porozumienia. 

  W lutym 1990 r. do tego obiektu przeniesiono siedzibę Wydziału Humanistycznego Filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Prawdopodobnie to działanie białostockich studentów zainicjowało powtarzany w innych ośrodkach w kraju proces lokowania uczelni w siedzibach komitetów wojewódzkich PZPR. W 1993 r. budynek dawanego KW PZPR w Białymstoku, jako pierwszy obiekt tego typu, został wpisany do rejestru zabytków.


Artur Pasko

Translate